O tym jak nieloty wzniosły się i odleciały.

Z duszą na ramieniu zasiadałem wczoraj przed telewizornią aby obejrzeć kolejne spotkanie naszych piłkarzy od nogi. Po ostatnich występach, strach nijaki ściskał mnie w dołku. W ostatniej kolejce namordowaliśmy się solidnie wygrywając po bramce, którą należy zaliczyć na konto sił nadprzyrodzonych. Farfocle się zdarzają ale gol z Macedonią to był jakiś totalnie zdobyty przypadkiem w przypadkowej sytuacji.

Izrael natomiast strzela sporo bramek i do tej pory wygrywał raczej spokojnie i bezproblemowo. No i na tym właśnie polega piękno sportu, że potrafi zaskoczyć i jest trochę nieobliczalny.

Przecierałem zatem ze zdumienia oczęta moje nie bardzo wierząc w to co się działo na boisku. Ni stad ni zowąd piłka zaczęła się poruszać między naszymi piłkarzami całkiem przyzwoicie i celnie. Zaczęliśmy nawet stwarzać sytuacje pod bramką Mosze Dajana, czy jak mu tam, mam oczywiście na myśli ichniego bramkarza. Mogliśmy nawet strzelić bramkę na początku, zabrakło jednak trochę dokładności.

Aż przyszedł wreszcie ten moment, w którym Piątek z Lewandowskim prostopadle wymienili piłki. W to wszystko wmieszał się Kądzior i nasz Krzychu przywalił pod poprzeczkę nie do obrony i stało się prowadzenie dla naszych.

Czasami nasi komentatorzy w przypływie emocji robią z siebie trochę wariatów, muszę jednak przyznać, że gdy Piętek strzela gole w inne dni tygodnia niż właśnie piątek to i mnie przychodzą do głowy różne idiotyzmy, na przykład Piątek w poniedziałek. Tak właśnie było tym razem Krzychu kropnął jak z armaty w poniedziałek i był to jego pierwszy gol, ponoć, zdobyty w tym dniu tygodnia. Piątek strzela te bramki z dokładnością każdego meczu. Zdobył w ostatnich czterech właśnie cztery gole a dwa z nich były na wagę zwycięstwa. Mnie to bardzo raduje, bo choć mam sporo szacunku dla Robertina to on i jego wybranka z lekka mnie męczą swoją obecnością w przestrzeni publicznej. Nie ulega wątpliwości, że Lewandowski zapisze się na kartach naszej piłkarskiej historii złotymi zgłoskami. Wolałbym jednak odrobinę mniej megalomanii w jego przypadku. To jednak nie istotne na ten moment. Wreszcie to brzęczenie wszystkich o konieczności grania ofensywniej wpadło trenerowi Brzęczkowi do ucha i mam nadzieje, że już tam zostanie.

Wczoraj znowu była szansa na obejrzenie potencjału jaki drzemie w naszych kopaczach gały. Aby to trwało jak najdłużej.

Reklamy

Jak najszybciej zapomnieć

Mieszkając w USA straciłem kontakt z kopaną. Amerykanie to chyba jedyny kraj gdzie piłka nożna swoją popularnością ustępuje wielu innym dyscypliną. Długo nie mogłem zrozumieć bejsbola, czy ichniego futbolu a to przecież dyscypliny, które wywołują wśród tego narodu najwięcej emocji. Ja przecież odkąd pamietam byłem chłopakiem, który identyfikował z Paragonem, który strzelał gole dla swojego podwórka. A tu taka kicha. Nic tylko jakaś pała, którą należało trafić w białą piłkę podobną wielkością do tenisowej albo jakieś jajowate coś czym raz rzucają a innym razem z tym biegną niewiadomo gdzie i niewiadomo po co.

Jako chłop o zainteresowaniach sportowych wreszcie zgłębiłem tajniki amerykańskich widowisk boiskowych i zapomniałem nawet o piłce nożnej.

Wylądowaliśmy jednak w Ameryce Południowej, w kraju i na kontynencie gdzie ponoć z piłką młode chłopaki nawet sypiają. Widać to również w oprogramowaniu z telewizora, nic tylko gała od rana do późnej nocy. I do tego jeszcze ci nawiedzeni sprawozdawcy wrzeszczący jakby po każdej akcji miała paść bramka a jak już wreszcie ktoś zdobędzie gola to ci goście mała nie zejdą z tego świata wrzeszcząc przeraźliwie i długo goooooooooooooooool, albo dla odmiany golgolgolgolgolgol przez dobrą chwilę.

