Wspomnieniowy dzień

Odkąd moja teściowa przeniosła się do krainy wiecznych łowów, Łańcut miasto, w którym mieszkała pozostał dla nas już jedynie sentymentalnym wspomnieniem. Tu na ziemi była starsza od swoje męża o nieco ponad pół roku. Tam gdzieś w innym wymiarze, to on czternaście lat przed jej transformacją, zaczął przygotowywać ich wspólnym wigwam. Żyją zatem dalej gdzieś tam w innym wszechświecie tyle, że tam on jest starszy i służy jej swoim doświadczeniem.

My tu na ziemi w tym wymiarze już tylko pielęgnujemy wspomnienia i dbamy o ich groby. Nie mogło być inaczej z moją córką. Łączyło ją z babcią wiele wspomnień. Udaliśmy się zatem wczoraj do odległego o pół godziny Łańcuta aby jeszcze raz mój przychówek mógł przejść znajomymi jej drogami i oczywiście zostawić coś po sobie na grobie dziadków.

Odwiedziliśmy wszystko co jej się z czymkolwiek kojarzyło. Pogoda nawet dla niej była zbyt uprzykrzająca. Jej się jednak nie wybiera. Obeszliśmy park wokół zamku Potockich, który przechodzi generalny lifting za unijne pieniądze. Samo miasto jest w rękach antyunijnej partii sprawującej władze w naszym kraju. Łapki jednak po pieniądze umieją wyciągać. To nawet dobrze bo zespół pałacowy domagał się konkretnej renowacji. Efekty widać każdego dnia, chociaż samych robotników już mniej. Najważniejsze jednak, źe prace się posuwają.

Punktem kulminacyjnym naszych odwiedzin był jednak cmentarz. Ostatnim razem podczas mojego pobytu w kraju razem z Luśką, a było to ledwie pięć miesięcy temu, udekorowaliśmy pomnik teściów. Jednym z elementów była figurka matki Bożej na bateryjkę. Mieliśmy sprawdzić czy wciąż działa i wymienić baterie. Niestety nie było nam dane. Hieny cmentarne rzadko cokolwiek szanują i mało je obchodzi czyjś smutek po odejściu osoby bliskiej. Jestem w stanie pojąć pospolitego złodzieja, który włamie się gdzieś tam i coś tam podwędzi, czasami nawet wartościowego. Ten typ oprycha grasującego po cmentarzach wywołuje we mnie wręcz obrzydzenie.

Bloger Stanisław ze Strzebrzeszyna zadał pytanie dlaczego chce być spopielony. Odpowiadając na nie, zapomniałem o hienach, które buszują po nekropoliach bo im nawet już te pięćset plus nie wystarcza na wódę. Nie mają oni żadnych ludzkich odruchów, jedyne co się liczy to zwędzić coś albo wydusić z przechodnia parę groszy na następną flaszkę czy choćby miniaturkę butelki z alkoholem żeby dolać w siebie paliwa.

Rozumiem, że to choroba i żal mi tych ludzi. Nie potrafię jednak zaakceptować czegoś tak haniebnego jak cmentarne złodziejstwo.

Dodaj zatem kolej punkt do listy dlaczego chce być spopielony.

Na koniec, żeby było nie do końca tak smutno. Moja córka włada biegle trzema językami. Myli się jednak dość często z ich użyciem. Kiedy przyszło zatem do zapłaty za dekoracje w przycmentarnym sklepie, cena ja trochę oburzyła i pozwoliła sobie zauważyć, że przemysł nagrobny to całkiem niezły biznes. Chciała to powiedzieć do mnie po angielsku ale rzekło jej się to po polsku, ku chyba jej własnemu zaskoczeniu i tymże ze strony sprzedawcy.

Reklamy

Foty z aparatu – koniec wycieczki

I to już będzie koniec wycieczki z aparatem.chyba zawsze tak jest, że początkowa ekscytacja podróżą z każdym dniem staje się coraz mniejsza.

Ostatnie dni naszego pobytu czyli wizyta w Canoa i Bahia nie trafiła na moja aparatową kartę pamięci. Być może odrobina gorszej pogody nie sprzyjała, być może również przygnębiające krajobrazy po trzęsieniu ziemi.

