Moja Wielkanoc

Nie przepadam specjalnie za świętami tymi na wiosnę i tymi grudniowymi. Dla kogoś żyjącego poza granicami kraju nastrają one zawsze trochę nostalgicznie. Każdy naród obchodzi je trochę po swojemu, serwując swoje dania czy pielęgnując swój sposób celebrowania uroczystości.

Okazuje się, że w Ekwadorze ważniejszy jest piątek niż niedziela. To właśnie ten dzień ma wydźwięk najbardziej rodzinny.

Przeglądałem przewodniki po Ekwadorze. Ze zdumieniem stwierdziłem, że święty tydzień chociaż celebrowany jest na terenie całego kraju już od Palmowej Niedzieli to jednak jedynie piątek jest dniem wolnym od pracy w całym Ekwadorze. Co ciekawsze wiele uroczystości jest specyficzne tylko dla określonych miejs. Inaczej świętują w Quito, inaczej w Guayaqui i jeszcze inaczej w Cuence. Zupełnie inne podejście do tych świąt mają natomiast rolnicy, którzy w tym okresie zachęcają swoje pola i sądy do wydania jak największej ilości plonów.

W największych miastach odbywają się oczywiście wszelkiego rodzaju procesje a największa z nich ma miejsce w stolicy kraju Quito. Obserwuje ją ponad ćwierć miliona mieszkańców miasta i turystów. Przebrani w purpurowe stroje z kapturami pątnicy mają symbolizować grzeszników. Zgodnie z tradycją powinni maszerować tak z łańcuchami u stóp w nadziei na odkupienie. Grzeszne panie natomiast rownież ubrane w purpurowe stroje przemieszczają się w tej procesji na bosaka.

Opisuję to bazując na przewodnikach. Sam tego nie widziałem bo to wymagałoby wycieczki do Quito czyli kilku dni. Jakoś ciśniecie się w takim tłoku do mni nie przemawia.

W Cuence podobno w czwartek ma miejsce tradycja odwiedzania siedmiu kościołów. W piątek natomiast odbywa się wielkanocna procesja. Po niej a może przed nią Ekwadorczycy konsumują tradycyjną zupę pod nazwą fanesca. I tu znowu składniki różnią się w zależności od regionu, jednak musi w niej być dwanaście rożnych ziaren, rożnych zbóż symbolizujących dwunastu apostołów. Inne dodatki to juz kwestia miejsca i wyobraźni.

To wlasnie w piątek ta zupa jest serwowana a całe rodziny biorą udział w celebracji świetego tygodnia. Sobota to najcześciej zabawy i kiermasze na terenie miast i miasteczek by w niedziele złapać trochę oddechu przed zbliżającym się poniedziałkiem, który jest już zwykłym dniem roboczym.

Nie ma w tym wszystkim święconki. Nie ma tez żuru, do którego tak jestem przyzwyczajony. To znaczy na naszym stole był tyle, że bez wędliny bo ta tutaj niewiele mawspolnego z tym do czego jestem przyzwyczajony. Okazało się zatem, że przejście na lekki wegetarianizm przydalobsie w tym momencie.

Nostalgie zabiliśmy natomiast serialem „Daleko od Szosy”, którego obejrzenie wypełniło nam wieczory całego tygodnia. Poczuliśmy się na łonie rodziny. No nie tak całkiem ale chociaż trochę. Reszty dopełnił skype.

Reklamy

Z historii Cuenki

Dwunasty kwietnia to ważna data w historii Cuenki. To właśnie tego dnia miasto zostało założone przez hiszpańskich konkwistadorów. Miało to miejsce w 1557 roku a oficjalna nazwa miasta brzmiała Santa Ana de los Rios de Cuenca. Zanim jednak do tego doszło na tym terenie mieszkali Indianie Cañari którzy żyli tutaj ponad tysiąc lat. Długo stawiali opór Inkom, jednak w końcowym rozrachunku musieli uznać wyższość najeźdźców. Inkowie z kolei przetrwali tylko czterysta lat. W czasie ich panowania Cuenca była drugim po Cuzco najważniejszym ośrodkiem ich królestwa. Niestety dwóch synów ważnego wodza Inków Huayna Capac, wdało się w wojnę między sobą co w znaczny sposób ich osłabiło i umożliwiło przejęcie tych ziem przez Hiszpanów. Przyszli oni w drugiej połowie szesnastego wieku i zdominowali te tereny aż do powstania niezależnych państw południowoamerykańskich.

