Oaza spokoju raz jeszcze

Jeden z moich stałych komentatorów pod moim wpisem „Ponad chmurami”, zaproponował mi kupno drona i sfilmowanie mojej okolicy z lotu pticy.

Świetny pomysł Stanley. Sam tego nie będę robił. Przypomniałem sobie jednak, że parę lat temu ktoś to zrobił. Zamieściłem ten króciutki filmik na swoim blogu. Od tego czasu jednak mam nowych czytelników może zatem nadszedł czas aby przypomnieć tamten wpis wraz z rewelacyjnym nagraniem mojej okolicy. Niech się zatem stanie.

https://widzianezekwadoru.wordpress.com/2016/08/02/oaza-spokoju/

Ponad chmurami

Droga z Guayaquil do Cuenki to około dwustupiecdziesieciokilometrowy odcinek. Pokonaliśmy go już dziesiątki razy. W Guayaquil znajduje się bowiem lotnisko, z którego odlatujemy w świat i na, które przylatujemy wracając do domu. To portowe i zarazem największe miasto Ekwadoru oddzielają od Cuenki Andy. Nie ma innego wyjścia trzeba je przeciąć aby dostać się z jednego miasta do drugiego.

Tak się niefortunnie składa, że nasze odloty i przyloty powodują, że ową trasę pokonujemy albo jeszcze przed wschodem słońca albo już po jego zachodzie.

Uciekają nam zatem widoki, które są dane tym, którzy jadą tą trasą, szczególnie w słoneczny dzień. Nam się to też udało, było to jednak na tyle dawno, że nie wszystko pamietam.

Kierowca taksówki, który dostarcza nas i odbiera z lotniska, pokonuje tą trasę jednak bardzo często i to w rożnych porach dnia i roku. Zamieszcza co ciekawsze zdjęcia z tej trasy na swoim profilu na FB. Niedawno właśnie to zrobił. Zdjęcie bardzo mi się spodobało. Dziś miałem możliwość rozmawiać z nim i zgodził się na jego skopiowanie u mnie.

Bez specjalnego zatem przedłużania, oto one.

Mniej więcej godzina od Cuenki

Zrób to sam po słowacku

Kiedy odbieraliśmy klucze do naszego domu, po wejściu do środka kominek był pierwsza rzeczą wręcz rzucającą się w oczy. Spełniał nie tylko funkcje miejsca skąd miało wydostawać się ciepło domowe ale również i ściany dzielącej kuchniojadalnie od pokoju telewizyjnego. Już wkrótce przekonaliśmy się, źe zasadniczo to spełnia tylko funkcje ściany. Nasz architekt bowiem musiał przespać na studiach wiedzę o przewodach kominowych.

To akurat jestem w stanie mu wybaczyć, sam drzemałem na niektórych zajęciach podczas studiów. Gorsze w jego zachowaniu było to, że konsekwentnie wmawiał nam źe używamy mokrego drzewa i dlatego kopci nam się do środka. W końcu ściągnęliśmy fachowca. Gdy zobaczył dzieło sztuki naszego architekta mało nie dostał zawału. Należało sporo poprawić aby wreszcie zaczęło dymić w górę a nie na boki.

Mogłem oczywiście użerać się z moim pseudo architektem, ale gdy się jest w nowym kraju to ostatnia rzecz, której człowiek pragnie to gonić się z tubylcem po sądach. Poza tym koszt naprawy nie był powalający.

Na marginesie dodam tylko, że architekt to był mąż pani od, której ojca kupiliśmy ten przepiękny kawalątek ziemi. Oboje szybko wkradli się w nasze łaski oferując pomoc i różne usługi przyjacielskie. No i daliśmy się trochę nabrać tej pseudo przyjaźni. Podciągnęliśmy to pod frycowe…za nie trzeba płacić. Niesmak jednak pozostał zwłaszcza, że drobnych usterek było więcej a doprosić się o ich naprawę w ramach gwarancji było niepodobna.

Już działający kominek zdawał się spełniać nasze oczekiwania. Jednak ostatnie lata, dwa lub nawet trzy okazały się wyjątkowo chłodne, nie tylko zimnych miesiącach ale i w okresie je poprzedzającym. Dom się łatwo wyziębiał nagrzać go natomiast było nie sposób. W ten sposób wpadliśmy na pomysł wkładu, którego zadaniem miało być akumulowanie ciepła i oddawanie go do wewnątrz. Widziałem tego typu rozwiązania w Polsce i zdawały egzamin.