W ten sposób wróciłem na łono boiska piłkarskiego. Odkryłem nawet niespodziewanie, że Polska ma całkiem niezła pakę. Sporo naszych meczów nawet transmitowała telewizja ku mojemu zadowoleniu.

Paka jednak rozpadła się w ubiegłym roku w Rosji. Przyszedł nowy trener żeby zbudować coś nowego. Póki jednak co to mamy jedenaście bezgłowych kurczaków latających w różnych kierunkach tylko nie tam gdzie piłka. Jak my te mecze wygrywamy, nie mam zielonego pojęcia.

Skończył się właśnie kolejny występ gwiazd naszej rodzimej piłki, o dziwo znowu wygrany ale Bogiem a prawda najlepsza w tym meczu to była przerwa.

Oglądałem to widowisko, żałosne od początku do końca, w towarzystwie moich najbliższych znajomych. W przerwie kolega puścił nam rewelacyjne nagranie bluesa, które pozostanie w mojej pamięci. No i jeszcze z miłych rzeczy piwo i placki ziemniaczane. Resztę chce jak najszybciej zapomnieć. Zbędę ją zatem milczeniem.

Ech, gdzie się podziały Orły Górskiego, którzy w koszulkach i spodenkach rodzimej produkcji na Wembley zafundowali Waterloo wypasionym i zadufanym menom z Anglii, wprowadzając cały ich kraj w traumę, z której długo nie mógł się wydostać. Jerzy B. Ze swoją ekipą lepiej żeby na Wembley nie jechał, bo jestem pewny, że tym razem to my wypadlibyśmy w wiekuistą traumę.

Amerykańskie mistrzostwa świata

Jak zwykle o tej porze roku już od kilku lat na moim blogu pojawia się wpis dotyczący Super Bowl. Domyślam się, że impreza ta chociaż znana z nazwy, kibiców w Polsce nie ma zbyt wielu. Super Bowl to jednak, pod względem oglądalności, jest najważniejszą imprezą sportową w USA. Kończy się nim sezon futbolu amerykańskiego, który trwa od września a jego zwieńczeniem jest finał rozgrywek. Dwie najlepsze drużyny z dwóch różnych konferencji wyjdą na przeciw siebie by dać Amerykanom moment zapomnienia od bieżących problemów.

Sam pojedynek będzie trwał tylko godzinę, ale przedmeczowe historyjki dotyczące poprzednich meczów, zawodników występujących w dzisiejszym spotkaniu, ich drogi życiowej pełnej przeszkód i wiele innych analiz ekspertów, zajmie cały dzień w telewizyjnej ramówce tego dnia.

Amerykanie jak kraj długi i szeroki spotkają się na tak zwanych Super Bowl parties, które są już ich tradycją. Piwo lać się będzie ostro, pomieszane z chipsami i innym tanim jedzeniem. Dzisiaj nic nie jest ważne bo oto wieczorem poznamy mistrza świata w tej dyscyplinie sportu. A jakże, mistrza świata. W Stanach przed telewizorami zasiądzie tysiące kibiców i jeszcze więcej na całym świecie. Nawet ci, których sport mało interesuje z zapartym tchem przyglądać będą się reklamom w trakcie pojedynku, które trzymane są w sekrecie do czasu transmisji. Byle kto reklamować się nie może, koszt bowiem jest zawrotny i sięga kilku milionów dolców za minutę. Reklamy będą miały oczywiście specjalny charakter często bardzo zabawny. Jak każdego roku prym wieść będą dwie największe firmy piwne czyli Budweiser i Coors oraz walczące o amerykański rynek Pepsi i Coca Cola.

Będzie wciąganie flagi, będzie bardzo patriotycznie a hymn zaśpiewa zapewne ktoś znamienity. Tak się robi show.

W przerwie meczu oczywiście uznani artyści, nie mam pojęcia kto w tym roku, dadzą koncert marzeń z setkami statystów podrygujących w rytm muzyki. Te dwadzieścia minut osłodzi życie paniom domu, które w tym dniu na swoich chłopów totalnie liczyć nie mogą.

