Stadionowe ustawki czyli sposób na kiboli

Powoli budzą się z wakacyjnego snu gwiazdy piłki nożnej. Te prawdziwe wciąż gdzieś tam szlajają się ze swoimi kobitkami po co bardziej ekskluzywnych resortach. Wyrobnicy, tacy jak nasza klubowa zbieranina, niestety już musiały się wziąć do pracy. Ruszyły eliminacje do Ligi Mistrzów i Ligi Europy. Na nich najprawdopodobniej skończymy. Może jednak coś się uda.

Drużyna Cracovii wylosowała kogoś ze Słowacji. Dzień przed meczem zapaleni i spragnieni piłki nożnej tak zwani kibice klubu wybrali się na to spotkanie zatrzymując się po drodze w Bratysławie. Tam pewnikiem umówili się z paroma gosciami z Holandii, którzy niby to preferują Ajax ale, źe są w dobrej komitywie z kibicami krakowskiej drużyny też postanowili udać się na mecz. Słowacja to dobre piwo. Rozsiadło się więc towarzycho w centrum Bratysławy racząc się złocistym napojem. Pech chciał, że słowackiego przeciwnika wylosowala też drużyna Lewskiego z Sofii. Ci też zjawili się dzień wcześniej na piwko w Bratysławie. Niestety bułgarscy kibice z jakichś powodów nie przepadają za kibicami z Krakowa i zapewne vice versa. Nie mam pojęcia, pewnie po szalikach, jak poznali jedni drugich, dość powiedzieć, że postanowili sobie zrobić z bratysławskiej ulicy regularne pole bitwy. W ruch poszły ogólnie przyjęte do innych celów stoły i krzesła. Stu bandziorów opanowało centum miasta doprowadzając do sporych zniszczeń.

Nie będę się na ich temat rozpisywał bo szkoda mojego czasu. Przeszedł mi jednak do głowy pewien pomysł, którym chciałbym się z wami podzielić.

W tej fazie rozgrywek mecze są wyjątkowo nudne. Więcej emocji wzbudzają drużyny podwórkowe niż ta zbieranina pseudo piłkarzy. Po co zatem męczyć kibiców tą kopaniną. Proponuje zatem aby piłkarze zasiedli na trybunach a na boisko niech wkroczą co bardziej krewcy kibice, potocznie zwani kibolami. Na środku boiska rozrzucić propunuje rożne akcesoria zagłady. Bandziorów ustawić na linii pola bramkowego. Całość otoczyć drutem kolczastym. Na znak z zewnątrz oprychy ruszają po broń. Kto pierwszy, ten dopadnie lepszy jej rodzaj. Narzędzia ostre typu noże tez powinny być dozwolone. Dwustu bałwanów z każdej strony powinno zapewnić niezła zabawę na dziewięćdziesiąt minut regularnego meczu. Niech się tłuką gdzie popadnie. Ofiary śmiertelne punktowane potrójnie. No, to byłyby prawdziwe emocje. Ludziska by nie zasypiali przy telewizorach. Brygady łysych osiłków goniące się nawzajem po boisku i odkładające się do ostatniego tchnienia. Rewelacja. Osobiście widzę w tym same korzyści. Draństwo wytłucze się samo, zapewniając nam niezłe emocje. Zamiast, potem utrzymywać tych darmozjadow w więzieniu, jedynym kosztem dla społeczeństwa byłby bilet na stadion. Potem wszystkich do jakiegoś zbiorowego doła i święto lasu. Kosztami sprzątania po imprezie można by obciążyć właścicieli okolicznych banków, to przecież też swego rodzaju bandyci, tyle, że noszą białe rękawiczki.

No co wy o tym myślicie. Genialne nieprawdaż?

Reklamy

Jak najszybciej zapomnieć

Mieszkając w USA straciłem kontakt z kopaną. Amerykanie to chyba jedyny kraj gdzie piłka nożna swoją popularnością ustępuje wielu innym dyscypliną. Długo nie mogłem zrozumieć bejsbola, czy ichniego futbolu a to przecież dyscypliny, które wywołują wśród tego narodu najwięcej emocji. Ja przecież odkąd pamietam byłem chłopakiem, który identyfikował z Paragonem, który strzelał gole dla swojego podwórka. A tu taka kicha. Nic tylko jakaś pała, którą należało trafić w białą piłkę podobną wielkością do tenisowej albo jakieś jajowate coś czym raz rzucają a innym razem z tym biegną niewiadomo gdzie i niewiadomo po co.

