Wynikło ze spaceru

Nadrabiam zaległości w czytaniu. Po trosze z nadmiaru czasu, po trosze z potrzeby ducha i wreszcie po trosze z braku innej alternatywy.

Po przyjeździe do kraju wiedzieliśmy, że będziemy potrzebować jakiś plan internetowy. Nasza krew rozrzucona po całym świecie chce mieć z nami kontakt. Nic go tak dobrze nie zapewnia jak wszelkiego rodzaju aplikacje typu skajpy, łotsapy, mesendżery. Dzisiejsza technologia dużo ułatwia, niewątpliwie.

Osobiście chciałem też wykupić jakiś krótkoterminowy pakiet telewizyjny. Wybił mi go jednak skutecznie z głowy pan Jurek i jego orły, swoimi kiepskimi występami na boisku. Wybił mi go rownież z głowy przedstawiciel kompanii telewizji cyfrowej. Błogosławiony zatem niech będzie dzień, w którym to się stało bo telewizornia to jednak taki złodziej czasu. Wszystko o czym chcę wiedzieć zapewnia mi internet. Nawet i to o czym nie chcę wiedzieć, też dostęp do tego zapewnia ta niewidzialna sieć pajęcza zwana internetem.

Czytam zatem wszystko co mi wpadnie w ręce. Czytam w przerwach między posiłkami, między ranem a nocą, z przerwą na spacer i na kawę. Czytam kiedy nie piszę tutaj i wtedy gdy moja pani też czyta. Czytam też bo wiem, że książek w drogę powrotną wziąć nijak nie będę mógł. Ważą bowiem dużo a bagaż niestety mamy zlimitowany i jak zwykle będziemy musieli walczyć z tą przeklęta wagą, która wskazywać będzie nadwyżkę kilogramową.

Pochłonąłem już kryminał, powieść sensacyjną, trylogie science fiction. Odkryłem Kapuścińskiego a teraz odkrywam Łysiaka. Odkrywam ponownie nasz język literacki, z którym mało mam do czynienia. Czuje jak się udoskonalam wewnętrznie.

Myślałem o tym wszystkim spacerując dzisiaj. Ni stąd ni zowąd dotarło do mnie, że pomimo tego, iż przeczytałem tyle rożnych rodzajów literatury, wszystkie mają jeden wspólny wątek. Wszędzie iskrzy między przedstawicielami płci przeciwnych sobie. A to profiler i prokuratorka popadają we wzajemny zachwyt. To znowu młody Thomas mało nie dostanie udaru z powodu Teresy, która też coś tam do niego czuje. Tomek jednak gubi się miedzy nią a Brendą. W sumie dobrze, bo Teresa ginie czymś przywalona. Gdy już pogodziłem się z tym, sięgnąłem do sensacji. A tu masz, wszystko od nowa, oceanograf i tajna agentka roznoszą wszystkie strony powieści Dana Browna swoim gorącym romansem. Udało im się przeżyć wszystkie przeciwności losu chociaż trup padał gęsto. Spełnili się w sypialni prezydenta, o ironio, którego podejrzewali o nieczystą grę.

Szwagier polecił mi „ Szachistę” Waldemara Łysiaka. Coś z pogranicza faktu i fantazji. I co? I maczo men znowu traci łepetynę dla tancerki, występującej w objazdowym teatrzyku.

Holy shit. Sam już nie wiem czy ja czasem nie padłem ofiarą romansów? Tyle miłości dookoła, że aż nie chce się wierzyć, że istnieją ludzie pokroju…….Krystyny i Jarosława.

