Impresje z podróży.

Zalegliśmy do spania mniej więcej o dziesiątej. Pobudka miała być o drugiej nad ranem. O trzeciej wyjazd. Tylko jak tu przekazać to ciału, które zwykle chadza spać na chwile przed północą.

Nie będzie spało i już. Miotałem się pewnie ze dwie godziny … akurat do północy zanim odpłynąłem w krainę snu. Jeszcze pewnie dobrze nie zasnąłem a tu już zegarynka komputerowa obwieściła drugą.

Ta godzina w górach na wysokości trzy tysiące metrów to odrobine chłodno. Mamy zjechać nad poziom morza, tam zaś będzie duszno i o wiele cieplej. W krótkim rękawku u mnie nie wyjdzie, trzeba coś cieplejszego narzucić a potem do plecaka. Gorzej ze spodniami. Krótkie nie wchodzą w grę. Trzeba będzie do końca trasy w długich.

Jest już nasz kierowca. Obleciałem chatę siedem razy dookoła. Wszystko wygląda zamknięte. Myśl wredna jednak mnie atakuje cała drogę, że czegoś nie sprawdziłem. Niech się dzieje wola nieba.

Zjeżdżamy pięćset metrów w dół potem dwa tysiące do góry. A potem już z górki na pazurki do samego oceanu.

Pospałbym jednak jeszcze trochę, a tu pasuje pogawędzić z kierowcą, bo lepiej by było, żeby jemu się nie drzemało na andyjskich serpentynach. Nasza podróż mogłaby się wtedy skończyć przedwcześnie.

Dotarliśmy wreszcie na poziom morza. Stąd jeszcze godzina z małym hakiem do lotniska. Nie dam rady. Spanie mnie ogarnęło, powieki zbyt ciężkie. Zamknąłem oczka tylko na chwilę. Nasz taksówkarz chyba zauważył, że nie odpowiadam na jego słowne zaczepki. Zdecydował się na muzykę. Nie mógł nic lepszego wymyślić. Z głośników popłynęła słodka Sade z genialnym wręcz usypiaczem Smooth Operator. Świetny wręcz song no i artystka z tym swoim jedynym w rodzaju głosem. O bogowie snów, to była wręcz genialna dawka pięknej muzyki do dopłynięcia w krainę marzeń.

Ale co to. Otwieram dopiero co zamknięte oczy a tu już lotnisko. Niech to szlag. Koniec spania. Patrzę lekko przytomny na zegarek. Do odlotu jeszcze ponad trzy godziny. Sade gdzie zniknęła, już jej nie ma. Na zewnątrz zgodnie z przewidywaniami bardzo ciepło choć to tylko szósta rano. Guayaquil leży and samym oceanem. Zjechaliśmy w trzy godziny ponad cztery tysiące kilometrów w linii prostej. Różnica temperatur pewnie około piętnastu stopni.

Zdamy najpierw bagaże. Potem zrzucę z siebie nadmiar okrycia.

Dobrze, że nie zrzuciłem. W hali lotniskowej klima wali pełną parą, chłodniej niż u nas w górach. Pochlastało ich chyba. Dobrze, że się cieplej ubrałem.

Zdaliśmy bagaże, pogawędziliśmy z pogranicznikomi na temat gdzie po co, na co i dlaczego. Jeszcze wiązka promieniowania czy czasem nie mam czegoś w portkach. Owszem mam ale nie to czego szukali😂😂😂. I już jesteśmy w poczekalni. Dwie i pół godziny do odlotu. Walnąłby się gdzieś ale jakoś nie wypada. Lotnisko małe, ma chyba siedem wejść do samolotów. Sklepy oczywiście już otwarte ale ceny o moja matko. Dziękuje, odeszła mnie ochota na cokolwiek. Parę spacerów. Od jednego końca do drugiego i wreszcie w samolocie.

Zdrzemnąłby się człowiek. Zapomnij jednak. Siedzenie całkiem wygodne tylko, że pozycji jakoś nie idzie zmienić. Łeb sam opada to na lewo, to na prawo, po czym następuje to bolesne rozbudzenie. Co się dzieje, gdzie ja jestem?

Po piętnastu godzinach dotarliśmy do Meridy. Na zewnątrz burza. Odbiera nas córcia z mężem. Wychodzimy z lotniska. Jest kilka minut po szóstej wieczorem.

