Marquesitos czyli pożegnanie z Meksykiem

Czy pamiętacie uliczne saturatory z wodą gazowaną? Wciąż się wydaje, źe to jeszcze nie tak dawno a to już teleńko lat śmignęło.

Nie, nie będzie to wpis wspomnieniowy. To będą ostatnie wrażenia z Meksyku. Podobne mógłbym opisać również i tutaj w Ekwadorze. Handel żywnością na wszelkiego rodzaju wózkach to wciąż taki miejscowy folklor zarówno w Meksyku jak i w moim aktualnym miejscu zamieszkania. Można spokojnie zjeść całkiem niezły posiłek, jeśli oczywiście wystarczy odwagi. Osobiście podchodzę od tego ze sporą dozą ostrożności. Zdarzyło mi się jednak zjeść tak bardzo tutaj popularne saviche przygotowane na takim właśnie objazdowym wózku.

Nie mogłem sobie również odmówić przyjemności skosztowania czegoś takiego w Meksyku. Zdałem się oczywiście na moją krew czyli córkę, która wie jak daleko można się podsunąć w delektowaniu się tymi specjałami.

Padło na marquesitos jako żywo przypominających nasze naleśniki. Smakowo produktów rzeczywiście je przypomina z tym, że jest o wiele bardziej kruchy. Jako nadzienie można do niego włożyć praktycznie wszystko. Jednak najlepiej smakują na słodko.

Patelnia a na niej naleśnik. Zamyka się to górna patelnią i smaży kilka chwil.

Póki ciepły można go zrolować wypełniając nadzieniem

Wybrałem biały ser kremowy z tartym zerem żółtym. Niezła kombinacja.

I naleśnik prawie gotowy. Smakowało równie wybornie jak woda z sokiem z naszego kiedysiejszego saturatora. No i przeżyłem bez sanepidu.

Reklamy

Nad zatoką

Jeszcze tylko skok nad Atlantyk a zasadniczo nad Zatoke Meksykańską oddaloną od Meridy o około pół godziny jazdy samochodem i nasz pobyt dobiegnie końca.

Pogoda dopisała, zobaczyliśmy sporo, czas do domu. Takie wizyty, niezbyt długie są dla nas najlepsze. Równocześnie byliśmy w tej samej strefie czasowej. Chociaż podróż kilkunastogodzinna zawsze jest męcząca to szybciej dochodzi się do siebie gdy nie trzeba organizmu przeprogramować na inne godziny.

Dogrzalismy się za wszystkie czasy. Temperatura każdego dnia powyżej trzydziestu stopniu. Na dłuższą metę ciężko byłoby to znieść. Nasze górki dają odrobine wytchnienia. Słońce niewątpliwie potrzebne jest do życia, jednak jego nadmiar może być dość dokuczliwy. Właśnie te dziesięć dni w Meksyku mnie o tym przekonało.

Merida zrobiła na mnie duże wrażenie. Meksyk również. Doszedłem nawet do przekonania, że jeśli Meksyk jest trzecim światem to zapewne Ekwador nie łapie się nawet w tym pojęciu. W Meridzie w przeciwieństwie do Cuenki widać amerykański kapitał na każdym kroku. Aż dziw bierze, że Donek tak się uwziął na ten mur. Może on chce pobić Mur Chiński bo i na Chińczyków zagiął parol.

Mniejsza o to. Nad Zatoką Meksykańską mieliśmy podziwiać zachód słońca. I tak się stało. Przy okazji jednak zaskoczyły mas chmury i kolory nieba. Stąd będzie więcej chmur na obrazkach niż samej okolicy.

Gorąca planet zachodzi

To było po wschodniej stronie

Nagle zjawiły się po zachodniej stronie te ciemne ciężki chmury

Niebo po zachodniej stronie.

Coraz ciemniej i coraz więcej ciemnych chmur

A na wschodzie ten szalony „gorący statek kosmiczny”

I to wszystko. Kolorowe miejsce nad zatoką.

W krainie Majów

Meksyk to dwie wielkie kultury indiańskie. Północna cześć kraju ze stolicą to wpływy Azteków. Południe natomiast wraz z Yukatanem to już Majowie.

Nie mam oczywiście pojęcia gdzie przebiegały granice. Wiem natomiast, że nazwa kraju pochodzi z języka nahuatl, którym posługiwali się Aztekowie. Mexik w tym języku oznacza właśnie Azteka. Wymawiało się to meszik, stąd już tylko krok do Meksyku.

