Świąteczne wspomnienia cz.2

Po niemal dwóch austryjackich latach wreszcie dobiłem do ziemi obiecanej, krainy mlekiem i miodem płynącej, wzoru demokracji, światowej potęgi. Dreams came true czyli marzenia się spełniły. Nie powiem, Stany w tamtych latach to był inny kraj. Dzisiaj pozostały po nim już tylko wspomnienia.

Chociaż wylądowałem na znanym większości Polonii nowojorskim lotnisku JFK to już następnego dnia znalazłem się w New Jersey. Tu przybywała większość moich rodaków sponsorowanych przez organizacje, która zdecydowała się pomóc i mnie. Był wrzesień, bardzo ciepły, zbliżała się jesień i amerykańskie Indian Summer coś na kształt naszej zlotej polskiej jesieni.

Grudzień jednak owego roku był wyjątkowo mroźny i śnieżny rownież. Święta nie zapowiadały się zbytnio atrakcyjnie bo ja tutaj a moi najbliżsi wciąż w Polsce. Zdążyłem jednak poznać bardzo wielu rodaków. Z wieloma z nich wciąż utrzymuję kontakt. Nie zostawili mnie samego. Tą wigilie też miło wspominam. Jednak to nie ona utkwiła mi tamtego roku najbardziej w pamięci.

Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Choinki oświetlone w centrach miast owszem ale drzewa przed domami, figurki na trawnikach, sceny religijne ustawione przed domem i to wszystko oświetlone, to był mój pierwszy raz. Jesli do tego dołożymy bardzo chłodną zimę, wszechobecny śnieg i drzewa pokryte szklistym szronem to jawi się niemal bajkowy obraz.

Ten pejzaż oczywiście szczególnie wieczorem sprawiał wrażenie ogólnej jedności. Amerykanie składając sobie życzenia często używają określenia Seasons Greetings. To określenie bardzo dobrze oddaje ich mentalność. Każda religia w okresie Bożego Narodzenia coś obchodzi i świętuje. Każdy to tam rozumie i szanuje. Marry Chrstmas to życzenia dla katolików a Seasons Greetings to dla wszystkich. Te zapalone światła i ornamenty przed domami opasane różnokolorowymi lampkami nie pozostawiły żadnych złudzeń. Oto dzisiaj świętujemy wszyscy bez względu na wyznanie. Tamto uczucie wspólnego święta było najsilniejsze. Potem zmieniły się Stany i wiele światełek znikło bądź wyraźnie zbladło.

I tak dotarłem do mojego aktualnego miejsca pobytu. Ekwador. Od razu muszę zaznaczyć, że to będą inne emocje. Po latach przeżytych w Polsce a potem na emigracji, jednak wsród Polaków, tutaj po raz pierwszy znaleźliśmy się w środowisku zupełnie obcym. Spotkaliśmy paru rodaków. To jednak nie to damo co Polonia czy duże skupisko krajan. Święta to w każdym kraju inna atmosfera no i mają one jednak, rownież i tutaj, charakter rodzinny. Znaleźliśmy się zatem trochę odizolowani i od naszego polskiego sposobu świętowania i z dala od rodziny. Tak więc i presja związana ze świetami znikła. Tutaj też po raz pierwszy zamiast śniegu pojawiło się słońce. Grudzień to jeden z cieplejszych miesięcy na tej półkuli. Inny klimat, inne emocje to wszystko powoduje, że święta dla nas są o wiele spokojniejsze.

Dla ludzi takich jak my najważniejszym dniem świątecznym tutaj jest wigilia. Tego dnia wraca do Ekwadoru Jezus Podróżujący. To jest wieloletnia tradycja związana z figurą syna bożego. Wykonał ja lokalny rzeźbiarz a potem wyruszyła ona w podróż po świecie. Była w Rzymie, w ziemi świętej. Została wreszcie poświęcona przez papieża. Po całorocznym podróżowaniu wraca do Ekwadoru 24 grudnia. W tym dniu w Cuence odbywa się tradycyjne Pase del Niño Viajero. Tysiące ludzi wraz z dziećmi poprzebieranych w biblijne postacie przemaszerują główna ulicą starego miasta Calle Simon Bolivar radując się powrotem zbawiciela do Ekwadoru. Roztańczony i rozśpiewany tłum bardzo przypomina nasze kiedysiejsze Święto Pracy, z tą różnicą, że tu nie ma żadnego obowiązku. Maszerują jednak wszyscy identyfikac się nie tylko z wiarą ale i z zakładem pracy, szczepem indiańskim czy przynależnością do innych organizacji. Maszerują ze wszystkim co mają, widzieliśmy nawet małego wystrojonego prosiaka. Na platformach samochodowych znajdują się sceny znane z Biblii. W tym roku jak podają media pochód trwał dziewięc godzin gromadząc grubo ponad sto tysięcy ludzi oglądających i maszerujących. Ta wlasnie uroczystość kojarzy mi się najbardziej z obchodami świąt tutaj. Braliśmy w niej udział dwukrotnie. Raz obserwując ją z poziomu ulicy drugi raz będąc zaproszonymi do znajomej, której apartament znajduje się na trasie przemarszu. To niesamowity widok. Wszechobecna radość, taniec, muzyka. Z balkonów obserwujący rzucają cukierkami szczególnie gdy maszerują dzieci.