W tym roku naprzeciw siebie staną Patrioci z Nowej Anglii i zespół Rams z Los Angeles. Ta pierwsza drużyna to bezsprzecznie najlepszy zespół ostatnich piętnastu lat. Z dokładnością niemal zegarka meldują się w finale tych rozgrywek. Opuścili je kilka razy ale i tak pod względem występów w ostatnich latach są nie do pobicia.

Nowa Anglia to część stanu Massachusetts, którego największym miastem jest Boston. Nowy Jork i Boston nie przepadają za sobą. Prawdziwy kibic z Nowego Jorku dzisiaj murem będzie po stronie zespołu z Los Angeles. Nie inaczej będzie ze mną. Zawsze byłem fanem drużyn z Wielkiego Jabłka i zawsze moim największym wrogiem były drużyny z Bostonu. Będę trzymał dzisiaj kciuku za Rams, którzy nie są faworytem. To jednak sport a w nim wszystko jest możliwe.

Honor to nie towar. Vamos Argentina.

I stałem się kibicem Argentyny. Jej mecz z Nigerią, którego stawką był awans do kolejnej rundy mundialu miał w sobie wszystko o czym może marzyć przeciętny kibic sportu. Najpierw prowadzenie Argentyny dające im awans, potem wyrównanie Nigeryjczyków, premiujące ich wyjściem z grupy by wreszcie w końcówce meczu biało-niebiescy strzelili zwycięskiego gola premiującego ich dalszą grą w rosyjskich mistrzostwach. Presja związana ze stawką meczu jakoś nie związała nikomu nóg a wręcz odwrotnie, wyzwoliła we wszystkich zawodnikach pokłady energii o jakiej nasze orły mogą tylko pomarzyć. Obie drużyny pokazały nieprawdopodobny charakter i wole zwycięstwa. Argentyna wyszła z tego pojedynku na tarczy, chociaż mogło być odwrotnie, bo i Nigeria miała swoje szanse. Miałem możliwość zobaczyć wszystko to czego oczekiwałem od wybrańców Nawałki, walki do końca o każdą piłkę, o każdy metr boiska. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Świetny mecz, któremu pod względem dramaturgii mógł dorównać jedynie mecz Szwedów z Niemcami, chociaż spotkanie Iranu z Portugalią mogło zakończyć się wręcz sensacyjnie. Na tym tle nasza ekipa nie tylko wypadła blado lecz wręcz kompromitująco słabo. Dostają zatem, nasze gwiazdy, cięgi w mediach. Kto żyw nie zostawia suchej nitki na bezpłciowych zawodnikach znad Wisły. Zasłużyli sobie na tą krytykę zarówno oni jak i Nawałka, który pewnie po mistrzostwach będzie już tylko byłym trenerem. I słusznie bo to w końcu on był odpowiedzialny za przygotowanie drużyny i powołanie najlepszych zawodników. Preferowanie z uporem maniaka niegrających w swoich klubach gwiazd mogło przynieść rezultaty tylko na mistrzostwach podwórkowych. Wzięcie do Rosji kumpla naszego kapitana, który w swoim klubie z Gdańska rownież zawodzi świadczy tylko o tym jak wiele do powiedzenia w reprezentacji ma Robert Lewandowski. I powinien, tyle że nie w kwestii powołań. Na koniec jeszcze słowo o nim właśnie. Nie należę do jego najzagorzalszych kibiców o czym już pisałem na tych stronach. Jego brak samokrytyki to już nie ego ale super ego. Pretensje ma do całego świata, do klubu z Monachium, do agenta, do kolegów z reprezentacji i do Bóg wie jeszcze kogo. Rozumiem, że jak się zarabia takie pieniądze i jest się rozchwytywanym przez reklamodawców to ciężko jest być zmotywowanym do dawania z siebie wszystkiego w każdym meczu. Zawodnik z numerem dziewięć zawiódł na całej linii i pod każdym względem. Dziwi mnie zatem, że wciąż ktoś chce z nim rozmawiać o przyczynach naszych niepowodzeń znając z góry jego odpowiedź; ot poza nim nie ma w tej drużynie jakości. Mało to honorowe i dodatkowo degradujące pozostałych, w końcu kolegów, z drużyny.

Honor, w czwartek mają zagrać o niego nasze gwiazdy z reprezentacją Japonii. Honor to jednak nie towar, jak raz się go straciło to odzyskać go nie można. Żadne zwycięstwo i w żadnych rozmiarach nie zmieni faktu, że w naszej grupie zajmiemy ostatnie miejsce. Nie zmieni to również faktu, że odpadniemy w tej fazie rozgrywek jako jedyna rozstawiona drużyna…nawet jeśli z „honorem” wygramy.

