Hacjendy i sisal

Pierwszy dzień i od razu wycieczka. Wybraliśmy się do jednej z niewielu okolicznych okolicznych hacjend. Wybraliśmy się to zbyt wiele powiedziane, zabrano nas brzmi bardziej akuratnie. Nie kłóćmy się o słowa.

Mniej więcej pół godziny od Meridy Anglik z Japonką, żeby było śmieszniej, odnowili stara hacjendę i teraz udostępniają ją dla zwiedzających oraz w celach imprezowych.

W ten sposób dowiedziałem się trochę historii, która zamierzam się tutaj podzielić.

Yukatan okazuje się jest jedną wielką płytą wapienną. Największym jego problemem jest dostęp do wody. Nie ma tu rzek a woda po deszczu natychmiast jest wchłaniana w grunt. Już Majowi zrozumieli, że należy się osiedlać w okolicach podziemnych grot, w których gromadziła się czysta i zdatna do picia woda.gdy więc Hiszpanie najechali na te miejsca usunęli z nich i zniewolili miejscową ludność. Wszelkie pamiątki po Indianach, Hiszpanie rozebrali i wykorzystali do budowy swoich domostw zwanych hacjendami. Miejscowa ludność traktowali jak niewolników. W pewnym momencie postanowili płacić tym biedakom. Jednak specjalnie na ten cel tłoczone monety miały tylko wartość na hacjendzie, dla której pracowali Majowie. Niby wolni, niewolnicy jednak.

Klimat tutejszy do niczego się nie nadawał. W związku z tym wszyscy ci ludzie pracowali przede wszystkim na życiowe potrzeby hacjendy.

Aż przyszła rewolucja przemysłowa. Okazało się, źe rosnąca tutaj roślina o nazwie sisal nadaje się do produkcji wszelkiego rodzaju lin, sznurów i tego typu rzeczy. I tak z dnia na dzień właściciele hacjend stali się światowymi bogaczami. Sisal bowiem znajdował się tylko tutaj i nigdzie więcej w świecie.

Wszystko dobre szybko się kończy. Okazało się, że sisal może rosnąć w gorących strefach klimatycznych i w bardzo podłych warunkach. Afrykanerzy wykradli sadzonki wraz z Brazylijczykami i to oni teraz stanowią sizalowy potęgi. Hacjendy znowu podupadły a koszty ich utrzymania powodowały ich porzucanie. Dzisiaj stanowią znowu spory majątek dzięki turystą i stały się miejscami wielu imprez typu wesela i inne imprezy rodzinne.

Front hacjendy

To właśnie jest sisal

Na coś musieli dzwonić, nie dopytałem

Lunch był w cenie wycieczki

Przed torijas była zupa. Tortillas to placki kukurydziane z rożnym nadzieniem

No i ten piec oczywiście wciąż używany.

Po strasznym żarciu czas zrzucić wagę.

Pozdrawiam z Yukatanu.

Reklamy

Wodospad w Giron

Cuenca otoczona jest Andami. Bez względu z jakiej strony się do niej wjeżdża lub z niej wyjeżdża trzeba odrobine pod górkę a potem dopiero z górki. Góry oferują olbrzymią ilość miejsc widokowych. Do jednych można dojechać do innych trzeba jednak dość. Z tym nie ma największego problemu. Ilość tras wspinaczkowych o rożnym stopniu trudności definitywnie zadowoli każdego z miłośników tego typu wypoczynku.

Jedną z mniej znanych atrakcji, która znajduje się o pół godziny jazdy od miasta są górskie wodospady położone w miejscowości Giron. Długo odkładaliśmy wycieczkę w tamte strony. Kiedy jednak półtora roku temu odwiedzili nas znajomi postanowiliśmy im zaproponować wyprawę.

Nasz taksówkarz, który zna okolice bardzo dobrze posłużył nam za przewodnika. W Giron zasadniczo znajdują się dwa wodospady. Jeden z nich jest bardzo łatwo dostępny, drugi natomiast wymaga więcej wysiłku i dwugodzinnej wędrówki dzikim szlakiem. Nie zdecydowaliśmy się na oba. Postanowiliśmy zaliczyć tylko ten łatwiej dostępny.

