Cyrk na Wiejskiej czy wiejski cyrk?

Po raz pierwszy miałem okazje wysłuchać Sławomira Nitrasa. Generalnie, poza kilkoma nazwiskami, słabo znam opozycje. Niczym specjalnym się nie zapisała w mojej pamięci. To wystąpienie było jednak majstersztykiem. Szczególnie ta jego cześć mówiąca o moralności aktualnie rządzących. Po kompromitującym sposobie w jakim odszedł ze stanowiska były marszałek, PiS powinien być pozbawiony prawa wystawienia swojego kandydata. Słusznie zauważył Sławomir Nitras, o czym zapewne wszyscy wiedzą, lecz to musi być powtarzane w kółko Macieju aby dotarło do ludu, że posłowie powinni się zastanawiać nad odpowiedzialnością zwykłego posła, który pociąga za wszystkie sznurki.

Pełniący obowiązki marszałka Ryszard Terlecki, na próżno próbował uciszyć Nitrasa starając się go skompromitować płytkimi uwagami. Skompromitował w ten sposób siebie i swoje ugrupowanie, jeśli można kogoś w nim jeszcze ośmieszyć. Gdy padło jego nazwisko z mównicy, Jarosław Wszechwładny, mało nie dostał apopleksji próbując coś tam wyartykułować. Cokolwiek to było, musiało brzmieć jak ostrzeżenie dla Terleckiego, bo ten upodobał sobie zabawę z wyłączaniem Nitrasowi mikrofonu.

Żal na to wszystko było patrzeć. To przecież nasi reprezentanci. Na fotelu marszałka siedział gość, który mógłby grać w filmach grozy bez żadnego makijażu. Próbował zatem wystraszyć przemawiającego posła, jednak bez skutku. Prymitywne nawiązywanie do wykształcenia potwierdza w moim przekonaniu tylko wątpliwą przydatność Terleckiego w Sejmie.

Kuchciński w trakcie swojego sprawowania funkcji marszałka, łamał i naruszał wielokrotnie przepisy i prawo. Mówił o tym poseł Nitras. Dopiero jednak rozpasanie z lataniem skończyło jego karierę. Widać z tego ewidentnie, że dla ludu łamanie zasad współżycia nie ma większego znaczenia. Lud się buntuje gdy złodziej staje się bezczelny w sprawach finansowych.

Na koniec pomyślałem sobie, że jednak opozycja popełniła błąd wystawiając na funkcje marszałka swoje kandydatki. Z góry było wiadomo, że PiSmaki głosować będą na zasadzie kupą mości panowie. Biorąc to pod uwagę trzeba było zgłosić kandydaturę….Jarosława Kaczyńskiego. Tak czy siak to on będzie rządził a nie jakaś Witek. Niech wreszcie wystąpi przed szereg i weźmie na siebie odrobine odpowiedzialności. No i oczywiście chciałbym zobaczyć te miny tej nawiedzonej bandy. No kogo by wtedy głosowali na swojego pana i władcę, co prawda zgłoszonego przez opozycje, czy na kandydatkę zgłoszoną przez samego kinga? Podejrzewam, że Jaro by stchórzył, bo tchórzostwem cuchnie od niego aż tutaj.

Reklamy

Z zaskoczenia

W lipcu 2016 roku napisałem na swoim blogu notkę pod tytułem Ku Klux Klan po polsku. Odnosiła się ona do trzech, moim zdaniem, najważniejszych osób w naszym kraju. Byli nimi i wciąż są trzej panowie K, czyli prezes i marszałkowie Senatu i Sejmu. Gdy pisałem ten artykuł premierem była wtedy pewna gospodyni z Brzeszczy. Nie zdała jednak egzaminu i jeden z panów K, ukrywający się pod ksywą „prezes” pokazał gdzie jest jej miejsce. Teraz się chowa gdzieś w Brukseli. I dobrze, tu ją nawet partyjni koledzy ignorowali.

Na jej miejsce przyszedł pan M. Pewnie dlatego, że chłop to sprawia wrażenie bardziej samodzielnego. To tylko pozory. On również może w każdej chwili zostać wysłanym w niebyt przez gościa o ksywie „prezes”.