Zatem to już ostatnie foty. Od jutra muszę zacząć myśleć nad nowymi tematami. Podróż dobiegła końca. Chwila w domu i jazda do kraju na północy gdzie ludzie wciąż śnią amerykańskim snem.

Widok na Pacyfik z autobusu na drodze słońca

Taksówką do hotelu w Puerto Lopez

Płyniemy na Isla de la Plata. W oddali miasto i zatoka Puerto Lopez

Gdzieś w Ekwadorze. W drodze do Guayaquil. Większość bocznych dróg tak właśnie wyglada.

Typowy obrazek przy drodze

To też typowy widok przy drodze.

Koniec wycieczki. Żegnajcie plaże. Wracam w góry.

Foty z aparatu

Przygotowując się do wyjazdu, sprawdziłem co z mojego sprzętu robi zdjęcia. Wiadoma sprawa, komputery dzisiaj i telefony to również przenośne aparaty fotograficzne. Dobrze jednak mieć również urządzenie, które kiedyś służyło tylko do robienia zdjęć czyli…aparat fotograficzny. Postanowiłem wziąć go również ze sobą bo łatwiejszy w obsłudze w trakcie spacerów.

Zdjęć z niego nie mogłem jednak używać do moich wpisów bo nie było jak ich przetransferować na komputer. Po powrocie do domu właśnie je przeniosłem i pare najbliższych wpisów to będą foty z aparatu.

Pierwszy dzień. Jazda przez Andy i park narodowy Cajas. W dolinach opadły chmury a my nad nimi.

Im wyżej tym chmurowe widoki ciekawsze.

Momentami poruszaliśmy się w chmurach a momentami po ich krawędzi

Nie wiem czy to specyfika Cajas, czy w górach jest tak wszędzie ale te chmurne pejzaże zaskakiwały mnie na każdym zakręcie.

Niespodzianka na drodze czyli osuwisko.

Ale już nad nim pracują.

Więcej zdjęć w następnym wpisie.

Ostatni etap

Wyspa zaliczona, Puerto Lopez zaliczone. W sumie poza hotelem, który niestety nie miał klimatyzacji, reszta była bardzo fajna. Miasto żyje przede wszystkim z turystów. Uliczki wokół plaż i w jej wzdłuż rzeczywiście wyglądały nieźle jak na warunki ekwadorskie. Hotele z wyjściem na ocean również prezentowały się lepiej niż te w centrum miasta. Widać zatem, że liczą tutaj bardzo na wszelkiego rodzaju podróżników, włóczęgów turystycznych. Stąd oczywiście lepiej dostać się na Isla de la Plata niż z Montañity, bo właśnie tutaj zaczynają swoją trasę wszystkie motorówki.

Mała Górka jednak cieszy się o wiele większą renomą od Puerto Lopez, pewnie z powodu możliwości zakupu marychy. Plażowo jest też zdecydowanie atrakcyjniejsza. Być może dlatego, że to mała mieścina a raczej wioska w przeciwieństwie do liczącego dwadzieścia piec tysięcy Puerto Lopez. W Montañicie królują turyści w Lopez jest to już bardziej wymieszane.

Tak czy inaczej czas ruszać dalej. Postanowiliśmy znowu odwiedzić miejsca, w których już byliśmy. Padło na Bahia del Caraquez i Canoa. Oba te miejsca zostały najbardziej dotknięte przez trzęsienie ziemi sprzed trzech lat. Dało się ono we znaki na całym wybrzeżu, lecz właśnie te dwa ostatnie miejsca ucierpiały pod każdym względem najbardziej. To tu zginęło również najwiecej ludzi i to właśnie tutaj popłynęło najwiecej funduszy na odbudowę. Niestety mogliśmy zobaczyć na własne oczy jak kiepsko gospodarzą oba miejsca.

Po trzech latach w obu miejscowościach wciąż straszą i są widoczne skutki tragedii. Nasłuchaliśmy się o przekupstwach, o przepłacaniu i o lokalnej korupcji. To okropne, że ludzie, których wybrano aby w czasach krytycznych nieśli pomoc, wykorzystują nieszczęście do własnego wzbogacania się. A historii takich słyszeliśmy sporo.

