Ponad chmurami

Droga z Guayaquil do Cuenki to około dwustupiecdziesieciokilometrowy odcinek. Pokonaliśmy go już dziesiątki razy. W Guayaquil znajduje się bowiem lotnisko, z którego odlatujemy w świat i na, które przylatujemy wracając do domu. To portowe i zarazem największe miasto Ekwadoru oddzielają od Cuenki Andy. Nie ma innego wyjścia trzeba je przeciąć aby dostać się z jednego miasta do drugiego.

Tak się niefortunnie składa, że nasze odloty i przyloty powodują, że ową trasę pokonujemy albo jeszcze przed wschodem słońca albo już po jego zachodzie.

Uciekają nam zatem widoki, które są dane tym, którzy jadą tą trasą, szczególnie w słoneczny dzień. Nam się to też udało, było to jednak na tyle dawno, że nie wszystko pamietam.

Kierowca taksówki, który dostarcza nas i odbiera z lotniska, pokonuje tą trasę jednak bardzo często i to w rożnych porach dnia i roku. Zamieszcza co ciekawsze zdjęcia z tej trasy na swoim profilu na FB. Niedawno właśnie to zrobił. Zdjęcie bardzo mi się spodobało. Dziś miałem możliwość rozmawiać z nim i zgodził się na jego skopiowanie u mnie.

Bez specjalnego zatem przedłużania, oto one.

Mniej więcej godzina od Cuenki

Rozjechany

Na półkuli północnej powoli w powietrzu zatrzyma dominować jesień. To znaczy, że w mojej okolicy zbliża się wiosna. Słońce coraz chętniej pokazuje mi swoją twarz. Deszczowe dnie, choć jak i na wiosnę w Polsce, wciąż obecne, to jednak ich coraz mniej. Brzmiąca z oddali rzeka, pełna deszczowej wody powoli się wycisza i już słychać tylko gdzieś w oddali jej szmer. Działa bardzo relaksująco i uspokajająco.

Końcówkę mojej zimy spędziliśmy w Meksyku. Tam temperatura nie była ani letnia, ani tym bardziej zimowa. Każdego dnia trzydzieści pięć do góry przypominało raczej lato na równiku gdzieś w Afryce.

Dziesięć dni było w sam raz aby się dogrzać i wracać. Okazuje się, źe podróż z chłodnego Ekwadoru do ciepłego Meksyku znieśliśmy całkiem, całkiem. Powrót o wiele gorzej. Rozgrzani zapomnieliśmy o chłodzie w tutejszym wydaniu. No i jak to zwykle bywa, wiatr po spoconych plecach niczego dobrego nie zwiastował. W naszym położeniu to jednak drobna uciążliwość. My już na urlopie bezterminowym zatem praca tylko dla przyjemności.

Wczoraj ekwadorska telewizja sprawiła mi niespodziankę. Prawdę mówiąc trochę jej oczekiwałem. Trwają Mistrzostwa Europy w siatkówce. Ekwador podłączył się pod ich obserwacje na poziomie półfinałów. A w nich przecie ojczyzna moja grała właśnie wczoraj.

Czytając wyniki poprzednich meczów byłem w bojowym nastawieniu. Bo przecież, jak podawali nasi dziennikarze, rozjeżdżaliśmy wszystkich po kolei, wybijaliśmy siatkówkę z głowy każdemu kto stanął na naszej drodze. Nie wiem jak wy, ale mnie okrutnie ton tych zwycięskich komentarzy nie odpowiada. Wolę odrobine umiaru i szacunku dla przeciwnika.

Widać nasi zawodnicy, jeszcze przed meczem uwierzyli, źe Słowenia to taka kolejna drużyna do rozjechania no i sami zostali rozjechani.

Lubię te ekwadorskie niespodzianki w postaci transmisji meczów naszej drużyny narodowej, jakiejkolwiek dyscypliny. Zauważyłem jednak, że potem mam czkawkę bo występ nie był niczym nadzwyczajnym a wręcz przeciwnie, tak jakbym oglądał wystąpienie jakiegoś kaczysty w Sejmie.

Na szczęście wiosna i słońce uzdrowiły dzisiaj moją skołataną i rozjechaną duszę. Nie ma to jak usiąść na patio zamknąć oczy i odpłynąć.

Ahoj.

Merida I Meksyk to już tylko wspomnienia.