To co zobaczyliśmy było jeszcze jednym przykładem piękna natury. Może następnym razem zdecydujemy się na spotkanie z wodospadem położonym wyżej. Póki co pare fotek z tego co widzieliśmy.

Droga i wodospad

O podnóża sadzawka do pływania.

Widok z boku

A na koniec takie cudo nam się przytrafiło. Tęcza poniżej nas.

Powrót do Wielkiej Dziury

Do Wielkiej Dziury czyli Grand Canyon wróciłem w 2012 roku. Tym razem w towarzystwie przyjaciół z kraju. W planie naszej wycieczki po zachodniej części Stanów był miedzy innymi ów kanion na myśl, o którym odrazu zaczynały bolec mnie nogi. Zobaczyć jeszcze raz, ok to mogę, zejść na dół, nie dziękuje.

Dwoje z moich znajomych podjęli się jednak wyzwania. Oni byli jednak przygotowani na trudy i wiedzieli co ich czeka. Zaczęli wiec skoro świt i to trasą, którą ja wracałem. Na dole zafundowali sobie odpoczynek. Wrócili późnym wieczorem, gdy na zewnątrz już było ciemno. Jak rzekłem, byli przygotowani mieli nawet latarki na wypadek nocy. Tak czy inaczej i dla nich był to spory wysiłek, który w przypadku dziewczyny skończył się odciskami.

Wielka Dziura robi rzeczywiście niesamowite wrażenie, szczególnie o wschodzie, gdy słońce powoli odkrywa bezdenną jej czeluść. Kolory skał zmieniają się z minuty na minutę. Wcale mnie nie dziwi uznanie tego cudu natury za jeden z najwspanialszych.

Z perspektywy bardzo się cieszę, że mogłem zobaczyć Grand Canyon i duma mnie rozpiera, że byłem na samym dole. Dzielę się zatem zdjęciami z tego drugiego pobytu choć wiem, że one i tak nie oddadzą tego co oko tylko może docenić.

Wspomnieniowy dzień

Odkąd moja teściowa przeniosła się do krainy wiecznych łowów, Łańcut miasto, w którym mieszkała pozostał dla nas już jedynie sentymentalnym wspomnieniem. Tu na ziemi była starsza od swoje męża o nieco ponad pół roku. Tam gdzieś w innym wymiarze, to on czternaście lat przed jej transformacją, zaczął przygotowywać ich wspólnym wigwam. Żyją zatem dalej gdzieś tam w innym wszechświecie tyle, że tam on jest starszy i służy jej swoim doświadczeniem.

My tu na ziemi w tym wymiarze już tylko pielęgnujemy wspomnienia i dbamy o ich groby. Nie mogło być inaczej z moją córką. Łączyło ją z babcią wiele wspomnień. Udaliśmy się zatem wczoraj do odległego o pół godziny Łańcuta aby jeszcze raz mój przychówek mógł przejść znajomymi jej drogami i oczywiście zostawić coś po sobie na grobie dziadków.

Odwiedziliśmy wszystko co jej się z czymkolwiek kojarzyło. Pogoda nawet dla niej była zbyt uprzykrzająca. Jej się jednak nie wybiera. Obeszliśmy park wokół zamku Potockich, który przechodzi generalny lifting za unijne pieniądze. Samo miasto jest w rękach antyunijnej partii sprawującej władze w naszym kraju. Łapki jednak po pieniądze umieją wyciągać. To nawet dobrze bo zespół pałacowy domagał się konkretnej renowacji. Efekty widać każdego dnia, chociaż samych robotników już mniej. Najważniejsze jednak, źe prace się posuwają.

Punktem kulminacyjnym naszych odwiedzin był jednak cmentarz. Ostatnim razem podczas mojego pobytu w kraju razem z Luśką, a było to ledwie pięć miesięcy temu, udekorowaliśmy pomnik teściów. Jednym z elementów była figurka matki Bożej na bateryjkę. Mieliśmy sprawdzić czy wciąż działa i wymienić baterie. Niestety nie było nam dane. Hieny cmentarne rzadko cokolwiek szanują i mało je obchodzi czyjś smutek po odejściu osoby bliskiej. Jestem w stanie pojąć pospolitego złodzieja, który włamie się gdzieś tam i coś tam podwędzi, czasami nawet wartościowego. Ten typ oprycha grasującego po cmentarzach wywołuje we mnie wręcz obrzydzenie.