Bahia del Caraquez leży w wyjątkowo narażonym na kataklizmy miejscu. Ponad dwadzieścia lat temu miało tu miejsce katastrofalne trzęsienie ziemi a potem El Ñino zalewając miasto dokończył dzieła spustoszenia. Miasto odbudowano. Miało być ekologiczne, co w tym wypadku oznaczało samowystarczalne na wypadek odcięcia od świata. Jak ta odbudowa wyglądała pokazały wstrząsy sprzed trzech lat. Najbardziej widowiskowa ulica przy której stały pokazowe apartamenty swieci pustakami. Wieżowce stoją z popękanymi ścianami i czekają na decyzje „zapracowanych” swoimi sprawami biurokratów. Żałosny widok. Byliśmy tam pięć lat temu. Miasto przyciągało inwestorów cieszyło się popularnością wśród imigrantów. Niewiele z tego pozostało bo tępi politycy widzą tylko czubki własnego nosa.

Nie inaczej sytuacja ma się w Canole. To przy Bahii, mała osada rybacka. Jednak tutaj Pacyfik stwarza świetne warunki do pływania na desce surfingowej. I tu było pełno życia podczas naszej ostatniej wizyty. Tutaj widać odrobine efekty pracy oficjeli ale i tu sprzeniewierzono ogromne pieniądze. Ta wizyta potwierdziła to o czym mówi wielu Ekwadorczyków, korupcja w polityce jest niczym rak na zdrowym organizmie. Widać i tu jak na całym świecie do władzy najczęściej dochodzą odpady śmietnikowe.

Po trzech latach od trzęsienia życie powoli wraca do normy. W Canoa pojawiają się już turyści. Najbardziej popularna restauracja jest własnością Holendra, a poznany Norweg remontuje swój hotel. Najbardziej tłoczno jest tutaj podobno w sierpniu i lutym. Nam się zatem udało ominąć nadmiar ludzi. Nie zależnie od tego plaża w Canoa przyciąga zawsze sporo młodzieży. Zjeżdżają się oni przede wszystkim w swoich wypasionych pick-apach. Co ciekawe, na pace montują zestaw radiowo głośnikowy i hulaj dusza piekła nie ma. Ryk z takiego “radiowozu” jest całkiem niczego sobie. Na szczęście ma to miejsce przede wszystkim w soboty i niedziele. Na nieszczęście my dotarliśmy do Canoy późnym popołudniem w niedziele. Po powrocie ze spaceru rozłożyliśmy się w naszym pokoju gdy nagle jakiś maniak postanowił pochwalić się swoim sprzętem i zachęcić nas do swojej muzyki. Po piętnastu minutach tego wątpliwej przyjemności spektaklu, poprosiłem naszego hotelowego aby pogadał z nawiedzonym wielbicielem lokalnej muzyki i spowodował odrobinę skręcenia głosu. Nie zgadniecie odpowiedzi. Jak się dowiedziałem ten boom boom box znajdował się na publicznej ulicy i nawet policja nie miała prawa go uciszyć. Na szczęście po następnych dwudziestu minutach to „cacko” odjechało ku naszemu zadowoleniu.

Smutno było patrzyć i porównywać to co było do tego co jest. Pogoda jednak dopisała, w hotelu klima i pusta plaża z kilkoma zwolennikami oceanicznych kąpieli, to było całkiem niezłe przed czekającym nas powrotem. Dobiliśmy do końca trasy. Dalej na północ ponoć trzeba się liczyć z narkotycznymi rozgrywkami. Czas zatem wracać do domu. Spisywać to co widziałem, póki pamietam.

Pieniądze zniknęły, budynki stoją a złodzieje czekają na turystów i inwestorów

Do wynajęcia. Jacyś chętni?

Plaży w Bahii też nie ma komu posprzątać

Canoa. Po lewej jadłodajnie, po prawej hotel. Ulica miała być pokazowa.

Restauracja – hotel. Właściciele Holendrzy. Oni mogli odbudować.

Dzień pierwszy, Cajas.

Pobudka piąta rano. Szybka toaleta coś na ząb i nasz kierowca już czekał. Zwykle spóźniony lecz tym razem dopisał. To my nie wyrobiliśmy się i musiał tym razem on na nas czekać. Czasu jednak było pod dostatkiem.