Orły czy ptaszyska?

Z niecierpliwoscią i umiarkowanym optymizmem oczekiwałem pierwszego występu na mundialu Orłów Nawałki. Nie jestem ani znawcą, ani analitykiem piłki nożnej. Ot zwykły kibic, rzekłbym nawet przeciętny miłośnik sportu pod każdą postacią. Kiedy jednak gra drużyna narodowa, odzywają się zupełnie inne emocje. Mocno identyfikuję się z krajem mojego pochodzenia. Być może właśnie dlatego dzisiejsze spotkanie to nie tylko kubeł zimnej wody ale wyjątkowo gorzka pigułka do przełknięcia. Nikt nie lubi przegrywać. Taka jest jednak natura sportu; żeby ktoś wygrał, ktoś przegrać musi. Moja gorycz nie wynika zatem z porażki ale ze stylu w jakim do niej doszło. Przez większość meczu miałem wrżenie, że pewien zawodnik drużyny z Paryża ufundował wszystkim swoim kolegom reprezentacyjnym po kożuchu, z miłości do których jest znany. Ci natomiast zapomnieli je zostawić w szatni i wystąpili w nich na boisku. Męczyli się zatem niemiłosiernie, bo na zewnątrz pogoda była letnia, sądząc po trybunach, na których kibice zasiedli ubrani w krótki rękawek. Miałem nadzieję, że po przerwie zrzucą z siebie ten nadmiar garderoby, dzięki czemu odzyskają chociaż odrobinę świeżości. Nic z tych rzeczy. Widać wmawiany nam brak zaufania do ruskich zwyciężył ze zdrowym rozsądkiem bo nikt nie chciał zostawić krychowiakowego prezentu w szatni. Męczyłem się i ja przed telewizorem, wierząc w przebudzenie. Nie nastąpiło, niestety. Z drużyny, która jeszcze dwa lata temu czarowała na stadionach Francji, pozostały już tylko nazwiska a z orłów jakieś niemrawe ptaszyska, które sprawiały wrażenie jakby znalazły się na boisku zupełnie przypadkowo. Orły Górskiego nie schodziły poniżej pewnej przeciętnej. To co zobaczyłem dzisiaj trudno nazwać lotem bardziej przypominało to czołganie się po ziemi bez żadnej idei. Zawiedli wszyscy. Zawód to jednak zbyt słabe słowo w tym konkretnym przypadku, pewnie żenada byłaby tu lepszym określeniem. Najsmutniejsze w tym wszystkim jednak jest to, że wybrańcy trenera wyglądali zupełnie bez formy, co nie napawa zbyt wielkim optymizmem przed kolejnymi meczami. „Piłka jest okrągła, a bramki są dwie” i „dopóki piłka w grze wszystko jest możliwe” jak mawiał nasz nieodżałowanej pamięci trener Górski. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko wierzyć w te dwa zdania, bo przecież brzydkie kaczątko zmieniło się w pięknego łabędzia, co jednak zajęło mu chwilę czasu. Jest zatem szansa, że dzisiejsza chmara smutnych ptaków, poderwie się jednak do lotu i zmieni się w drapieżne orły. Nawet jeśli jedna na milion to jest to wciąż szansa.

Hiszpański syndrom.