Jako chłop o zainteresowaniach sportowych wreszcie zgłębiłem tajniki amerykańskich widowisk boiskowych i zapomniałem nawet o piłce nożnej.

Wylądowaliśmy jednak w Ameryce Południowej, w kraju i na kontynencie gdzie ponoć z piłką młode chłopaki nawet sypiają. Widać to również w oprogramowaniu z telewizora, nic tylko gała od rana do późnej nocy. I do tego jeszcze ci nawiedzeni sprawozdawcy wrzeszczący jakby po każdej akcji miała paść bramka a jak już wreszcie ktoś zdobędzie gola to ci goście mała nie zejdą z tego świata wrzeszcząc przeraźliwie i długo goooooooooooooooool, albo dla odmiany golgolgolgolgolgol przez dobrą chwilę.

W ten sposób wróciłem na łono boiska piłkarskiego. Odkryłem nawet niespodziewanie, że Polska ma całkiem niezła pakę. Sporo naszych meczów nawet transmitowała telewizja ku mojemu zadowoleniu.

Paka jednak rozpadła się w ubiegłym roku w Rosji. Przyszedł nowy trener żeby zbudować coś nowego. Póki jednak co to mamy jedenaście bezgłowych kurczaków latających w różnych kierunkach tylko nie tam gdzie piłka. Jak my te mecze wygrywamy, nie mam zielonego pojęcia.

Skończył się właśnie kolejny występ gwiazd naszej rodzimej piłki, o dziwo znowu wygrany ale Bogiem a prawda najlepsza w tym meczu to była przerwa.

Oglądałem to widowisko, żałosne od początku do końca, w towarzystwie moich najbliższych znajomych. W przerwie kolega puścił nam rewelacyjne nagranie bluesa, które pozostanie w mojej pamięci. No i jeszcze z miłych rzeczy piwo i placki ziemniaczane. Resztę chce jak najszybciej zapomnieć. Zbędę ją zatem milczeniem.

Ech, gdzie się podziały Orły Górskiego, którzy w koszulkach i spodenkach rodzimej produkcji na Wembley zafundowali Waterloo wypasionym i zadufanym menom z Anglii, wprowadzając cały ich kraj w traumę, z której długo nie mógł się wydostać. Jerzy B. Ze swoją ekipą lepiej żeby na Wembley nie jechał, bo jestem pewny, że tym razem to my wypadlibyśmy w wiekuistą traumę.

Honor to nie towar. Vamos Argentina.