Na zewnątrz chłodno jak to w górach o szóstej rano. Godzinę wcześniej padało co było słychać wewnątrz. Uderzające krople deszczu o dach nie dawały złudzeń co do pogody panującej na zewnątrz.

Nastroje, jak to zresztą zwykle przed podróżą, odrobina napięcia i niepewności. Jeszcze ostatnie siusiu, siedem a może osiem razy sprawdzenie wszystkich drzwi, okien czy zamknięte i już siedzimy siedzimy naszym środku transportu.

Na miejsce odjazdu docieramy jakieś dziesięć minut przed czasem. Spodziewaliśmy się paru osób. A tu nic i nikt. Może pomyliliśmy miejsce rozpoczęcia. Robi się trochę nerwowe. Nie, jesteśmy w dobrym punkcie. I co z tego kiedy tylko my. Może odwołali. Tysiące myśli kołacze w łepetynie. Ktoś przechodzi z plecakami. Nie zatrzymuje się jednak, idzie dalej. Dochodzi siódma. Po drugiej stronie ulicy w naszym kierunku zmierza ewidentne jakiś turysta. To nasz przewodnik. Darwin ma na imię. Miło się przedstawia a na nas opada spokój mistrza. Nic nie odwołano chociaż oprócz nas jest jeszcze tylko jeden uczestnik, dziewczyna z Kanady. Czekamy jednak na nasz bus, który utknąłem gdzieś w grafiku. Spodziewaliśmy się czego w rodzaju vana bo dla trzech osób w zupełności by to wystarczało. Podjeżdża wreszcie coś między autobusem a właśnie vanem. Może pomieści pewnie ze trzydzieści osób a nas trójka plus przewodnik. Czyż może być lepiej. Cały wehikuł dla nas i kanadyjki i prawie prywatny przewodnik.

Po drodze będą trzy przystanki, Narodowy Park Cajas, położony zaledwie półtorej godziny od Cuenki. Dwie i pół godziny potem farma kakaowa i wreszcie przed samą Montanitą wytwórnia kapeluszy Panama. Do Montanity czyli Małej Górki powinnismy zjechać na chwilę przed zachodem słońca.

Po półtorej godzinie dojeżdżamy do Cajas. Po drodze pogoda nie wyglada zachęcająco. Wyglada na to, że niewiele uda nam się zobaczyć. Nic z tych rzeczy. Im wyżej wyjeżdżamy tym pogoda się poprawia i widoczność jest coraz lepsza. To ważne bo Cajas jest znane z mgieł. Jednak nam się udaje. Parkujemy i następuje sesja zdjęciowa. Jest co pstrykać. Chmury miejscami leżą poniżej nas a z drugiej strony słońce uśmiecha się do nas pełna gębą. Tu spożywamy nasze śniadanko i po około godzinnym postoju wyruszamy dalej. Ku wyższym temperaturom a to dopiero początek.

Nasz środek lokomocji.

Cajas i jedno z siedmiuset jezior.

No i te chmury w dolinach.

W Cajas jest co zwiedzać, a to tylko niecała godzina od Cuenki.

Ku przygodzie.

Będziemy się przemieszczać przez najbliższy tydzień. Postanowiliśmy odnowić naszą wiedzę na temat wybrzeża Ekwadoru. Nadarzyła się okazja, ktora prawdę mówiąc istniała z od dawna ale dopiero teraz udało się ją zmaterializować. Zawsze były ważniejsze rzeczy do zrobienia z punktu widzenia finansowego. Wciąż są bo dom to studnia bez dna. Jednak od czasu do czasu trzeba pozwolić sobie na trochę wariactwa.

Z Cuenki parę razy w tygodniu wyjeżdża autobus turystyczny na wybrzeże. Zasadniczo robi on koło, bo z wybrzeża udaje się w kierunku Quito a potem wraca do naszego miasta. Po drodze można z niego wysiąść i już na własną rękę kontynuować swoją przygodę według własnych upodobań. Można potem wsiąść na niego z powrotem i podążać jego trasą to wysiadając to na powrót wsiadając. Każdy odcinek jest wyceniony osobno a całe koło to wydatek około dwustu pięćdziesięciu dolarów na twarz.