Bloger Stanisław ze Strzebrzeszyna zadał pytanie dlaczego chce być spopielony. Odpowiadając na nie, zapomniałem o hienach, które buszują po nekropoliach bo im nawet już te pięćset plus nie wystarcza na wódę. Nie mają oni żadnych ludzkich odruchów, jedyne co się liczy to zwędzić coś albo wydusić z przechodnia parę groszy na następną flaszkę czy choćby miniaturkę butelki z alkoholem żeby dolać w siebie paliwa.

Rozumiem, że to choroba i żal mi tych ludzi. Nie potrafię jednak zaakceptować czegoś tak haniebnego jak cmentarne złodziejstwo.

Dodaj zatem kolej punkt do listy dlaczego chce być spopielony.

Na koniec, żeby było nie do końca tak smutno. Moja córka włada biegle trzema językami. Myli się jednak dość często z ich użyciem. Kiedy przyszło zatem do zapłaty za dekoracje w przycmentarnym sklepie, cena ja trochę oburzyła i pozwoliła sobie zauważyć, że przemysł nagrobny to całkiem niezły biznes. Chciała to powiedzieć do mnie po angielsku ale rzekło jej się to po polsku, ku chyba jej własnemu zaskoczeniu i tymże ze strony sprzedawcy.

Foty z aparatu – koniec wycieczki

I to już będzie koniec wycieczki z aparatem.chyba zawsze tak jest, że początkowa ekscytacja podróżą z każdym dniem staje się coraz mniejsza.

Ostatnie dni naszego pobytu czyli wizyta w Canoa i Bahia nie trafiła na moja aparatową kartę pamięci. Być może odrobina gorszej pogody nie sprzyjała, być może również przygnębiające krajobrazy po trzęsieniu ziemi.

Zatem to już ostatnie foty. Od jutra muszę zacząć myśleć nad nowymi tematami. Podróż dobiegła końca. Chwila w domu i jazda do kraju na północy gdzie ludzie wciąż śnią amerykańskim snem.

Widok na Pacyfik z autobusu na drodze słońca

Taksówką do hotelu w Puerto Lopez

Płyniemy na Isla de la Plata. W oddali miasto i zatoka Puerto Lopez

Gdzieś w Ekwadorze. W drodze do Guayaquil. Większość bocznych dróg tak właśnie wyglada.

Typowy obrazek przy drodze

To też typowy widok przy drodze.

Koniec wycieczki. Żegnajcie plaże. Wracam w góry.

Foty z aparatu

Przygotowując się do wyjazdu, sprawdziłem co z mojego sprzętu robi zdjęcia. Wiadoma sprawa, komputery dzisiaj i telefony to również przenośne aparaty fotograficzne. Dobrze jednak mieć również urządzenie, które kiedyś służyło tylko do robienia zdjęć czyli…aparat fotograficzny. Postanowiłem wziąć go również ze sobą bo łatwiejszy w obsłudze w trakcie spacerów.

Zdjęć z niego nie mogłem jednak używać do moich wpisów bo nie było jak ich przetransferować na komputer. Po powrocie do domu właśnie je przeniosłem i pare najbliższych wpisów to będą foty z aparatu.

Pierwszy dzień. Jazda przez Andy i park narodowy Cajas. W dolinach opadły chmury a my nad nimi.

Im wyżej tym chmurowe widoki ciekawsze.

Momentami poruszaliśmy się w chmurach a momentami po ich krawędzi

Nie wiem czy to specyfika Cajas, czy w górach jest tak wszędzie ale te chmurne pejzaże zaskakiwały mnie na każdym zakręcie.

Niespodzianka na drodze czyli osuwisko.

Ale już nad nim pracują.

Więcej zdjęć w następnym wpisie.

Ostatni etap

Wyspa zaliczona, Puerto Lopez zaliczone. W sumie poza hotelem, który niestety nie miał klimatyzacji, reszta była bardzo fajna. Miasto żyje przede wszystkim z turystów. Uliczki wokół plaż i w jej wzdłuż rzeczywiście wyglądały nieźle jak na warunki ekwadorskie. Hotele z wyjściem na ocean również prezentowały się lepiej niż te w centrum miasta. Widać zatem, że liczą tutaj bardzo na wszelkiego rodzaju podróżników, włóczęgów turystycznych. Stąd oczywiście lepiej dostać się na Isla de la Plata niż z Montañity, bo właśnie tutaj zaczynają swoją trasę wszystkie motorówki.