I stałem się kibicem Argentyny. Jej mecz z Nigerią, którego stawką był awans do kolejnej rundy mundialu miał w sobie wszystko o czym może marzyć przeciętny kibic sportu. Najpierw prowadzenie Argentyny dające im awans, potem wyrównanie Nigeryjczyków, premiujące ich wyjściem z grupy by wreszcie w końcówce meczu biało-niebiescy strzelili zwycięskiego gola premiującego ich dalszą grą w rosyjskich mistrzostwach. Presja związana ze stawką meczu jakoś nie związała nikomu nóg a wręcz odwrotnie, wyzwoliła we wszystkich zawodnikach pokłady energii o jakiej nasze orły mogą tylko pomarzyć. Obie drużyny pokazały nieprawdopodobny charakter i wole zwycięstwa. Argentyna wyszła z tego pojedynku na tarczy, chociaż mogło być odwrotnie, bo i Nigeria miała swoje szanse. Miałem możliwość zobaczyć wszystko to czego oczekiwałem od wybrańców Nawałki, walki do końca o każdą piłkę, o każdy metr boiska. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Świetny mecz, któremu pod względem dramaturgii mógł dorównać jedynie mecz Szwedów z Niemcami, chociaż spotkanie Iranu z Portugalią mogło zakończyć się wręcz sensacyjnie. Na tym tle nasza ekipa nie tylko wypadła blado lecz wręcz kompromitująco słabo. Dostają zatem, nasze gwiazdy, cięgi w mediach. Kto żyw nie zostawia suchej nitki na bezpłciowych zawodnikach znad Wisły. Zasłużyli sobie na tą krytykę zarówno oni jak i Nawałka, który pewnie po mistrzostwach będzie już tylko byłym trenerem. I słusznie bo to w końcu on był odpowiedzialny za przygotowanie drużyny i powołanie najlepszych zawodników. Preferowanie z uporem maniaka niegrających w swoich klubach gwiazd mogło przynieść rezultaty tylko na mistrzostwach podwórkowych. Wzięcie do Rosji kumpla naszego kapitana, który w swoim klubie z Gdańska rownież zawodzi świadczy tylko o tym jak wiele do powiedzenia w reprezentacji ma Robert Lewandowski. I powinien, tyle że nie w kwestii powołań. Na koniec jeszcze słowo o nim właśnie. Nie należę do jego najzagorzalszych kibiców o czym już pisałem na tych stronach. Jego brak samokrytyki to już nie ego ale super ego. Pretensje ma do całego świata, do klubu z Monachium, do agenta, do kolegów z reprezentacji i do Bóg wie jeszcze kogo. Rozumiem, że jak się zarabia takie pieniądze i jest się rozchwytywanym przez reklamodawców to ciężko jest być zmotywowanym do dawania z siebie wszystkiego w każdym meczu. Zawodnik z numerem dziewięć zawiódł na całej linii i pod każdym względem. Dziwi mnie zatem, że wciąż ktoś chce z nim rozmawiać o przyczynach naszych niepowodzeń znając z góry jego odpowiedź; ot poza nim nie ma w tej drużynie jakości. Mało to honorowe i dodatkowo degradujące pozostałych, w końcu kolegów, z drużyny.

Honor, w czwartek mają zagrać o niego nasze gwiazdy z reprezentacją Japonii. Honor to jednak nie towar, jak raz się go straciło to odzyskać go nie można. Żadne zwycięstwo i w żadnych rozmiarach nie zmieni faktu, że w naszej grupie zajmiemy ostatnie miejsce. Nie zmieni to również faktu, że odpadniemy w tej fazie rozgrywek jako jedyna rozstawiona drużyna…nawet jeśli z „honorem” wygramy.

Zakurzone ciało.

Czy można być oryginalnym w swoim komentarzu, po takim meczu? Czy można napisać coś czego ktoś nie napisał? Osobiście nie sądzę. Wiadra pomyj zapewne wyleją się dziś i jutro na naszą reprezentacje. Nikt, w najgorszych snach, nie wyobrażał sobie takiego scenariusza. Przed zakończeniem potyczek grupowych możemy się pakować, nie mając najmniejszych szans na wyjście z grupy. Dwa lata temu ci sami zawodnicy zachwycali na boiskach Francji. Nie pojmuję zatem komentarza kapitana naszej drużyny, że to było wszystko na co nas aktualnie stać. Nagle zapomnieliśmy jak się gra w piłkę nożną? Nigdy nie byłem wielkim zwolennikiem gwiazdy Lewandowskiego. Nie ujmując nic z jego osiągnięć, drażni mnie u niego wyjątkowy brak skromności. W tym aspekcie Robert Lewandowski przypomina mi Ronaldo, którego ego nie ma sobie równych. Niestety jeśli chodzi o umiejętności to monachijska gwiazda jeszcze wiele musi się uczyć od Portugalczyka. Ten zdobył już cztery bramki na mistrzostwach, z których dwie padły po wykreowanych przez siebie samego sytuacjach. Nasz kapitan, oceniając nasz występ powinien zacząć od siebie, nic szczególnego bowiem nie pokazał. To nie był ten sam zawodnik, który podczas mistrzostw Europy podrywał kolegów do walki. Tym razem zniżył się do ich poziomu. Dwa lata temu nasi piłkarze byli kupowani niemal na pniu, przez najlepsze kluby Europy. Czy po tych mistrzostwach ktoś będzie chciał nasze gwiazdy z Paryża, Monachium czy Neapolu. Mam poważne watpliwości.