Reklamy

Deszcz, droga i rzeka

Maj to miesiąc, którego w Ekwadorze nie lubię i chyba go tutaj lubić nie będę. I pomyśleć, że miesiąc ten gdzieś tam skąd pochodzę uchodzi za czas kiedy wszystko wraca powoli do życia po zimie. Półkula północna ukradła mi słońce, zostawiajac zachmurzone niebo, które niemal każdego dnia ktoś tam na górze otwiera wylewając na nas wiadra deszczu. Z naturą nie można się porozumieć, robi co chce nie zwracając uwagi na nasze potrzeby. Deszcz jest potrzebny ale w nadmiarze więcej powoduje szkody niż przynosi pożytku. Na przykład na mojej drodze do cywilizacji, którą przemierzam dwa razy w tygodniu. Przyzwyczaiłem się do niej i praktycznie mój zegar tygodniowy kręci się wokół tych „spacerów”, które dają mi możliwość cofnięcia się w czasie. Dawno temu rodzice zostawiali nas u swoich rodziców, gdzieś tam równie daleko od cywilizacji a warunki jakie tam miałem jako żywo przypominają mi moją obecną trasę do miasta. To właśnie maj doprowadził, że owe „camino” jak go tutaj nazywają zmieniło się w gąbczasty grunt, który nie jest w stanie przyjąć więcej wody. I pomyśleć, że gdzieś tam w świecie panuje susza i ludzie modlą się chociaż o pare kropli deszczu. Z naturą nie ma jednak porozumienia. Akceptuje więc jej wybryki i nie zamierzam rezygnować z moich wypraw. Lubię tą drogę pomimo spłukanych nadmiarem opadów kamieni z niej wystających i szczerzących swe kanciaste zęby. Lubię ją na przekór kałużom wody, które powodują, że moje obuwie na jej końcu często wymaga przeczyszczenia go z brunatnej mazi, zwanej błotem. Nic nie szkodzi, bo koło przystanku rośnie sporo trawy, która na ten moment zastępuje mi szczotkę do butów. Lubię ten pięciokilometrowy odcinek za ciszę, za spokój przerywany jedynie gniewnym pomrukiem rzeki, która gdzieś tam wije się poniżej. A gdy wracam z mojego wypadu do miasta i gdy wreszcie dopadam domu po pot wyciskającej wspinaczce, padam na na fotel na moim patio. Zamykam oczy wsłuchując się w kojący szum rzeki, która przetacza swe wody gdzieś niedaleko. I chociaż o dach uderzają krople deszczu, już mi to nie przeszkadza.

Moje miasto

Odwiedziny w kraju zawsze sprawiają mi przyjemność. Aczkolwiek podróż nie należy do miłych, bo jednak trwa chwile i dodatkowo muszę zmienić strefę czasową, pomimo tego wciąż czuję jakbym wracał na własne śmieci. Miastem docelowym mojej podróży jest Rzeszów. Chociaż stąd nie pochodzę to jednak właśnie tutaj miały miejsce najważniejsze dni mojego pobytu na ziemi. Studia, żona, pierwsza praca, dzieci to wszystko miało miejsce właśnie tutaj. Miasto oczywiście zmieniło się bardzo odkąd wyjechałem a wszystko co się tutaj stało, w sensie rozwoju, na mnie robi duże wrażenie. Lubię zatem Rzeszów, choć z powodu długiej nieobecności często czuje się tu trochę zagubiony. Nie w sensie nieznajomości miasta ale w rozmowach na jego temat. Każdy bowiem operuje nowymi nazwami ulic, jako, że wiele poprzednich miało podtekst niepoprawny politycznie. Nie wiem zatem gdzie jest Hetmańska, choć doskonale pamietam gdzie było Obrońców Stalingradu. Poznikało w ten sposób wiele nazw, które wciąż istnieją w mojej świadomości. Nie przeszkadza mi to zbytnio, szczególnie, że prezydent miasta w moim odczuciu robi dobra robotę i Rzeszów zmienia się na lepsze. Bawi mnie jednak bardzo ten niespodziewany wypływ bohaterów nowej rzeczywistości, którzy latami całymi byli zapomniani. W tym kontekście istnienie pomnika Czynu Rewolucyjnego zdaje się być ewenementem. Popularna „Wielka Cipa” stoi wielu jak kość w gardle, zwłaszcza tym, których, gdy ona powstawała, nie było nawet na świecie. Mam nadzieję, że oprze się ona tym pseudo świętym i nawiedzonym  zwolennikom dobrej zmiany. Pomyślałem nawet, że aby się oni odczepili od pomnika, może dobrze by było zainstalować na nim zewnętrzna windę a na jego szczycie umieścić studio lokalne audycji ojca dyrektora. To by wszystkim zamknęło gęby. Ot taki pomysł, może niezbyt mądry, ale jakoś nie wyobrażam sobie galerii Rzeszów z hotelem o tej samej nazwie bez pomnika naprzeciw. Nie o tym jednak chciałem pisać. Otóż któregoś dnia maszerując po jednej z ulic pod wezwaniem, a jakże, nieznanego mi kapłana, zauważyłem, że sporo innych miejsc na owej ulicy ma swoich patronów wywodzących się z tej samej naszej wspólnej wiary. Poczułem się zatem jakbym maszerował jakaś aleją wielu świętych. Szczerze mówiąc akurat miałem coś brudnego na myśli i aż się zarumieniłam ze wstydu. Zmieniłem zatem tok moich myśli na bardziej przystające miejscu i z tą nabożnością kontynuowałem mój spacer, popadając od czasu do czasu w zadumę nad świata zmiennością. I gdy tak rozmyślając szedłem dalej, nie zwracając uwagi na przechodzących obok mnie ludzi, nagle niczym grom z jasnego nieba obiło się o moje uszy coś co zdawało mi się znajome jednak niezbyt pasowało do otoczenia. Spie…aj ku..a, wybiło mnie kompletnie z zadumy. Nie jestem zwolennikiem przeklinania na ulicy, a jednak nie byłem w stanie pomyśleć, że jeszcze do końca nie zwariowaliśmy z tą naszą pseudo świętością. Życie jest ku..a piękne, pomyślałem sobie kontynuując mój spacer.