Ekwador generalnie nie ma żadnego w tym doświadczenia zatem byliśmy zdani tylko na siebie i…..Milańskiego. I tak dochodzimy do punktu wyjścia. Wkład jest już zrobiony wciśnięty w środek kominka tylko dym nie chce iść tam gdzie powinien. No ale jak to się u nas mówiło; przeżyliśmy najazd szwedzki .. przeżyjemy i dymny. Póki co zresztą u nas pogoda, która nie wymusza użytkowania naszego nowego nabytku. A kto wie może się przeflancuje na miejscowego kominiarza, trochę doświadczenia już mam. Hm, jednak do pracy już się nie nadaje.

Moje centralne

Widziane z drugiej strony.

Wkład do kominka c.d.

O Milańskim można by dużo pisać. Pomimo wielu charakterologicznych ułomności, kto z nas ich niema, ma jedną wielka zaletę, którą nie wszyscy muszą oczywiście lubić. Gość wszędzie wlezie. Nawiązuje kontakty w tempie jednostajnie przyspieszonym. Myśle, że zna pół Cuenki jeśli nie więcej. My mamy odwrotnie. Więcej ludzi pewnie poznaliśmy dzięki naszemu Słowakowi niż dzięki samym sobie.

Pisze o tym dlatego, że przecież żeby zbudować piec trzeba wiedzieć gdzie kupić materiały do tego celu. Swoimi sposobami się wywiedział. W ten sposób ten problem okazał się bardzo łatwy do przeskoczenia.

Milanski przeprowadzając się do Ekwadoru zanim ściągnął tutaj swoją garderobę, najpierw przywiózł swój warsztat. Ma niemal wszystko, wiertarki, piły, klucze i wszystkie inne narzędzia potrzebne do majsterkowania na własny rachunek.

Tak więc części do pieca mieliśmy jak również i narzędzia. Teraz to tylko złożyć do kupy, poskrecać elementy, wywiercić dziury gdzie potrzeba i po zawodach.

Pozornie tylko. Wiedza Milana na temat samego pieca okazała się dość pobieżna. Stąd po włożeniu wkładu do kominka okazało się, że nie ma cugu. A jak jego nie ma to dym w poważaniu ma komin i woli mieszkać z nami w naszej kuchniojadalni. Nam to zaś nie odpowiada bo tam jakieś w nim są związki chyba niebezpieczne, więc preferowalibyśmy żeby jednak ulotnił się w diabły przez komin.

Będąc już wcześniej posiadaczem pieca, przypomniałem sobie, że trzeba temu urządzeniu wyciąć również coś w spodzie tak aby ów niesympatyczny dymek jednak ciągło do góry a nie na boki. Tyle tylko, że Milanski, siedzi już w samolocie. Może to i lepiej. Poznałem wcześniej fachowca w interesującym mnie temacie. Trzeba mi tylko gościa ściągnąć do chałupy a z tym tutaj bywa różnie. Oni tutaj mają na wszystko czas i umawianie się z kimś na określony dzień i godzinę nic ale to nic nie znaczy. Do ekwadorskiej zimy mamy jednak sporo czasu. Powinnismy się wyrobić.

Niezła fucha

Nigdy tego do tej pory nie robiłem. To będzie zatem pierwszy raz. Nie mogłem się jednak oprzeć. Dzisiaj będą dwa wpisy. Powód relatywnie prosty. Na fejsie ktoś udostępnił, chyba wciąż dziecięce marzenie. Może nawet pisane pod dyktando dorosłego. Może. Doszło do mnie, że taka fucha i mnie się podoba. Nie miałbym nic przeciwko temu by kiedyś być kimś takim. W sumie od dawna o tym myślałem ale nie potrafiłem sprecyzować tego w słowach. To dziecię mnie oświeciło. Tylko czy jeszcze zdążę.