W tym roku odpuściliśmy jednak oglądanie. Ten pierwszy raz pozostawił niezapomniane wrażenia. Każdy następny to jednak już swego rodzaju powtórka.

Może w przyszłym roku po rocznej przerwie znowu udamy się do Cuenki. Ten rok postanowiliśmy świętować w ciszy.

Dlaczego Ekwador?

Po ostaniej serii zdjęć z okolicy pojawiły się w komentarzach pytania dotyczącego naszego wyboru. Dlaczego Cuenca? Dlaczego Ekwador? Chociaż pytanie o miasto było pierwsze, muszę zacząć od odpowiedzi na temat wyboru państwa. Jestem zwierzęciem chronologicznym, najpierw wybraliśmy Ekwador a potem Cuencę.

Ten wpis zatem będzie odpowiedzią na pytanie Caffe, a kolejny dotyczący miasta to będzie dla Szarabajki przede wszystkim.

Młody Bush dał się nam mocno we znaki. To za jego prezydentury przez Stany przelało się najwiecej kryzysów. Odbiły się one i nas. Już wtedy emerytowani, i nie tylko, Amerykanie szukali spokojniejszego miejsca. Na pierwszy rzut poszły Panama i Kostaryka. Gdy my zaczęliśmy szukać oba te państwa już były poza naszym zasięgiem. Dodatkowo dowiedzieliśmy się o Belize, małym państewku wbitym między Meksyk i Gwatemalę. Jego przewagą był język urzędowy. Tu był nim angielski.

Moja dziewczyna nie należy do osób długo coś planujących. Zanim coś zdążyłem powiedzieć już mieliśmy wykupioną tygodniową wycieczkę na Belize. Było pare postojów zaplanowanych, dżungla, wybrzeże i Gwatemala.

Samo Belize niczym nas nie zachwyciło. Miejsca gdzie mieszkali przybysze z bogatszych państw wyglądały jak twierdze, to było nie dla nas. Belize posiada jednak urokliwe wysepki. Te nas oczarowały, ale jak w przypadku Panamy i Kostaryki ceny były już zbyt wysokie.

W trakcie pobytu odwiedziliśmy Gwatemalę. Celem były najsławniejsze ruiny Majów czyli Tikal. Trochę tego widzieliśmy już w Belize ale gwatemalskie ruiny to miejsce krucjaty wielu wielbicieli kultury Majów.

Nie da się ukryć, że Gwatemala, a szczególnie spokojne miasteczko o nazwie Flores, położone nad pięknym, błękitnym jeziorem wywarły na nas olbrzymie wrażenie. O ruinach nie będę wspominał. Mieliśmy młodego przewodnika, który aczkolwiek miał sporą wiedzę, traktował nas trochę jak głąbów przybyłych z niewiadomo skąd. Sam Tikal to jednak przepiękne miejsce. To wciąż Mekka dla ludzi, w których płynie majowska krew. Tu wciąż odbywają się różne ceremonie związane z wierzeniami tych Indian.

Dla mnie, dziecka Winnetou, odpowiedz co do wyboru pomiędzy Gwatemalą a Belize była oczywista. To pierwsze państwo to było właśnie to. Nie do końca jednak. Gwatemala nie ma najlepszej prasy pod względem bezpieczeństwa.

Po powrocie rzuciliśmy jeszcze raz okiem na mapę. Gwatemalą, Honduras, Salwador odpadają z uwagi na słabą stabilność. Panama i Kostaryką zbyt drogie.

W Stanach działa wiele organizacji polonijnych. Byłem członkiem jednej z nich. Grupa do, której należałem w New Jersey zrzeszała członków z jego północnej części. Jedna z naszych członkiń okazała się być żoną Ekwadorczyka.

Jeszcze jeden rzut oka na mapę. Ekwador leży poniżej Kolumbii, która braliśmy tez pod uwagę, ale… No właśnie to ale to trasa narkotykowa. Myśleliśmy jeszcze o Wenezueli ale tam już rządził Chavez. Nie chcieliśmy odjeżdżać zbyt daleko od USA, stad kolejne państwo na mapie to…Ekwador. Dodatkowo mąż znajomej, który miał rodzine w Quito, pomógł nam w zaplanowaniu pierwszej podróży. Przede wszystkim miał kto nas odebrać z lotniska i zająć się nami przed przez nas zaplanowanym zwiedzaniem państwa. Jeszcze wtedy decyzje żadne nie zapadły. Mieliśmy je podjąć na podstawie naszych odczuć.

To był 2009 rok. Zawitaliśmy po raz pierwszy w Ekwadorze.

