Ponad chmurami

Droga z Guayaquil do Cuenki to około dwustupiecdziesieciokilometrowy odcinek. Pokonaliśmy go już dziesiątki razy. W Guayaquil znajduje się bowiem lotnisko, z którego odlatujemy w świat i na, które przylatujemy wracając do domu. To portowe i zarazem największe miasto Ekwadoru oddzielają od Cuenki Andy. Nie ma innego wyjścia trzeba je przeciąć aby dostać się z jednego miasta do drugiego.

Tak się niefortunnie składa, że nasze odloty i przyloty powodują, że ową trasę pokonujemy albo jeszcze przed wschodem słońca albo już po jego zachodzie.

Uciekają nam zatem widoki, które są dane tym, którzy jadą tą trasą, szczególnie w słoneczny dzień. Nam się to też udało, było to jednak na tyle dawno, że nie wszystko pamietam.

Kierowca taksówki, który dostarcza nas i odbiera z lotniska, pokonuje tą trasę jednak bardzo często i to w rożnych porach dnia i roku. Zamieszcza co ciekawsze zdjęcia z tej trasy na swoim profilu na FB. Niedawno właśnie to zrobił. Zdjęcie bardzo mi się spodobało. Dziś miałem możliwość rozmawiać z nim i zgodził się na jego skopiowanie u mnie.

Bez specjalnego zatem przedłużania, oto one.

Mniej więcej godzina od Cuenki

Znad rzeki widoki.

Postanowiłem przez chociaż tydzień trzymać się z dala od polityki. Wredna ona jędza, wyzwala we mnie wszystkie najgorsze odruchy. Nie zapieram się, że do niej nie wrócę, bo Jarosław nikomu nie chce pozwoli zapomnieć ani o sobie ani o tej jego, pełnej dziwnych ludzi, partii.

Póki co będę was terroryzował widokami znad mojej rzeki. Może i wam się spodobają.

W poszukiwaniu wody

Kamienie na przeszkodzie, niewiele jednak mogą

Dookoła świat sprzed tysiąca lat.

A szum rzeki słychać 24/7

Oprócz

Mieszkanie w górach, z dala od miasta ma ta właśnie przewagę, że w sytuacji jak obecna, związana z podwyżkami cen, jestem z dala od tego całego zamieszania. W środę byliśmy w Cuence na naszych, raz na dziesięć dni zakupach. Wieczorem pan prezydent ogłosił swoje plany. Już w czwartek rano drogi były zablokowane przez taksówkarzy i właścicieli wszelkiego rodzaju busów. Nie wybieram się do Cuenki bo wyrosłem już z tego typu niezdrowej ciekawości. Nasz Słowak, który niespodziewanie zjechał wcześniej, jednak nie mógł wytrzymać i pognał na swojej motorynce do miasta. On w przeciwieństwie do nas uwielbia być w centrum każdej sytuacji. Czego zamieszkał z dala od miasta, sam do dzisiaj nie potrafi na to pytanie udzielić odpowiedzi.

My, wykorzystując piękna pogodę poszliśmy na przechadzkę po okolicznych górach. Teren mało znany i z daleka od tras turystycznych. Można się pozachwycać widokami i nacieszyć panującą dookoła ciszą.

Oderwać się od rzeczywistości, która gdzie nie spojrzysz wszędzie jest zniechęcająca to dla nas najlepsza metoda na spokój wewnętrzny. A gdy do tego dojdą te widoki to już tylko mam w głowie słowa piosenki Maanamu „Oprócz”. Oprócz drogi szerokiej, oprócz góry wysokiej, oprócz kawałka chleba, oprócz błękitu nieba nic mi więcej nie potrzeba.

Lewy dolny róg to mój paluch w obiektywie.😂

Te promienie zobaczyłem dopiero na zdjęciu.

Wodospad w Giron

Cuenca otoczona jest Andami. Bez względu z jakiej strony się do niej wjeżdża lub z niej wyjeżdża trzeba odrobine pod górkę a potem dopiero z górki. Góry oferują olbrzymią ilość miejsc widokowych. Do jednych można dojechać do innych trzeba jednak dość. Z tym nie ma największego problemu. Ilość tras wspinaczkowych o rożnym stopniu trudności definitywnie zadowoli każdego z miłośników tego typu wypoczynku.

Jedną z mniej znanych atrakcji, która znajduje się o pół godziny jazdy od miasta są górskie wodospady położone w miejscowości Giron. Długo odkładaliśmy wycieczkę w tamte strony. Kiedy jednak półtora roku temu odwiedzili nas znajomi postanowiliśmy im zaproponować wyprawę.

Nasz taksówkarz, który zna okolice bardzo dobrze posłużył nam za przewodnika. W Giron zasadniczo znajdują się dwa wodospady. Jeden z nich jest bardzo łatwo dostępny, drugi natomiast wymaga więcej wysiłku i dwugodzinnej wędrówki dzikim szlakiem. Nie zdecydowaliśmy się na oba. Postanowiliśmy zaliczyć tylko ten łatwiej dostępny.