Wychodzimy z budynku…o boziu…my chyba w jakieś piekło popadli, jak powiedział Pawlak gdy zobaczył czarnego księdza. Tylko, że tu nie o księdza idzie. Qu..a jak gorąco.

Foty z aparatu

Przygotowując się do wyjazdu, sprawdziłem co z mojego sprzętu robi zdjęcia. Wiadoma sprawa, komputery dzisiaj i telefony to również przenośne aparaty fotograficzne. Dobrze jednak mieć również urządzenie, które kiedyś służyło tylko do robienia zdjęć czyli…aparat fotograficzny. Postanowiłem wziąć go również ze sobą bo łatwiejszy w obsłudze w trakcie spacerów.

Zdjęć z niego nie mogłem jednak używać do moich wpisów bo nie było jak ich przetransferować na komputer. Po powrocie do domu właśnie je przeniosłem i pare najbliższych wpisów to będą foty z aparatu.

Pierwszy dzień. Jazda przez Andy i park narodowy Cajas. W dolinach opadły chmury a my nad nimi.

Im wyżej tym chmurowe widoki ciekawsze.

Momentami poruszaliśmy się w chmurach a momentami po ich krawędzi

Nie wiem czy to specyfika Cajas, czy w górach jest tak wszędzie ale te chmurne pejzaże zaskakiwały mnie na każdym zakręcie.

Niespodzianka na drodze czyli osuwisko.

Ale już nad nim pracują.

Więcej zdjęć w następnym wpisie.

Ostatni etap

Wyspa zaliczona, Puerto Lopez zaliczone. W sumie poza hotelem, który niestety nie miał klimatyzacji, reszta była bardzo fajna. Miasto żyje przede wszystkim z turystów. Uliczki wokół plaż i w jej wzdłuż rzeczywiście wyglądały nieźle jak na warunki ekwadorskie. Hotele z wyjściem na ocean również prezentowały się lepiej niż te w centrum miasta. Widać zatem, że liczą tutaj bardzo na wszelkiego rodzaju podróżników, włóczęgów turystycznych. Stąd oczywiście lepiej dostać się na Isla de la Plata niż z Montañity, bo właśnie tutaj zaczynają swoją trasę wszystkie motorówki.

Mała Górka jednak cieszy się o wiele większą renomą od Puerto Lopez, pewnie z powodu możliwości zakupu marychy. Plażowo jest też zdecydowanie atrakcyjniejsza. Być może dlatego, że to mała mieścina a raczej wioska w przeciwieństwie do liczącego dwadzieścia piec tysięcy Puerto Lopez. W Montañicie królują turyści w Lopez jest to już bardziej wymieszane.

Tak czy inaczej czas ruszać dalej. Postanowiliśmy znowu odwiedzić miejsca, w których już byliśmy. Padło na Bahia del Caraquez i Canoa. Oba te miejsca zostały najbardziej dotknięte przez trzęsienie ziemi sprzed trzech lat. Dało się ono we znaki na całym wybrzeżu, lecz właśnie te dwa ostatnie miejsca ucierpiały pod każdym względem najbardziej. To tu zginęło również najwiecej ludzi i to właśnie tutaj popłynęło najwiecej funduszy na odbudowę. Niestety mogliśmy zobaczyć na własne oczy jak kiepsko gospodarzą oba miejsca.

Po trzech latach w obu miejscowościach wciąż straszą i są widoczne skutki tragedii. Nasłuchaliśmy się o przekupstwach, o przepłacaniu i o lokalnej korupcji. To okropne, że ludzie, których wybrano aby w czasach krytycznych nieśli pomoc, wykorzystują nieszczęście do własnego wzbogacania się. A historii takich słyszeliśmy sporo.

Bahia del Caraquez leży w wyjątkowo narażonym na kataklizmy miejscu. Ponad dwadzieścia lat temu miało tu miejsce katastrofalne trzęsienie ziemi a potem El Ñino zalewając miasto dokończył dzieła spustoszenia. Miasto odbudowano. Miało być ekologiczne, co w tym wypadku oznaczało samowystarczalne na wypadek odcięcia od świata. Jak ta odbudowa wyglądała pokazały wstrząsy sprzed trzech lat. Najbardziej widowiskowa ulica przy której stały pokazowe apartamenty swieci pustakami. Wieżowce stoją z popękanymi ścianami i czekają na decyzje „zapracowanych” swoimi sprawami biurokratów. Żałosny widok. Byliśmy tam pięć lat temu. Miasto przyciągało inwestorów cieszyło się popularnością wśród imigrantów. Niewiele z tego pozostało bo tępi politycy widzą tylko czubki własnego nosa.