Parkowy heppening czyli mamy nowego prezydenta

Dzisiaj Andrzej Duda został oficjalnie zaprzysiężony jako szósty prezydent od czasów zapanowania w Polsce tzw. demokracji. Pan Andrzej plany ma bogate a co z tego wyjdzie czas pokaże. Nie ulega wątpliwości, że wiele zależeć będzie od jesiennych wyborów parlamentarnych. Jesli partia, która go rekomendowała na prezydenta je wygra, na co wiele wskazuje, to wtedy jego program napewno będzie miał większe szanse realizacji. Wschodnia część Polski to właśnie ta część kraju, która przyczyniła się w dużej mierze do zwycięstwa pana Dudy w wyborach prezydenckich. Ta część naszego kraju od dawna uważana była za słabiej rozwiniętą i niejako zapomnianą przez lata rządów Platformy, charakteryzuje się napewno wyższym bezrobociem co powodowało i powoduje, że hasła głoszone przez liderów partii pana Kaczyńskiego są tutaj ludziom bardzo bliskie. Przebywając przez ostatnie parę miesięcy w Polsce południowo-wschodniej uzmysłowiłem sobie jak ludzie zamieszkujący ten region bezkrytycznie o wszystko obwiniają Platformę i jak równie bezkrytycznie wierzą, że Prawo i Sprawiedliwość jest w stanie wszystko zmienić. Przyznawanie się do bycia zwolennikiem platformersow graniczy tutaj z jakimś obciachem. Nie ulega watpliwości, że nadszedł czas zmiany bo aktualni liderzy stracili poczucie rzeczywistości. Mam wręcz wrażenie, że PiS wygrał prezydenturę i wygra wybory parlamentarne z tego samego powodu dla którego do tej pory wygrywało PO, ludzie wybierali platformersów kierując się zasadą mniejszego zła. Dokładnie z tego samego powodu wygra PiS bo w swojej prywacie platforma tak dalece oderwała się od życia codziennego, że to oni dzisiaj uważani są za większe zło. Na niewiele się zdadzą w moim przekonaniu próby pani Kopacz zmiany wizerunku jej partii. Ludzie wciąż pamietają jak to będąc marszałkiem sejmu przyznała sobie i prezydium sejmu premie za ciężka pracę oscylujące w granicach czterdziestu tysięcy na twarz. Zmienić ten wizerunek będzie ciężko zwłaszcza, że skompromitowani taśmowicze nie mają zamiaru rezygnować ze swoich stanowisk i wpływów. Polska południowo – wschodnia dzisiaj w każdym bądź razie świętuje o czym się przekonałem podczas mojego codziennego spaceru. Tu w parku przymuzealnym miejscowi „dygnitarze” spod znaku wielbicieli napojów wyskokowych urządzili sobie niemal festyn obwieszczając wszem i wobec, że mamy dzisiaj wielkie święto jako, że nowy prezydent nam nastał. Nieświadom tej okoliczności zostałem wprowadzony w świat wielkiej szczęśliwości przez jednego z organizatorów tego przedstawienia heppeningowego. Agitator ów obwieścił mi coś co w skrócie brzmiało mniej więcej tak: panie kurwa Duda jest prezydentem, na co ja przytaknął stwierdzając: Andrzej Duda. Gość spojrzał na mnie jakbym powiedział coś o czym on juz wie od dawna i z politowaniem syknął do mnie: no przecież mowię kurwa Duda. Dalsza dyskusja oczywiście nie miała większego sensu uzgodniliśmy zatem, ze prezydent jest kurwa co w mniemaniu mojego rozmówcy miało oczywiście charakter pozytywny. Na koniec zostałem kulturalnie poproszony o fajkę a gdy stwierdziłem, że nie pale obrzucono mnie litosnym spojrzeniem. Happening ów zbyt długo nie trwał bo w drodze powrotnej spostrzegłem, że większość jego partycypantów wymęczonych wysoką temperaturą, było napewno powyżej trzydzieści stopni, padło na trawę oddając się poobiedniej drzemce w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. A ja w drodze powrotnej do domu cały czas się zastanawiałem po co w owym muzealnym parku mamy straż parkową i nijak nie mogłem znaleźć satysfakcjonującej odpowiedzi.