Kościół i wiara w Ekwadorze

Ekwador to kraj, w którym dominująca religią jest chrześcijaństwo rzymsko-katolickie. To jeden z wielu śladów jakie pozostawili po sobie konkwistadorzy hiszpański. W samej Cuence jest pięćdziesiąt dwa kościoły rozrzucone po całym mieście. Ich liczba związana jest z ilością tygodni w roku. Nowych się już nie buduje, wystarczają te stare, w których czuć ducha minionych czasów.

Najsłynniejszym z nich jest Katedra Niepokalanego Poczęcia położona w samym centrum miasta. Ponoć nigdy nie została skończona jako, że konstruktor miał sprzedać dusze diabłu aby przedsięwzięcie sie udało. Brakuje więc w murze jednej cegły, która stała przyczynkiem i powodem, dla którego ów człowiek uratowała swoją dusze.

Wewnątrz znajduje się posag Jana Pawła II, który odwiedził Cuencę w trakcie jednej ze swoich podróży po świecie. Co ciekawe zmieniono lekko jego karnację skory tak aby go przybliżyć ludziom, w których żyłach płynie indiańska krew i nie są wolni od bogów z tamtych czasów.

Religia i bóstwa postinkańskie też mają się dobrze w tym kraju. Wielu Ekwadorczyków nie ma problemów z mieszaniem kultury hiszpańskiej z tą, którą odziedziczyli po swoich przodkach. Często na domach, na szczycie dachu można zobaczyć ulokowany tam krzyż, świadczący o wierze mieszkańca domu. Nie zawsze wisi na nim jednak Jezus, raczej nikt nie wisi. W kształt krzyża natomiast jest wplecione coś co ma związek ze starą kulturą inkańską.

Przez długie lata kościół był dominująca siłą w kraju. Dopiero, uważany często za ojca Ekwadoru prezydent Jose Eloy Alfaro Delgado postanowił dokonać rozdziału. On i jego najbliżsi współpracownicy przypłacili za to śmiercią. Będąc dwukrotnie prezydentem Ekwadoru próbował dokonać zmian w relacji państwo – kościół. To za jego czasów wprowadzono w Ekwadorze wolność słowa i uznano małżeństwa cywilne za ważne. W trakcie swojej drugiej kadencji został jednak odsunięty od władzy i zmuszony do ucieczki z kraju przez fanatyków religijnych. Wrócił jednak by odzyskać władze. Został jednak aresztowany i osadzony w więzieniu. 28 stycznia roku pańskiego 1912-go, prokatoliccy żołnierze wtargnęli do więzienia, skąd uprowadzili jego i wszystkich jego współpracowników. Bestialsko wleczeni do centrum miasta na oczach ludzi zostali wszyscy zamordowani po czym ich ciała zostały spalone. Prochy jego zostały po cichu pochowane w Quito. W 1940 resztki jego ciała zostały złożone w mauzoleum w Guayaquil. W 2008 urzędujący prezydent Ekwadoru Rafael Carrea zdecydował się ekshumować resztki Eloya Alfaro i z honorami przenieść je do miasta Montecristi, gdzie się urodził i skąd pochodził. I tam również wybudowano poświęcone jemu mauzoleum, którego z lotu ptaka ma kształt kondora.

Byliśmy tam w trakcie naszego pobytu w Ekwadorze. W tym też dniu reprezentacja Ekwadoru rozgrywała mecz z kimś tam o coś tam. Nie mogliśmy znaleźć przewodnika po mauzoleum bo Ekwadorczycy ponad wiarę i historie przedkładają jednak kopaną.

Orzeł i kondor

Tradycyjnie przy pracach domowo-ogrodniczych do pomocy angażuje kogoś z lokalnych ludzi. Szukają oni często zajęcia, tak więc ze znalezieniem ochotnika nie mam większego problemu. Przyzwyczaiłem się jednak do Don Jose czy Pepe jak go to powszechnie nazywają, stąd czasami wolę poczekać jak jest on wolny niż zatrudniać kogoś na siłę. Nigdy nie jest tak, że coś musi być zrobione natychmiast. Nigdy też nie jest tak, że nie będzie nas w domu przez dłuższy okres. Czekam zatem na Don Pepe ze swoimi projektami czy pracami na zewnątrz. To prosty człowiek, który całe życie pracował fizycznie. Nie wiem jaka jest jego sytuacja finansowa i zbyt słabo znam tutejszy system emerytalny, dość jednak powiedzieć, że teraz na parę lat przed siedemdziesiątką Don Pepe ciągle dorabia sobie na dorywczych pracach. Patrzę na niego z podziwem gdy miesza beton czy dźwiga ciężkie kamienie. On jednak to lubi, przynajmniej takie odnoszę wrażenie, bo gdy nikt go nie zatrudnia, sam sobie wynajduje zajęcie naprawiając naszą sponiewieraną majowymi opadami drogę. Nie sądzę aby swoim życiu był poza Ekwadorem. Kiedy więc pracuje dla mnie stara się dowiedzieć jak najwiecej na temat Polonii, jak nazywają tutaj Polskę, zadając mi pytania na temat pogody, zarobków, wielkości kraju, ilości ludzi itd, itp. Mają łamaną hiszpańszczyzną staram się mu przybliżyć nasz kraj. Wiele z moich opowiadań wywołuje w nim zdziwienie, jak choćby możliwość temperatury poniżej zera.