Postanowiliśmy nim dojechać tylko do wybrzeża i stamtąd juz na własną rękę zwiedzić Pacyfik i wrócić do domu. Przewidujemy około tygodnia plus minus dwa dni. Chcemy ponownie dotrzeć do Manty oraz zobaczyć skutki trzęsienia ziemi sprzed trzech lat w Bahia del Caraquez. Dwie pierwsze noce mamy zarezerwowane w miejscowości Montanita, która jest bardzo znanym miejscem na mapie wszystkich plażowych włóczęgów.

Dawno nie podróżowaliśmy z plecakami. Będzie to zatem powrót do lat minionych. Jutrzejsza podróż będzie całodniowa bo nasz Wonder Bus będzie się zatrzymywał po drodze w punktach najbardziej widowiskowych by na wieczór dotrzeć do Montanity.

Sam jestem ciekaw jak zniesiemy taki sposób podróżowania. Trochę w ciemno co do kolejnych dni. Wiemy gdzie chcemy dotrzeć jednak, którędy i kiedy tam dotrzemy, będziemy te decyzje podejmować na trasie. Aktualnie w Ekwadorze to nie jest sezon turystyczny stąd nie martwimy się o hotele i ich rezerwacje. Dawno jednak czegoś takiego nie robiliśmy stąd będzie w tym wszystkim odrobina przygody. W naszym przypadku komfortem jest sytuacja, że nigdzie nie musimy być na czas ani nie musimy wrócić do domu konkretnego dnia. Musimy rownież zacząć poznawać Ekwador bo oczekujemy przyjazdu naszych serdecznych przyjaciół no i pasowałoby choć trochę wiedzieć co warto zobaczyć, a my póki co ograniczaliśmy się tylko do Cuenki.

Szósta rano wyruszamy. Może coś spłodzę z trasy.

A chmury u nas ostatnio „latają” nisko.

Dlaczego Cuenca.

W naszą podróż po Ekwadorze wyruszaliśmy z mieszanymi uczuciami. Problemy z agencją spowodowały, że podniecenie wycieczkowe znacznie opadło. Byliśmy jednak już na miejscu więc nie było sensu załamywać rąk tylko korzystać z przyjemności zwiedzania.

Ekwador dzieli się na trzy strefy, wybrzeże, Andy i dżungla. Mój domowy przewodnik skreślił dżunglę jeszcze przed wyjazdem przede wszystkim z powodu klimatu. Pozostały wybrzeże i Andy. W tych rejonach poszukiwania ewentualnych ciekawych miejsc skoncentrowały się wokół Quito, Manty i Cuenki.

Stolicę Ekwadoru, którą mieliśmy okazję poznać w pierwszych dniach naszego pobytu niemal natychmiast odrzuciliśmy. Wielkie, przepełnione miasto z korkami na ulicach nie było zdecydowanie tym czego szukaliśmy.

Około półtorej godziny jazdy na północ od Quito znajdowało się małe miasteczko o nazwie Cotacachi. Zasadniczo nic specjalnego, jednak sporo Amerykanów wybierało to miejsce. Musieliśmy to sprawdzić. Otóż panuje tam dość specyficzny mikroklimat. Otoczone górami w pięknie położonej dolinie, rzeczywiście robiło wrażenie. Niestety, tu Amerykanie budowali swoje domy w ramach zamkniętych enklaw otoczonych murami. My chcieliśmy być częścią tutejszej ludności a nie separować się od niej. Poza tym wielkość miasta nie napawała optymistycznie z punktu widzenia rozrywek wszelkiego rodzaju.

Osobiście mam słabość do wody. Ocean przemawiał do mnie wielkimi literami. Manta jednak nas zawiodła. Okazała się przede wszystkim miejscem imprez i sporej ilości młodzych ludzi z całego świata. W ramach pobytu zabrano nas na wycieczkę małym busem do okolicznego parku narodowego nad oceanem. Przepiękne miejsce, znajdujące się na trasie o zachęcającej nazwie „Droga Słońca”. Wraz z nami było jeszcze pięć osób w wieku od osiemnastu do dwudziestu lat. Czuliśmy się jak rodzice grupy. Okolice Manty i Droga Słońca to wspaniałe miejsca ale i temperatura, i wilgotność też odpowiednia. Znaleźliśmy pare ciekaw miejsc w niedużej odległości od Manty, które ewentualnie mogłyby wchodzić w grę na przyszłość. Przed nami była jeszcze Cuenca.