Jako fanatyka sportu napawa mnie obrzydzeniem gdy sędziowie mają niewątpliwy wpływ na wynik zawodów. Właśnie dobiegło końca spotkanie Ligi Mistrzów pomiędzy Bayernem i Realem. Nie pojmuje co się dzieje z arbitrami, często najwyższej klasy, na terenie Hiszpanii. Już w ubiegłym roku mecz pomiędzy Barceloną i PSG zakończony dyskusyjnym zwycięstwem Katalończyków pozostawił po sobie wielki niesmak. Tydzień pózniej z łagodności arbitra skorzystał Real. Nie inaczej sprawy mają się w tym roku. W poprzedniej rundzie bałwan z gwizdkiem w ostatniej minucie dopatrzył się karnego dla Realu. Jeśli nawet doszło do złamania przepisów i niedozwolonego kontaktu to biorąc pod uwagę dramaturgię meczu i fakt, że to była jego końcówka, za to konkretne przewinie odgwizdanie rzutu karnego było nie tylko głupią decyzją ale rownież wypatrzyło wynik meczu. Kretyńska decyzja sprawiła, że zawodniczy Juventusu i jego kibice mieli prawo czuć się oszukani. A jak było dzisiaj? Wszyscy chyba widzieli. Marcelo zagrywa ręka w polu karnym i nic. Ramos powala Lewandowskiego rownież w polu karnym i nic. Tutejsi komentatorzy, którzy zdecydowanie faworyzują kluby hiszpańskie, oglądając powtórki owych zagrań sami przyznawali, że w obu sytuacjach należał się Bawarczykom rzut karny. Nic z tego, sędzia chwilowo oślepł. Zastanawia mnie po co wprowadza się system VAR, wokół którego jest tyle szumu jeśli cymbał odmawia jego użycia. Nie jestem specjalnym fanem Bayernu i prawdę mówiąc drużyna, która popełnia tak karygodne błędy dając w prezencie dwie bramki zespołowi kalibru Real Madryt, pewnie nie zasługuje aby awansować dalej. Niezależnie od tego sposób w jaki Real przeszedł dalej powoduje u mnie odruch wymiotny. Po co grać te mecze? Może lepiej już na samym początku ustalić, że Real ma wygrać całe rozgrywki i święto lasu. Drużyna z Madrytu po raz trzeci z rzędu zameldowała się w finale rozgrywek Ligi Mistrzów. Jest to niewątpliwy sukces. Szkoda jednak, że zarówno w ubiegłym jak i w tym roku sposób w jaki tam dotarli nie ma nic wspólnego z fair play i w pełni zasłużonymi zwycięstwami.

Zwycięstwo cieszy i nic więcej.

Co prawda zwycięzców się nie sądzi, odejdę jednak od tej normy. W przeciwieństwie do meczu z Danią, Ekwadorczycy transmitowali nasze spotkanie z Kazachstanem. Najważniejsza oczywiście jest wygrana, nie da się jednak ukryć, że styl gry pozostawiał wiele do życzenia. Nie wiem dokładnie co nasi zawodnicy robią na zgrupowaniach kadry, ale to ostatnie chyba wszyscy przespali. Osobiście najbardziej mnie raził fakt braku zrozumienia, które powinno się zdobywać właśnie w trakcie przedmeczowych zjazdów zawodników. Tysiące niecelnych podań, w których brylował Mączyński. Jeżeli tak prezentuje się on w Legii to trudno się dziwić, że warszawianie grają tak jak grają. Trudno mi zrozumieć czym się kieruje Nawałka stawiając na tego zawodnika w tym momencie. Równie fatalne wrażenie zrobił na mnie Milik. Konsekwentnie zaprzepaszcza sytuacje strzeleckie i zdecydowanie brakuje mu zrozumienia. Strzelił co prawda bramkę ale potem nie wykorzystał przynajmniej dwóch sytuacji jeśli nie trzech, przy czym chyba nie dociera do niego, że prezentuje się bardzo przeciętnie i daleko mu do tego zawodnika, na którego się zapowiadał. Niestety muszę zgodzić się z Janem Tomaszewskim, który mocno krytykuje Piotra Zielińskiego, definitywnie nie jest zawodnikiem, który może wziąć na siebie ciężar gry. Osobiście nie wiem czy mamy w tej chwili takiego zawodnika. Na szczęście wygraliśmy po grze pełnej chaosu i wielu przypadkowych sytuacji. Przed tą rundą spotkań byłem wielkim optymistą. Klęska w Kopenhadze i kiepski styl w meczu z Kazachstanem, napawają odrobiną strachu przed październikową runda spotkań. Żeby jeszcze bardziej pogorszyć stan moich emocji, wyglada na to, że Dania złapała silny wiatr w żagle i będzie bardzo groźna do ostatniej kolejki. Wszystko jest oczywiście w nogach i głowach naszych piłkarzy. Wciąż prowadzimy w naszej grupie a drużyny, które depczą nam po piętach będą musiały rozegrać mecz między sobą. Pozostaje mi mieć tylko nadzieje, że za miesiąc nasi kadrowicze będą przypominać drużynę a nie zlepek przypadkowo dobranych zawodników. Śmiem twierdzić, że w kontekście zgrania Kazachowie prezentowali się lepiej od nas i gdyby sędziowie uznali zdobyta przez nich bramkę, to kto wie jakby się skończył ten mecz. Rzeczywiście Fabiańskiemu mógł przeszkadzać zawodnik, który był na pozycji spalonej, ale to jest kwestia interpretacji sędziego, który mógł to ocenić inaczej. Sam fakt, że Kazach znalazł się w tak dobrej sytuacji strzeleckiej był wynikiem chaosu jaki panował w naszym zespole. Osobne słowo należy się systemowi VAR. Robi się wokół niego tyle szumu, że ma zrewolucjonizować piłkę i wyeliminować błędy popełniane przez sędziów. Jeśli jednak arbitrzy nie będą z niego korzystać to lepiej sobie nim nie zawracajmy głowy. Bramka z wolnego zdobyta przez Lewandowskiego nie została uznana bo sędziemu nie chciało się tej sytuacji zweryfikować. Na nasze szczęście ten błąd nie wypatrzył wyniku meczu. Co mają powiedzieć jednak Turcy, którzy przegrali z Ukrainą dwa do zera a oba gole zdobyte przez naszych sąsiadów padły po błędach sędziego. Najpierw nie zauważył ewidentnego spalonego a potem faktu, że Ukrainiec wyjechał z piłką poza końcową linię boiska, zanim z jego dośrodkowania inny zawodnik zdobył gola. Jeśli z systemu powtórek nikt nie będzie korzystał to po co komu jest on potrzebny. Może zatem sędziowie powinni automatycznie wszystkie zdobyte bramki przeglądać pod względem ich prawidłowości? Nie wiem. Blędów jest jednak zbyt dużo. Dzisiejsza wygrana napewno cieszy, styl i gra niczego dobrego jednak nie wróżą.