Tradycyjnie zatem dzień ten jest świętowany w mieście. Odbywa się wiele imprez, pokazów i wszelkiego rodzaju przedstawień i koncertów od muzyki rozrywkowej do poważnej.

Jest to dzień wolny od pracy choć drobni przedsiębiorcy niekoniecznie są zmuszani do celebrowania tego dnia.

Centrum miasta zmienia się w jeden wielki stragan z rożnego rodzaju kiermaszami oferującymi wszystko od obrazów do słodyczy i innych niekoniecznie wysokich lotów różności.

Na jeden dzień otwarcie kiermasze nie miałoby sensu. Będą zatem trwały przez cały weekend.

W tym roku postanowiliśmy odpuścić obchody. Jest dość tłoczno i głośno a najważniejsze imprezy odbywają się wieczorem. Dla mas jest to zbyt późno biorąc pod uwagę powrót w nasze górki.

Wiem jednak, że będzie się sporo działo szczególnie w starej części miasta, w której będzie również najwiecej koncertów dla mieszkańców i dla turystów.

Byłem w mieście dwa dni wcześniej i już dało się czuć atmosferę imprezy. Niestety nie nie miałem siły na oglądanie bo wyszedłem właśnie od dentysty wciąż nie czując języka po anestezjologii. A przede mną jeszcze jedna wizyta. 😭😃

No i będzie z tego Inka.

Ameryka to taki dziwny kraj cz.II

Ameryka to taki dziwny kraj. W zasadzie nie ma ona własnej historii podobnej do krajów europejskich. Powstała przecież jako zlepek rożnych narodowości. Ludzie tu przybywali by rozpocząć nowe zycie ze wszystkich stron świata. Tych przybyszów już nie ma. Pozostali natomiast ich następcy czy spadkobiercy. Ta nowa generacja aczkolwiek coraz bardziej czująca się jak prawdziwy Amerykanin wielokrotnie jednak kultywuje tradycje swoich przodków, którzy przybyli tu z Irlandii, Włoch, Polski, Chin, Indii i wielu innych krajów. Każdy z nich ma swoje święta obchodzone przez przez nich z dziada pradziada. Nawet w ramach tej samej religii chrześcijańskiej święto Bożego Narodzenia obchodzone jest inaczej. Dziewczyna mojego młodszego syna pochodzi z domu irlandzkiego. Jej rodzice identyfikują się z katolikami a jednak wigilii nie robią. Dopiero w następnego dnia spożywają uroczysty obiad. Mnogość kultur i wyznań w takiej ilości chyba nigdzie nie jest tak spotykana. Nauczyło to zapewne ludzi przez te wszystkie lata żyć wspólnie, akceptować inność i tolerować rożne przekonania.

Polska ma swój dzień w Nowym Jorku, kiedy to organizuje Paradę Puławskiego, Irlandczycy celebrują Świetego Patryka. Podejrzewam, że podobnie ma się sytuacja z innymi narodami. Sam kiedyś uczestniczyłem w jakimś święcie greckim. Zjechało ich się pare setek a punktem kulminacyjnym był pokaz umiejętności w tańczeniu Zorby. Taka jest właśnie specyfika Ameryki, choć są obywatelami tego kraju, gdzieś tam głęboko czują się Grekami, Irlandczykami Polakami czy Włochami.

Są jednak dwa dni w roku kiedy każdy bez względu na pochodzenie jest tylko Amerykaninem i nikim więcej. Pierwszy z nich to oczywiście czwarty lipca, dzień uzyskania niepodległości. To święto obchodzą wszyscy jak kraj długi i szeroki. Stany w tym dniu stają się ojczyzną wszystkich jej mieszkańców. Nikt nikomu nie organizuje kontr parady. Independence Day jest tylko jeden dla wszystkich.