Mała Górka jednak cieszy się o wiele większą renomą od Puerto Lopez, pewnie z powodu możliwości zakupu marychy. Plażowo jest też zdecydowanie atrakcyjniejsza. Być może dlatego, że to mała mieścina a raczej wioska w przeciwieństwie do liczącego dwadzieścia piec tysięcy Puerto Lopez. W Montañicie królują turyści w Lopez jest to już bardziej wymieszane.

Tak czy inaczej czas ruszać dalej. Postanowiliśmy znowu odwiedzić miejsca, w których już byliśmy. Padło na Bahia del Caraquez i Canoa. Oba te miejsca zostały najbardziej dotknięte przez trzęsienie ziemi sprzed trzech lat. Dało się ono we znaki na całym wybrzeżu, lecz właśnie te dwa ostatnie miejsca ucierpiały pod każdym względem najbardziej. To tu zginęło również najwiecej ludzi i to właśnie tutaj popłynęło najwiecej funduszy na odbudowę. Niestety mogliśmy zobaczyć na własne oczy jak kiepsko gospodarzą oba miejsca.

Po trzech latach w obu miejscowościach wciąż straszą i są widoczne skutki tragedii. Nasłuchaliśmy się o przekupstwach, o przepłacaniu i o lokalnej korupcji. To okropne, że ludzie, których wybrano aby w czasach krytycznych nieśli pomoc, wykorzystują nieszczęście do własnego wzbogacania się. A historii takich słyszeliśmy sporo.

Bahia del Caraquez leży w wyjątkowo narażonym na kataklizmy miejscu. Ponad dwadzieścia lat temu miało tu miejsce katastrofalne trzęsienie ziemi a potem El Ñino zalewając miasto dokończył dzieła spustoszenia. Miasto odbudowano. Miało być ekologiczne, co w tym wypadku oznaczało samowystarczalne na wypadek odcięcia od świata. Jak ta odbudowa wyglądała pokazały wstrząsy sprzed trzech lat. Najbardziej widowiskowa ulica przy której stały pokazowe apartamenty swieci pustakami. Wieżowce stoją z popękanymi ścianami i czekają na decyzje „zapracowanych” swoimi sprawami biurokratów. Żałosny widok. Byliśmy tam pięć lat temu. Miasto przyciągało inwestorów cieszyło się popularnością wśród imigrantów. Niewiele z tego pozostało bo tępi politycy widzą tylko czubki własnego nosa.

Nie inaczej sytuacja ma się w Canole. To przy Bahii, mała osada rybacka. Jednak tutaj Pacyfik stwarza świetne warunki do pływania na desce surfingowej. I tu było pełno życia podczas naszej ostatniej wizyty. Tutaj widać odrobine efekty pracy oficjeli ale i tu sprzeniewierzono ogromne pieniądze. Ta wizyta potwierdziła to o czym mówi wielu Ekwadorczyków, korupcja w polityce jest niczym rak na zdrowym organizmie. Widać i tu jak na całym świecie do władzy najczęściej dochodzą odpady śmietnikowe.

Po trzech latach od trzęsienia życie powoli wraca do normy. W Canoa pojawiają się już turyści. Najbardziej popularna restauracja jest własnością Holendra, a poznany Norweg remontuje swój hotel. Najbardziej tłoczno jest tutaj podobno w sierpniu i lutym. Nam się zatem udało ominąć nadmiar ludzi. Nie zależnie od tego plaża w Canoa przyciąga zawsze sporo młodzieży. Zjeżdżają się oni przede wszystkim w swoich wypasionych pick-apach. Co ciekawe, na pace montują zestaw radiowo głośnikowy i hulaj dusza piekła nie ma. Ryk z takiego “radiowozu” jest całkiem niczego sobie. Na szczęście ma to miejsce przede wszystkim w soboty i niedziele. Na nieszczęście my dotarliśmy do Canoy późnym popołudniem w niedziele. Po powrocie ze spaceru rozłożyliśmy się w naszym pokoju gdy nagle jakiś maniak postanowił pochwalić się swoim sprzętem i zachęcić nas do swojej muzyki. Po piętnastu minutach tego wątpliwej przyjemności spektaklu, poprosiłem naszego hotelowego aby pogadał z nawiedzonym wielbicielem lokalnej muzyki i spowodował odrobinę skręcenia głosu. Nie zgadniecie odpowiedzi. Jak się dowiedziałem ten boom boom box znajdował się na publicznej ulicy i nawet policja nie miała prawa go uciszyć. Na szczęście po następnych dwudziestu minutach to „cacko” odjechało ku naszemu zadowoleniu.