My jednak jesteśmy na terenach majowskich. Tu nie brakuje pamiątek właśnie po tej kulturze indiańskiej. Najbardziej znany jest oczywiście kompleks w Tchichen Itzy. Jednak na trasie z Meridy do Cancun pozostałości pomajowskich jest o wiele więcej. Zdecydowaliśmy się na Kabah. Przede wszystkim na odległość i …wejściówki. Ceny tychże w miejscach gdzie turyści się pojawiają najczęściej przekraczają dwadzieścia dolarów od osoby. Kabah to tylko niecałe trzy. Zapewne mniejszy i mniej efektowny. Za to spokój, cisza bez tego całego nalotu i zgiełku turystycznego.

W każdym z tych miejsc obowiązują dwie taryfy, jedna dla Meksykan i o wiele droższa dla przyjezdnych. Czasami nawet trzykrotnie.

Czas na parę zdjęć.

Widok z bramy głównej

Na gorze siedziało ptaszysko i suszyło skrzydła.

Nie mieliśmy przewodnika zatem mogę tylko pokazać zdjęcia. Bez opisu.

Panoramy jednej trzeciej całego miejsca.

Inny Meksyk

Meksyk ma też inne oblicze, które jest skrzętnie skrywane przed wszelkiego rodzaju turystami wycieczek zorganizowanych. Wystarczy zjechać z głównej drogi był zobaczyć to drugie dno krajów ogólnie uważanych za trzeci świat.

My pojechaliśmy zobaczyć niedaleko od Meridy wytwórnie płytek. Wszystko w niej robione jest ręcznie. Pracowników już nie było ale łatwo wyobrazić sobie jak wyglada ich praca. Ilu wśród tych ludzi jest potomków Majów, Azteków a ilu Metysów czy spadkobierców konkwistadorów, pewnie nikt nie wie, chociaż odpowiedzi narzucają się same.

Podczas pobytu w hacjendzie nasz przewodnik opowiadał o tym jak byli taktowani Indianie i jak mi przez całe lata wpajano, że przynależą do klasy niewolników i służby. Do dziś wielu z tych ludzi żyje w tym przeświadczeniu nie widząc możliwości awansu społecznego dla siebie. Powoli się to zmienia wśród młodych. Starsi jednak zaakceptowali taki podział świata i być może dlatego często żyją w warunkach dla nas conajmniej niezrozumiałych. No i pracują w takich właśnie miejscach.

W ciągu dnia wszędzie pusto, bo życie zaczyna się po zachodzie słońca

Stanowiska pracy w wytwórni płytek

Wzorcownia

Magazyn kolorów

Suszarnia

Efekt gotowy.

Mariachi

Żadna poważna impreza w Meksyku nie może się odbyć bez ludowej kapeli pod nazwą Mariachi. Czy to małe czy duże obchody czegokolwiek Mariachi powinni grać do tańca.

Sprawdzałem na Wikipedii co owo słowo oznacza. Istnieje podejrzenie, źe wzięło się od od zniekształcenia słowa mariage czyli ślub. Początkowo właśnie muzycy ci obsługiwali przede wszystkim imprezy weselne.

To się jednak zmieniło. Grają wszędzie i przy każdej okazji ważnej dla przeciętnego Meksykanina.

Miałem okazje ich słyszeć parokrotnie i oczywiście wczoraj również. Utwór, który do mniej najbardziej przemawia udało mi się nagrać.

Okazuje się, że internet w Meksyku bije na pysk ten ekwadorski. Stą mogę zamieszczać więcej zdjęć. Spróbuje zatem załączyć i Palomę w wykonaniu lokalnej grupy „rockowej”.

Cenote czy sanote

W ostatnim swoim wpisie wspominałem o jednej z największych atrakcji Yukatanu. Sanote lub Cenote w pisowni miejscowej do krótko mówiąc dziura w ziemi powstała w sposób naturalny, wypełniona wodą, mogąca służyć jako oryginalne miejsce do pływania.