Na bosaka

Nasza hacjenda ma dwa wyjścia. To główne przez, które wychodzimy na zakupy i przyjmujemy gości oraz ogrodowe. Z tego ostatniego korzystamy oczywiście częściej bo i więcej czasu spędzamy w ogródku, i po tej stronie domu, niż z jego frontu.

Kiedyś, w czasach słusznie minionych, naszym marzeniem było posiadanie własnego M ileśtam. Chyba tylko dlatego, że tak trudno o nie było. Teraz nam się zmieniło. Dom stał się naszą wręcz potrzebą. Jest to niewątpliwie wymagająca zachcianka, bo jak mówią koło domu zawsze jest coś do zrobienia. Koło mojego wyjątkowo dużo jeśli weźmie się pod uwagę, że moje szczęście ma sokole oczy. Wypatrzy wszystko.

Dom ma jednak swoje zalety. Dla nas najważniejsze jest, że wokół niego mamy sporo prywatności. Kiedyś mieliśmy podobny domek w Stanach. Mieszkaliśmy jednak w zamkniętym osiedlu. No i to okazało się problemem. Niespodziewanie nie mogliśmy zrobić nic bez zgody większości osiedlowej. Jako właściciele domu mieliśmy więcej obowiązków niż praw. Lubiłem dom ale ci ludzie doprowadzali mnie do skrajnej rozpaczy. Nie mogliśmy na przykład wywiesić prania na zewnątrz bo już jakiś nawiedzony Kaczyński czyli ichni Smith mamlał coś o negatywizmie wizualnym. Mógł człowieka szlag trafić z tą bandą. Najgorsi zdecydowanie są właśnie ci mali ludzie gdzieś na dnie władzy. Daj im jej odrobinę a oni potrafią ci tak wleźć za skórę jak mało kto.

Nie mamy tego tutaj. Nikt mi nie mówi co mi wolno czego nie. Zatem wszystko urządzamy sobie tak jak nam się podoba. To było nam bardzo potrzebne.

Otoczenie wycisza i uspakaja a jak jest do tego słoneczko to nie ma jak na bosaka po jeszcze mokrej trawie. Mówią, że to ma efekty lecznicze. Z jednej strony ponoć można się w ten sposób naładować energia ziemską. Z drugiej zaś uziemić swoje negatywne emocje. Nie lubię rozkładać włosa na czworo. Mnie to bose łażenie wyjątkowo dużo przyjemności sprawia. Mogę to robić z każdej strony bo i front porośnięty trawą i zejście do ogródka.

I czego miałbym się spieszyć do miasta? Rozumiem, rozumiem każdy ma inne potrzeby.

Tędy do ogrodu

Tędy na zakupy

Lewą się uziemiam, prawą czerpie energię…albo odwrotnie

I niech mi ktoś powie, że z przyczyn wizualnych nie mogę wietrzyć pościeli.

Leżaki w akcji

Wielokrotnie wspominałem o powodach naszej przeprowadzki do Ekwadoru. Chcieliśmy zdecydowanie więcej słońca. Co ciekawe, nasza pierwsza wizyta tutaj, dziesięć lat temu miała miejsce właśnie na przełomie sierpnia i września i wtedy nie odczuliśmy chłodu z którym mieliśmy do czynienia ostatnimi dniami. Tych spadków temperatury dość długo nie było. Dopiero ostatnie dwa lata są pod tym względem inne. Specyfiką tej szerokości geograficznej jest chyba nieprzewidywalność pogodowa. Niby równik a w naszym przypadku blisko do równika, a jednak nie znaczy to wcale, źe tu nic innego poza słońcem się nie dzieje. Pewnie na wybrzeżu Pacyfiku tego typu dylematów nie mają. W górach jest jednak inaczej. Tu pogoda co metr niżej albo wyżej zmienia z dnia na dzień. Często u nas pada a w Cuence, która jest pięćset metrów niżej, już nie.

Ostatnio jednak pogoda zachowuje się jednak wyjątkowo kapryśnie. Pare dni temu narzekałem na chłodne i deszczowe dnie. No i nagle ni z gruszki, ni z pietruszki zrobiło się słonecznie. Do tego stopnia się ociepliło, że wyciągnęliśmy nas sprzęt do opalania i oddaliśmy się słodkiemu lenistwu. Co będzie jutro? Kto to wie. Dzisiaj jednak podnieśliśmy poziom witaminy D w naszych organizmach dość znacznie. A to przecież ciagle tutejsza zima, która skończy się na początku września.

