Życie codzienne.

Życie codzienne

Jest bezimienne

Rano się budzisz

Trochę marudzisz

Gdy zegar dzwoni

Jeszcze się bronisz

Lecz po próżnicy

Głos połowicy

Z łóżka wygania

I do śniadania

Wzywa łagodnie

Wciągasz więc spodnie

Sen z oczu zmywasz

Przed sobą skrywasz

Że powtarzalność

Morduje witalność

I z tego powodu

Nie czujesz głodu

Z domu wybiegasz

Sobie przyrzekasz,

Że czas na zmianę

Inaczej się staniesz

Kolejnym robotem

Zniszczonym gruchotem

Bez uczuć i woli.

Przywykłym do doli

Dnia codziennego

Choć nie chcesz tego

Sił już brakuje

Bezwolnie kupujesz

Na życie rozpiskę

Patrząc na miskę

Wczorajszej zupy

Gdy do chałupy

Wracasz po pracy

Jak inni rodacy

Dość masz myślenia

Swoje pragnienia

Odkładasz na potem

By sen co złotem

Jest w takiej chwili

Się nie pomylił

I ciałem zawładnął

Nadchodząc nareszcie

On w swoim geście

Da zapomnienie

I czas na wytchnienie

Spoczynek dla głowy

Bo jutro dzień nowy.

Tyle dziś wam powiem

Ponoć życie się zaczyna

Gdy nam zmniejsza się rodzina

Bo dzieciaki z domu poszły

Pomniejszając nam tym koszty

Możliwości to otwiera nowe

Jeśli ciało mamy zdrowe

I gdy dusza jest radosna

To wszystkiemu można sprostać

Zatem jutro kiedy wstaniesz

Zapamiętaj takie zdanie:

„Ciało z duszą

Wciąż mnie kuszą,

Choć poważny

Wiek nieważny

Żyjąc z sobą w zgodzie

Spieszę ku przygodzie

Co się życiem zowie”

Tyle dziś wam powiem.

Ekwador według Wojtka.

Oglądaliście „Boso przez świat”? Jeden z odcinków tego serialu poświęcony był Ekwadorowi. Nigdy nie byłem specjalnym zwolennikiem Wojciecha Cejrowskiego. Mam wiele szacunku dla tego co osiągnął, bo jednak do czegoś doszedł, miał jakiś pomysł, który mu wyszedł.

Różnie się z nim definitywnie w poglądach i w tej materii niewiele mielibyśmy sobie do powiedzenia. Nie podoba mi się też jego sposób bycia, którym stara się podkreślić swoją wyższość. Pewnie bym na to nie zwrócił uwagi ale mieszkając tutaj i znając o tyle o ile hiszpański, łatwo mi było zauważyć, że traktuje tubylców z pewnego rodzaju brakiem respektu. Oczywiście nie dawał im tego odczuć w rozmowie z nimi ale już tłumacząc to wszystko na nasz język dawało się odczuć to jego swoiste cwaniactwo. Mniejsza jednak o to.

Jego bodaj ośmioodcinkowy reportaż z Ekwadoru bardzo ogranicza wiedzę na temat tego państwa. Pokazał miejsce przez, które przebiega równik. Trochę informacji o tym jak to woda kręci się spływając to w jedna stronę, to w drugą w zależności od tego czy jesteśmy na półkuli południowej czy północnej. Sztuczka z jajkiem, które stoi na igle jeśli ta igła znajduje się dokładnie na równiku. I tyle jeśli chodzi o „cywilizowany” Ekwador. Na następne odcinki przeniósł się do dżungli na spotkanie ze szczepem, który wciąż żyje życiem sprzed dziesiątek lat. Nakręcił tam chyba ponad połowę odcinków i to mniej więcej tyle. O przepraszam, pokazał jeszcze plantacje bananów i proces ich przygotowania do wysyłki na eksport. I to byłoby na tyle.

Kiedyś na FB namierzył mnie dawny znajomy. Rozmawiamy sobie o tym i o owym i nagle pyta mnie on, jak ja się w tym buszu znalazłem. Buszu? No jeśli wiedzę o Ekwadorze czerpie się z produkcji Wojtka, no to zgadza się. Otacza mnie dżungla, fiuta mam przywiązanego do popęka, a moja rozkoszna żona lata z biustem na wierzchu. Jak żyć w zgodzie z przyrodą to już na całość.