Ktoś może powiedzieć, że mamy w kraju jeszcze prezydenta i Trybunał Konstytucyjny. Jeśli trzech panów K naruszy jakieś przepisy konstytucyjne, swoimi ustawowymi działaniami to przecież prezydent tego może nie podpisać albo odesłać do Trybunału. Tak to wygląda w teorii. W praktyce, coś tam kiedyś zdarzyło się, że prezydent nie podpisał ale już chwile potem podpisał ten sam bubel z drobnymi poprawkami.

Osobiście nie pamietam aby pani prezes TK, kwestionowała radosną twórczość trójcy spod znak 3K.

Pamiętacie grę w szubienice? Wymyślało się jakieś hasło i przeciwnik musiał je zgadnąć podając litery. Jeśli litera była poprawna to się ją wpisywało w haśle. Jeśli nie to rysowało się kolejne elementy szubienicy a potem, części ciała zgadującego. Jak zgadł to wymyślający hasło przegrywał. Jak nie zgadł to odszyfrowujący hasło ginął na szubienicy, wirtualnej oczywiście.

No to zabawny się w tą grę. Słowo jest na cztery litery. Pierwsza litera to inicjał nazwiska prezydenta. Trzecia litera to inicjał nazwiska prezesowej TK. Brakuje drugiej i czwartej litery. Dla ułatwienia podam, że hasło to miejsce, w którym prezes ma obu powyższych funkcjonariuszy publicznych.

Pomyślałem, że rozwiazanie może jednak sprawiać sporo kłopotu. Rzuca zatem wszystkim zwolennikom dobrej zabawy dwa koła ratunkowe. Otóż ostatnia litera hasła to inicjał imienia naszego prezydenta. Druga litera to nomen omen rownież druga imienia pani prezes TK. Przy okazji przypomnicie sobie dane personalne naszych bardzo ważnych osobistości czyli VIPów.

Ustaliliśmy zatem ponad wszelką wątpliwość, że tak naprawdę to panowie 3K o wszystkim decydują. Taki nasz swojski Ku Klux Klan, w dupie ma sprzeciwy, ignoruje projekty obywatelskie, decydują o godzinach posiedzeń obu izb parlamentu. Wolnoć Tomku w swoim domku.

Wyglada na to, że jeden z panów tej parlamentarnej trójcy, mocno wdepnął w zwierzęce odchody. A, źe było tego całe bagno to i może w nim utonąć, znaczy się stracić stanowisko. Sam z niego nie zrezygnuje, bo po pierwsze nie ma honoru, po drugie, nawet gdyby go miał to i tak o odwołaniu będzie decydować czarna eminencja o ksywie prezes. Specjalnie tęsknić za przemyskim lotnikiem nie będę. Przeraża mnie jednak fakt, że moja teoria spiskowa o polskim Ku Klux Klanie, może się zdezaktualizował. No i jak ja będę wyglądał? Co pomyślą sobie o mnie czytający moje słowa. Jest jeszcze szansa, że następca tez będzie na K. Przejrzałem szybko listę posłów z wiodącej siły narodu.

Statystyki i głosowanie

Gdy patrzę na powyborcze mapy to zawsze mam mieszane uczucia co do ich konstrukcji. Polska niewątpliwie podzielona jest na pół i patrząc pobieżnie na rozłożenie głosów można by założyć, że Wisła jest granicą między prorządowym wschodem a opozycyjnym zachodem. To jednak nie do końca jest prawdziwy podział. Przebywam na Podkarpaciu i mam tu wielu przyjaciół. Każdy z nich zastanawia się jak to jest możliwe, źe władza pokonuje zdradzieckie mordy tak dotkliwie? Niemal wszyscy oni reprezentują poglądy niezgodne z aktualna „racją stanu” a jednak stanowią tylko jedną trzecią przy urnach wyborczych. Nie ulega wątpliwości, że poglądy polityczne spowodowały, zanik wielu przyjaźni bo jakoś ciężko się dogadać przeciwnym stronom. Każdy zatem, aby zaoszczędzić sobie zwiększonego ciśnienia, woli obracać się w kręgu, który daje mu poczucie zrozumienia. Ciężko zatem na tej podstawie zdeterminować skąd się biorą ludzie lepszego sortu.