Jako kibic sportowy mam trochę koszulek piłkarskich. Właśnie w związku z mistrzostwami świata w Rosji postanowiłem się wystroić w jedną taką identyfikującą mnie jako kibica naszej narodowej reprezentacji. Na piersiach mam zatem orła a na boku pionowy napis Polska. Nie mogło obyć się zatem bez pytań. Co bardziej zagorzali i starsi kibice pamiętają wiele nazwisk z kadry Orłów Górskiego. Dzisiejsi fanatycy futbolu identyfikują nas przede wszystkim z Lewandowskim. Don Pepe nie zna ani jego ani nikogo z naszych brązowych medalistów z mistrzostw świata w Niemczech. Zainteresował go natomiast orzeł na mojej koszulce. Chciał wiedzieć co to za ptaszysko. Próbowałem mu wyjaśnić w miarę swoich skromnych możliwości sens i znaczenie orła w naszej historii. Nie znałem jednak hiszpańskiego określenia dla tego ptaka. – Kondor, podpowiedział mi mój rozmówca, widząc na mojej twarzy zakłopotanie. Gdym nawet znalazł hiszpańską nazwę orła na tłumaczu Google, podejrzewam, że i tak niewiele by mu to powiedziało. -Prawie jak kondor, tylko dwa razy większy, odrzekłem więc, nie będąc do końca przekonanym czy nie przesadziłem zbytnio. Tak czy siak Polska jest większa od Ekwadoru, zatem i nasze ptaszysko musi być odpowiednio większe od symbolu Ameryki Południowej, starałem się uspokoić swoje sumienie. Mój rozmówca tylko pokiwał z uznaniem głową. Nie miał więcej pytań. Widać rozmiar orła zrobił na nim spore wrażenie.

Szkolnictwo w Ekwadorze

Dawno już nic nie pisałem o Ekwadorze, zatem wracam na „swoje” podwórko. Wiele spraw dotyczących codziennego życia wciąż nie znam ale powoli dowiaduje się coraz więcej. Sąsiedzi chętnie zaspokajają moje ciekawość dzięki czemu mogła powstać ta notka.                 

Edukacja w Ekwadorze jest podobnie jak wszędzie trzystopniowa. Szkoła podstawowa to sześć lat nauki po czym dzieciaki idą do szkoły średniej. Tutaj podobnie  jak w podstawówce czeka ich sześć lat nauki. Są jednak już pewne różnice. Pierwsze sześć lat to generalna nauka o wszystkim po trochu bo nie może być inaczej skoro prawie wszystkiego naucza jeden wykładowca. Jedynymi przedmiotami, które wykłada inny nauczyciel to języki obce. Po sześciu latach nauki czeka zatem szkoła średnia. Tu juz wiedzy nauczają specjaliści w swoim przygotowaniu, do każdego przedmiotu jest inny nauczyciel. Pierwsze trzy lata to nauka wszystkiego na tym samym poziomie. Po skończeniu dziewiątej klasy dzieciaki zaczynaja być profilowane pod względem swoich zainteresowań. Nie znaczy to, że zmieniają klasy czy szkoły, po prostu w ramach tej samej placówki uczą się bardziej szczegółowo przedmiotów, które mają dla nich być karierą na przyszłość. Szkoła średnia kończy się testem z wiedzy zdobytej na tym etapie wykształcenia. Nie jest to jednak podobne do naszej matury. Test jest podstawą do przyjęcia na wyższe studia, które tutaj są rownież bezpłatne lub w niektórych przypadkach, np medycyna, minimalnie płatne. Test, który uczniowie przechodzą na koniec średniej szkoły jest punktowany i w zależności od ilości zdobytych punktów młodzi ludzie mają prawo wyboru kierunku dalszej nauki. Ci, którzy zdobyli najwieksza ilośc punktów mogą wybierać pomiędzy uczelniami jak i kierunkami studiów. Ci, którym test wypadł gorzej maja wciąż możliwości dalszej nauki na studiach jednak kierunki dla nich są ograniczone. Żeby zatem kontynuować naukę na medycynie trzeba bezwzględnie być wsród najlepszych. Określone kierunki wymagają określonej ilości punktów a ponieważ nauka jest w większości bezpłatna system ten ma gwarantować ukończenie studiów przez aplikantów. Znajomy, od którego wyciągnąłem te informacje jest dentystą. Jako student medycyny po skończeniu studiów musiał odpracować rok w terenie gdzie służba zdrowia jest gorsza, przy czym była to dla niego niejako praktyka. Po roku mógł juz wykonywać zawód gdzie chciał. Mój znajomy uważa, że tak powinno być, bo jednak wykształcenie medyczne to olbrzymie koszty i powinno się je jakoś państwu zwrócić. Osobiście podzielam ten punkt widzenia. 