Tutejsi seniorzy mówią, że najgorsze mamy za sobą. Oby mieli rację.

Nie ma to jak zimową porą na zewnątrz chwycić trochę opalenizny.

Co kombinuje Ziemia?

Nasza planeta ostatnio daje mi się we znaki. Nawet ją rozumie bo zmiany, z którymi musi walczyć w dużej części zostały spowodowane naszą działalnością. Mam jednak wrażenie, że zachodzą też inne przeobrażenia wynikające z cykliczności niektórych zjawisk na ziemi. Teoretycznie wszystko co się dzieje na półkulach północnej i południowej powinno być podobne tylko w innych miesiącach. Na mój chłopskich rozum w stosunku do północy tutaj powinnismy być sześć miesięcy do tylu lub do przodu, jak kto woli. Przyjmując takie rozumowanie sierpień na mojej półkuli to odpowiednik lutego na północy. Sprawdza się to pod względem temperatur. Rzeczywiście lipiec i sierpień to najchłodniejsze tutaj miesiące. Im bliżej równika te temperatury powinny się spłaszczać, to znaczy, że nie powinno być zbyt wielkich wahań ani w górę, w dół. Jeszcze dwa lata temu tak właśnie było. Dnie były pogodne w nocy natomiast dość chłodno. Lipiec i sierpień charakteryzowały się też małą ilością opadów i dość sporym wiatrem. Od ubiegłego roku coś się jednak stało. Zdecydowanie więcej mamy deszczu i zdecydowanie jest chłodniej i to nie tylko w nocy. W lipcu mogliśmy policzyć na palcach jednej ręki dni bezdeszczowe. Sierpień pod tym względem jest lepszy. Jest jednak nieprzyzwoicie zimno i niemal każdego dnia niebo jest zachmurzone. Pojęcie ogrzewania w domu jest obce w Ekwadorze. W najchłodniejszych miesiącach pali się tutaj w kominkach lub w piecykach popularnie zwanych w Polsce kozami. Słońce tutaj jest bardzo ważnym elementem grzewczym. Również dla nas. Budując dom zdaliśmy się na naszego architekta pod względem nasłonecznienia domu. Chcieliśmy mieć świetliki w dachu. On jednak twierdził, że tego się nie praktykuje na równiku bo tu słońce przez cały rok grzeje ze wszystkich stron. Skoro gość tu mieszka i zna te okolice to chyba wie o czym mówi.

Niestety nie wiedział. Jego niechęć do okien dachowych wynikała z nieznajomości tej technologii. Słońca wewnątrz mamy jak na lekarstwo, co powoduje, że w chłodne dni bez systemu grzewczego i braku słońca, wewnątrz jest dość chłodno.

Mamy kominek, który pomaga. Ostatni tydzień dał mi wyjątkowo popalić. Było bardzo chłodno na zewnątrz i na dodatek każdego dnia pochmurnie i deszczowo. Przekładaliśmy nasza wycieczkę do Cuenki aż do piątku. Dopiero tego dnia uśmiechnęło się do nas słońce. Tak jest drugi rok z rzędu. Poprzednimi laty chłodno było jedynie w nocy. W dzień zaś zawsze choć na chwile wychodziło słońce. Wyjście z naszej powierzchni kuchennej jest bezpośrednio na oszklone patio. Przy słonecznym i nawet chłodnym dniu patio się nagrzewa i przez otwarte drzwi ciepło wchodzi do domu. Brakuje jednak ostatnio słońca, co zdaje się być dość nietypowe. Dodatkowo w okolicach Quito, które jest bliżej równika, spadł śnieg. Zaskoczeni kierowcy nie wiedzieli jak się zachować na śnieżnej ślizgawce. Pojęcie odśnieżania jest tutaj kompletnie obce.

Nasza działalność ma niewątpliwie efekt niszczący. Myśle jednak, że i Ziemia coś kombinuje. I niech sobie kombinuje, byleby dała mi znać.