Dzieciaki to jednak świetni obserwatorzy. 😂😂😂

Wkład do kominka

Nasz europejski friend, znaczy się przyjaciel, ze Słowacji zjechał niespodziewanie sześć tygodni temu. Gość od dawna próbuje pozbyć się swojej chaty z uwagi na samotność, która niespodziewanie bardzo mu zaczęła doskwierać. Jego życiorys, na własne życzenie, to pewnie całkiem niezła historia o tym jak się kończy egoizm. To jednak nie moja sprawa. Nie znoszę krytykować ludzi, bo zdaje sobie sprawę, że sam nie jestem bez wad. Hm, uwielbiam krytykować ludzi bo ja jestem perfekcyjny prawie jak ta próżna perfekcyjna pani domu. Szlag niech to, wyszło na to, że jestem próżny. Coś w tym jest. Zatem skończę te rozważania w tym miejscu.

Słowak zjechał ale do transakcji nie doszło. Żeby było śmieszniej jego hacjendę chciało kupić małżeństwo Ekwadorczyka z Polką. Poznaliśmy ich nawet i po pierwszym spotkaniu ucieszyliśmy się odrobinę, że może teraz będzie fajniej. Nic z tych rzeczy. Ta nasza krajanka jakaś z innej radiostacji. Nie płakaliśmy więc gdy się okazało, że transakcja kupna sprzedaży nie dojdzie jednak do skutku.

Przyzwyczailiśmy się do ułomności Słowaka a on do naszego sposobu bycia i tolerujemy się wzajemnie, bo o przyjaźni raczej w tym przypadku ciężko mówić.

Dom Milana wymaga sporo pracy. Co ciekawsze on wie o tym i byłby w stanie doprowadzić go do stanu niemal bajkowego, gdyby…No właśnie to gdyby wiąże się z towarzystwem, którego mu tutaj brakuje. Jednocześnie czuje olbrzymie przywiązanie do swoich pieniędzy, co powoduje, że w relacjach ze wszystkimi paniami przewiduje podstęp i zamach na jego oszczędności.

Znowu wlazłem z brudnymi butami w czyjeś życie. Gość ma tą zaletę, że wiele potrafi zrobić sam. Generalnie nie lubi żadnych wykonawców, właśnie ze względów finansowych.

Podczas jego nieobecności pilnujemy jego domu i kotki. Zwykle po przyjeździe stara nam się jakoś zrewanżować, na co nie liczymy i czego nie oczekujemy. Kotki nam po prostu żal, że gamoń zostawia ją na dziewięć miesięcy. Ale to znowu inna para kaloszy.

Nasz dom ogrzewamy za pomocą kominka. To urządzenie wyglada bardzo efektownie. Gorzej z efektywnością. Ciepło idzie w diabły w komin a my tracimy sporo drzewa, żeby jako tako nagrzać tą cześć, w której spędzamy najwiecej czasu. Milan wie o tym. Zaproponował nam więc wkład do kominka. Pozwolę sobie tu zaznaczyć, wykonany przez niego. Widziałem takie wkłady w Polsce. Korzyści z nich w formie zysku grzewczego dla chałupy są bezdyskusyjne.

Przyklasnęliśmy więc z Luśką pomysłowi Milańskiego. Oczywiście częścią tego pomysłu miała być moja pomoc fizyczna, przy jednoczesnym finansowaniu całego przedsięwzięcia przez nas. W końcu tu chodziło o nasze miejsce mieszkalne.

Milański ma jednak specyficzny sposób bycia. Polega to skrócie, że to on decyduje o terminie i czasie wykonania wszystkich prac związanych z tym czego się podjął. A, źe chłop na wszystko zawsze ma czas, więc prace posuwały się w tempie iście ekwadorskim, czyli…jutro też jest dzień.

Jutro nasz Słowak się będzie pakował, niby wkład jest w środku. Tylko, że nie działa. Ale o tym w następnym odcinku przyjaźni polsko-słowackiej.

Znad rzeki widoki.

Postanowiłem przez chociaż tydzień trzymać się z dala od polityki. Wredna ona jędza, wyzwala we mnie wszystkie najgorsze odruchy. Nie zapieram się, że do niej nie wrócę, bo Jarosław nikomu nie chce pozwoli zapomnieć ani o sobie ani o tej jego, pełnej dziwnych ludzi, partii.

Póki co będę was terroryzował widokami znad mojej rzeki. Może i wam się spodobają.