Na kolanach

Do tej pory telewizja ekwadorska, szczególnie od strony transmisji sportowych, wzbudzała mój zachwyt. Przekazują niemal wszystkie najważniejsze wydarzenia sportowe z każdej imprezy o charakterze mistrzostw, pod warunkiem, że dyscyplina cieszy się popularnością tutaj. Piłka nożna to oczywiście sport numer jeden, zatem wiele lig, i nie tylko, jest pokazywanych na żywo. Obejrzałem więc każdy mecz naszej reprezentacji. Mając to w pamięci, nie miałem watpliwości, że i spotkanie z Duńczykami będę mógł zobaczyć. Dzień przed naszym meczem Francuzi grali z Holendrami. Na papierze to spotkanie wyglądało najbardziej interesująco. Niestety z jakiegoś powodu był to jedyny mecz, którego transmisję pominięto. Być może względy finansowe za prawa do transmisji, być może inne przesłanki. Napewno nie zadecydowało o tym zainteresowanie ligą francuską czy holenderską, bo spotkania z obu lig są tu pokazywane każdego tygodnia. Tak czy inaczej przekazu nie było. Mało tego, nie pokazano nawet retransmisji, co jest dla mnie sporym zaskoczeniem. Patrząc na dzisiejsze spotkania, mecz Polski z Danią zdawał się być rownież najlepiej zapowiadającym się spotkaniem. W końcu Polska to piąta drużyna świata a jej kapitan to gwiazda pierwszej wielkości. Niestety spotkał mnie srogi zawód. Jedynym meczem pominiętym w bezpośrednim przekazie było właśnie spotkanie naszej reprezentacji. Na próżno zmieniałem kanały, mając nadzieje, że gdzieś go znajdę. Nic z tego, ponownie musiały być jakieś przyczyny, z których finansowe wydają się najbardziej prawdopodobne. Śledziłem więc przekaz pisany na Onecie. No cóż nie oglądałem tego fiaska i już po fakcie, muszę szczerze podziękować, że oszczędzono mi bólu. Dzień wcześniej Ekwador przegrał z Brazylią tylko 2:0, grając naprawdę przyzwoicie i przy odrobinie szczęścia mogli urwać punkt faworytom. Przegrać też trzeba umieć. Traktowałem słowa Roberta Lewandowskiego jako próbę wyluzowania zawodników, by wyszli na boisko bez nadmiernej presji. Tymczasem musiał to być krzyk aby gwiazdy przestały patrzyć na statystki i swoje aktualne miejsce w rankingu FIFA i wzięły się do roboty. Oczywiście nie wiem jak zagrał sam zainteresowany, ale to chyba jest bez znaczenia bo wynik mówi sam za siebie. Przy stanie cztery do zera, niemal niczym świętej pamięci Jan Ciszewski, który błagał sędziego na Wembley aby wreszcie skończył nasz historyczny mecz, tak i ja czekałem na końcowy gwizdek, bo cztery do zera to klęska jednak pięć do zera byłoby blamażem. Porażka porażce nie jest równa. Jeśli przegrywa się po walce, gryząc trawę to każdy kibic to rozumie. Jeśli jednak wynika to z braku zaangażowania i mentalnego przygotowania to tego nie da się zaakceptować. Takie wysnułem wnioski czytając komentarze. Meczu jednak nie oglądałem. I bardzo dobrze. Przy okazji, mogliśmy się przekonać ile znaczy ta fifowska klasyfikacja drużyn i czy warto się nią aż tak podniecać. To było do mediów, które jeszcze przed meczem widziały nas w pierwszej trójce najlepszych reprezentacji. A w poniedziałek czeka na nas Kazachstan i choć to zespół słabszy od Duńczyków, to ekstra presja związana ze złym smakiem w ustach po Kopenhadze napewno nie będzie pomocna.