To co zobaczyliśmy było jeszcze jednym przykładem piękna natury. Może następnym razem zdecydujemy się na spotkanie z wodospadem położonym wyżej. Póki co pare fotek z tego co widzieliśmy.

Droga i wodospad

O podnóża sadzawka do pływania.

Widok z boku

A na koniec takie cudo nam się przytrafiło. Tęcza poniżej nas.

Na humoru poprawę

Z mojej emailowej księgarni, rzecz o bacy dzisiaj będzie.

Siedzi Baca na drzewie i piłuje gałąź na której siedzi.
Widzi go przechodzący turysta i krzyczy:
– Baco spadniecie !
– Ni, nie spadnę !
– Spadniecie !
– Ni !
– No mówię wam że spadniecie !
– Eeee, ni spadne !
Nie przekonawszy bacy turysta poszedł dalej. Baca piłował, piłował aż spadł.
Pozbierawszy się popatrzył za znikającym w oddali turystą i rzekł :
– Prorok jaki, cy co ?

Siedzi baca na przyzbie, podchodzi turysta:
– Co robicie baco?
– A tak sobie siedze i myśle.
– A to wy zawsze tak ?
– Nie, ino jak mam czas.
– A jak nie macie czasu ?
– To sobie tylko siedze.

Był wypadek w górach, rozbił się maluch o drzewo.
Zebrało się dużo widowni, wreszcie przyjechała policja.
Wypytują każdego z widzów czy widział jak to się stało.
Nikt nic nie widział, aż jeden z nich zaproponował że zapewne Baca coś widział.
Podchodzą więc policjanci do Bacy i pytają się:
– Baco, widzieliście ten wypadek?
– Ano widziołem.
– Powiecie nam jak to się stało.
– Ano widzicie panowie to drzewo.
– Widzimy
– A oni nie widzieli.

Idzie baca przez połoniny i widzi jak turysta robi pompki dla zdrowia.
Stanął i kiwa głową z podziwem i mówi:
– Różne ja wiatry widziałem, ale żeby babe spod chłopa wywiało…?

Oddział terenowy Centralnego Biura Śledczego, Nowy Targ.
Dzwoni telefon:
– Centralne Biuro Śledcze, słucham…
– Kciołem podać, co Jontek Pipciuch Przepustnica chowie w stosie drzewa marychuanem.
– Dziękujemy za zgłoszenie, zajmiemy się tym.
Następnego dnia w obejściu Przepustnicy zjawia się grupa agentów CBŚ. Rozwalają stos drewna, każdy klocek precyzyjnie rozszczepiają siekierką, ale narkotyków ani śladu. Po kilku godzinach, wymamrotawszy niewyraźne przeprosiny, odjeżdżają.
Stary Przepustnica patrzy w zadumie to na drogę, którą odjechali, to na stos drewna. Nagle słyszy telefon. Wzrusza ramionami, wchodzi do chałupy, odbiera.
– Hej Jontek! Stasek mówi. Byli u ciebie z Cebeesiu?
– Ano byli. Tela co pojechali.
– Drzewa ci narąbali?
– A narąbali.
– Syćkiego nojlepsego we dniu urodzin, hej
!

Idzie góralka brzegiem strumienia, a po drugiej stronie chłopaki.
– Ej Maryś, pójdź do nas!
– Nie pójdę bo mnie zgwałcicie!
– Ej, nie zgwałcimy!
– To po co ja do was pójdę

Wesołego piątku.

Z apartamentu do oazy spokoju.

Tysiące myśli przechodziło przez nasze głowy gdy wreszcie staliśmy się właścicielami naszego apartamentu. Nie byliśmy gotowi zamknąć rozdziału Stany ale wiedzieliśmy, że zbliżamy się do tego momentu. Mieszkanko miało służyć tylko nam. Nie planowaliśmy wynajmu. Jak to jednak zwykle bywa my swoje, życie swoje. Dowiedzieliśmy się niespodziewanie o człowieku, który organizował wyjazdy emerytowanych absolwentów wielu uczelni amerykańskich, niczym na kolonie. Czterotygodniowe turnusy połączone były z poznawaniem kultury, nauką języka i zwiedzaniem. Punktem wyjściowym była Cuenca. Turnusy składały się na ogół z dwudziestu uczestników, których należało zakwaterować w miarę blisko siebie.

Nasz apartament spełniał ich oczekiwania. Szybko dogadaliśmy się co do warunków zastrzegając sobie prawo do swojego pobytu z odpowiednim wyprzedzeniem.

Potrzebowaliśmy więcej czasu na podjęcie ostatecznych decyzji. Wynajem pozwalał nam na przyjazdy w terminach wygodnych dla nas. Jednocześnie zawsze czekało na nas trochę gotówki na nasze potrzeby.