Nie inaczej sytuacja ma się w Canole. To przy Bahii, mała osada rybacka. Jednak tutaj Pacyfik stwarza świetne warunki do pływania na desce surfingowej. I tu było pełno życia podczas naszej ostatniej wizyty. Tutaj widać odrobine efekty pracy oficjeli ale i tu sprzeniewierzono ogromne pieniądze. Ta wizyta potwierdziła to o czym mówi wielu Ekwadorczyków, korupcja w polityce jest niczym rak na zdrowym organizmie. Widać i tu jak na całym świecie do władzy najczęściej dochodzą odpady śmietnikowe.

Po trzech latach od trzęsienia życie powoli wraca do normy. W Canoa pojawiają się już turyści. Najbardziej popularna restauracja jest własnością Holendra, a poznany Norweg remontuje swój hotel. Najbardziej tłoczno jest tutaj podobno w sierpniu i lutym. Nam się zatem udało ominąć nadmiar ludzi. Nie zależnie od tego plaża w Canoa przyciąga zawsze sporo młodzieży. Zjeżdżają się oni przede wszystkim w swoich wypasionych pick-apach. Co ciekawe, na pace montują zestaw radiowo głośnikowy i hulaj dusza piekła nie ma. Ryk z takiego “radiowozu” jest całkiem niczego sobie. Na szczęście ma to miejsce przede wszystkim w soboty i niedziele. Na nieszczęście my dotarliśmy do Canoy późnym popołudniem w niedziele. Po powrocie ze spaceru rozłożyliśmy się w naszym pokoju gdy nagle jakiś maniak postanowił pochwalić się swoim sprzętem i zachęcić nas do swojej muzyki. Po piętnastu minutach tego wątpliwej przyjemności spektaklu, poprosiłem naszego hotelowego aby pogadał z nawiedzonym wielbicielem lokalnej muzyki i spowodował odrobinę skręcenia głosu. Nie zgadniecie odpowiedzi. Jak się dowiedziałem ten boom boom box znajdował się na publicznej ulicy i nawet policja nie miała prawa go uciszyć. Na szczęście po następnych dwudziestu minutach to „cacko” odjechało ku naszemu zadowoleniu.

Smutno było patrzyć i porównywać to co było do tego co jest. Pogoda jednak dopisała, w hotelu klima i pusta plaża z kilkoma zwolennikami oceanicznych kąpieli, to było całkiem niezłe przed czekającym nas powrotem. Dobiliśmy do końca trasy. Dalej na północ ponoć trzeba się liczyć z narkotycznymi rozgrywkami. Czas zatem wracać do domu. Spisywać to co widziałem, póki pamietam.

Pieniądze zniknęły, budynki stoją a złodzieje czekają na turystów i inwestorów

Do wynajęcia. Jacyś chętni?

Plaży w Bahii też nie ma komu posprzątać

Canoa. Po lewej jadłodajnie, po prawej hotel. Ulica miała być pokazowa.

Restauracja – hotel. Właściciele Holendrzy. Oni mogli odbudować.

Puerto Lopez wczoraj i dzisiaj

Tym razem korzystamy ze standardowego autobusu komunikacji średniodystansowej. Dzień wcześniej ustaliliśmy gdzie znajduje się przystanek. Na nim po jednej stronie schowani byli przed słońcem jacyś zawiadowcy ruchu autobusowego. Od razu poznali w nas, że mają do czynienia z kimś kto nie ma pojęcia o tutejszych zasadach ruchu autobusowego. Powiedzieliśmy gdzie chcemy się udać i okazało się, że jesteśmy po przeciwnej stronie ulicy. Małe piwo. Jeden z nich nas przeprowadził i okazało się, że właśnie nadjeżdżał nasz środek lokomocji. Mocno wypełniony młodzieżą pewnie wracającą po szkole. Radosny zgiełk, otwarte okna zdawały się nam przypominać nasze dojazdy na uczelnię.

Po godzinie jazdy dotarliśmy do celu. Bilet kosztował nas dwa dolce i pięćdziesiąt cenciszów na człowieka a pan konduktor pofatygował się do naszych siedzeń aby poinformować nas, że autobus właśnie zatrzymał się w Puerto Lopez i powinnismy ruszyć nasze cztery litery i go opuścić. Znaczy zrobił to w o wiele sympatyczniejszym tonie.