Pierwsze sześć lat nauki to obowiązkowe identyczne umundurowanie uczniów danej szkoły. Nie ma noszenia tego co mi się podoba albo co rodzicom sprawia przyjemność, każdy nosi takie same ubranie. Każda szkoła ma swój oryginalny strój i w tym stroju dzieciaki do niej mają uczęszczać. W szkole średniej podobno już reguły są bardziej elastyczne ale w niektórych szkołach dalej obowiązuje specjalne umundurowanie, dotyczy to przede wszystkim szkół prywatnych, których tutaj nie brakuje. Szkoły prywatne są płatne ale podobno oferuja lepsze warunki i lepsze nauczanie. Niektóre szkoły prywatne są pod patronatem kościoła i w tych obowiązują nie tylko mundurki ale i segregacja pod względem płci. Podobno powoli się to zmienia jednak mój znajomy chodził do jezuickiej szkoły i byli tam tylko chłopcy. Jest zdecydowanym zwolennikiem noszenia tych samych ubiorów przez dzieciaki przynajmniej w szkole podstawowej. Uważam, że wielu rodziców, którym powodzi się lepiej zapomina o tym, że dzieciaki postrzegają świat inaczej. Im mniej różnic w początkowym etapie tym lepiej dzieciaki akceptują siebie nawzajem. 
Obecny prezydent Ekwadoru doskonale rozumie wagę wykształcenia. Aby pomoc podnieść poziom nauki sprowadzani są tutaj nauczyciele z całego świata. Większość z nich to jednak Hiszpanie jako, że Ameryka Południowa kulturowo mocno jest związana z tym krajem. Dzieciaki mogą tez studiować w innych krajach i jeśli wrócą do Ekwadoru aby tutaj pracować rząd pomaga im w spłacie kosztów nauki. Tez osobiście myślę, że to bardzo dobry pomysł. Widać pomału zachodzące zmiany chociażby w zakresie języków obcych, bardzo wielu młodzych ludzi posługuje się angielskim co jeszcze pare lat temu było sporadyczne.
Z innych ciekawostek to rok szkolny nie jest tutaj uniwersalny. W innym terminie odpoczywają dzieciaki z terenów nad oceanem, w innym ci którzy uczą się w górach i jeszcze innym ci w dżungli amazońskiej. Podobno to jest związane z klimatem, który jest inny w każdym z tych rejonów. 

Trzęsienie ziemi w Ekwadorze

Tego artykułu wolałbym nie pisać. Czuje się jednak coraz bardziej emocjonalnie związany z Ekwadorem zatem pominięcie ciszą tego co się stało w sobotę szesnastego kwietnia tego roku nie byłoby w porządku. Matka natura przypomniała o sobie nawiedzając wybrzeże Ekwadoru potężnym trzęsieniem ziemi. Pomimo, że jego epicentrum było około pięćset kilometrów na północ ode mnie to jednak i w Cuence można było poczuć wstrząs. Ponieważ wszystko to stało się w sobotę późnym wieczorem nikt nie zdawał sobie sprawy z ogromu tragedii aż do niedzielnego ranka. Pierwsze informacje docierające z terenów dotkniętych nie napawały żadnym optymizmem. Około 80% wybrzeża Ekwadoru zostało dotknięte kataklizmem w mniejszy lub większy sposób. Najbardziej jednak ucierpiała północna cześć wybrzeża. Jest to okolica, którą wielokrotnie odwiedzałem i którą szczególnie sobie upodobaniem. Słabo skomercjalizowane małe osady rybackie miały w sobie to coś czego szukają ci, którzy pragną odrobiny spokoju i ciszy. Wsród tych małych plaż znajdowała się Canoa spokojne miasteczko, które szczególnie upodobali sobie nastolatkowie na weekendowe wycieczki. Było w tym wszystkim coś niezwykłego co mocno kojarzyło mi się z moimi czasami studenckimi. Szukający luksusu czy programów typu wszystko zapewniamy w cenie wycieczki mogli śmiało zapomnieć o tym miejscu. Oboje z żoną zachwycaliśmy się jednak okolicą, naturą i dzikimi płazami obok tych trochę skomercjalizowanych. Nie ma juz tego miejsca. Canoa, zgodnie z doniesieniami została kompletnie zdewastowana. Fakt bycia tam i możliwość poznania i ludzi, i okolicy powoduje, że odczuwam tą tragedie bardzo personalnie. W niedalekiej Bahii del Caraquez poznaliśmy Edytę i Zbyszka. Przyjechali tu ze Stanów i już zostali. Prowadzą web site Nasz Ekwador, na którym dzielą się swoją wiedzą na temat życia w Ekwadorze. Przez ponad trzydzieści sześć godzin nikt o nich nic nie wiedział. Odnaleźli się wreszcie ku mojej wielkiej radości. Bahia i Canoa to tylko malutka cześć wybrzeża. Kataklizmem zostało dotknięte w granicach osiemdziesięciu procent całej linii brzegowej Ekwadoru. W momencie pisania tego tekstu potwierdzono już 350 ofiar w tym rownież turystów zagranicznych. Nadciąga też pomoc humanitarna z całej Ameryki Południowej i Łacińskiej. Prezydent Ekwadoru będący jeszcze w sobotę we Włoszech juz w niedziele był ponownie w swojej rezydencji a wieczorem wizytował miejsca dotknięte kataklizmem. W Cuence powstają miejsca, które zbierają wszystko co się może przydać dotkniętym nieszczęściem. To bardzo budujący obrazek, tylko dlaczego musimy czekać na nieszczęścia żeby być razem? 