Żeby dojechać do Cuenki musieliśmy wrócić do Quito. Przyczyna była dość prosta, jeśli ludzie latają w Ekwadorze to tylko do stolicy. Zatem połączenie lotnicze Manty z Cuencą musiało odbyć się przez Quito.

Cuenca nas kompletnie zaskoczyła. Przede wszystkim tempo wolniejsze niż w stolicy i spokojniej niż w Mancie. Ze zdziwieniem też stwierdziliśmy, że pomimo wysokości warunki pogodowe są doskonale. Poznaliśmy okolice z parkiem narodowym w Cajas a stare miasto położone na wzniesieniu bardzo nam przypadło do gustu. To był początek sporego zainteresowania Cuenką przez jedną z najbardziej popularnych stron internetowych propagujących Amerykanom życie poza krajem na emeryturze. Już w owym roku mieszkało w Cuence na stałe pare setek rodzin ze Stanów, Kanady i co ciekawe również z Australii.

Wiedzieliśmy już, że jeśli zdecydujemy się na Ekwador to tylko i wyłącznie na Cuenke. Tylko czy napewno chcemy jeszcze jednej życiowej przeprowadzki.

Na to pytanie miała nam dać odpowiedz kolejna wizyta w Ekwadorze ale już tylko ograniczona do Cuenki.

Wróciliśmy zatem po pół roku na miejsce przestępstwa. Zanim jednak do tego doszło na internecie domowa planistka nawiązała kontakt z Australijką mieszkającą w Cuence, która pracowała dla ekwadorskiego budowlańca. On właśnie odnawiał historyczny budynek w centrum miasta, w którym miało się znajdować osiem apartamentów na sprzedaż. Ceny bardzo przystępne. Po przyjeździe zamieszkaliśmy w hotelu, którego właścicielami okazali się przybysze z kraju kangurów. Oni byli tu już chwile, dzięki czemu ich hotel i restauracja stanowiły miejsce spotkań emigrantów. No i wyobraźcie sobie poznaliśmy małżeństwo on Amerykanin, ona…Polka.

Sponsorem tego wypadu był poznany na internecie budowlaniec. Starał się jak mógł aby nas zainteresować kupnem apartamentu. Nie musiał. Okolica, miasto ilość emigrantów ze Stanów i Kanady no i ta Polka zrobiły swoje.

Została tylko zaliczka i czekać. Wybór stał się ciałem.

Różana farma.

Z różnych powodów mało mieliśmy możliwości zwiedzenia okolic Cuenki. Podróże do kraju, po który następowało odreagowywanie nie sprzyjały inicjatywom poznawczym naszego terenu. Postanowiliśmy to zmienić i zacząć brać udział w zorganizowanych wycieczkach.

Od czasu naszego przyjazdu tutaj, ilość obcokrajowcow znacznie się powiększyła. Mówią nawet, że pod tym względem Cuenca bije rekordy w Ameryce Południowej. Już nie tylko Amerykanie dominują wśród osiedlających się tutaj ludzi. Coraz częściej pojawiają się Kanadyjczycy, Australijczycy a nawet i obywatele z różnych krajów europejskich. Nic więc dziwnego, źe swoisty renesans przeżywają wszelkiego rodzaju agencje oferujące, jedno lub kilkudniowe wycieczki po okolicy.

Zdecydowaliśmy się wreszcie na taki wypad. Celem była farma róż. Okazuje się bowiem, źe Ekwador w eksporcie tych kwiatów zajmuje dość wysokie miejsce na świecie. Eksportują nie tylko do obu Ameryk ale również i do Europy.

Biblian to miejscowość oddalona od Cuenki około godzinę jazdy. To tam właśnie znajdowało się owe miejsce różami pachnące. W cenie wycieczki, $35, był dojazd śniadanko i lunch plus drobne pamiątki. Nic dziwnego, że przyciągnęło to dość sporą grupę ludzi. Mamy już swoje lata a tu masz babo placek, okazało się, że byliśmy jednymi z najmłodszych. Potwierdziła się zatem teza o emerytach uciekających ze swoich krajów ze względu na koszty utrzymania. Przysłuchiwałem się różnym rozmowom na temat doświadczeń innych ludzi w zakresie lecznictwa szczególnie. No cóż, w tym wieku ludzie najczęściej właśnie o zdrowiu rozmawiają. Opinie były w większości pozytywne, ku mojemu zadowoleniu.