Drugim takim dniem, tym razem o charakterze bardziej religijnym, jest Święto Dziękczynienia. Obchodzi się je w ostatni czwartek listopada a nam kojarzy się najbardziej z indykiem. To właśnie ten ptak uratował ludzie przed głodem i on jest w tym dniu synonimem tego święta. Indyk w tym dniu jest na każdym stole. Innych potraw się nie serwuje bo byłoby to niezgodne z przesłaniem tego dnia. W dobrych czasach pracownicy dostawali od swoich bossów tego ptaka w prezencie a sklepy oferowały dwa indyki w cenie jednego. Ten ostatni czwartek jest rownież ponad wszystkimi podziałami, wszyscy są jednym narodem bez względu na język jakim posługują się świątecznym stole. Obchodziliśmy i my ten dzień z należnym jemu szacunkiem.

Następnego dnia Ameryka wpada w szał zakupów bo oto ma miejsce Black Friday. Ten dzień został wkomponowany w życie innych krajów bo to było możliwe ku ucieszy właścicieli sklepów. Święto Dziękczynienia i indyk tego jednak nie da się skopiować gdzie indziej tak jak Świąt Bożego Narodzenia w Polsce.

Historii nie da się zmienić.

Moja szanowna rodzicielka była wciąż dzieckiem kiedy na nasz kraj najechali sąsiedzi z zachodu. Miała właśnie rozpocząć szkolną przygodę jako pierwszoklasistka lecz musiało to poczekać. Mieszkając na wiosce nie miała aż takiej styczności okupantem jak ludzie z miast. Nie znaczy to oczywiście, że było jej rodzinie lżej czy lepiej. Pamięta okropności tych czasów chociaż jej najbliższa rodzina nie doświadczyła wywózek do obozów czy aresztowań i przesłuchań. Okres ten jednak był i dla nie traumą tak jak dla większości ludzi z krajów podbitych i okupowanych przez najeźdźców.

Paręnaście lat po wojnie wracała taksówką z dworca kolejowego do domu. Za kierownicą siedział młodzieniaszek, który zapewne urodził się w trakcie wojny lub zaraz po jej zakończeniu. Wiele z tamtych czasów pamietać nie mógł, jeśli cokolwiek. Tak był jednak wkur…ony PRL-em, że w swojej karkołomnej tezie oświadczył mojej mamie, że lepiej było już nawet za Niemca. Rodzicielka moja, będąc słabo odporną na bzdury i banialuki, nie zdzierżyła oczywiście. Dostało się zatem kierowcy konkretnie i zasłużenie.

W zakresie odporności na głupotę sporo pewnie odziedziczyłem po swojej matuli. Niestety nie ma wciąż żadnej szczepionki, która uodparnia na ludzką tępotę. Chociaż z wiekiem człowiek staje się coraz bardziej wyrozumiały i coraz mniej rzeczy go dziwi to jednak słuchanie, w moim przypadku, kogoś kto czasy słusznie minione zna tylko z opowieści ludzi pokroju Macierewicza, przyprawia mnie o wymioty. Nie, nie będę bronił PRL – u, sam z niego uciekłem. Wysiew tych IPN-owskich pseudonaukowców niespełna czterdziestoletnich znających ów system od podszewki, a raczej od strony pieluch, które pod koniec tego systemu wciąż jeszcze moczyli jest wręcz zatrważający. Co jeden to mądrzejszy i aż rwie się do krytyki postaw ludzi, którzy w tamtych czasach żyli. Skończyłem właśnie czytać historie PRL-u bez IPN-u. W jednym z rozdziałów przytoczono list Stefana Kardynała Wyszyńskiego do ówczesnego I Sekretarza KC PZPR Władysława Gomułki. Kiedy w 1966 kościół chciał obchodzić tysiąclecie chrześcijaństwa w Polsce, inicjatywa ta spotkała się ze sprzeciwem przewodniej siły narodu. Chrześcijaństwo nie było bowiem po linii propagandowej partii. Kardynał wysłał więc list, w którym starał się objaśnić ówczesnej władzy, charakter obchodów i znaczenie tej rocznicy dla naszej historii. Pisze w nim jednak miedzy innymi, że historii bez względu na system i władzę, nie da się zmienić. Wydaje mi się to bardzo ważne spostrzeżenie. Tamte czasy nogą się wielu nie podobać i zapewne słusznie. Nie wszystko jednak było tylko czarne, tak jak niekoniecznie wszyscy wyklęci byli bez skazy. Czasu nie da się cofnąć, przynajmniej na razie. Szkoda jednak bo z chęcią bym przeflancował tych domorosłych myślicieli żeby zobaczyć ich wybory i niech ich potem krytykują następne pokolenia tych co nic nie przeżyli i mało widzieli.