Niemal każde rano zaczynam od prysznica. To taki rytuał, który pozwala mi na powrócenie ze świata snów do świata dnia bardziej rześkim i z otwartymi szeroko oczami. Nie inaczej było dzisiaj. Po meczu naszych gwiazd poczułem jednak nieodpartą ochotę zmycia z siebie pyłu, napewno nie gwiezdnego, niesmaku jaki opanował moje ciało. I choć nie czułem się brudnym to spływająca po mnie woda okazała się balsamem dla mej „przykurzonej” skóry.

Gorzej z duszą. Ona będzie potrzebowała czasu na zapomnienie.

Orły czy ptaszyska?

Z niecierpliwoscią i umiarkowanym optymizmem oczekiwałem pierwszego występu na mundialu Orłów Nawałki. Nie jestem ani znawcą, ani analitykiem piłki nożnej. Ot zwykły kibic, rzekłbym nawet przeciętny miłośnik sportu pod każdą postacią. Kiedy jednak gra drużyna narodowa, odzywają się zupełnie inne emocje. Mocno identyfikuję się z krajem mojego pochodzenia. Być może właśnie dlatego dzisiejsze spotkanie to nie tylko kubeł zimnej wody ale wyjątkowo gorzka pigułka do przełknięcia. Nikt nie lubi przegrywać. Taka jest jednak natura sportu; żeby ktoś wygrał, ktoś przegrać musi. Moja gorycz nie wynika zatem z porażki ale ze stylu w jakim do niej doszło. Przez większość meczu miałem wrżenie, że pewien zawodnik drużyny z Paryża ufundował wszystkim swoim kolegom reprezentacyjnym po kożuchu, z miłości do których jest znany. Ci natomiast zapomnieli je zostawić w szatni i wystąpili w nich na boisku. Męczyli się zatem niemiłosiernie, bo na zewnątrz pogoda była letnia, sądząc po trybunach, na których kibice zasiedli ubrani w krótki rękawek. Miałem nadzieję, że po przerwie zrzucą z siebie ten nadmiar garderoby, dzięki czemu odzyskają chociaż odrobinę świeżości. Nic z tych rzeczy. Widać wmawiany nam brak zaufania do ruskich zwyciężył ze zdrowym rozsądkiem bo nikt nie chciał zostawić krychowiakowego prezentu w szatni. Męczyłem się i ja przed telewizorem, wierząc w przebudzenie. Nie nastąpiło, niestety. Z drużyny, która jeszcze dwa lata temu czarowała na stadionach Francji, pozostały już tylko nazwiska a z orłów jakieś niemrawe ptaszyska, które sprawiały wrażenie jakby znalazły się na boisku zupełnie przypadkowo. Orły Górskiego nie schodziły poniżej pewnej przeciętnej. To co zobaczyłem dzisiaj trudno nazwać lotem bardziej przypominało to czołganie się po ziemi bez żadnej idei. Zawiedli wszyscy. Zawód to jednak zbyt słabe słowo w tym konkretnym przypadku, pewnie żenada byłaby tu lepszym określeniem. Najsmutniejsze w tym wszystkim jednak jest to, że wybrańcy trenera wyglądali zupełnie bez formy, co nie napawa zbyt wielkim optymizmem przed kolejnymi meczami. „Piłka jest okrągła, a bramki są dwie” i „dopóki piłka w grze wszystko jest możliwe” jak mawiał nasz nieodżałowanej pamięci trener Górski. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko wierzyć w te dwa zdania, bo przecież brzydkie kaczątko zmieniło się w pięknego łabędzia, co jednak zajęło mu chwilę czasu. Jest zatem szansa, że dzisiejsza chmara smutnych ptaków, poderwie się jednak do lotu i zmieni się w drapieżne orły. Nawet jeśli jedna na milion to jest to wciąż szansa.

Hiszpański syndrom.