Podkarpacie jest jednak niewątpliwie pro obecnej władzy. Jednak ujęcie tego w kategoriach całości nie jest „słuszne i sprawiedliwe” dla tych, którzy poszli głosować aby zrobić co w ich mocy by zmienić postrzeganie ich województwa.

Statystyki oczywiście nie kłamią. Nie mówią też wszystkiego. Najlepszym tego przykładem jest bieszczadzka Cisna, miejscowość położona z dala od wielkiej polityki. Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że spełnia ona wszelkie wymogi miasta, które z racji swojego położenia będzie prorządowe. Tak jednak nie było w Cisnej, gdzieś na granicy województwa wygrali przedstawiciele Koalicji Europejskiej. Zasadniczo ponownie wygrała posłanka, którą znają wszyscy, i która cieszy się powszechnym szacunkiem mieszkańców. Pomimo przesunięcia jej w dół przez jej partyjnych kolegów, to jednak ona zdobyła po raz trzeci mandat europosła. Wynika z tego, że nawet w bastionie PiS – u można ich pokonać jeśli nie kończy się tylko na czczym gadaniu.

PiS-owcy z Cisnej potraktowali ten wynik jako osobisty policzek, a że „ambicji” im nie brakuje w przeciwieństwie do chęci do pracy, to donieśli na zwyciężczynię. Taka typowa maniera lepszego sortu, prezes przecież im nie płaci za porażki.

Zatem twierdzenie jakoby Podkarpacie było sPiSione, nie do końca przedstawia stan faktyczny.

Podobnie rzecz się ma z Polonią. Ta najgłośniejsza zamieszkała w Wietrznym Mieście czyli Chicago, może i jest, a raczej napewno jest prorządowa. To tylko jednak wycinek Polonii i na dodatek tej najbardziej aktywnej w mediach rządowych bo tylko tą chcą pokazywać. Osobiście oglądałem spotkanie naszego prezydenta z Polakami z Nowego Jorku. Musiał niestety chować się przed okrzykami „marionetka” i „konstytucja”.

Wiele ludzi zastanawia się na prawem do głosowania dla mieszkających na stałe poza granicami naszego kraju. Jest wiele prawdy, że nie znamy do końca realiów życia w Polsce. Wielu jednak z nas żywo interesuje się sprawami kraju i planuje nawet powrót na jesień życia w stare strony. Czy to ich upoważnia do bycia czynnym wyborcą? Ciężki pytanie. Polonia przekazywała, przekazuje i zapewne przekazywać będzie sporo pieniędzy dla rodzin w kraju. Ci ludzie często też tu inwestują i choć nie są mieszkańcami to jednak ślad ich działalności jest ewidentnie widoczny niemal w całym kraju. Zasługują zatem na to aby chronić swoje nakłady finansowe w formie oddania głosu w trakcie wyborów. Dlatego myśle, że ludzie, którzy coś tu mają, chociaż oficjalnie żyją poza granicami kraju powinni mieć prawo do głosu.

Krzykacze, którzy o kraju przypominają sobie tylko od wyborów do wyborów, niemający praktycznie żadnych związków z Polską i niewidzący siebie w kraju powinni być pomijani. Jak zdeterminować kto jest kto? Relatywnie prosto, niech decyduje o tym posiadany majątek. Tylko jak pogodzić to z Konstytucją, która gwarantuje prawo głosu wszystkim obywatelom. I tu zasadniczo jest pies pogrzebany.

Tryptyk ludowy z okazji pewnej rocznicy.

Zacznę go o myśli Ryszarda Kapuścińskiego.

Lud to jednak nie martwi. Autor przecież to były członek partii gorszego sortu i chociaż uznany pisarz to książki jego zdecydowano się spalić na stosie. ( jeśli do tej pory tego nie zrobiono, to stanie się to zapewne wkrótce).

Lud natomiast z zadowoleniem przyjął prezentację nowych eurodupowatych w siedzibie komitetu centralnego.

Lud również przyjął do wiadomości expose na temat sytuacji w kraju i swojej przyszłości i wyszło mu, że martwić się nie ma czym.