Sylwestrowe wspominki.

Mam wrażenie, że z wiekiem atrakcyjność zabaw sylwestrowych maleje. Na dobrą sprawę noc jak każda inna, tyle że na drugi dzień trzeba zmienić kalendarz, bo ten stary już nie ma zastosowania. Uczestniczyłem w trakcie swojego życia w bardzo wielu tego typu imprezach. Najdroższa za dwieście zielonych od pary a najtańsza, jeśli dobrze pamietam, dwie dychy zorganizowana przez członków polonijnej parafii. Z tej najbardziej kosztownej mam same złe wspomnienia. Miał ją prowadzić legendarny Piotr Kaczkowski z radiowej trójki. Nie tylko, że nie prowadził to organizatorzy kompletnie zawiedli pod każdym względem. Marne było jedzenie, kiepska muzyka i żeby dokończyć dzieła zniszczenia, na stołach stały bukiety kwiatów, za które pod koniec zabawy kazano nam zapłacić. Doszło do sporej awantury przy naszym stoliku, która była wynikiem miernej rozrywki. Dobrze za to wspominam kościelne zabawy. Były to na ogół imprezy zrzutkowe, to znaczy, płaciliśmy bilety za wynajem sali i każdy coś tam przygotowywał. Organizacja jednak spoczywała na paru osobach, które były odpowiedzialne za kuchnie a potem za posprzątanie sali. Nic dziwnego, że one miały z tego powodu najmniej sylwestrowej rozrywki. Pamietam sylwestra w polskiej knajpie, która znajdowała się w mieście w sporej części zamieszkałym przez polonusów. Tu jedzenia było w nadmiarze ale bawić się nie było sposób bo wpuszczono więcej ludzi niż to miało sens. Wpadaliśmy na siebie w tańcu często depcząc po piętach sąsiedniej parze. Niektórzy to rozumieli, inni jednak mocno szczerzyli zęby ze złości. Pamietam imprezy zakładowe w PRL-u, które miały to coś specjalnego, bo dyrekcja w tym dniu była jakaś łatwiej przystępna. Najlepszym jednak był ten najbardziej kameralny. Jeden z moich kuzynów, dusza towarzystwa, zorganizował go u siebie. Bawiliśmy się w pokoju stołowym a wsród uczestników, chociaż mieliśmy tylko naście lat, los sprawił, że znalazło się wiele osób, które pózniej związał węzeł małżeński. Wtedy jednak mieli innych partnerów. Nie pamietam specjalnie muzyki, zapadł mi jedynie w pamięć wtedy wielki przebój The Osmonds pod jakże znamiennym tytułem „Puppy Love” czyli szczenięca miłość. Podkochiwałem się w koleżance z klasy, czego ona jednak kompletnie nie zauważała, rozrywając moją młodą pompę na tysiące krwawiących części. Może zatem te sylwestrowe wygibusy mają w sobie coś specjalnego gdy ma się naście lat, a wszystko jest jedną wielką przygodą? Z drugiej strony czasy nam się mocno skomercjalizowały co zabiło i zabija ducha beztroskiej zabawy.

Rocznica

Kolejna rocznica nam dzisiaj mija

Następny rok do portu zawija

A tam cumują życia naszego statki

Co opisują jego przypadki

A działało się w nim nie mało

Opisać wszystko choćby się chciało

Nie sposób w krótkim wierszyku

Bo statków w porcie jest już bez liku.