Aż się boje myśleć co będzie jutro

Co się dzieje z arbitrami sędziującymi mecze drużyn hiszpańskich na ich terenie? Nie mam pojęcia. Fakt pozostaje faktem, że po raz kolejny sędzia miał wpływ na awans drużyny z La Liga. Piłkarze Barcelony na poprzedniej rundzie powinni zakończyć swój udział w lidze mistrzów. Niemiecki arbiter zrobił wszystko co było w jego mocy aby do tego nie dopuścić. Nie wiem czy to była presja z trybun czy może presja z UEFA, które zapewne zarabia więcej na transmitowaniu meczów Barcy niż na PSG, definitywnie jednak prowadzący to spotkanie nie wytrzymał ani jednego ani drugiego i sprezentował Katalończykom awans. Śmiało można zaliczyć go w poczet klubu pana Paduranu, którego pamięta każdy polski kibic. Sędziujący dzisiejszy mecz arbiter z Węgier to uznana marka. To co jednak pokazał w dzisiejszym meczu zupełnie go dyskwalifikuje. Czasami jedna decyzja może mieć kapitalne znaczenie na przebieg meczu jednak aż trzy kardynalne błędy to na tym poziomie zdecydowanie zbyt wiele. Ja rozumiem, że pomyłki sędziego wkalkulowane są w rozgrywki piłkarskie. Pomyli się raz dla tej drużyny drugi raz dla innej i w sumie wszystko się balansuje. Jeśli jednak myli się tylko w jednym kierunku to praktycznie walka na boisku przestaje mieć sens. Nie chce posądzać arbitra spotkania pomiędzy Bayernem a Realem o stronniczość, nie da się jednak ukryć, że wypatrzył wynik dzisiejszego spotkania nawet jeśli to zrobił nieświadomie. Do osiemdziesiątej minuty meczu panował na przebiegiem gry. Chociaż nikt nie robi z tego momentu wielkich kontrowersji jednak dla mnie decyzja o nieukaraniu Casemiro za faul bez piłki na Robbenie drugą żółtą kartką to kluczowy moment tego meczu. Sprawozdawcy południowoamerykańscy, którzy zdecydowanie kibicowali Realowi rownież uważali, że to był brzydki faul i nawet gdyby Casemiro nie miał wcześniej żółtej kartki to ten faul był z pogranicza czerwonego kartonika. Wyrzucenie Vidala za wyimaginowany faul tylko powoduje, że brak jakiejkolwiek reakcji arbitra w poprzedniej sytuacji mógł być tylko wynikiem presji publiczności. Nie będę pisał o bramce wielkiej gwiazdy, niskich lotów, Realu śmiesznego Ronaldo, którą zdobył z ewidentnego spalonego, a która zmusiła Bayern do odkrycia się  i w konsekwencji do straty dwóch kolejnych goli. Trzy kardynalne błędy, wszystkie w jedną stronę na tym poziomie to kompromitacja. Nie jestem specjalnym kibicem Bayernu i nie mam zamiaru szczególnie rozpaczać z powodu ich wyeliminowania. Drażnią jednak sytuacje gdy wynik meczu został w jakiś sposób wypatrzony. Podoba mi się to co wymyślono w futbolu amerykańskim. Trener ma prawo w trakcie meczu dwukrotnie nie zgodzić z decyzją sędziego. W takiej sytuacji arbiter ma obowiązek obejrzeć akcje w zwolnionym tempie i albo utrzymać swoją decyzje albo ją zmienić. Rozumiem zastrzeżenia przeciwników tego typu rozwiązań broniących płynności gry. Mało mnie jednak ta płynność obchodzi jeśli na wynik mają wpływ decyzje arbitra. Po dzisiejszym dniu mamy w półfinale dwie drużyny z Madrytu. Jeśli jutro kolejny sędzia przepchnie Barcelonę to na dobrą sprawę proponuje z La Ligi zrobić Ligę Mistrzów i niech wszystkie mecze odbywają się na wszelki wypadek na ich terenie. Rozgrywki te od dawno wzbudzają we mnie niesmak ale widać jest na nie zapotrzebowanie i ludzie to oglądają. Dotąd dopóki centrala robi na tym szmal a bogaci się bogacą wystawiając jęzor maluczkim, tak długo nie zobaczymy żadnych zmian. Czy Barcelona odrobi jutro straty z Turynu? Oby tylko do tego nie doprowadził kolejny „kalosz”. 