Jako fanatyka sportu napawa mnie obrzydzeniem gdy sędziowie mają niewątpliwy wpływ na wynik zawodów. Właśnie dobiegło końca spotkanie Ligi Mistrzów pomiędzy Bayernem i Realem. Nie pojmuje co się dzieje z arbitrami, często najwyższej klasy, na terenie Hiszpanii. Już w ubiegłym roku mecz pomiędzy Barceloną i PSG zakończony dyskusyjnym zwycięstwem Katalończyków pozostawił po sobie wielki niesmak. Tydzień pózniej z łagodności arbitra skorzystał Real. Nie inaczej sprawy mają się w tym roku. W poprzedniej rundzie bałwan z gwizdkiem w ostatniej minucie dopatrzył się karnego dla Realu. Jeśli nawet doszło do złamania przepisów i niedozwolonego kontaktu to biorąc pod uwagę dramaturgię meczu i fakt, że to była jego końcówka, za to konkretne przewinie odgwizdanie rzutu karnego było nie tylko głupią decyzją ale rownież wypatrzyło wynik meczu. Kretyńska decyzja sprawiła, że zawodniczy Juventusu i jego kibice mieli prawo czuć się oszukani. A jak było dzisiaj? Wszyscy chyba widzieli. Marcelo zagrywa ręka w polu karnym i nic. Ramos powala Lewandowskiego rownież w polu karnym i nic. Tutejsi komentatorzy, którzy zdecydowanie faworyzują kluby hiszpańskie, oglądając powtórki owych zagrań sami przyznawali, że w obu sytuacjach należał się Bawarczykom rzut karny. Nic z tego, sędzia chwilowo oślepł. Zastanawia mnie po co wprowadza się system VAR, wokół którego jest tyle szumu jeśli cymbał odmawia jego użycia. Nie jestem specjalnym fanem Bayernu i prawdę mówiąc drużyna, która popełnia tak karygodne błędy dając w prezencie dwie bramki zespołowi kalibru Real Madryt, pewnie nie zasługuje aby awansować dalej. Niezależnie od tego sposób w jaki Real przeszedł dalej powoduje u mnie odruch wymiotny. Po co grać te mecze? Może lepiej już na samym początku ustalić, że Real ma wygrać całe rozgrywki i święto lasu. Drużyna z Madrytu po raz trzeci z rzędu zameldowała się w finale rozgrywek Ligi Mistrzów. Jest to niewątpliwy sukces. Szkoda jednak, że zarówno w ubiegłym jak i w tym roku sposób w jaki tam dotarli nie ma nic wspólnego z fair play i w pełni zasłużonymi zwycięstwami.

Jedziemy do Rosji

Jedziemy do Rosji na Mistrzostwa Świata w piłce nożnej. Zadecydował o tym niedzielny mecz z Czarnogórą. Tradycyjnie nie obeszło się bez nerwów w końcówce, spowodowanych przestojem naszych piłkarzy w drugiej połowie. W sukurs przyszedł Robert Lewandowski, który samodzielnie zdobył bramkę, która okazała się na wagę zwycięstwa. Prawdziwi kibice oglądali mecz więc nie ma się co nad nim rozwodzić. Nonszalancja naszych zawodników w drugich czterdziestu pięciu minutach dała się nie tylko kibicom we znaki ale rownież i kapitanowi naszej reprezentacji, który nie krył swojego niezadowolenia w pomeczowych wywiadach. Jego frustrację mogliśmy wszyscy zobaczyć po zdobyciu bramki przez niego, co uzewnętrzniło się kopnięciem jednego z elementów dekoracyjnych poza boiskiem. Jego złość niewątpliwie była uzasadniona, bo sposób gry naszej drużyny po zdobyciu prowadzenia był nie do zaakceptowania, a co gorsze to nie była kwestia tylko tego spotkania. Oddaliśmy inicjatywę Czarnogórcom, dokładnie tak samo jak to zrobiliśmy w poprzednich meczach, może poza spotkaniem z Armenią, chociaż i w tym meczu początek drugiej połowy odbywał się pod dyktando Ormian. Robert Lewandowski ma racje piętnując to zjawisko. Nie wiem jednak czy sposób jaki wybrał, czyli przed kamerami i w rozmowie z reporterami jest najlepszy. Dużo się mówi o jedności i spójności naszej reprezentacji. Świadczyły o tym chociażby koszulki z napisem wspierającym Milika. Wyglądało to budująco. Robert trochę zburzył ten sielankowy obraz dając do zrozumienia, że nie każdy powinien być w tej kadrze, i że sporo jej brakuje, abyśmy mogli być uważani za mocną drużynę. Szczerze mówiąc, nie ujmując zasług pana Roberta, jego uwagi nie przypadły mi do gustu. Po pierwsze obawiam się, że mogą negatywnie wpłynąć na klimat w drużynie, po drugie wreszcie, takie pranie brudów powinno mieć miejsce w szatni. Domyślam się, że trener Nawalka mocno liczy się z opinią naszego najlepszego zawodnika i zresztą słusznie, to on jednak w końcowym efekcie powinien mieć ostateczne słowo przy ocenie przydatności zawodników do gry w drużynie. Robert Lewandowski pobił właśnie rekord Włodzimierza Lubańskiego pod względem ilości zdobytych bramek w reprezentacji i zapewne podbije ten rekord do granic trudnych do osiągnięcia. Będąc graczem pan Włodzimierz rownież był i kapitanem, i najlepszym piłkarzem zespołu. Nie pamietam jednak aby pozostali zawodnicy mogli to odczuć. Pod tym względem chyba jeszcze sporo Robert Lewandowski musi się uczyć. A skoro już porównuję to chyba warto byłoby aby ocena drużyny należała do trenera tak jak to było za czasów Kazimierza Górskiego. Cieszmy się jednak z awansu bo uczestnictwo drużyny narodowej w mistrzostwach świata to marzenie każdego kibica.