Ten pierwszy z brzegu to nasze wesele

A na nim rodzina, znajomi i przyjaciele

I była sobota, jak jest i dzisiaj

Gdy nasz wehikuł na redzie przysiadł

I już gotowy wypłynąć wraz z nami.

Żegnamy się więc z rodzicami

A oni nam błogosławią serdecznie

Lecz to nie wszystko, musimy koniecznie

W świątyni złożyć sobie przysięgę

Na tego co dał nam życie i jego mękę

Że w tej naszej wspólnej podróży

Nawet jeśli ocean będzie się burzył

To szanse mu damy na lepszą pogodę

Taką co niesie pokój i zgodę.

I już mamy obrączki na palcach

Gdy ksiądz powagą kościoła uroczystość zakończa

A świątynia Mandelsonem rozbrzmiewa

Czas się pakować i szybko stąd zwiewać

By znaleźć się wreszcie na naszego życia okręcie.

Lecz jeszcze nie teraz bo każdy chce zdjęcie

A i fotograf gdzieś na nas czeka

Do statku droga wciąż zda się daleka

I przecież chcemy oszczędzić sobie niedoli

A to jest zadaniem bochenka chleba i szczypty soli

O których ofierze rodzice już pomyśleli.

A teraz zabawa i tańce do wczesnej niedzieli

Uciec nie sposób, bo ci co przybyli

Swój czas dla nas dziś poświęcili

Przy tym szczodrze nas obdarowując

Zaczynać podróż im nie dziękując –

To prośba o same problemy na naszej drodze

Poparcie w tym względzie mamy w załodze

I obietnice, ze będą tu czekać tak długo jak tylko potrzeba

Bo bez nas odpłynąć po prostu się nie da

Tak oto nastał niedzielny poranek 

I opustoszały sale taneczne oraz krużganek

To sygnał, ze nadszedł czas naszej na statek ucieczki

I rozpoczęcia przez życie wspólnej wycieczki

I chociaż co roku zmieniamy statek na nowy

Ten pierwszy pozostał wciąż wyjątkowy

Dziś statków kolejna nastąpi zmiana

Bo ten co powraca wykonał już swe zadania

Ten nowy zabierze nas do portu z czwórką na przodzie

A co nas czeka w tym rejsie? Sam nie wiem. Ahoy przygodzie

Dzień Niepodległości

Pomimo tarć ekwadorsko-amerykańskich, związanych z panoszeniem się przybyszów z północy w Cuence, miasto nie zapomniało o dniu niepodległości Stanów Zjednoczonych, który przypada na czwartego lipca. Te napięcia poza tym zdają się być mocno przesadzone i wynikały bardziej z walki wyborczej niż z samego faktu ich występowania. Ostatnio rozmawiałem na ten temat rownież z moimi sąsiadami, którzy zdają się być w miarę obiektywni. Ich zdaniem nadużywanie systemu ubezpieczeń społecznych przez przyjezdnych to historia wyssana z palca. Sądzą tak, ponieważ podobnie jak w Polsce tak i w Ekwadorze aby skorzystać z tego systemu trzeba najpierw mieć skierowanie a potem czekać, czasami nawet parę miesięcy. Biorąc pod uwagę bardzo duży dostęp do lekarzy, którzy mają swoje prywatne praktyki i ceny za usługi lekarsko-szpitalne, zdecydowana większość zachodnich imigrantów wybiera tą drogę leczenia. Większym problemem, który wykreowali Amerykanie to wynajem apartamentów. Zgodnie z tym co usłyszałem, posiadacze mieszkań pod wynajem nie chcą udostępniać ich tubylcom przedkładając nad nich zachodnich emigrantów. Wiąże się to przede wszystkim z prawnymi obostrzeniami dotyczącymi eksmisji lokatora, który nie płaci lub zalega z czynszem. Podobno jest bardzo trudno kogoś takiego usunąć i czasami proces trwa bardzo długo narażając właścicieli na spore wydatki. W przeciwieństwie do krajan, takich problemów nie stwarzają napływowi, którzy płacą i opuszczają mieszkanie po wygaśnięciu wizy lub zostają dłużej jeśli planują osiedlenie. Jak zwykle w takich sytuacjach winni nie chcą spojrzeć w lustro a obcy jest najlepszym kozłem ofiarnym. Wracając jednak do dnia niepodległości. Otóż grupa większych biznesów postanowiła zorganizować dla przyjezdnych imprezę połączoną oczywiście z jedzeniem i sztucznymi ogniami. Potwierdziła się w ten sposób moja teoria, że Amerykanów tutaj bardzo lubią z tym, że jeszcze bardziej kochają ich pieniądze. Nie ma w tym nic dziwnego bo jednak Stany kojarzą się przeciętnemu śmiertelnikowi z bogactwem o niemal mitycznych rozmiarach. Ten przy-głupawy sposób myślenia powinien dawno się zdezaktualizować, póki co jednak pokutuje właśnie takie postrzeganie Ameryki. Osobiście nie brałem udziału w tych obchodach, słyszałem jednak, że specjalnie dla jankesów przygotowano hot-dogi, jeszcze jedno śmieszne skojarzenie tubylców ze Stanami. Mniejsza jednak o to, wierzę, że takie pomysły pozwolą i przyczynią się do dalszej integracji, bo ostatnio trochę na tym punkcie się oziębiło. Z Ameryki natomiast doszły mnie słuchy, że ichni prezydent był całym tym dniem mocno zawiedziony. Miał bowiem nadzieje, że podobnie jak na filmie „Independence Day”, najadą na jego kraj wstrętni kosmici, dzięki czemu mógłby pokazać swoim wyborcom jego oddanie ojczyźnie. Od dawna już go łapy swędzą aby wreszcie nacisnąć ten guzik i zrobić porządek w świecie i przy okazji we własnym kraju. Jeszcze nie tym razem panie Donald, jeszcze nie tym razem. 