Kompletne brednie, niestety. Niestety bo lubię nudystów choć odwagi do takiej fantazji zawsze mi brakowało.

Ekwador to piękne plaże nad Pacyfikiem, to dużo historii postkolonialnej, to niezliczone ilości zabytków ery hiszpańskiej i indiańskiej. To widowiskowa aleja wulkanów, to piękna trasa wzdłuż oceanu zwana Drogą Słońca. To wreszcie Andy z parkami narodowymi, z których jeden znajduje się na rogatkach Cuenki.

Ale Wojtek chciał popatrzeć na gole Indianki i facetów z penisem przywiązanym do pasa z wikliny. Można i tak.

Tylko proszę nie mówić mi, że mieszkam w buszu.

Słowo o babci

Dzisiaj będzie wspomnieniowo. Nie może być inaczej, bo to choć smutny, to dzień specjalny i taka sama data.

Dokładnie rok temu moja teściowa opuściła nas i z ekspresu „życie” wysiadła na stacji wieczność. Wsiadła do tego pociągu w marcu dwudziestego czwartego roku ubiegłego stulecia, by dobić do ostatniego przystanku, na tej drodze zwanej życiem, dokładnie rok temu.

Nigdy nie lubiłem słowa teściowa. Jest w nim coś pejoratywnego, wynikającego zapewne z tysiąca kawałów na ten temat. Uogólniamy i generalizujemy, taka nasza natura. Tymczasem teściowa teściowej nierówna. Będę zatem używał określenia babcia bo zdaje mi się mieć odrobine więcej ciepła, na które moja teściowa zasłużyła.

Babcia niewątpliwie była „charakterna” o silnej osobowości. Ale jakże może być inaczej. Jako szesnastolatka znalazła się na Syberii, wcześniej doświadczając okrucieństw zbrodni znanej pod określeniem Wołyń. Widziała na własne oczy to wszystko co starał się na pokazać film na ten temat. Bazując na jej opowiadaniach to film nie do końca pokazał barbarzyństwo tych zdarzeń.

Potem siedem lat w przenikliwym mrozie, wykonując prace ponad swoje siły i możliwości. Pomimo tego zawsze powtarzała, że więcej zła doznała od ukraińskich sąsiadów niż ruskich strażników. Niezbyt to brzmi politycznie poprawnie, babcia jednak mówiła to co czuła.

Wróciła do kraju, którego istnieniu dzisiejsza władza zaprzecza, w czterdziestym siódmym roku. Jak wszyscy po wojnie wzięła się i ona do odbudowy. Nie wiedziała przecież wtedy, że to ją zakwalifikuje do gorszego sortu. Napewno gdyby się tego spodziewała to i tak by wszystko zrobiła po swojemu. Potem jak to w każdym życiu, przyszła rodzina i dzieci.

Postanowili wybudować dom gdy dziewczyna mojego życia była jeszcze dzieckiem. Budowali go razem z dziadkiem sami. Oczywiście mieli paru fachowców ale gros pracy w budowę, to praca ich własnych rąk. Luśka, czyli żona, mówi, że sami wypalali cegły. Niepojęte.

Nie była zachwycona moim pojawieniem. Dzisiaj nawet się nie dziwię. Byliśmy po drugim roku studiów. Obawiała się zatem, że Luśka ich nie skończy. Skończyła i to w terminie. Zdążyła nawet zostać matką w międzyczasie. Wtedy nikt nie pytał o pięćset plus.

Tęskniła za nami gdy wyjechaliśmy ale jak to ona zacisnęła zęby i pogodziła się z faktem, odwiedzajac nas za wielkim stawem wielokrotnie.

Dobiła w całkiem niezłym zdrowiu do dziewięćdziesiątki. Byliśmy wtedy w kraju i razem to świętowaliśmy przy okazji wydając naszą córcię. Długo odmawiała pomocy, bo taka właśnie była.