Na kolanach

Do tej pory telewizja ekwadorska, szczególnie od strony transmisji sportowych, wzbudzała mój zachwyt. Przekazują niemal wszystkie najważniejsze wydarzenia sportowe z każdej imprezy o charakterze mistrzostw, pod warunkiem, że dyscyplina cieszy się popularnością tutaj. Piłka nożna to oczywiście sport numer jeden, zatem wiele lig, i nie tylko, jest pokazywanych na żywo. Obejrzałem więc każdy mecz naszej reprezentacji. Mając to w pamięci, nie miałem watpliwości, że i spotkanie z Duńczykami będę mógł zobaczyć. Dzień przed naszym meczem Francuzi grali z Holendrami. Na papierze to spotkanie wyglądało najbardziej interesująco. Niestety z jakiegoś powodu był to jedyny mecz, którego transmisję pominięto. Być może względy finansowe za prawa do transmisji, być może inne przesłanki. Napewno nie zadecydowało o tym zainteresowanie ligą francuską czy holenderską, bo spotkania z obu lig są tu pokazywane każdego tygodnia. Tak czy inaczej przekazu nie było. Mało tego, nie pokazano nawet retransmisji, co jest dla mnie sporym zaskoczeniem. Patrząc na dzisiejsze spotkania, mecz Polski z Danią zdawał się być rownież najlepiej zapowiadającym się spotkaniem. W końcu Polska to piąta drużyna świata a jej kapitan to gwiazda pierwszej wielkości. Niestety spotkał mnie srogi zawód. Jedynym meczem pominiętym w bezpośrednim przekazie było właśnie spotkanie naszej reprezentacji. Na próżno zmieniałem kanały, mając nadzieje, że gdzieś go znajdę. Nic z tego, ponownie musiały być jakieś przyczyny, z których finansowe wydają się najbardziej prawdopodobne. Śledziłem więc przekaz pisany na Onecie. No cóż nie oglądałem tego fiaska i już po fakcie, muszę szczerze podziękować, że oszczędzono mi bólu. Dzień wcześniej Ekwador przegrał z Brazylią tylko 2:0, grając naprawdę przyzwoicie i przy odrobinie szczęścia mogli urwać punkt faworytom. Przegrać też trzeba umieć. Traktowałem słowa Roberta Lewandowskiego jako próbę wyluzowania zawodników, by wyszli na boisko bez nadmiernej presji. Tymczasem musiał to być krzyk aby gwiazdy przestały patrzyć na statystki i swoje aktualne miejsce w rankingu FIFA i wzięły się do roboty. Oczywiście nie wiem jak zagrał sam zainteresowany, ale to chyba jest bez znaczenia bo wynik mówi sam za siebie. Przy stanie cztery do zera, niemal niczym świętej pamięci Jan Ciszewski, który błagał sędziego na Wembley aby wreszcie skończył nasz historyczny mecz, tak i ja czekałem na końcowy gwizdek, bo cztery do zera to klęska jednak pięć do zera byłoby blamażem. Porażka porażce nie jest równa. Jeśli przegrywa się po walce, gryząc trawę to każdy kibic to rozumie. Jeśli jednak wynika to z braku zaangażowania i mentalnego przygotowania to tego nie da się zaakceptować. Takie wysnułem wnioski czytając komentarze. Meczu jednak nie oglądałem. I bardzo dobrze. Przy okazji, mogliśmy się przekonać ile znaczy ta fifowska klasyfikacja drużyn i czy warto się nią aż tak podniecać. To było do mediów, które jeszcze przed meczem widziały nas w pierwszej trójce najlepszych reprezentacji. A w poniedziałek czeka na nas Kazachstan i choć to zespół słabszy od Duńczyków, to ekstra presja związana ze złym smakiem w ustach po Kopenhadze napewno nie będzie pomocna.