Trzęsienie ziemi zachwiało spokojem i ciszą jakie są tutaj moim udziałem i które sprawiały mi tyle radości. Mam wiele respektu i szacunku dla przyrody i natury. Chociaż są one w swoich prawach czasami bezwzględne to wolę je niż prymitywną ludzką nienawiść. Zostanę tutaj, przynajmniej na razie. 

Mostowe zebranie i wspomnienia z przeszłości

Podczas jednej z naszych wizyt w Ekwadorze poznaliśmy Milana prawdziwego Słowaka ze Słowacji nie mylić z Czechosłowacją. Utrzymywaliśmy ze sobą kontakt e-mailowy bo i on myślał o przeprowadzce do Ekwadoru. Jakoś rok temu na wiosnę odwiedził nas i zakochał się w okolicy. Tak się tez złożyło, że sąsiadki kuzyn mieszkający w okolicy musiał się przeprowadzić na drugi koniec Ekwadoru. To spowodowało konieczność sprzedaży domu. Milan skorzystał z okazji i wkrótce transakcja doszła do skutku. Mamy zatem w naszej enklawie jeszcze jednego obcokrajowca. Milan ma specyficzne podejście do rzeczywistości i na swoje potrzeby za wszystko co się dzieje poza jego kontrolą oskarża bliżej nikomu nieznaną grupę pod nazwą Big Boys. Mieszczą się w niej wszystkie najgorsze męty tego świata. Gdy Milan rozkłady owy układ na części pierwsze to okazuje się, że sporo jest w nim towarzystwa, które i nam obrzydza życie tyle, źe jego krąg złych ludzi do odstrzału jest kapkę większy. Piszę o tym tylko z tego powodu, że nasz słowacki sąsiad dał się juz wszystkim poznać ze swoimi poglądami i jak się coś złego dzieje to wszyscy wiedza, że to wina Big Boys. Wywołuje to czasem mniej czasem więcej śmiechu ale najważniejsze, że kolega się nie obraża. 