Radość o poranku. Teraz tylko znaleźć naszą noclegownie i jesteśmy w domu. Szelki plecaka mocna dają mi się we znaki, nie z powodu ciężaru na plecach ale przede wszystkim z powodu znaków po kąpieli słonecznej. Plecy pieką a plecak się przesuwa po nich wraz z naramiennikami, które ostro szorują po opalonych miejscach. Cierp ciało jak żeś chciało. No, chciałem się ociupinkę odpalić ale nie przypalić. No cóż, słońce na równiku nie bardzo rozumie człowieka z chłodnych stref klimatycznych.

Mniejsza o to. Ledwie postawiliśmy nasze stopy na trotuarze i już zjawił się przy nas jakiś poliglota i łamaną angielszczyzną wypytał nas o cel naszej podróży i hotel, w którym się zatrzymujemy. Zadowolony, że wyniuchał turystów, już po chwili zatrzymał dla nas trójkołowca, czyli taki motor z budką na tylnym siedzeniu i już zmierzaliśmy do naszego miejsca zakwaterowania. On oczywiście za nami, a jakże. Miał bowiem parę opcji tras turystycznych, które chciał nam polecić. Jedną z nich jeszcze przed przyjazdem do Puerto Lopez chcieliśmy zaliczyć. Dogadaliśmy się zatem co do szczegółów i oboje zadowoleni, my przede wszystkim z powodu szybkiego znalezienia hotelu, a on prawdopodobnie z powodu prowizji jaką pewnie otrzymał od agencji za narajenie jej dwóch chętnych na wycieczkę krajoznawczą, pożegnaliśmy się uściskiem ręki.

Ruszyliśmy na przegląd miejsc, które pamiętaliśmy z ostatniego razu. Widać spore zmiany na lepsze. Widać jednak również, źe podróżujemy poza sezonem turystycznym, bo jednak nie widać zbyt wielkiego ruchu. Odnaleźliśmy szkielet wieloryba skonstruowany ponoć z autentycznych kości tego ssaka, którego wyrzucił w tych okolicach ocean. Zwierze było chore a przebieg i smutny koniec opisywały kolejne tabliczki.

Znaleźliśmy też słup z przybliżonymi odległościami do najważniejszych miast świata. Na próżno jednak szukaliśmy Warszawy. Może i była z nią gdzieś schowana klepka, tylko nasze oczy już lekko kiepskawe. Może.

Puerto Lopez leży w zatoce w przeciwieństwie do Montañity, stąd plaża tutaj sprawia wrażenie mniejszej. Miejsca na niej było jednak pod dostatkiem.

No i wreszcie dotarło do nas, źe życie na wybrzeżu zaczyna się w okolicach ósmej. Wcześniej jest zbyt gorąco i leniwie. Po siódmej zachodzi słońce i można wreszcie oddać się zabawie na plaży o czym świadczyły dobiegające nas głosy ichniej muzyki. I nie dziwota, zaczynał się weekend.

Szkielet wieloryba

Kierunki i odległości do różnych miast.

Wypatrzylim nawet miasto Orbana

Nie może zabraknąć oczywiście zachodu słońca. Wiem, wiem przynudzać…

Zatoka Puerto Lopez. A na płazy szaleją kraby. To ich ślady na piasku.

Ekwadorskie początki

Zanim jednak dobiliśmy po raz pierwszy do Ekwadoru trzeba było nasz pobyt zaplanować. Chodziło przede wszystkim o to co chcemy zobaczyć, gdzie pojechać w kontekście ewentualnego zainwestowania w zakup czegokolwiek. Ja się do tego nie nadaje, nie mam cierpliwości do czytania informacji, przeszukiwania rożnych stron internetowych, to nie należy do moich silnych stron. Luśka zatem przygotowała nam ekwadorski rozkład jazdy.

Okazało się również, że żona naszego znajomego Ekwadorczyka jest księgową, specjalistką w rozliczeniach podatkowych. Jedną z jej klientek była, co za zbieg okoliczności, Ekwadorka, której syn miał swoją agencje turystyczną w Quito.

Nawiązaliśmy z nim kontakt, przekazaliśmy co nas interesuje a on miał nam opracować dwutygodniowe zwiedzanie. Dzięki poczcie elektronicznej byliśmy z nim cały czas w kontakcie. Wciąż nas zapewniał, że wszystko jest przygotowane na masz przyjazd, trasy opracowane, hotele zarezerwowane przewodnicy wynajęci.