Reprezentacje na boiska

Eliminacje do przyszłorocznych mistrzostw świata w piłce nożnej Rosja 2018, wkraczają w decydująca fazę. W ciągu najbliższego tygodnia rozegrane zastaną kolejne dwie rundy, po których zapewne poznamy kilka reprezentacji, które wywalczą awans. Wsród nich może być rownież reprezentacja naszego kraju. Kluczowy w tym kontekście będzie piątkowy mecz z Danią w Kopenhadze. Ewentualne zwycięstwo i wygrana z Kazachstanem w przyszłym tygodniu zagwarantowałyby zwycięstwo w grupie i kwalifikację do mistrzostw. W piątek emocji zatem będzie co niemiara. Dzień wcześniej, bo w czwartek wystąpi reprezentacja Ekwadoru, który zmierzy się z Brazylią na wyjezdzie. Ciężko w tym meczu wyobrazic sobie zdobycie chociaż jednego punktu, zwłaszcza, że w domu Ekwadorczycy przegrali 3:0, grając fatalnie. Jeśli jest jakakolwiek szansa na urwanie Brazylijczykom choćby punktu, to chyba tylko dlatego, że reprezentacja tego kraju gra w zasadzie o pietruszkę, mając już zapewniony awans. Zapewne obejrzę ten mecz chociaż bez większych emocji, bardziej jako etap w oczekiwaniu na piątek i występ drużyny Nawałki. Bez względu na wynik spotkania w Kopenhadze, jesteśmy i tak zdecydowanym faworytem do wygrania grupy. Przewaga punktowa, jaką wywalczyła sobie nasza reprezentacja powoduje, że tylko jakieś nieszczęście mogłoby nam odebrać bezpośredni awans z pierwszego miejsca. Rozumiem doskonale, że Dania to nie jakaś drużyna, z którą wygrywa każdy na zawołanie. Nie zgadzam się jednak z opinią naszego najlepszego piłkarza, jakoby nasi przeciwnicy mieli być faworytami meczu. Robert Lewandowski swoją wypowiedzią zapewne chce obniżyć presję jaka niewątpliwie ciąży na zawodnikach, w związku z oczekiwaniami kibiców. Są one dość spore ale dobra drużyna, za jaką uchodzi nasza reprezentacja powinna się do tego przyzwyczaić i radzić sobie z tym bez tego typu wypowiedzi.  W końcu w klasyfikacji FIFA zajmujemy piąte miejsce, a to powoduje, że w wielu meczach będziemy faworytami. Kapitan naszej reprezentacji to bezdyskusyjna gwiazda piłki nożnej. Osiągnął bardzo wiele, jego imię jest rozpoznawalne w całym piłkarskim świecie. Ma zatem prawo do wygłaszania swoich opinii. Dodatkowo jest na tyle mocny psychicznie, że nie obawia się ani presji, ani krytyki pod swoim adresem. Piłkarze tego pokroju nie rodzą się na kamieniach i są podstawą swoich drużyn klubowych i narodowych. Jeśli cokolwiek mi przeszkadza w naszym kapitanie to fakt, że jest go zbyt dużo w mediach. Klasa jaką reprezentuje zapewne daje mu do tego prawo, odrobina pokory jednak by nie zaszkodziła. Ale to już moje prywatne odczucia. Życzę wszystkich wielkich emocji w obu meczach, zwycięstw i obyśmy się cieszyli z awansu na mundial już w przyszłym tygodniu.