Odwiedziny jednego z tych miejsc zaplanowało nam dziecko na drugi dzień pobytu. Na Yukatanie tych grot jest dość sporo. Różnią się jednak i wielkością, i ceną. Meksykanie zrobili z tego bardzo dochodowy dla nich interes. Ciężko jest zatem komuś nie obeznanemu wybrać to co najlepsze a jednocześnie okolicznych pośrednik nie zedrze skóry jak z turysty. Jesteśmy zatem w dość uprzywilejowanej sytuacji bo dzieciaki już sporo widziały i wiedzą co jest ciekawe i gdzie próbują wyciągnąć coś ekstra od kogoś kto nie zna miejscowych cen. Meksyk pod tym względem wcale się nie różni od Ekwadoru, czyli nietutejszy płaci gringo tax. Córka, choć mieszka w Meksyku już ładnych parę lat, różniąc się urodą od tubylców wciąż jest brana za obcego i ceny dla niej są wyższe. Dopiero po rozmowie z handlarzem udaje jej się uzyskać obowiązującą cenę dla Meksykanina.

Cenote, do którego wybraliśmy się znajdowało się około godziny jazdy od Meridy. I tu znowu dość spora niespodzianka, bo rzeczywiście trzeba dobrze orientować się w terenie żeby to miejsce znaleźć. Ktoś przyjeżdżający na własna rękę będzie miał bardzo małe szanse odnalezienia tego miejsca. No i oczywiście pozostaje kwestia dojazdu. Możliwości małe to zerowe.

Ta prosta prawda ma zapewne uzasadnienie w każdej szerokości geograficznej. Na nasze szczęście mieliśmy wtyki. Dzięki czemu zobaczyliśmy to co poniżej.

Niby dziura w ziemi

W nią wchodzimy

Widok niesamowity

Ściana groty.

Nad nami niebo.

Hacjendy i sisal

Pierwszy dzień i od razu wycieczka. Wybraliśmy się do jednej z niewielu okolicznych okolicznych hacjend. Wybraliśmy się to zbyt wiele powiedziane, zabrano nas brzmi bardziej akuratnie. Nie kłóćmy się o słowa.

Mniej więcej pół godziny od Meridy Anglik z Japonką, żeby było śmieszniej, odnowili stara hacjendę i teraz udostępniają ją dla zwiedzających oraz w celach imprezowych.

W ten sposób dowiedziałem się trochę historii, która zamierzam się tutaj podzielić.

Yukatan okazuje się jest jedną wielką płytą wapienną. Największym jego problemem jest dostęp do wody. Nie ma tu rzek a woda po deszczu natychmiast jest wchłaniana w grunt. Już Majowi zrozumieli, że należy się osiedlać w okolicach podziemnych grot, w których gromadziła się czysta i zdatna do picia woda.gdy więc Hiszpanie najechali na te miejsca usunęli z nich i zniewolili miejscową ludność. Wszelkie pamiątki po Indianach, Hiszpanie rozebrali i wykorzystali do budowy swoich domostw zwanych hacjendami. Miejscowa ludność traktowali jak niewolników. W pewnym momencie postanowili płacić tym biedakom. Jednak specjalnie na ten cel tłoczone monety miały tylko wartość na hacjendzie, dla której pracowali Majowie. Niby wolni, niewolnicy jednak.

Klimat tutejszy do niczego się nie nadawał. W związku z tym wszyscy ci ludzie pracowali przede wszystkim na życiowe potrzeby hacjendy.

Aż przyszła rewolucja przemysłowa. Okazało się, źe rosnąca tutaj roślina o nazwie sisal nadaje się do produkcji wszelkiego rodzaju lin, sznurów i tego typu rzeczy. I tak z dnia na dzień właściciele hacjend stali się światowymi bogaczami. Sisal bowiem znajdował się tylko tutaj i nigdzie więcej w świecie.

Wszystko dobre szybko się kończy. Okazało się, że sisal może rosnąć w gorących strefach klimatycznych i w bardzo podłych warunkach. Afrykanerzy wykradli sadzonki wraz z Brazylijczykami i to oni teraz stanowią sizalowy potęgi. Hacjendy znowu podupadły a koszty ich utrzymania powodowały ich porzucanie. Dzisiaj stanowią znowu spory majątek dzięki turystą i stały się miejscami wielu imprez typu wesela i inne imprezy rodzinne.

Front hacjendy

To właśnie jest sisal

Na coś musieli dzwonić, nie dopytałem

Lunch był w cenie wycieczki

Przed torijas była zupa. Tortillas to placki kukurydziane z rożnym nadzieniem

No i ten piec oczywiście wciąż używany.

Po strasznym żarciu czas zrzucić wagę.

Pozdrawiam z Yukatanu.