Smutno było patrzyć i porównywać to co było do tego co jest. Pogoda jednak dopisała, w hotelu klima i pusta plaża z kilkoma zwolennikami oceanicznych kąpieli, to było całkiem niezłe przed czekającym nas powrotem. Dobiliśmy do końca trasy. Dalej na północ ponoć trzeba się liczyć z narkotycznymi rozgrywkami. Czas zatem wracać do domu. Spisywać to co widziałem, póki pamietam.

Pieniądze zniknęły, budynki stoją a złodzieje czekają na turystów i inwestorów

Do wynajęcia. Jacyś chętni?

Plaży w Bahii też nie ma komu posprzątać

Canoa. Po lewej jadłodajnie, po prawej hotel. Ulica miała być pokazowa.

Restauracja – hotel. Właściciele Holendrzy. Oni mogli odbudować.

Dzień pierwszy, Cajas.

Pobudka piąta rano. Szybka toaleta coś na ząb i nasz kierowca już czekał. Zwykle spóźniony lecz tym razem dopisał. To my nie wyrobiliśmy się i musiał tym razem on na nas czekać. Czasu jednak było pod dostatkiem.

Na zewnątrz chłodno jak to w górach o szóstej rano. Godzinę wcześniej padało co było słychać wewnątrz. Uderzające krople deszczu o dach nie dawały złudzeń co do pogody panującej na zewnątrz.

Nastroje, jak to zresztą zwykle przed podróżą, odrobina napięcia i niepewności. Jeszcze ostatnie siusiu, siedem a może osiem razy sprawdzenie wszystkich drzwi, okien czy zamknięte i już siedzimy siedzimy naszym środku transportu.

Na miejsce odjazdu docieramy jakieś dziesięć minut przed czasem. Spodziewaliśmy się paru osób. A tu nic i nikt. Może pomyliliśmy miejsce rozpoczęcia. Robi się trochę nerwowe. Nie, jesteśmy w dobrym punkcie. I co z tego kiedy tylko my. Może odwołali. Tysiące myśli kołacze w łepetynie. Ktoś przechodzi z plecakami. Nie zatrzymuje się jednak, idzie dalej. Dochodzi siódma. Po drugiej stronie ulicy w naszym kierunku zmierza ewidentne jakiś turysta. To nasz przewodnik. Darwin ma na imię. Miło się przedstawia a na nas opada spokój mistrza. Nic nie odwołano chociaż oprócz nas jest jeszcze tylko jeden uczestnik, dziewczyna z Kanady. Czekamy jednak na nasz bus, który utknąłem gdzieś w grafiku. Spodziewaliśmy się czego w rodzaju vana bo dla trzech osób w zupełności by to wystarczało. Podjeżdża wreszcie coś między autobusem a właśnie vanem. Może pomieści pewnie ze trzydzieści osób a nas trójka plus przewodnik. Czyż może być lepiej. Cały wehikuł dla nas i kanadyjki i prawie prywatny przewodnik.

Po drodze będą trzy przystanki, Narodowy Park Cajas, położony zaledwie półtorej godziny od Cuenki. Dwie i pół godziny potem farma kakaowa i wreszcie przed samą Montanitą wytwórnia kapeluszy Panama. Do Montanity czyli Małej Górki powinnismy zjechać na chwilę przed zachodem słońca.