Sekta na Wawelu

Niejaki Ryszard Nowak, przewodniczący Ogólnopolskiego Komitetu Obrony przed Sektami i Przemocą złożył zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa na Wawelu, które miałoby polegać na znieważaniu prezesa rządzącej partii niejakiego Jarosława Kaczyńskiego. Ów głoszący miłość i pojednanie dobroduszny pasterz wszystkich Polaków lepszego sortu przyjechał pomodlić się nad grobem brata w rocznice jego pochówku. Dla podkreślenia rodzinnego charakteru tego wydarzenia wziął ze sobą najbliższych członków pisowskiej familii marszałka i wicemarszałka Sejmu oraz marszałka Senatu. Na żałobników czekała niestety niemiła niespodzianka. Oto bowiem czekała na nich bliżej niezidentyfikowana sekta prawdopodobnie składająca się Polaków gorszego sortu, która chciała zakłócić pokojowy przecież przyjazd w celach religijnych pana prezesa. Pokrzyczeli, pokrzyczeli i poszli sobie pozostawiając jednak niemile wrażenie. Serdecznie dopiekło to panu Nowakowi, który dopatrzył się w tej manifestacji aktów sekciarstwa i przemocy, co miało się przejawiać w znieważeniu prezesa Kaczyńskiego, i z takim właśnie wnioskiem zwrócił się do prokuratury o przeprowadzenie śledztwa. Polska prokuratura już pewnie ledwo dyszy od podobnych wniosków bo gwoli przypomnienia ostatni sondaż zaufania dla polityków pokazuje, że aż 53% nie ufa prezesowi. Proponuje zatem panu Nowakowi niech do tego śledztwa dołoży te powyższe procenty i wtedy to juz byśmy mieli do czynienia z prawdziwą sektą. Myśle, że dobrym pomysłem byłoby dołożyć do sprawy rownież Antoniego obrońcy naszego kraju, któremu nie ufa sześćdziesiąt procent naszych obywateli. Jeśliby zatem udało się panu Nowakowi przekonać pierwszego prokuratora, że mamy do czynienia z olbrzymia sektą namawiającą do nienawiści i przemocy a potem skazać to całe towarzystwo na dożywocie to wreszcie w kraju nastałby ład i porządek pełen zgody i miłości. Podejrzewam, że takie rozwiazanie mogłoby się bardzo spodobać ministrowi od sprawiedliwości bo i on sam nie cieszy się zbyt wielkim zaufaniem. Jeśliby zabrakło miejsca w zakładach resocjalizacyjnych to zawsze można udobruchać Putina i wysłać te 60% na białe niedźwiedzie. Doprawdy panie Nowak nie ma co być małostkowym jak już walczyć z sektami do wykorzenić to plugastwo do samego dna. Miałbym jeszcze jeden pomysł dla pana Ryszarda, żeby lekko zmienił nazwę swojego komitetu na Ogólnopolski Komitet Obrony przed Przemocą i Sekciarstwem w skrócie O.K.O przed PiS – em. Wiem, wiem nie brzmi to zbyt dobrze i mogłoby świadczyć, że prezesowa partia to jakaś sekta. Z drugiej strony….