Na naszej drodze do cywilizacji, w jej połowie znajduje się drewniany most, który pamięta napewno zamierzchłe czasy. Ów most z racji swego sędziwego wieku ma swoje lepsze i gorsze dni. Jest zatem pieczołowicie pielęgnowany, tyle że najtańszym kosztem. Ostatnimi laty działalność budowlana, nie tylko nasza, dała mu się mocno we znaki i w aktualnej sytuacji wymaga juz bardziej poważnego remontu. Nasi ekwadorscy sąsiedzi zwołali zatem naradę wszystkich, na których zawalenie mostu mogłoby wpłynąć negatywnie. Most ów znajduje się mniej więcej w połowie drogi do naszego domu. Do mostu droga jest jakby lepsza od mostu do nas to już inny świat. Od głównej drogi do mostu mieszka około sześćdziesiąt rodzin za mostem juz tylko dziesięć. Władza lokalna uznała zatem, że nasze dziesięć rodzin, jeśli chcemy mieć dostęp do cywilizacji,  musi partycypować we wszelkich kosztach związanych z drogą i mostem. Spotkaliśmy się zatem aby przedyskutować stopień naszej partycypacji w kosztach i ewentualnego wkładu własnej pracy. Zebranie odbywało się oczywiście w języku hiszpańskim my zatem siedzielismy sobie niemal jak na tureckim kazaniu. Co jakoś czas znajomi tłumaczyli nam co jest grane i co jakiś czas pozwalano nam na wyrażenie naszej opinii oczywiście po angielsku co znajomi tłumaczyli zebranym na ichnie bałakanie. Milan próbował znowu obciążyć wszystkich nikomu bliżej nieznanych Big Boys rozluźniając w ten sposób atmosferę. Nie żeby była ona specjalnie napięta ale trochę śmiechu nikomu nigdy nie zawadzi. Po około dwóch godzinach wreszcie osiągnęliśmy porozumienie. Wbije się pare gwoździ, zmieni kilka desek i niech się dzieje wola nieba. Spytałem zaczepnie czy nie byłoby wskazane utworzyć jakiś fundusz mostowy i płacić do niego składki żeby mieć jakieś pieniądz na wypadek katastrofy jakiejś. Okazało się, że nie ma takiej potrzeby bo jak się zawali to będziemy wtedy myśleć. Żyjemy tym co dzisiaj, co będzie jutro to daleka przyszłość po co zatem zawracać sobie głowę. Odpowiada mi takie podejście do życia bo nie lubię siė martwić jutrem. Ponieważ końcówka dotyczyła pieniędzy sporo zrozumiałem bo w pierwszej kolejności nauczyłem się liczenia po hiszpańsku. Spytano mnie jednak tak na wszelki wypadek ile zrozumiałem. Rzekłem, że prawie wszystko. Nie dali jednak za wygraną i poprosili o procentowe określenie słowa wszystko. Mam swoiste poczucie humoru i lubię trochę sobie pożartować, z czego dałem się już poznać, więc odpowiedziałem niezgodnie z prawdą, że procentowo to zrozumiałem jakieś pięć procent. Prawie wszystko w zestawieniu z pięcioma procentami wywołało efekt na, który liczyłem czyli serdeczny śmiech. Sytuacja ta przypomniała mi scenę z mojego życia. Moja kochana rodzicielka zawsze zarzucała mi i mojej żonie brak stanowczości w sprawach religijnych w stosunku do naszych dzieci. Staraliśmy się unikać drażliwego tematu ale mama zdecydowała się wybadać teren samodzielnie biorąc naszą córkę na spytki. Spytała więc babcia wnuczkę czy umie paciorek. Pytanie niezbyt szczęśliwe z naszego punktu widzenia ale ku naszemu zaskoczeniu córka bez momentu zastanowienia odpowiedziała: umiem babciu. Mieliśmy nadzieje, ze to wystarczy. Nie wystarczyło jednak, babcia poprosiła córkę o powiedzenie paciorka. To już były nie przelewki. Córka nasza jadnak pełnym spokoju głosem i przekonana o swojej wiedzy powoli i z namaszczeniem odpowiedziała: pa-cio-rek. Babcia nie była nawet w stanie skrytykować nas bo wiara naszej córki w prawidłowość odpowiedzi była powalająca. To zdarzenie zawsze przywołuje szczery wybuch śmiechu wszystkich tych, którym to opowiadam.

Chociaż musiałem udowodnić, że zrozumiałem więcej niż pięć procent z końcówki mostowego spotkania to wybuch śmiechu jaki spowodowałem świadczył o akceptacji mojego poczucia humoru. I o to chodziło.

Czas wyjazdu czyli podsumowanie pierwszego pobytu

Po dwóch miesiącach pobytu nadszedł czas wyjazdu i powrotu do życia na drodze, bo nasz dom zostawał jednak tutaj w Ekwadorze. Te dwa miesiące przyniosły wiele odpowiedzi na pytania związane z domem, środowiskiem oraz nami samymi. Dom chociaż oddalony o pięć kilometrów wędrówki od głównej drogi, dał nam poczucie spokoju i czuliśmy, że spełnia nasze oczekiwania. Mieliśmy tez świadomość jego niedoskonałości a przede wszystkim konieczności odgrzania. Mamy juz kilka pomysłów na rozwiazanie tego problemu ale na wszystko potrzeba czasu. Możliwość obcowania z wszechogarniająca naturą to coś, co dało nam chyba najwiecej przyjemności i z czego nie zdawaliśmy sobie sprawy jak pozytywny wpływ taka ucieczka w głuszę może mieć na człowieka. Szczerze mówiąc nie byłem zbytnio szczęśliwy wizją powrotu do „cywilizacji”. Odnieśliśmy rownież wrzenie, ze miejscowa ludności powoli przywykła do naszej obecności a nasi najbliżsi sąsiedzi okazali się wręcz stworzonymi dla nas. Mieliśmy definitywnie kłopoty językowe w porozumiewaniu sie z nimi jednak udało nam się z nimi nawiązać kontakt. Podobnie jak my ich ideą była ucieczka od tego oszałamiającego tempa, które panuje w miastach. Chociaż nie pochodzą z Cuenki to jednak większość życia spędzili w Ambato, które jest sporych rozmiarów miastem. Nasz sąsiad okazał sie kardiologiem na emeryturze a Mary jego żona wspaniałą osobą, ktora z ziarna kakaowego potrafiła zrobić wspaniała czekoladę własnym sumptem. Nasi sąsiedzi maja rownież piec do chleba na zewnątrz, z którego pozwolili nam skorzystać podczas naszej kolejnej wizyty. Mary i Luis w wielu aspektach i poglądach podzielali nasz punkt widzenia i postrzegania świata. Tym łatwiej było nam nawiązać kontakt z nimi. Podobnie jak my wyczuwają jakaś specyficzna energię w tym miejscu, ktora daje swego rodzaju spokój wewnętrzny. Na swojej posesji mieli sporych rozmiarów ogródek razem z namiotem warzywnym. Alicji przypadli wlasnie tym do serca. Moja żona juz od dawna pasjonuje się ogrodnictwem ale nie aż tak bardzo tym ozdobnym ile użytkowym. Ściąga do Ekwadoru nasiona poliskich warzyw i obserwuje co sie może przyjąć w tamtych warunkach. Próby wciąż trwają. Poznaliśmy rownież bliżej naszych sąsiadów po drugiej stronie. Francisco i Anita są jednak sporo młodsi od nas i na codzień dojeżdżają do pracy. Fakt ten jednak ułatwia nam dostanie sie do Cuenki bo ilekroć potrzebowaliśmy się z nimi zabrać nigdy nam nie odmówili. Droga do autobusu aczkolwiek długa to doskonały spacer, gorzej z autobusu bo trzeba iść pod górkę. Pomyślimy o zakupie jakiegoś środka lokomocji w przyszłości. Pojawienie się Milana w okolicy w pewien sposob też uatrakcyjniało nam to miejsce. Milan jak każdy człowiek ma swoje dobre i złe strony, dobrze jednak mieć kogoś z naszych stron na podorędziu. Biorąc zatem na wagę plusy i minusy, zdecydowanie tych pierwszych było wiecej. Czuliśmy pewnego rodzaju smutek wyjeżdżając, zwłaszcza że na powrót do domu przyszło nam czekać siedem miesięcy.