Żarcie i kelnerzy

No i wybraliśmy nowych milionerów czyli europarlamentarzystów. Dla wielu była to swego rodzaju próba generalna przed tym co na czeka lub może czekać na jesieni. Nie wyszła ona na zdrowie zwolennikom opozycji. Większość z nich wciąż patrzy na jej wyniki z niedowierzaniem i przygnębieniem.

Co mądrzejsi obserwatorzy sceny politycznej w naszym kraju dzieła się teraz swoimi przemyśleniami z tymi,którzy chcą tego słuchać. I ja mam takowe. Podzielę się zatem tutaj nimi z ciekawością wysłuchując opinii innych.

Doszedłem do wniosku, że ludzie w sumie obracają się w kręgu trzech uczuć, coś jest dla nich pozytywne, coś negatywne i wreszczcie coś im zwisa, czyli jest obojętne. Problem jednak, że nie dla każdego zupa pomidorowa jest uczuciem pozytywnym. Część ma na nią bowiem uczulenie i dostaje na jej widok dreszczy, zaś inni i owszem lubią ale nie przepadają i w sumie jest im obojętna.

Taka się właśnie u nas wytworzyła sytuacja wynikająca z oczywistego podziału kraju. To co na wschodzie jedzą, zachodowi stoi kością w gardle i na widok tych potraw dostają natychmiast wysypki. Sytuacja ma się identycznie z zachodnim jadłospisem na wschodzie. Ja z tym nie do końca się zgadzam bo ewidentnie wynika, że to raczej wieś i dolne warstwy społeczeństwa jedzą przy innym stole niż mieszkańcy miast no i oczywiście lepiej sytuowani. Ten podział bardziej do mnie przemawia.

Tu właśnie dochodzimy do sedna sprawy. W tych wyborach pobiliśmy rekord frekwencji. Zatem skoro nikt ich nie podwarza to można na tej podstawie wyciągać jakieś wnioski.

Po pierwsze, w miastach przymierzają się już do konsumpcji kawioru. Jeszcze tak dobrze nie jest, ale jadło na stole jest innej jakości. Na wsiach wciąż odurzają się kuchnią lokalną. Tu królują pierogi i placki ziemniaczane, które to potrawy sam uwielbiam, jednak przy zachowaniu odpowiednich proporcji to nie jest kawior, którego sam nigdy nie kosztowałem a na samą myśl, że to ma coś wspólnego z rybią ikrą czyli dziećmi stworzeń pływających, staje się przeciwnikiem aborcji. Żeby było śmieszniej. Tak czy inaczej stoły się bardzo różnią.

Po drugie, do obsługi stołów potrzebny jest odpowiedni serwis czyli kelnerzy. Jaro choć sam jest ponoć smakoszem lepszego jedzenia, uwija się przy pierogach i plackach jak w ukropie. Oferuje do nich nawet przystawki w formie pięciuset złociszy no i szybszego radowania się nicnierobieniem. Tych stołów jest o wiele więcej a siedzącym przy nich głodomorom kelner i obsługa bardzo odpowiada. No mają takie mocno pozytywne odczucia w kierunku tego, jak to się teraz mówi, kateringu.

Serwis przy stołach miejskich jest też niczego sobie. Grzegorz i powracający ze służby zagranicznej Donald przemawiają swoimi nietuzinkowymi zdolnościami do zasiadających w ich knajpie. Przystawki jednak niewiele mówią pospolitemu człowiekowi który i tak woli zimną wódkę ponad koniak czy whisky z lodem.

I w tym jest cały sęk. Żarcie miejskie i obsługa nijak się mają do potrzeb przedmieści. Co gorsza, przede wszystkim kelnerzy mocno odbijają się tam czkawką. Donald może i zapisze się złotymi zgłoskami w polityce międzynarodowej ale we własnym kraju to zbyt mało żeby stać na czele kelnerów, którzy byliby w stanie przekonać i przekabacić pierogowców do zmiany otoczenia. Powiem więcej, jego działania z przeszłości wciąż tkwią mocno w pamięci ludu. Grzegorz natomiast to człowiek bez osobowości i w walce o stoły z plackami jego szanse z obsługującym je Jarosławem są wręcz żadne.