Do rzeczy jednak. Farma to trzydzieści hektarów powierzchni, większość to oczywiście róże. Spora część to jednak również eko rolnictwo z rożnego rodzaju zwierzętami. Właścicielami są dwie siostry, które poślubiały dwóch braci. Zatrudniają około 160 osób a roczna produkcja to około dziewięć milionów kwiatów. Oblecieliśmy kilka namiotów z bieżąca produkcją, dowiedzieliśmy się sporo szczegółów na temat tych kwiatów. Okazuje się, że i tu panuje moda. W zamówieniach dominuje czerwień i jej odcienie, potem kolor żółty i biały. Jeden z kolorów bardzo modnych pare lat temu właściciele musieli kompletnie zlikwidować z powodu totalnego braku zainteresowania. Dowiedzieliśmy się przy okazji, źe to właśnie Valentine Day wyciska z nich najwiecej potu a przy okazji najbardziej nabija domową kasę. Drugi taki dzień to Dzień Matki. Widać wszystko sprowadza się do jakiegoś dnia, w którym kobieta jest szczególnie doceniana przez nas chłopów.

Od pewnie roku staliśmy się wegetarianami. Ja nie całkiem do końca, ale moja dziewczyna z tych bardziej konsekwentnych. Jedzonko okazało się być właśnie wegetariańskim, dodatkowo przyrządzanym na naszych oczach.

Na koniec wspólne zdjęcie, po dwanaście róż na twarz, czyli dla nas dwadzieścia cztery. Załapaliśmy się tez na cztery korzenie tych róż, które właściciele likwidowali. Będziemy teraz sadzić, to znaczy ja kopię dołki, Luśką rękoma pełnymi uwielbienia z delikatnością anioła włoży owe kwiaty do dołka, a otuliwszy je kompostem i czymś tam jeszcze dla ochrony będzie z niecierpliwością oczekiwać na efekty.

Wyprawa na wspinaczkę

Większość swojej amerykańskiej przygody spędziłem w stanie New Jersey. Tu mnie zdeponowano po odbiorze z Kennedyego i tak już zostało. Alternatywna nazwa tego stanu to Garden State. Różnie to tłumaczą, ale jest to związane z ilością zieleni i wszelkiego rodzaju parków z trasami turystycznymi. Od wschodu granicą stanu jest rzeka Hudson, za którą znajduje się Manhattan, a im bardziej na południe granicą staje się Ocean Atlantycki. Byłem na paru plażach, ale jak to w Ameryce są one mocno skomercjalizowane co niespecjalnie mi odpowiada.

Na zachodzie New Jersey graniczy z Pennsylwanią. I tu również rzeka dzieli oba stany. Delawer River, to również bardzo atrakcyjny akwen z punktu uwidzenia turystów. Odbywa się nią wiele spływów kajakowych w sezonie letnim co przyciąga całe rzesze zwolenników tego typu wypoczynku. Niczym Dunajec, Delaware River na granicy pomiędzy stanami wije się wśród Appalachów, oferując niesamowite widoki i przełomy. Po obu stronach w górach znajdują się trasy wspinaczkowe o rożnej trudności. Dotarcie do ich końca na ogół kończy się nieprawdopodobnym widokiem na zakola rzeki i wijącą się wzdłuż niej drogę miedzy-stanową nr 80.

Syn zaoferował mi wspinaczkę jedną z tras. Przystałem oczywiście, bo odrobina wysiłku fizycznego to coś niewątpliwie dobrego dla zdrówka. No i oczywiście świeże powietrze. W towarzystwie własnej krwi, czyż może być coś lepszego?

Pomaszerowaliśmy na coś, co miało trwać w porywach do trzech godzin. Przeciągnęło się do pięciu. Widoki jednak zrekompensowały trudy i pot wylany w trakcie wspinaczki. Choć był to piątek i godziny pracy, spotkaliśmy na trasie wyjątkowo dużo ludzi. Starszych, młodszych, całe rodziny czy pary zapatrzonych w siebie i w krajobraz. Podobno można w tej okolicy natrafić na zabłąkanego misia, ale widać to jest taki czas roku, w którym udały się one na zimowy spoczynek.