Wstrząs termiczny

Typowo letnie polskie miesiące czyli czerwiec, lipiec i sierpień tutaj są najzimniejsze. Jesteśmy tutaj od paru już lat i chociaż nasze lato to tutejsza zima to jednak temperatury nie są podobne do tych polskich. Zwykle w nocy jest dość chłodno natomiast w ciągu dnia jest już tradycyjnie ciepło.

Anomalia pogodowe dopadły jednak i Ekwador. Słońce, które zwykle operowało w dzień teraz gdzieś zniknęło co oczywiście przekłada się na niższe niż zwykle temperatury. Już nie tylko nocy jest chłodno ale również niewiadomo jaki będzie dzień. Wczoraj rozpoczęło się bardzo ponuro, mocno zachmurzone niebo nie zwiastowało niczego dobrego.

Jedynym naszym ogrzewaniem jest kominek, który daje ciepło tylko w części kuchenno-jadalnej. W pozostałych pomieszczeniach dogrzewamy tylko w razie potrzeby grzejnikami elektrycznymi. Domy z kamienia, jaki my mamy, mają to do siebie, że nie nagrzewają się najlepiej, o czym nie pomyśleliśmy w trakcie konstrukcji. Zatem wewnątrz jest zawsze chłodniej niż na zewnątrz. Nie mając jednak doświadczenia w życiu na równiku i w górach sądziliśmy, że to będzie raczej pozytywne. A tu masz babo placek, chłodno na polu jeszcze chłodniej w środku.

Kiedy juz zaopatrzyłem się w drzewo do rozpalenia w kominku, a było to jakoś wedle południa, nagle niebo zaczęło się przejaśniać i zza chmur nieśmiało spojrzało na naszą okolice słoneczko. Trochę zawstydzone jakby zapomniało, że to tutaj jest równik i to tutaj powinno spędzać więcej czasu.

Nasze oszklone patio natychmiast się nagrzało i ciepło zaczęło wypełniać dom poprzez otwarte na oścież drzwi. Pytam bosowej czy mam grać, znaczy się palić w kominku. Nie pal. Ucieszyło mnie to niewymownie, bo już samo znoszenie drzewa dokuczyło mi okrutnie.

Rozsiadłem się zatem na patio z moją gazetową lekturą, upajając się szklaną ciepłotą. Luśką oczywista pognała do ogródka, bo ona w przeciwieństwie do mnie tam najbardziej odpoczywa. Ogólne zadowolenie. Jakoś koło drugiej z minutami słońce znowu się skryło ale jasność na zewnątrz wciąż panowała nie wróżąc zbyt szybkiego oziębienia. Potem dmuchnęło wiatrem i przygnało brzydsze chmury. Wewnątrz jednak było na tyle komfortowo, że grać czyli palić nie musiałem.

Z wieczora jednak gdy zasiedliśmy do naszego spotkania z filmem chłodek w środku był już niczego sobie. Palić o tej porze sensu nie było. Przydają się w takich momentach koce i grzejniki. A po filmie pod kołdrę i święto lasu. Możemy narzekać na temperaturę jednak przy chłodniejszej o wiele lepiej się śpi.

No i tak przeżywamy mały wstrząs termiczny. Ja prawdę mówić trochę większy, bo Luśką nie była w Polsce. Od gorącej ziemi ojczystej przez komfortowe temperatury w Stanach do górskiego rześkiego powietrza na równiku. Tubylcy mówią nam, źe ostatnie dwa zimowe lata były wyjątkowo chłodne. Czy tak już zostanie? Zobaczymy. Do Afryki nad Wisłą jednak nie tęsknie.

Gdy na zewnątrz świeci słońce.

Ostatnio u mnie pogoda jak kobieta – zmienna jakaś. To słoneczko z rana przyświeca, to znowu pochmurno, by za chwile słońce znowu pokazało swą twarz. Lecz nie na długo bo wiatr przywieje chmury, słońca się za nimi schowa niczym wstydliwa panienka.

Koniec marca, gdy na półkuli północnej zaczyna się wiosna, przynajmniej kalendarzowa, na południu nadchodzi jesień. Tu jej nie ma. W jej miejsce mamy porę deszczową. Będzie padać dość sporo jak w polskim deszczowym listopadzie. Póki jednak co jeszcze pare fotek zza szyby naszej werandy gdy na zewnątrz swieci radosne słońce.

To kierunek Cuenki

A to prawa na wprost

A to lewa na wprost.

I lewa na max.

Wam tez dużo słońca życzę.