Po półtorej godzinie dojeżdżamy do Cajas. Po drodze pogoda nie wyglada zachęcająco. Wyglada na to, że niewiele uda nam się zobaczyć. Nic z tych rzeczy. Im wyżej wyjeżdżamy tym pogoda się poprawia i widoczność jest coraz lepsza. To ważne bo Cajas jest znane z mgieł. Jednak nam się udaje. Parkujemy i następuje sesja zdjęciowa. Jest co pstrykać. Chmury miejscami leżą poniżej nas a z drugiej strony słońce uśmiecha się do nas pełna gębą. Tu spożywamy nasze śniadanko i po około godzinnym postoju wyruszamy dalej. Ku wyższym temperaturom a to dopiero początek.

Nasz środek lokomocji.

Cajas i jedno z siedmiuset jezior.

No i te chmury w dolinach.

W Cajas jest co zwiedzać, a to tylko niecała godzina od Cuenki.

Ku przygodzie.

Będziemy się przemieszczać przez najbliższy tydzień. Postanowiliśmy odnowić naszą wiedzę na temat wybrzeża Ekwadoru. Nadarzyła się okazja, ktora prawdę mówiąc istniała z od dawna ale dopiero teraz udało się ją zmaterializować. Zawsze były ważniejsze rzeczy do zrobienia z punktu widzenia finansowego. Wciąż są bo dom to studnia bez dna. Jednak od czasu do czasu trzeba pozwolić sobie na trochę wariactwa.

Z Cuenki parę razy w tygodniu wyjeżdża autobus turystyczny na wybrzeże. Zasadniczo robi on koło, bo z wybrzeża udaje się w kierunku Quito a potem wraca do naszego miasta. Po drodze można z niego wysiąść i już na własną rękę kontynuować swoją przygodę według własnych upodobań. Można potem wsiąść na niego z powrotem i podążać jego trasą to wysiadając to na powrót wsiadając. Każdy odcinek jest wyceniony osobno a całe koło to wydatek około dwustu pięćdziesięciu dolarów na twarz.

Postanowiliśmy nim dojechać tylko do wybrzeża i stamtąd juz na własną rękę zwiedzić Pacyfik i wrócić do domu. Przewidujemy około tygodnia plus minus dwa dni. Chcemy ponownie dotrzeć do Manty oraz zobaczyć skutki trzęsienia ziemi sprzed trzech lat w Bahia del Caraquez. Dwie pierwsze noce mamy zarezerwowane w miejscowości Montanita, która jest bardzo znanym miejscem na mapie wszystkich plażowych włóczęgów.

Dawno nie podróżowaliśmy z plecakami. Będzie to zatem powrót do lat minionych. Jutrzejsza podróż będzie całodniowa bo nasz Wonder Bus będzie się zatrzymywał po drodze w punktach najbardziej widowiskowych by na wieczór dotrzeć do Montanity.

Sam jestem ciekaw jak zniesiemy taki sposób podróżowania. Trochę w ciemno co do kolejnych dni. Wiemy gdzie chcemy dotrzeć jednak, którędy i kiedy tam dotrzemy, będziemy te decyzje podejmować na trasie. Aktualnie w Ekwadorze to nie jest sezon turystyczny stąd nie martwimy się o hotele i ich rezerwacje. Dawno jednak czegoś takiego nie robiliśmy stąd będzie w tym wszystkim odrobina przygody. W naszym przypadku komfortem jest sytuacja, że nigdzie nie musimy być na czas ani nie musimy wrócić do domu konkretnego dnia. Musimy rownież zacząć poznawać Ekwador bo oczekujemy przyjazdu naszych serdecznych przyjaciół no i pasowałoby choć trochę wiedzieć co warto zobaczyć, a my póki co ograniczaliśmy się tylko do Cuenki.

Szósta rano wyruszamy. Może coś spłodzę z trasy.

A chmury u nas ostatnio „latają” nisko.

Dlaczego Cuenca.

W naszą podróż po Ekwadorze wyruszaliśmy z mieszanymi uczuciami. Problemy z agencją spowodowały, że podniecenie wycieczkowe znacznie opadło. Byliśmy jednak już na miejscu więc nie było sensu załamywać rąk tylko korzystać z przyjemności zwiedzania.

Ekwador dzieli się na trzy strefy, wybrzeże, Andy i dżungla. Mój domowy przewodnik skreślił dżunglę jeszcze przed wyjazdem przede wszystkim z powodu klimatu. Pozostały wybrzeże i Andy. W tych rejonach poszukiwania ewentualnych ciekawych miejsc skoncentrowały się wokół Quito, Manty i Cuenki.