Jeśli opozycja marzy o jakimkolwiek sukcesie na jesieni to może o nim zapomnieć jeśli nie znajdzie w tempie przyspieszonym nowego kelnera. Kogoś kogo nie da się przyczepić do starej gwardii, kogoś kto mam osobowość i lubi pierogi z plackami ale potrafiłby zaszczepić przy tych stołach chęć spróbowania czegoś lepszego. Bez takiego człowieka Jarosław może spać spokojnie. Nie musi też się bać Roberta bo beton nigdy nie zapomni jego orientacji. Tolerują go i jest im obojętny ale nie jako wiarygodny przeciwnik prezesa to jeszcze nie teraz i nie w tym kraju.

Komu kura jajo zniesie?

Rozwaliłem się na fotelu na tarasie nastawiony kontemplacyjne. Pogoda rewelacyjna, drugie pokolenie w domu zatem za trzecim pokoleniem nie musimy wodzić oczami. Cecylia jest niezmordowana w poszukiwaniu nowych przygód. Interesuje ją oczywiście i przede wszystkim to co nie jest dla niej karma dla psów czyli nowy wynalazek do jedzenia, mycie zabawek w kiblu, wszystkie wtyczki w kontaktach, no koniec świata. Zostaliśmy przed tym ostrzeżeni i póki co nie zdążyła nas czymś zaskoczyć. Trzeba jednak być cały czas z oczami wokół głowy.

Nie dzisiaj jednak. Niedziela spokój mistrza, drugie pokolenie przejęło nadzór. Na zewnątrz piękności słoneczne i można oddać się łowieniu ryb, czyli w moim języku myśleniu o niczym. Zgarnąłem jednak urządzenie zwane komputerem i usiadłszy w cieniu parasola świdruje sytuacje na krajowym podwórku. Mamy dzisiaj wybory na nowych milionerów jak zawiadamia Wirtualna Polska. Pięć lat w Parlamencie Europejskim to ponoć zarobek rzędu czterech melonów oczywiście nie na czysto. Jak podaje jednak WP można więcej a nasi eurodeputowani są w tym względzie studnią pomysłów. W końcu ciężka praca musi zostać należycie wynagrodzona.

Wybierzemy pięćdziesięciu dwóch nowych przeświadczonych o swojej pożyteczności, w sumie jednak nierobów, żeby mogli się dorobić, nie garba oczywiście ale niezłej sumki na koncie. Będą z pełnym poświeceniem kontynuować prace na kształtem banana i ogórka, zastanawiać się co zrobić z tym cholernym ślimakiem, jak go przerobić żeby z niego wyszła jednak ryba. Pracy będzie fura.

Sale obrad zapewne będą świecić pustkami, za to kolejka do kasy w dni wypłat będzie jak za mięsem w czasach słusznie minionych.

Biją się zatem o te przywileje w całej Europie. Do przeciętnego Kowalskiego też dotarło, że dobrze byłoby iść na te wybory niech zarabia przynajmniej swój człowiek. Nikt oczywiście nie daje się nabrać na zatroskane przyszłością Europy miny tej nawiedzonej gawiedzi.

Patrzę osobiście z ciekawością na tę gonitwę Arabów czystej krwi. Nie mam pojęcia jak to się skończy ale widać, że strona rządowa może mieć problem. Frekwencja jest dwukrotnie wyższa co może świadczyć, że w rodakach rozbudziła się potrzeba zajęcia stanowiska po stronie lepszych lub gorszych. Wszystkie portale jak jeden mąż prześcigają się w doniesieniach z tego doniosłego momentu w naszej historii. Na Wirtualnej Polsce pokazują zdjęcia każdej z ważniejszych osób oddających swój głos. Trachnięto więc fotę Tuskowi, Kaczyńskiemu, Duda, Szydło, Kopacz, Trzaskowskiemu, Kuchcińskiemu, Wałęsie. Pod każdym obrazkiem umożliwiono komentowanie. Skorzystali z tego przede wszystkim miłośnicy polemiki wszelkiej, gotowi do wymiany zdań najlepiej z karabinem w ręku. W tym bezkrytycznym wyzywaniu polityków najbardziej dostało się Tuskowi. Ponad sto komentarzy, z których najłagodniejszy brzmiał: złodziej emerytur. Do Kopacz ktoś koniecznie chciał strzelać, Duda z żoną to Bezjajec z Niemową, Kaczyński czyli Napoleon z Żoliborza, który bez ochrony się nie rusza. To tylko namiastka skromna twórczości przeciwników konkretnego polityka. Co mnie zastanowiło to niechęć do Tuska. Obawiam się, że pod względem ilości wrogów jego pozycji może zagrozić tylko sam prezes. Nie wróży to specjalnie dobrze byłemu premierowi przed przyszłorocznymi wyborami prezydenckimi. No ale jeśli nie on to kto może stawić czoła szarańczy Kaczyńskiego?