Pełni emocji i trochę niepewni przyszłości wylądowaliśmy w Quito. Tu nas odebrała kuzynka znajomego Ekwadorczyka. Przywitała nas kwiatami, co było wyjątkowo miłe. Spędziliśmy u niej trzy dni w trakcie, których pokazała nam Quito, okolice oraz miejsce przez, które przebiega równik. Cudowna kobieta poświęciła nam mnóstwo czasu, użyczyła swego domu, nie oczekując niczego w zamian.

W międzyczasie byliśmy w kontakcie z agencją, która miała przygotować nam zwiedzenie Ekwadoru. Wreszcie, już po naszym przylocie przedstawili nam cenę całości. Sama cena nie była problemem, lecz fakt, że nie chcieliśmy przeznaczać na tę opłatę naszych pieniędzy kieszonkowych. Jak to Amerykanie mieliśmy pare kart kredytowych, które bez problemu mogły unieść koszt naszej eskapady. I tu zaczęły się problemy bo do kosztu wycieczki nasz wspaniały agent doliczył ekstra 10% kosztów manipulacyjnych karty kredytowej. Czuliśmy jak w pułapce. Jesteśmy na miejscu i zostaliśmy trochę wystawieni do wiatru. Gdyby nam podano cenę przed wylotem, moglibyśmy przetransferować pieniądze i zaoszczędzić te 10%. Nasz agent miały na tyle czasu aby to wszystko tak załatwić, bo wiedział o naszym przyjeździe na półtora miesiąca przed jego terminem. Przecież to jednak nie jego pieniądze. Daliśmy mu do zrozumienia, że jesteśmy bardzo niezadowoleni z takiego nas potraktowania. Zaproponował nam więc jednodniową wycieczkę, która miała być formą przeprosin. Zawsze coś, pomyśleliśmy i zgodziliśmy się zwłaszcza, że po części mogliśmy zobaczyć jedno z miejsc na naszym rozkładzie jazdy.

Gdzieś coś jednak zostało zgubione w tłumaczeniu pomiędzy językami. Nie powinno bo i on i my rozmawialiśmy po angielsku. Okazało się, że owa „przeprosinowa” wycieczka to kolejne sto zielonych. Znowu rozmowy, wyjaśnienia, tłumaczenia. Wydawało nam się, że doszliśmy do porozumienia. Wieczorem w naszym hotelu zjawił się przedstawiciel agencji celem odbioru zaliczki na pokrycie kosztów naszej wycieczki. Nazajutrz mieliśmy zacząć naszą ekwadorską przygodę. Daliśmy mu żądane sto dolców i z nadzieją oczekiwaliśmy jutra.

Na pół godziny przed planowanym odebraniem nas z hotelu, zdaliśmy klucze do pokoju i spakowani czekamy na agenta. Piętnaście minut spóźnienia to norma. Kiedy jednak minęło pół godziny zaczęliśmy się denerwować. Luśka postanowiła sprawdzić pocztę elektroniczną. A tam niespodzianka. Jest wiadomość od agenta, że z uwagi na niemożliwość dogadania się z nami zdecydował się na unieważnienie naszej wycieczki.

Wszędzie są podli ludzie i wszędzie są rownież wspaniali. Zadzwoniliśmy do naszej trzydniowej opiekunki, która nawiasem mówiąc była lekarzem. Ponownie nas przygarnęła, znalazła alternatywną agencje i juz nazajutrz byliśmy w podróży. Nie byliśmy w dobrych humorach. Wtedy więcej przemawiało za porzuceniem pomysłu o Ekwadorze niż za jego kontynuacją.

Najważniejsze jest jednak nie poddawać się chwilowym nastrojom. One często są mylne. Tak się okazało w naszym przypadku, skoro jednak tu jesteśmy.

A jak doszło do wyboru Cuenki, to w następnym wpisie. Przyrzekam Szarabajko.

W stronę słońca.

Dziś znowu w podróży. Tym razem na południe w stronę słońca, tam gdzie panuje ciepło o tej porze roku, opuszczam pagórki, wyruszam w góry.

Zajmie mi to zapewne cały dzień. Dwa lotniska, przesiadki, kontrole i te wszystkie przyjemności związane z lataniem i przemieszczaniem się miedzy państwami. Męczący dzień to będzie ale jutro nad ranem otworzę drzwi domu, które zamknąłem stanowczo zbyt dawno temu.