Feliz Navidad czyli Wesołych Świąt

Kolejne święta spędzamy w innym klimacie. Nie mam tu na myśli tylko strefy geograficznej, bardziej chodzi mi o atmosferę. Ekwador nie różni się zbytnio od Stanów czy Polski. Tu rownież Boże Narodzenie jest świętem rodzinnym. Mam jednak wrażenie, że jego przeżywanie ma charakter bardziej radosny. Punktem kulminacyjnym jest oczywiście uroczysta parada i przemarsz główną ulicą wszystkich ludzi, którzy chcą pokazać coś związanego z narodzeniem naszego zbawiciela. Nie ma to jednak charakteru procesji, w której główną postacią jest ksiądz czy inny przedstawiciel kościoła. Jest to spontaniczna manifestacja rożnych organizacji, warstw i grup kulturowych mająca na celu nie tylko identyfikowanie się z wiarą ale rownież przedstawienie swojej specyficznej kultury. Maszerować będą zatem Indianie ubrani w swoje plemienne stroje tańcząc w rytm swoich instrumentów. Maszerować będą szkolne grupy artystyczne tańcząc i śpiewając. Można będzie zobaczyć platformy samochodowe, na których znajdować się będą inscenizacje historii związanych z przyjściem na świat syna Bożego. Będzie dużo muzyki, dużo tańca, dużo śpiewu i radości. Poprzebierane dzieciaki za różne postacie biblijne, uśmiechnie a jednocześnie zabawnie poważne będą stanowić największą grupę maszerujących. Z okolicznych okien obserwujący będą rzucać słodycze by podkreślić wdzięczność dzieciakom i rodzicom za wkład włożony w przygotowanie imprezy. No właśnie, cały ten spektakl to radosna impreza, w której kościół bardzo mało jest widoczny jeżeli w ogóle. Nie wiem czy taki był generalny zamysł tej parady czy przedstawiciele lokalnego kościoła zdecydowali się nie ingerować w jej przebieg, wiem jednak, że ludzie uczestniczą w tym z dobrej woli bez względu na podziały czy przynależność grupową. Głównym i bezsprzecznie najważniejszym punktem parady jest przeniesienie rzeźby małego Jezusa, wykonanej przez nieznanego artystę w 1823 roku i poświęconej w 1961 przez papieża Jana XXIII. Jak wieść niesie ów wędrujący Jezus wraca do Cuenki w każdą wigilie Bożego Narodzenia bo tu został stworzony i stad „wyemigrował” do ziemi świętej i Rzymu gdzie został poświęcony. Cuenkańskie „Pase del Niño” jest największą tego typu imprezą w całej Ameryce Łacińskiej, będzie trwało w granicach dziewięciu godzin gromadząc około pięćdziesiąt tysięcy uczestników. Co roku podobno obserwuje tą paradę ponad dwieście tysięcy turystów z rożnych stron świata. I my planujemy wypad do Cuenki aby jeszcze raz obejrzeć to wspaniałe widowisko. Nie ma jednak takiej możliwości abyśmy mogli obserwować je do końca. Musimy wracać do domu gdzie wspólnie z naszymi znajomymi planujemy usiąść do stołu zapoznając ich jednocześnie z naszą tradycją i specyfiką wigilii, na której nie zabraknie naszych potraw. 

Feliz Navidad czyli Wesołych Świąt. 