A na zewnątrz pogoda zniewala i wręcz domaga się nicnierobienia. Kury też odmówiły kooperacji w sprawie jaj. Nawet czereda psów z niechęcią rusza zadami i woli z łapami do góry oddać się słodkiemu lenistwu. Im dobrze, polityka im lata koło…….

„Vice” czyli polityczny awanturnik.

Od paru tygodni przymierzałem się do obejrzenia „Vice” czyli historii o Dicku Cheney byłym wice-prezydencie USA. To przecież czasy, w których tam byłem czyli w jakiś sposób mam do tego swoje odniesienie.

Lubię filmy będące zapisem prawdziwych wydarzeń, szczególnie gdy dotyczą one wydarzeń wielkiej polityki. Ciekawy dla mnie jest proces podejmowania decyzji i przesłanki jakie do niego doprowadziły. Zatem ten film spełniał to co jest dla mnie ważne. Dawno temu obejrzałem „W” czyli opowieść o młodym Bushu. Teraz do tego doszedł „Vice” i możliwość porównania oceny tamtej prezydentury przez dwóch rożnych reżyserów. Bush Junior wywołuje w Stanach skrajne emocje. Wcale mnie to nie dziwi bo oba filmy potwierdzają, że był on kukłą w rękach swojego wice-prezydenta. To Dick Cheney zasadniczo podejmował kluczowe decyzje dotyczące polityki zagranicznej i to on stał za sławnym stwierdzeniem o broni masowego rażenia w Iraku.

Zwykle funkcja zastępcy prezydenta to typowo osoba na pokaz bez większego znaczenia w rządzeniu krajem. Tak jednak nie było za rządów Busha, to on był bardziej na pokaz a polecenia wydawał Cheney.

Młody przyszły wice-prezydent miał skłonności do alkoholu i bójek. Z tego powodu wyleciał z prestiżowej amerykańskiej uczelni Yale. Zmuszony był podjąć pracę w kompanii obsługującej linie wysokiego napięcia. Tutaj rownież dał się poznać jako awanturnik ze skłonnościami do czterdziestu procent. Kto wie jakby się skończyło jego życie gdyby nie jego małżonka. Postawiła mu ostre warunki i chłop musiał się zdecydować. Na nieszczęście dla Stanów.

Każdy ma swoją opinię. Z mojej perspektywy okres prezydentury Busha i Cheney’ego był najgorszym w trakcie mojego ponad dwudziestoletniego pobytu w Stanach.

Film jest bardzo dobrze zrobiony a jeśli chodzi o charakteryzację to byłem pod wielkim wrażenie. Christian Bale, który zgrał głównego bohatera wizualnie w rzeczywistości kompletnie odbiega od postury byłego wice-prezydenta. Został jednak przerobiony w sposób niesamowity. Być może jest on mniej znanym aktorem jednak ma już spore osiągnięcia i swoich sympatyków.

Cheney to wyjątkowo ciemna postać amerykańskiej polityki. Był moment, że demokraci podczas prezydentury Busha chcieli go usunąć ze stanowiska. Gdy jednak uświadomili sobie, że prezydentem zostałby Dick Cheney, szybko ten pomysł porzucili.

Warto zobaczyć „Vice” bo sporo w nim faktów i brudów, o których nie każdy pamięta. No i wreszcie po to aby po raz kolejny uświadomić sobie, że większość polityków to jednak pospolite kanalie.