Na koniec pare „pocztówek” z okolicy.

Przełom rzeki Delaware

Delaware River

Okoliczne pagórki.

Czas do domu. Do następnego.

Ach te kości i to ciało.

Moje niezbyt młode kości

Bardzo mocno złości

Stref czasowych zmiana

Zatem dzisiaj już od rana

Jęczą, płaczą i zgrzytają,

Że się na to nie zgadzają,

Źe dość mają już podróży

Bo im wcale to nie służy

Przecież bilet mam kupiony

I dla siebie, i dla żony

To wydatek dla mnie spory

Zaprzepaścić, byłbym chory

I do domu wrócić muszę

Więcej stamtąd się nie ruszę

Udobruchać je próbuje

Lecz to wcale nie skutkuje

Wręcz odwrotnie, jakby opętane

Aplikują bóle dotąd mi nie znane

Pot wyskoczył mi na czoło

Aspiryny szukam wkoło

Gdy mi wpadła myśl takowa,

Że bólami rządzi głowa

Ona kościom rozkaz dala

Pora strajków jeszcze nie nastała

Pod naporem świadomości

Ustąpiły bóle moich kości

Myśl się jednak zasiedliła

Ostra taka niczym piła

W życiu często tak już bywa,

Że gdy człowiek by odkrywał

Nowe światy, nowe kraje

To mu ciała już nie staje

Komu w drogę temu czas…

Znowu walizki poszły w ruch. Od pół roku zalegały bezpiecznie schowane w pralni. Dla oszczędności miejsca włożone jedna w drugą o czym kompletnie zapomniałem. Ich ciężar przy próbie ściągnięcia ich z szafek uzmysłowił mi, że coś jest nie tak i wtedy właśnie przyszło olśnienie: jedna w drugiej.

Gdzieś moja tężyzną fizyczna musiała ze mnie wyparować, bo jakoś nie mogłem sobie przypomnieć problemów z ich ulokowaniem tam gdzie stały. A może jednak szwankuje moja pamięć? Lepiej chyba przestanę o tym myślec bo nie doprowadzi to do niczego dobrego.

Lubię podróżować, przemieszczać się z miejsca na miejsce, poznawać nowe. Nie każda jednak podróż właśnie z tym się wiąże. Ostatnio cześciej kursujemy na tej samej linii, która prowadzi z Ekwadoru do Stanów i dalej do Polski. To bardziej wycieczki do rodziny niż zwiedzanie. Z drugiej strony dobrze jest od czasu do czasu przypomnieć rodzince o swoim istnieniu a i samemu sobie odświeżyć pamięć o niej to też nic zdrożnego.

Opanowaliśmy już te loty przez trzy kontynenty. Mamy swoje bazy, jeśli tak to można określić, i w Stanach, i w Polsce. Służą one nam nie tylko jako miejsca postoju ale również składowiska naszych rzeczy przeróżnych w szczególności ciuchów.

Powinno być zatem łatwiej. Nic z tych rzeczy, bo kto by w końcu pamiętał co zostało w „bazie” pół roku temu? Co wziąć, a czego nie zachodzi potrzeba, dręczące pytanie przy każdym pakowaniu. Ekscytacja ze zbliżającej się podróży powoli zaczyna ustępować frustrującym myślą, żeby czegoś nie zapomnieć. Cały wic polega na tym żeby nie wziąć zbyt mało ani za dużo, tylko właśnie w sam raz, zwłaszcza, że zależy nam też na wolnym miejscu w walizkach bo przy każdym powrocie do domu chcemy opróżniać nasze „bazy”, które stają się powoli coraz mniej potrzebne a ich zawartość przestarzała czy niezbyt modna. Z każdym rokiem jest tego coraz mniej. Biorąc jednak pod uwagę, że każdy nasz pobyt to rownież zakupy czegoś tam, co wypełnia bagaże, to opróżnianie szaf z naszych rzeczy nie idzie w takim tempie jak byśmy sobie tego życzyli. To ma być przełomowy rok dla polskiej bazy, zobaczymy. Pewnie zostałaby ona już dawno opróżniona gdyby loty przez Atlantyk pozwalały na dwa bagaże po dwadzieścia trzy kilo na osobę, jak to ma miejsce na przelotach do Ameryki Południowej. To nam ułatwia rozprawienie się z naszymi pozostałościami w Stanach. To takie jednak drobne niedogodności przeprowadzek zwłaszcza tych kontynentalnych.