Mamy nowego sąsiada, czyli jak Milan kupował dom

W jednym z moich poprzednich wpisów wspomniałem o Milanie, Słowaku poznanym w trakcie jednej z naszych poprzednich wizyt w Ekwadorze. Pozostawaliśmy w kontakcie elektronicznym, czekając na sprzyjające okoliczności aby ponownie sie spotkać. Podobnie jak my, Milan przyjechał do Ekwadoru na swego rodzaju rekonesans w celach czysto inwestycyjnych. Oryginalnie nie planował przeprowadzki do Ekwadoru, bardziej był zainteresowany lokatą swoich funduszy nie koniecznie w Ekwadorze ale może gdzieś w Ameryce Południowej. Przed przyjazdem do Ekwadoru na początku 2014 roku daliśmy znać Milanowi. On wlasnie czekał na nasz znak, jako że sam planował ponowne odwiedzenie Ekwadoru, chciał jednak mieć kogoś znajomego w trakcie tego pobytu. Wiedział, że nasz pobyt będzie ograniczał się do Cuenki, totoż miasto to ustaliliśmy jako miejsce naszego spotkania. Milan wcześniej był już Cuence, ale z uwagi na opady i niską temperaturę jak na jego potrzeby nie zamierzał więcej tutaj wracać. Wiedząc jednak o naszej budowie postanowił nas odwiedzić. Jak postanowiliśmy tak się i stało. Zaraz po naszym przyjeździe w styczniu, Milan zjawił się w Cuence. Daliśmy mu namiary na naszego taksówkarza, jako że nie było innej możliwości wytłumaczenia mu jak do nas dojechać. Kiedy wreszcie dotarł na miejsce, jak to się żartobliwie mówi, szczęka mu opadła. Nie, nie ze względu na nasz dom, ale przede wszystkim ze względu na otoczenie. Dolina, po jednej stronie góry, po drugiej rzeka, szum której był wyraźnie słyszalny, a za nią znów góry. Wszechobecna cisza i spokój, który docenić może tylko ten kto czegoś takiego szuka. To było rownież to czego Milan szukał. Okolica zrobiła na nim olbrzymie wrażenie i fakt, że moglibyśmy być sąsiadami pobudził go do działania. Nasz dom znajduje się około pięć kilometrów od głównej drogi, na tym odcinku znajduje się wiele parceli używanych jako pastwiska, na których mozna by postawić dom. Nikt jednak nie chciał się pozbywać żadnego terenu. I kiedy już wydawało się, że starania Milana spełzną na niczym, zupełnie przypadkowo idąc do autobusu zostałem wzięty przez naszego sąsiada do samochodu. Właśnie udawał się do Cuenki i zaoferował, że mnie podrzuci. Sąsiad ten to emerytowany kardiolog z minimalną znajomością języka angielskiego. W trakcie naszej jazdy oraz angielsko-hiszpansko-migowej rozmowy dowiedziałem się od niego, że jego żony bratanek czy też siostrzeniec, który mieszka dosłownie sto metrów góra dwieście od nas z uwagi na pracę jaką otrzymał na drugim końcu Ekwadoru, zmuszony jest sprzedać swoją posiadłość. Sąsiad wiedział, że Milan szukał posiadłości, zaproponował zatem aby Milan się skontaktował z jego żoną a ta pokazała by mu ową posesję. Jakoś tydzień pózniej Milan spotkał się z Mary, jakoś miesiąc pózniej został właścicielem owej posesji. I tak oto dwa domy dalej od nas naszym sąsiadem został Milan, który przed dotarciem do Ekwadoru zaliczyl Niemcy oraz Stany Zjednoczone.