Obchody niepodległości Cuenki 

Cuenca została założona przez hiszpańskich konkwistadorów 12 kwietnia 1557 roku jako stolica królewskiej prowincji. Obok Cuenki na terenie dzisiejszego Ekwadoru istniały jeszcze inne hiszpańskie prowincje. Stolicą jednej z nich było Quito zaś nad Pacyfikiem stolicą tamtejszej prowincji był Guayaquil. Te miasta to dzisiejsze trzy największe skupiska ludności tego państwa. Każde z nich jednak wyzwalało się. spod hegemonii hiszpańskiej na własny rachunek. Cuenca oficjalnie uzyskała niepodległość 3 listopada 1820.  Historia Ekwadoru jest bardzo skomplikowana a ilość dat związanych z powstaniem i proklamacją niepodległości może przyprawić o zawrót głowy. Ekwador obchodzi swoją niepodległość 10 sierpnia ale oficjalnie Ekwador został uznany jako państwo 16 lutego 1830. Zanim jednak do tego doszło niepodległość ogłaszały kolejno Guayaquil, Cuenca i Quito. Z tego tez powodu dni niepodległości w Ekwadorze jest kilka w tym rownież 3 listopada czyli dzień uzyskania niepodległości przez Cuenkę. Na obchody tego dnia do miasta zjechali przedstawiciele nie tylko poszczególnych części państwa ale też pojawili się twórcy ludowi z całej Ameryki Południowej. Inauguracja dni niepodległości  miała miejsce w piątek 30 października i trwała aż do wtorku 3 listopada. Kiermasze ze sztuką ludową były rozrzucone po całym mieście jednak główne ich skupisko znajdowało się wzdłuż głównej rzeki Cuenki Tomabamby. Tam też prezentowali swoje ekspozycje rzemieślnicy z innych krajów Ameryki Południowej od Kolumbii na północy aż po Urugwaj na południu. Mieli też swoje stoiska Indianie z dżungli amazońskiej a ich rękodzieło rzeczywiście robiło wrażenie. Oczywiście wszystko było na sprzedaż, jednak przy takiej okazji rownież pojawiło się sporo turystów a to z kolei zawyżało ceny. Targowanie się jest uważane za normalne i nikt się z tego,powodu nie obraża z czym miałem do czynienia w Polsce. Próbowaliśmy się kontrolować z naszymi zakupami niestety przekroczyliśmy limit ale warto było. Z jednej strony,  rzecz które kupiliśmy bardzo nam przypadły do gustu swoją niepowtarzalnością a z drugiej strony chcemy wspierać drobne rzemiosło, które na ogół jest oferowane przez małych producentów, dla których jest to jedyna forma zarobkowania. W kiermaszowych namiotach można było zobaczyć olbrzymie ilości wyrobów glinianych, których produkcja często jest przekazywana z pokolenia na pokolenie. Równie bogato prezentowały się wszelkiego rodzaju wyroby z drewna od rzeźb artystycznych przez rożnego rodzaju maski aż po meble. Wszechobecne były wyroby z alpaki i lamy ale ceny wyrobów z alpaki były dość wysokie. W okolicach Cuenki znajduje się miasto słynne z ręcznego wyrobu gitar klasycznych zatem i ich nie mogło zabraknąć. Kto wie czy gdyby nie mój antytalent muzyczny nie dałbym się  namówić na jedno z tych cudeniek. Może następnym razem jako element dekoracyjny, może. Nie zabrakło rownież stoisk z biżuterią, którą prezentowały prawie wszystkie kraje regionu. Cuenca żyła imprezami przez niemal tydzień czasu. Nie zabrakło rownież wszelkiego rodzaju koncertów ale z tych niestety musieliśmy zrezygnować z uwagi na godziny w jakich one miały miejsce. Poniedziałek i wtorek czyli 2 i 3 listopada były dniami wolnymi od pracy toteż nikt sobie nie żałował. Nam wystarczył jeden dzień aby poczuć smak i temperaturę imprezy a że pogoda dopisała bo było w granicach trzydziestu stopni to nawet nie zauważyliśmy jak upłynął  nam czas. Trochę zmęczeni dotarliśmy do domu późnym wieczorem z workiem pełnym wrażeń.