Jak Bill wygrał wybory

George Carlin był jednym z najlepszych komediantów scenicznych jakich słuchałem. Jego skecze chociaż bogate w słownictwo popularnie zwane wulgarnym, miały to do siebie, że nie były zbytnio politycznie poprawne. Prawdziwe za to. Często mówił o życiu w Ameryce, o politykach, o głupocie. Nie owijał w bawełnę, o ludziach z nadwagą mówił grubasy, tłuściochy, jednak tylko w kontekście ich skłonności do fast foodu. W jednej ze swoich humoresek mówił, że widząc dwoje takich grubasów z hamburgerami w rękach przyglądał im się ze zdziwieniem a umysł jego zawładnęła tylko jedna myśl; czy to jest fizycznie możliwe aby ci ludzie mogli mieć sex. Był doskonały w swoich spostrzeżeniach, stąd wiele rzeczy adresowanych do publiczności jemu przechodziło płazem, bo ośmieszał oczywistą głupotę.

Mi mocno utknęła jedna z jego historyjek, która niewątpliwie jest prawdziwa do dzisiaj. Bill Clinton ubiegając się o reelekcję miał za przeciwnika republikanina Boba Dole. Był on starszy i próbował wykorzystać ten fakt ukazując siebie jako człowieka z zasadami.

Politycy oczywiście zawsze starają się ocieplić swój wizerunek, kłamiąc przy tym jak najęci. Ludzie zatem coraz rzadziej w te banialuki wierzą. George Carlin tak właśnie widział Boba Dole’a, jako kłamcę odnoszącego się do wartości, w które wierzy tylko powierzchownie. Parodiując jedno z jego wystąpień, w którym padały słowa o szczerości, oddaniu, rodzinie i innych zbrukanych przez polityków wartościach, dostrzegł oczywistą próbę ocieplenia wizerunku. Ludzie oczywiście przejrzeli to na wylot zgodnie przyznając, że ten kandydat jest „full of shit” czyli, że nie jest szczery i, że próbuje im sprzedać gówno tyle, że ładnie opakowane.

Bill Clinton obrał zgoła inną taktykę. Według George’a walił prosto z mostu i nie udawał. Mówił, że nie zamierza nic zmienić, że bardzo kocha to waszyngtońskie szambo, że Ameryka mało go obchodzi, że tak naprawdę paplanie się w tym gówienku sprawia mu wielką przyjemność. Tu George przystanął naśladując publikę, która niby to miała słuchać wystąpienia swojego kandydata. Słuchali w osłupieniu i w pełnym zdumieniu, że wreszcie ktoś jest z nimi szczery i niczego nie udaje.

Kto wygrał wybory nie będę przypominał. Bill dotrzymał słowa oferując Monice „cygara”. Zrewolucjonizował pojęcie sexu oralnego, którego nie zaliczył do stosunku. Nazwał go po prostu niestosownym zachowaniem. Swój chłop, szczery do bólu. Jak tu nie lubić takiego, konkludował kabareciarz.

Gra o tron po polsku.

Poszły konie bo betonie jak zwykł mawiać mój kolega Jerzy. Rozpoczęła się gra o tron w wydaniu krajowym. Lubię ten serial bo pokazuje bezwzględność walki o władzę. Sądzę, że i ta bitwa na naszym krajowym podwórku będzie równie drapieżna, bardziej obliczona na zniszczenie przeciwnika niż zdobycie popularności. Trup pewnie nie będzie padał aż tak gęsto ale zapewne nie obejdzie bez elementów mistycznych a powietrze napewno przesiąknie gównem, którym z takim uwielbienie obrzucają się polityczni adwersarze.

Do linii mety jeszcze zostało trochę czasu ale główni bohaterowie przygotowują już swoje konie do biegu.

Patrzę na to wszystko trochę z dystansu stąd nie do końca znam wszystkie wierzchowce. Ograniczę się jedynie do tych, które rzucają się najbardziej w oczy.

Na parkurze na dzień dzisiejszy widzę sześć koni. Jakby się dobrze jednak przyjrzeć to dwa z nich to zajeżdżone szkapy, które wciąż przebierają nogami ale nie dość, że najlepsze lata mają za sobą to i dżokeje tacy jacyś mocno poturbowani. Ryszard Już Nienowoczesny i Grzegorz Pierzyna, w swojej walce miedzy sobą zajechali swoje wierzchowce na amen i już niewiele z nich pozostało. Będą próbować nafaszerować je jakimś anabolikami czy coś w tym stylu ale rezultat raczej będzie marny. Może i by je można było poderwać do galopu ale trzeba by zmienić jeźdźców, na co się nie zapowiada.