Stolicę Ekwadoru, którą mieliśmy okazję poznać w pierwszych dniach naszego pobytu niemal natychmiast odrzuciliśmy. Wielkie, przepełnione miasto z korkami na ulicach nie było zdecydowanie tym czego szukaliśmy.

Około półtorej godziny jazdy na północ od Quito znajdowało się małe miasteczko o nazwie Cotacachi. Zasadniczo nic specjalnego, jednak sporo Amerykanów wybierało to miejsce. Musieliśmy to sprawdzić. Otóż panuje tam dość specyficzny mikroklimat. Otoczone górami w pięknie położonej dolinie, rzeczywiście robiło wrażenie. Niestety, tu Amerykanie budowali swoje domy w ramach zamkniętych enklaw otoczonych murami. My chcieliśmy być częścią tutejszej ludności a nie separować się od niej. Poza tym wielkość miasta nie napawała optymistycznie z punktu widzenia rozrywek wszelkiego rodzaju.

Osobiście mam słabość do wody. Ocean przemawiał do mnie wielkimi literami. Manta jednak nas zawiodła. Okazała się przede wszystkim miejscem imprez i sporej ilości młodzych ludzi z całego świata. W ramach pobytu zabrano nas na wycieczkę małym busem do okolicznego parku narodowego nad oceanem. Przepiękne miejsce, znajdujące się na trasie o zachęcającej nazwie „Droga Słońca”. Wraz z nami było jeszcze pięć osób w wieku od osiemnastu do dwudziestu lat. Czuliśmy się jak rodzice grupy. Okolice Manty i Droga Słońca to wspaniałe miejsca ale i temperatura, i wilgotność też odpowiednia. Znaleźliśmy pare ciekaw miejsc w niedużej odległości od Manty, które ewentualnie mogłyby wchodzić w grę na przyszłość. Przed nami była jeszcze Cuenca.

Żeby dojechać do Cuenki musieliśmy wrócić do Quito. Przyczyna była dość prosta, jeśli ludzie latają w Ekwadorze to tylko do stolicy. Zatem połączenie lotnicze Manty z Cuencą musiało odbyć się przez Quito.

Cuenca nas kompletnie zaskoczyła. Przede wszystkim tempo wolniejsze niż w stolicy i spokojniej niż w Mancie. Ze zdziwieniem też stwierdziliśmy, że pomimo wysokości warunki pogodowe są doskonale. Poznaliśmy okolice z parkiem narodowym w Cajas a stare miasto położone na wzniesieniu bardzo nam przypadło do gustu. To był początek sporego zainteresowania Cuenką przez jedną z najbardziej popularnych stron internetowych propagujących Amerykanom życie poza krajem na emeryturze. Już w owym roku mieszkało w Cuence na stałe pare setek rodzin ze Stanów, Kanady i co ciekawe również z Australii.

Wiedzieliśmy już, że jeśli zdecydujemy się na Ekwador to tylko i wyłącznie na Cuenke. Tylko czy napewno chcemy jeszcze jednej życiowej przeprowadzki.

Na to pytanie miała nam dać odpowiedz kolejna wizyta w Ekwadorze ale już tylko ograniczona do Cuenki.

Wróciliśmy zatem po pół roku na miejsce przestępstwa. Zanim jednak do tego doszło na internecie domowa planistka nawiązała kontakt z Australijką mieszkającą w Cuence, która pracowała dla ekwadorskiego budowlańca. On właśnie odnawiał historyczny budynek w centrum miasta, w którym miało się znajdować osiem apartamentów na sprzedaż. Ceny bardzo przystępne. Po przyjeździe zamieszkaliśmy w hotelu, którego właścicielami okazali się przybysze z kraju kangurów. Oni byli tu już chwile, dzięki czemu ich hotel i restauracja stanowiły miejsce spotkań emigrantów. No i wyobraźcie sobie poznaliśmy małżeństwo on Amerykanin, ona…Polka.

Sponsorem tego wypadu był poznany na internecie budowlaniec. Starał się jak mógł aby nas zainteresować kupnem apartamentu. Nie musiał. Okolica, miasto ilość emigrantów ze Stanów i Kanady no i ta Polka zrobiły swoje.

Została tylko zaliczka i czekać. Wybór stał się ciałem.