Ostatnie czternaście lat swojego życia była sama. Czuła się najlepiej u siebie, wsród sąsiadów, z którymi razem budowali swoje domy. Aż przyszedł ten feralny dzień we wrześniu cztery lata temu. Rozległy udar zmienił jej życie w jeszcze większy koszmar od tego, który już przeżyła. Gdy staliśmy przy niej na intensywnej terapii, lekarz radził nam się z nią żegnać. Widać to nie miał być jednak ten dzień. Choć już nigdy nie powiedziała słowa i nie była w stanie nic zrobić o własnych siłach to była z nami jeszcze przez trzy lata. Była w innym świecie. Nie wiedzieliśmy ile i czy cokolwiek rozumie. Kiedyś jednak mocno zezłoszczony na coś co mi wypadło z rąk warknąłem do siebie „do dupy”. Babcia wybuchnęła takim śmiechem, że zdaliśmy sobie sprawę, że gdzieś tam walczy ze swoimi słabościami. Taka została w mojej pamięci.

Pójdę już, by zapalić świeczkę.

https://www.youtube.com/watch?v=yFXs2XSloEA&feature=share

Koryto

Zębami zgrzyta

Każdy bandyta

Gdy do koryta

Inny bandyta

Zębami zgrzyta

Bo przy korycie

Beztroskie jest życie

Nagrody i picie

Odda więc życie

By trwać przy korycie

Gdy ktoś go spyta

To każdy bandyta

Jak zepsuta płyta

Żałośnie zazgrzyta:

„Ja nie dla koryta”.

Lecz już o świcie

Jest przy korycie

Tam płacz i wycie,

Że nawet na picie

Nie starcza bandycie

I tak przy korycie

O chlebie i „życie”

Każdemu bandycie

Upływa życie

Świadcząc niezbicie

Ja ciężkie jest tycie.

Lecz dla narodu

Umarłby z głodu

Kto zabrał mi zdrowie?

Za młodości grzechy

I jej uciechy

Z opóźnieniem płacimy.

Czy o tym myślimy

Gdy dojrzewamy

I świat odkrywamy?

Nie znam takiego,

Bo niby dlaczego

Tym się przejmować

I sobie żałować

Gdy każda zabawa

Jest tak ciekawa.

Potem prywatka

O niczym gatka

Alkohol i pety

Nazajutrz, o rety

Kapeć mam w ustach

I w głowie pustka.

To nic nie szkodzi

W południe przechodzi

I znowu zdrowi

Na tańce gotowi

Na noc nieprzespaną

Z dziewczyną spotkaną

Na dyskotece

A może w aptece?

To przecież nieważne

Bo żyć na poważnie

To śpiewka przyszłości.

Wciąż młode kości

Żelazna kondycja,

I choć policja

Od ciała kontroli

Coś szemrze, że boli

To w piersiach, to w boku

Nie zwalniam kroku.

Znowu mam kaca,

Gdy ból co powraca

Nie chce ustąpić

Zaczynam wątpić

W swą nieśmiertelność.

Podła bezczelność

Mojego lekarza

Co mi powtarzał

O konieczności

Życiu w trzeźwości.

Czyżby miał rację,

Że me wakacje

Kosztowne się stają?

Choć wiele dają

Wrażeń corocznie,

Efekty uboczne

Swoim ciężarem

Grożą udarem.

Płuc zadymienie

Ma związek z paleniem.

Waga i tycie

To piwa picie.

Pompa się jeży,

Prostata szczerzy,

Straszą jelita,

Wątroba chwyta,

Kamienie w nerkach,

Strach i rozterka

Myśli dopada

To jakaś zdrada,

Żałosna poezja

Największa herezja

Że czas młodości

Gdzieś tam w przyszłości

Przemówi głosem

Karząc nas losem

Smutnego pacjenta

Gdy myśl natrętna

Rozsadza mu głowę,

Kto zabrał mi zdrowie?

Żyj po swojemu

Mówią mi ludzie

Że w psa mego budzie

Zachodzą niecności

Gdy suka w nim gości

Często więc słyszę

„Zakłóca mi ciszę

To psie ujadanie

Moj drogi panie”

Są też i tacy

Moi rodacy,

Którym przeszkadza,

Że pies mój zdradza

Każdą kochankę

I już nad rankiem

Wygląda nowej

Na wszystko gotowej

I jak wytłumaczyć

Co zew krwi znaczy

Tym co się brzydzą

I nim się wstydzą?