Dobrze natomiast wyglądają konie Donalda z Brukseli i Roberta InnegoWiercy. Sierść nieźle wygarbowana, dobrze wykarmione i co najważniejsze zaliczyły pare sukcesów w poprzednich gonitwach. I tu jednak koń to jedno a jeździec to drugie. Donald z Brukseli to doświadczony jeździec ale słaby na wirażach. Przy wchodzeniu w zakręt ma tendencje do przyspieszania co powoduje spore komplikacje dla konia. Męczy to go i potem ma problemy z dojściem do czołówki. Poza tym Donald przedłużył mu wiek emerytalny co z lekka wkurwia przecież już dobrze zapracowanego ogiera.

Robert InnoWierca to natomiast mało doświadczony jeździec. Wygrał pare pomniejszych gonitw ale sukcesów w postaci Derby jeszcze mu brakuje. A czasu na naukę mało. Zwłaszcza, że jego preferencje przeszły i na konia co skutkuje słabością wobec innych ogierów. To może okazać się jednak cecha dodatnią w kontekście jedności koń jeździec. Sporo w tym wszystkim niewiadomych ale ta para może się okazać czarnym koniem tego wyścigu.

Pozostałe dwa konie to faworyci. Mocno nażarte i wypasione. Jarosław Mściwy i Tadeusz Obłąkany to ich właściciele. Oboje do jazdy się nie nadają toteż zapewne użyją podejrzanych jeźdźców. Mają oni w zanadrzu pare sztuczek. Jarosław Mściwy z końskiego ogona zrobi napewno skrzydła samolotu w celu nawiązania do pewnego wypadku. Może to poderwać konia do lotu czego zapewne dopilnuje, specjalista lotnik domorosły Szogun z Piotrkowa. Tadeusz Obłąkany zaś na łbie swojego ogiera postawi krzyż co w zamiarze ma być właśnie tym efektem mistycznym, o którym wspomniałem na początku. Ten element może sprawić, że na tor wylegną nieświadomi tadeuszowej chciwości pątnicy, ciałem zasłaniać tory biegów innych koni. Pewnie nie będzie innego wyjścia, bo w obu przypadkach i jeźdźcy, i araby obrosły tłuszczem przez ostatnie trzy lata z hakiem. Trzeba będzie trochę zrzucić a z tym będzie cieżko bo bractwo czuje się nadzwyczaj dobrze przy pańskim stole. Należy też w tym przypadku wziąć pod uwagę osobowości właścicieli obu stajni. I konie, i jeźdźcy tych panów będą mieli dodatkowy powód do ekstra wysiłku. Ani Mściwy and Obłąkany nie lubią przegrywać. Jeśli do tego dojdzie, to od Tadeusza grozi klątwa a od Jarosława banicja w zapomnienie. Przekonała się o tym Beata Straszydło. Presja może odbić się negatywnie, choć i w tym przypadku szkapy nafaszerują antydepresantami.

Na dzień dzisiejszy nie widzę innej alternatywy.

Bomba idzie w górę. Przyjmuję zakłady.

Mowię wam szczerze.

Mówię wam szczerze,

Że śmiech mnie bierze

Na tych bałwanów

Co chcą waćpanów

Przed nami zgrywać

I siebie nazywać

Głosem narodu

Be żadnych powodów

Mówię wam szczerze

Ja w to nie wierzę,

Że jedna czwarta

Jest tego warta

Aby trzy ćwierci

Przestały się wiercić

Żądając posłuchu

Nie tylko w duchu

Mówię wam szczerze,

Że tutaj pacierze

Choć nie zawadzą

To nic nie poradzą

By przyszłą jesienią

Tych co się mienią

I rządzą krajem

Przegnać nahajem

Mówię wam szczerze

Nie pod pręgierzem

Tu trzeba czynów

By do kretynów

Zaliczyć się nie dać

I kraju nie sprzedać

Jeśliś poważny

Każdy głos ważny