Trasa zamknęła się około piętnastokilometrowym kołem, z czego dojście do punktów widokowych zajęło około osiemdziesiąt procent trasy. Zejście do parkingu było zdecydowanie krótsze, jednak i bardzie strome, i bardziej niebezpieczne.

img_6833

Jezioro na trasie

Przełom na Dekaware River

Widok na Delaware River.

 

 

W Górach Stołowych

Cudze chwalicie, swego nie znacie….jak mówi nasze stare porzekadło. Coraz częściej zaczynam sobie zdawać sprawę jak bardzo mało wiem na temat polskich atrakcji turystycznych. Nie chodzi mi tu wcale o miasta, bo miałem szanse poznać trochę Kraków, Warszawę, Rzeszów i parę innych miast. Bardziej zawsze kręciła mnie natura i właśnie w tym zakresie mam w naszym kraju spore zaległości. Przyjazdy na kilka tygodni, gdy się ma tutaj rodzinę, której nie widziało się latami, nie dają szans na poświęcenie czasu na zwiedzanie. Znam zatem ojczyznę słabo może nawet słabiutko.

Aktualny pobyt też nie zapowiadał żadnych wycieczek. Nazbierało się bowiem trochę spraw do załatwienia. Przy okazji rownież odwiedzenie części krewnych bliższych i dalszych było jednym z punktów pobytowych programu. Wiedziałem jeszcze przed przyjazdem, że będziemy na Dolnym Śląsku, a konkretnie w Kłodzku, gdzie chciałem spróbować jednego z lekarzy praktykujących medycynę alternatywną. Tak się dobrze złożyło, że w tych okolicach mamy paru krewnych i ja, i Luśka. Nawiązaliśmy zatem z nimi kontakt nie licząc na terenowe wyprawy. Tymczasem spotkała nas wspaniała niespodzianka. Kuzyn z Pieszyc pod Dzierżoniowem zafundował nam wycieczkę w Góry Stołowe na ich szczyt zwany Strzelińcem. Nie bardzo wiedziałem czego oczekiwać ale nie miałem najmniejszego zamiaru rezygnować z takiej okazji.

Już sama droga dojazdowa wywarła spore wrażenie. Relatywnie wąska ale po obu stronach lasy i świeże powietrze. Oczy otwierały mi się szeroko a wewnętrznie zbluzgałem siebie, bo przecież kiedyś mieszkałem stąd o rzut kamieniem. No ale to co pod nosem to mało atrakcyjne.

Strzeliniec przywitał nas wyjątkowo dużą ilością weekendowiczów, nie tylko z Polski ale rownież z niedalekich Czech. Świetna atmosfera, piękna pogoda i jeszcze lepsze humory dodawały chęci do ruchu i małej wspinaczki. Samo podejście z postojami krajobrazowymi już było niezapomnianym przeżyciem. Dopiero jednak zejście inna trasą wywołało we mnie wszystkie ochy i achy. Jak to możliwe, że natura tak może ułożyć skały, nie mam zielonego pojęcia, dość jednak powiedzieć, że niektóre przejścia między nimi, z zawieszonym nad głowami olbrzymim skalnym sufitem, przyprawiały o dreszcze. Byłem wręcz zdumiony, że coś takiego może istnieć. Dróżka zejściowa prowadziła przez tunele i pagórki by wreszcie dotrzeć do kilku setek schodków prowadzących do wyjścia. Natura po raz kolejny dała nam niezapomniane przeżycia, które niestety tępota ludzka zdewaluowała. Nie jestem przeciwnikiem alkoholu i nie stronie specjalnie od niego. Napawa mnie jednak obrzydzeniem picie w takim miejscu i do tego na trasie. Banda przygłupów, sądząc z jakichś powodów, że są zabawni, postanowiła upić się nie widokami lecz gorzałką. I to nawet nie było najgorsze, lecz wrzask z jakim chcieli na siebie zwrócić uwagę. Żenujące, zwłaszcza, że na trasie byli też turyści z innych krajów. Bez względu jednak na tą nawiedzoną bandę szczerze polecam Strzeliniec bo warto go zobaczyć. Z chęcią tu wrócę jeśli się uda.

Dzięki Lechu, to była super wycieczka.