W poszukiwaniu wody

Kamienie na przeszkodzie, niewiele jednak mogą

Dookoła świat sprzed tysiąca lat.

A szum rzeki słychać 24/7

Nad rzeką

Nasz dom powstał na zboczu. W związku z tym z jednej strony domu widok mamy na to co jest powyżej nas z drugiej zaś odwrotnie, na to co poniżej.

Jesli komuś chce się zejść w dół, to po około stu pięćdziesięciu metrach dojdzie do granicy naszej działki, która wytycza rzeka. Po drugiej stronie to już teren chroniony. W porze suchej rzekę mozna przejść, w deszczowej to jednak spore ryzyko.

Schodzimy od czasu do czasu do samej rzeki. Tam nad nią to już inny świat. To kraina, gdzie ludzka ręka jeszcze nie zdążyła odbić swego piętna. Totalna dzikość nabrzeża i samej rzeki daje poczucie podróży w czasie. Za każdym razem wykonuje pare zdjeć. Ostatnio je przeglądałem i niespodziewanie zobaczyłem na jednym z nich coś czego wcześniej nie widziałem nawet w terenie.

Wyglada jak jakieś zwierze, które zastygło w bezruchu i tak tkwi obrośniete mchem całe już wieki. Zobaczcie sami.

Wody wulkaniczne

Okolice Cuenki bogate są w wody wulkaniczne. Niby żadna Etna albo inny Wezuwiusz tutaj się nie znajdują. Widać woda owa znalazła jakieś podziemne kanały albo coś w tym sensie bo mamy jej tutaj w nadmiarze.

Jak woda wulkaniczna to i oczywiście miejsca, w których można z niej skorzystać. Na rzut kamieniem od miasta znajduje się miejscowość zwana Baños czyli łaźnie. Nazwa pochodzi właśnie od różnego rodzaju przybytków, do których wykorzystywana jest wulkaniczna woda pełna rożnego rodzaju minerałów. Co my tu nie mamy, łaźnie tureckie, baseny o różnej temperaturze wody, błotne kąpiele, no i atrakcja która powoduje u mnie palpitacje pompy to brodzik z gorącą i zimną wodą. Wchodzi człowiek na pięć minut do ciepłej wody w granicach czterdziestu stopni i tak mu się robi miło i przyjemnie. Po przepisowych pięciu minutach chlup do zimnicy, szlag wie ile to cholerstwo ma stopni, zimne jednak i nieprzyjemne jak całe biuro polityczne PiSu. Trzeba wytrzymać dwie minuty po czym można wrócić do ciepłoty sąsiedniego baseniku. I tak cztery razy. Ten pierwszy skok do zimnicy wywołał we mnie chęć jak najszybszej ucieczki. Tylko jak to zrobić skoro te pare osób patrzy na człowieka co wywołuje we mnie nadnormalną chęć udowodnienia żem przecie nie kiep jakiś. Odkryłem przy okazji, że samo włażenie do tego oziębiacza jest najgorszym momentem. Potem nie należy się ruszać. Każdy ruch przypomina, że woda ma w sobie szpilki.

Tego samego typu atrakcje oczekują użytkowników łaźni tureckiej. Tu siedzi się w parze, która pompowana jest przez otwory w ścianie. W owych zagłębieniach rozkładane są gałęzie eukaliptusa co daje odpowiedni zapach. Aby jednak to miało sens należy od czasu do czasu wziąć zimny prysznic. Absurd jakiś. No ale znowu wszyscy biorą jak mnie się od tego wykręcić. No fajnie było nie powiem. No i jeszcze przecież wmawiają, że takie zimno, ciepło ma pozytywnej wpływ na układ odpornościowy. Planuje nie popuścić z setki zatem odporność szczególnie na ludzką głupotę będzie mi okrutnie potrzebna.

Na zewnątrz znajdują się dwa baseny o rożnej temperaturze wody. Większość czasu spędziłem w tym cieplejszym.

Najważniejsze jednak było błotko. Ponoć ma właściwości upiększające. Pokryłem zatem nim wszystko na swoim ciele co się dało i z niecierpliwoscią oczekuje pożądanych efektów. Tak czy śmak połknąłem bakcyla i w piątek będzie poprawka.

Najpierw basen na zewnątrz

Potem zimno, ciepło

Salon urody czyli błotko