Niech się dzieje wola nieba, najwyżej czegoś zapomniałem. Dzisiaj wszystko i wszędzie można kupić. Lecimy zatem na spotkanie zimy i śniegu, które w Ekwadorze są nam obce. To też wywołuje we mnie mieszane uczucia. W mojej przestrzeni życiowej nie ma zbyt wiele miejsca na zimę i śnieg, płaszcze i traktory, czyli buty zimowe, czapki i rękawiczki, szaliki i inne ocieplacze. W życiu jednak często tak bywa, że ty swoje, ono swoje.

Dziewięćset kilometrów w dwadzieścia godzin

Drogę z Quito do Cuenki, nie w całości ale w sporej mierze stanowi tak zwana Aleja Wulkanów. Wiele z nich pozostaje czynnych chociaż nie wykazują żadnej aktywności od dłuższego czasu. Najbliżej stolicy Ekwadoru znajduje się Cotopaxi, którego szczyt sięga niemal pięciu tysięcy dziewięciuset metrów. Wdrapywaliśmy się na niego razem z Luśką i przewodnikiem podczas naszego pierwszego pobytu w Ekwadorze, aż nie do wiary, ale to było już dziewięć lat temu. Nie była to zbyt przyjemna wspinaczka bo zbocze pokryte jest jakimś wulkanicznym popiołem i wspinaczka po nim powoduje, że się cofa, pewnie pół kroku na każdy krok do przodu. Umordowaliśmy się okrutnie. Z parkingu dla samochodów mieliśmy przejść około trzysta metrów do schroniska. Poddaliśmy się po stu metrach mając naszej języki na wierzchu jak zdyszane psy. Chcąc przytoczyć jakaś ciekawostkę na temat tego „pagórka”, rzuciłem okiem na Wikipedię i ku mojemu kompletnemu zaskoczeniu okazało się, że ostatnia erupcja tego wulkanu miała miejsce już po naszej przeprowadzce do tego równikowego kraju bo w sierpniu 2015 roku trwając do stycznia następnego roku. Właśnie z tego względu był on zamknięty dla zwiedzania, dziwne gdyby nie był. Jak mówi Wikipedia od października ubiegłego roku znowu można się na niego wspinać. Mnie tam specjalnie do tego nie spieszno, wspinam się przecież dwa razy w tygodniu do domu i to mi w zupełności wystarczy.

To była nasza pierwsza podróż tym odcinkiem drogi. Rozłożony na tylnym siedzeniu przyglądałem się po kolei wynurzającym i znikającym kolejnym szczytów wulkanicznych pagórków. Na naszej trasie znajdowały się dwa miasta zaliczane do najwiekszych tego państwa: Ambato i Riobamba. O ile z Quito droga do tej drugiej miejscowości robi bardzo pozytywne wrażenie, momentami bowiem w jedną stronę są cztery linie, o tyle z Riobamba do Cuenki to już zupełnie inna historia. W okolicach Riobamba znajduje się Chimborazo, wulkan, którego ciekawostką jest fakt, że jego szczyt, mierzony od środka naszej planety znajduje znajduje się od niego najdalej, dalej nawet niż szczyt Everestu. To jest wulkan podobno juz nieczynny, ale kto go tam wie, skoro matka natura w ostatnich latach płata nam tyle niespodzianek. „Zdechlak” ten to niespełna sześć tysięcy trzysta metrów i podobnie jak w przypadku Cotopaxi jest on częścią parku narodowego. I tu rownież pare lat temu wspinaliśmy się cała rodzinką łącznie z dzieciakami. Udało mi się dotrzeć na wysokość pięciu tysięcy metrów. Luśka polazła sto metrów wyżej, gdzie usytulowane jest jeziorko czy może nawet jezioro. Skoro jednak pływać nie można to dla mnie mało opłacalny byłby to trud. Inna sprawa, że na tej wysokości woda niezbyt do takiej aktywności się nadaje.