Krychowiak miał szczęście

Niesamowite widowisko stworzyli piłkarze Barcelony i Paris St. Germain. Może nie było to wielkie piłkarskie widowisko jednak pod znakiem dramaturgii trzeba je uznać za coś co rzadko się zdarza na piłkarskich boiskach. Barcelona nie miała prawa awansować do następnej rundy. Wysoka porażka w Paryżu i bramka strzelona przez Cavaniego zdawały się przesądzać o awansie. Barcelona też jakby się pogodziła ze swoim losem bo po bramce paryżan zdecydowanie spuściła z tonu. Do 87 minuty mecz zdawał się rozstrzygnięty jeśli chodzi o awans. W tej właśnie minucie Neymar kapitalnym strzałem z rzutu wolnego podwyższył wynik spotkania. Barcelona jednak ciagle musiała strzelić dwa gole a koniec meczu zbliżał się wielkimi krokami. Zasadniczo mecz powinien skończyć się znacznie wcześniej bo Cavani i Di Maria będąc sam na sam z bramkarzem Barcelony nie potrafili wykorzystać tego faktu. To zapewne będzie się śniło obu gwiazdom po nocach. Bramka Neymara z wolnego rozbudziła hiszpańskich graczy i jeszcze raz spróbowali zaatakować. Poprzednio ukarany żółtą kartką Luis Suarez za wymuszanie faulu w polu karnym jeszcze raz postawił wszystko na jedną kartę i padł jak trafiony kulą z karabinową ponownie udając faul. Komentatorzy telewizyjni jednoznacznie stwierdzili, że żadnego faulu w tym momencie nie było. Tym razem jednak niemiecki arbiter dał się nabrać wskazując na wapno. Skorzystał Neymar i zrobiło się 5:1. Paryżanie ciagle jednak mieli awans bo strzelona bramka na wyjezdzie im go dawała. Nerwy zaczęły być jednak coraz bardziej widoczne i stało się to co mogłoby się wydawać niemożliwe. Ostatnia akcja meczu, rzut wolny dla Barcelony. Bramkarz hiszpańskiego zespołu też włącza się w akcje ofensywną. Ostatnia, piąta już, minuta doliczonego czasu. Dośrodkowanie, obrońcy zaspali i jest następna bramka dla Barcelony. Awans wydarty rzutem na taśmę, bardzo szczęśliwy bo karny w końcówce był wymuszony. On jednak byłby bez znaczenia gdyby wcześniej gracze z Paryża wykorzystali chociaż jedną z dwóch doskonałych sytuacji na strzelenie bramki. Jeśli jednak nie wykorzystuje się swoich szans to cena czasami bywa wielka, co się sprawdziło w przypadku tego meczu. Jestem bardzo zawiedziony bo widziałem już ćwierćfinały bez gwiazd z Barcelony, za którymi nie przepadam. Mam po prostu  serdecznie dość tych samych drużyn każdego roku na tym etapie rozgrywek. Jedynym pozytywnym wydarzeniem tego meczu był fakt, że nasz defensywny pomocnik przesiedział go na ławce rezerwowych. Dlaczego niby pozytywny? Ano przynajmniej jutrzejsza prasa nie zwali wszystkiego na Krychowiaka i może uda mu się wreszcie załapać do pierwszego składu. Może…