Kolejne wizyty w Ekwadorze to była przede wszystkim potrzeba poczucia czy możemy się tu znaleźć. Z każdą wizytą czuliśmy się lepiej. Coraz lepiej poznawaliśmy miasto, poznaliśmy za każdym razem więcej ludzi i tych ze Stanów i tutejszych. Życie tutaj wydało nam się mniej skomplikowane i prostsze, że nie wspomnę o kosztach utrzymania. Oglądaliśmy wiele miejsc w okolicy aż trafiliśmy na naszą oazę spokoju. Kości zostały rzucone, decydując się na zakup działki wiedzieliśmy, źe nasz czas w Stanach dobiegł końca.

Nie zamknęliśmy drzwi, otworzyliśmy jedynie nowe.

W drodze przez Andy

Jednym z największych niedostatków Cuenki jest brak lotniska. Znaczy się jest krajowe ale jedyne połączenie jakie ma to jest z Quito stolicą Ekwadoru. To połączenie byłoby nawet dobre gdyby nie trzeba było w w Quito długo czekać na lot do Stanów. Latamy zatem z Guayaquil, do którego dojeżdżamy taksówką. Koszt jej jest niższy niż dwóch biletów lotniczych do stolicy, zatem ma to sens. Jedyną uciążliwością jest fakt, że w ten sposób nasza podróż wydłuża się o około czterech do pięciu godzin. A człowiek im „młodszy” tym bardziej niecierpliwy.

Gdy wracamy to również przelatujemy do Guayaquil. To jest port nad Pacyfikiem. Lądujemy zatem na poziomie oceanu. Po około półtorej godziny jazdy zaczynamy się wspinać w Andy. W najwyższym punkcie zwanym Trzy Krzyże osiągamy wysokość ponad cztery tysiące sto metrów. Od tego momentu zjeżdżamy w dół do Cuenki, która znajduje się na wysokości dwa i pół tysiąca metrów nad poziomem morza.

Zwykle lądujemy około północy. Widoki w górach są zatem żadne. Zdarzyło na, się jednak pare razy pokonać ta trasę za dnia. Wielokrotnie tonęliśmy we mgle a pogoda na zewnątrz zmieniała się z godziny na godzinę.

Znalazłem pare zdjęć z jednego z naszych powrotów. Chmury i słońce na horyzoncie robiły niesamowite wrażenie. Osadzie sami.

Niebo wyglądało bardzo groźnie.

Ale to co było w oddali napawało optymizmem

W sumie widok był niesamowity i nic więcej.

A koło domu już było normalnie.

Powrót na autostradę

Ostatnie dni nie należały do najlepszych. Wiadomości napływające ze Stanów wstrząsnęły nami. Slogany typu – życie toczy się dalej, odejście to część życia – w takich momentach jakby stawały się bezuczuciowymi frazesami, które wymyślił ktoś, kto nie wie o czym mówi.

Choć brzmią one pusto, nie ma innego wyjścia. Trzeba iść do przodu. Otaczająca nas przyroda wpływa kojąco. Taki sam efekt ma również i cisza, i spokój jaki panuje w naszej dolinie. Takie otoczenie z dala od zgiełku pozwala na wyciszenie i rozmowę z samym z sobą.

Oczywiście jeśli nie ma nic do zrobienia w ogródku. A tam pracy nigdy nie brakuje. Zawsze na ten fakt narzekam. Wczoraj jednak to dodatkowo pozwoliło mi odwrócić uwagę od przytłumiających myśli.

Wracam zatem dziś w moim blogu na moją niecierpiąca słabości autostradę oferując kolejną porcje fotek.

W dole most nad strumykiem, który pokazywałem ostatnio. Ta różnica poziomów ma miejsce na odległości około stu stu pięćdziesięciu metrów.

Stopień posiadania w Ekwadorze jest bardzo rożny. To nie jest żaden standard ale i tak ludzie żyją.

Jako jedni z niewielu wciąż nie posiadamy samochodu🙂

I jeszcze jeden widok na dolinę z jakiegoś miejsca na „autostradzie”.

W stronę słońca.

Dziś znowu w podróży. Tym razem na południe w stronę słońca, tam gdzie panuje ciepło o tej porze roku, opuszczam pagórki, wyruszam w góry.

Zajmie mi to zapewne cały dzień. Dwa lotniska, przesiadki, kontrole i te wszystkie przyjemności związane z lataniem i przemieszczaniem się miedzy państwami. Męczący dzień to będzie ale jutro nad ranem otworzę drzwi domu, które zamknąłem stanowczo zbyt dawno temu.

Na koniec pare „pocztówek” z okolicy.

Przełom rzeki Delaware

Delaware River

Okoliczne pagórki.

Czas do domu. Do następnego.