Przyglądałem się otaczającemu krajobrazowi z tylnego siedzenia, nie czując się najlepiej po wciąż dokuczającym mi przeziębieniu. Od Riobamba droga zmieniła się kompletnie, bardziej już przypominając to co widzę na codzień. Ekwador to wciąż kraj na dorobku, infrastruktura drogowa każdego roku się polepsza, miejscami jest ona jednak „ciężkostrawna”. Byliśmy już w podróży pewnie z osiemnaście godzin od momentu wyjazdu z domu. Nagle Javier, nasz kierowca, zatrzymał się na środku drogi. Na zewnątrz było już ciemno a po naszej linii w najlepsze ktoś zabrał się do wyprzedzania sporej kolumny samochodów. Nikt go nie chciał wpuścić, zatem kontynuował wyprzedzanie, aż dłużej tego nie mógł robić bo właśnie my stanęliśmy mu na drodze. Na szczęście zatrzymał się tuż przed nami oczekując na możliwość powrotu na swój pas ruchu. Niestety to jest dość normalne w Ekwadorze. Przepisy ruchu drogowego, podwójne ciagle linie, wszelkiego rodzaju znaki drogowe to tylko takie nieistotne bzdury na drodze, które nikogo nie obowiązują i do niczego nie zoobowiązują. Przed nami stał autobus z pasażerami, którego kierowca gdzieś się spieszył wyprzedzając na podwójnej ciągłej i do tego pod górkę. Pewnie sadził, jak kierowcy naszych VIP-ów, że jemu tak wolno. Tym razem obyło się bez kolizji ale uczucie nie było zbyt przyjemne.

Po nieco ponad dwudziestu godzinach, w tym piętnastu jazdy dotarliśmy do domu. Przejechaliśmy prawie dziewięćset pięćdziesiąt kilometrów dla trwającego około pół godziny spotkania, które okazało się nikomu niepotrzebne. Gdyby jednak nie było głupich przepisów, rozporządzeń, ustaw, nakazów to gdzie by pracowała ta banda rządowych nierobów?

Ciało, dusza i podróżowanie

2013 312

Z przeprowadzonych badań na sobie wynika mi ewidentnie, że moja dusza lub jestestwo czy jakkolwiek inaczej się to nazywa, niemając formy fizycznej przystosowuje się do wszelkiego rodzaju zmian miejsca pobytu na ziemi relatywnie bez większych problemów. Co innego dzieje się z ciałem. Ta cześć mnie jest o wiele bardziej oporna i ma w wielkim powtarzaniu wszelkie moje próby przyspieszenia procesu aklimatyzacji do nowego środowiska. Dusza już od dawna cieszyła się na moją podróż i z jej stanu nawet jestem zadowolony. Ciało jednak nie chce podzielać mojego entuzjazmu i dokucza mi z sobie tylko wiadomych powodów. Dam mu jeszcze parę chwil na dostosowanie się do strefy czasowej a potem, jeśli nie zauważę współpracy, to będę zmuszony nakładać na nie jakieś kary za brak posłuszeństwa. Z drugiej strony, pośpiech w tym przypadku nie jest chyba wskazany, bo przecież kary mogą boleć a z natury nie toleruję bólu. W konsekwencji mogłoby się to przerodzić w niechęć to turystyki, która przecież wiąże się z podróżowaniem. Już po paru linijkach tego tekstu widać, źe rozwiazanie problemu nie będzie łatwe. Karać się nie da z uwagi na ból, na wszelkie przekupstwa moje ciało nie reaguje jakimkolwiek zainteresowaniem. Oszukanie go wprowadzeniem w stan halucynacyjny też nie wchodzi w grę z uwagi na ograniczony dostęp do tego rodzaju używek. Totalna kwadratura koła. Co gorsza cierpiące ciało negatywnie wpływa na stan ducha, którego siła niosła mnie do celu podróży. Najlepszym rozwiązaniem byłoby posiadanie kilku ciał. Dusza mogłaby się do nich przenosić w zależności od potrzeb, ożywiając je na określony czas. Te będące w stanie spoczynku odpoczywały sobie w oczekiwaniu na powrót ducha. Mając kilka ciał, używając je ekonomicznie, można by zapewne przedłużyć ich egzystencje a i swoją przy okazji. Należałoby jednak wcześniej wiedzieć gdzie te oczekujące na naszą duszę ciała umieścić Chociaż brzmi to zapewne dość futurystycznie i nierealnie to istnieje pozycja książkowa twierdząca, że istnieją ludzie, którzy potrafią przenosić się w czasoprzestrzeni w zaledwie kilka sekund z jednego końca świat an drugi. Nie używają oczywiście do tego kilku ciał, lecz mają zdolność, która umożliwia im tego rodzaju podróżowanie. Póki co mnie to jednak nie grozi ani jedna, ani druga metoda i w drodze powrotnej będę zapewne skazany na linie lotnicze. W pewnym sensie to też jest jakiś postęp w porównaniu z Titanikiem.