„Gała” wkracza na scenę

Krajowe rozgrywki w kopaną nabierają tempa. Anglicy i Francuzi już wznowili swoje ligi a w tym tygodniu stanie się podobnie w Niemczech, Włoszech i Hiszpanii. Kanały sportowe w Ekwadorze przepełnione są zapowiedziami zbliżających się transmisji. Trudno nie wiedzieć zatem kto z kim, gdzie i kiedy będzie grał, i który kanał pokaże dany mecz. Rownież ostatnia runda rozgrywek pucharowych, przed podziałami na grupy jest tutaj pokazywana na żywo. Ostatnio zdecydowałem się na Napoli kontra Nicea, oczywiście ze względu na naszych. Mecz nie był wielkim widowiskiem ale uświadomił mi, że chociaż zawody miały miejsce w Europie to szczególnie drużyna francuska nie bardzo przypominała klub ze swojego kraju. Mało tego, że większość zawodników to piłkarze ciemnoskórzy, to dodatkowo na koszulkach reklama w języku azjatyckim. Nie wiem ilu kibiców wiedziało lub wie kto jest sponsorem Nicei, mnie bez wątpienia nie udało się odszyfrować tej zagadki, bo i po co. Z potrzeby gotówki, która obecnie zdaje się znajdować przede wszystkim w Chinach i w krajach arabskich, każdy sprzedaje się byle komu, żeby tylko zapewnić sobie potrzebne fundusze na coraz droższych piłkarzy. Wcale by mnie nie zdziwiło jeśli za parę lat jedna z zachodnich lig będzie sponsorowana w całości przez Chiny lub Katar i miała w swojej nazwie coś z tamtych stron. Nie byłbym rownież zaskoczony jeśli wkrótce napisy na koszulkach będą rownież tylko w tych językach. Oni kupują, Europa sprzedaje, boimy się uchodźców ale jeśli kwota jest konkretna to sprzedadzą wszystko i każdemu. Pokraczne te dzisiejsze czasy i niekiedy trudno się dziwić, że z nacjonalistów robi się patriotów. Miało być jednak o sporcie. Pięć najważniejszych lig staje się coraz bardziej przewidywalne. W Niemczech rządzi Bayern, chociaż Dortmund stara się zamieszać i być może w tym sezonie mu się uda, bo w Monachium chyba nie bardzo mają pojęcie jak zażegnać kryzys. We Włoszech Juventus też chyba nie będzie miał jeszcze w tym sezonie problemów z ponownym zdobyciem mistrzostwa. We Francji katarskie PSG po ostatnich wzmocnieniach nie da większych szans Monaco. W Hiszpanii Real albo Barcelona to jedyna niewiadoma. Z tej perspektywy Anglia wydaje się być najciekawsza. Tutaj wszystko jest możliwe chociaż podział trofeów powinien się odbyć między Londynem i Manchesterem. Dzięki jednak wyrównanej stawce Premier League wydaje się być najciekawsza. Tutaj rownież walczy między sobą czołówka najbardziej znanych trenerów co powoduje dodatkowe atrakcje. Nasze krajowe podwórko to niestety bryndza. Jeszcze pare lat temu Legia w dwumeczu z Celtikiem rozniosła Szkotów sześć do jednego. Dzisiaj ci Szkoci zdemolowali pogromców Legii co świadczy, że nasza eksportowa drużyna cofnęła się. Jeśli jednak po sezonie sprzedaje się połowę drużyny, podobnie jak Lech i Jagiellonia, to nie ma się co dziwić, że efekt jest taki jaki jest. Cała nadzieja w reprezentacji. A ta już za dwa tygodnie wznowi rozgrywki eliminacyjne do mistrzostw świata. Mecz z Danią w Kopenhadze będzie najtrudniejszym tej jesieni. Stać nas na pewno na wygranie ale łatwo nie będzie. I tak piłka będzie rządzić przez najbliższe tygodnie i nie mam nic przeciwko temu. Chyba lepiej nie używać słowa „rządzić”, bo może się to nie spodobać sprawującym władze, a stąd już tylko krok do reform i ustaw, np, że prezesem klubu może być tylko wybrany w drodze konkursu członek przewodniej siły narodu.