Co jest ciekawe

Najwięcej w tej sprawie

Się wypowiadają

Ci co nie mają

Ani rodziny,

Ani chłopaka, ani dziewczyny

Swe żądze hamując

Często chorują

Z nadmiaru cnoty

W szpony głupoty

Wpadają zatem

Wierzgając batem

Morały prawią

Swą czystość sławiąc

Lecz to jest bzdura

Bo matka natura

Się nie wstydziła

Gdy nas tworzyła

Czy człowiek, czy zwierze

Mocno w to wierzę

Rozum swój dostał

By w zgodzie pozostał

Z natury prawami

Oceńcie to sami.

Stąd bliska mi rada,

Z którą się zgadzam

„Żyj po swojemu

I daj żyć drugiemu”

Stacja wieczność

Na ten dzień nikt z nas nie czeka, chociaż wiemy, że jest on nieunikniony. Sekret naszego życia polega na tym, że każdego dnia czyjeś się zaczyna, czyjeś kończy. Dla tych i ich rodzin, którzy dzisiaj właśnie rozpoczęli swoją ziemską wędrówkę jest to dzień niewątpliwie radosny pełen szczęścia i nadziei. Na przeciwnym biegunie tych emocji znajdują się dzisiaj ci, którym przyszło zakończyć swój pobyt wsród nas i przenieść się do krainy wieczności. Chociaż dla nich ten dzień może być wybawieniem z udręk, chorób i innych nieszczęść jakie ich spotkały w trakcie czy pod koniec życia, to tak się nie dzieje z ich rodziną. Swoim odejściem pozostawiają bliskich w nieopisanym bólu. Od ponad trzech lat moja teściowa walczyła z udarem, który w ciagu paru sekund zmienił jej życie w to co wielu nazwałoby udręką. I dla niej tak zapewne było. Nie miała na to wpływu, przyjęła zatem to tak jak mogła najlepiej godząc się z przeznaczeniem. Z pokorą znosiła swoje cierpienie, z którego wybawienie nadeszło dzisiaj. Pociąg z jej życiem, który rozpoczął swą podróż w marcu tysiąc dziewięćset dwudziestego czwartego roku dotarł dziś dwudziestego ósmego listopada dwa tysiące siedemnastego roku do stacji wieczność. Chociaż życie jej nie rozpieszczało, nigdy się jednak nie żaliła i taką chcę ja zapamiętać. Mówią, że człowiek powinien pozostawić po sobie coś materialnego zanim odejdzie. To nieprawda, jej cząstka pozostanie na zawsze w nas wszystkich, którzy mieliśmy możliwość ją poznać.

Póki nie jest za późno

Jam jest dziecko peerelu

Jak przyjaciół moich wielu

Którzy w tamtych czasach żyli

Wódkę razem ze mną pili

I choć czasy owe były marne

Rządy kiepskie i niezdarne 

Co to nam wpajały bzdury

Patrząc na nas wszystkich z góry.

Myśmy jednak wszyscy żyli w zgodzie

Wraz z kościołem co w narodzie

Naszej wiary oraz dumy był podstawą

Bowiem naszą wspólną sprawą

Była walka z obłudą i kłamstwem

Jednej partii kultem i jej chamstwem

Próbowała ona nas podzielić

O czym myśmy wcześniej już wiedzieli

I gdy przyszło zająć stanowisko

Ci co władzy byli blisko

Z przerażeniem zrozumieli 

Że ich plany diabli wzięli 

Nikt nie wierzył w ichnie słowa

Że to tylko oni i władza ludowa

Są na wszystko odpowiedzią 

Jak przyrzekał nam towarzysz Edzio

Zmiana dla nas wszystkich stała się konieczna

I choć droga do niej nie była bezpieczna

Szliśmy po niej razem oraz wspólnie

Nikt się nie czuł gorszym albo durniem

Bo łączyło nas wszystkich pragnienie

Aby wolnym być zamiast jeleniem

Jedność bowiem to jest wielka siła 

Właśnie wtedy ona zwyciężyła.

Co się stało z tamtym zrywem

Wiarą w lepsze jutro i przypływem

Sił witalnych zdolnych do wygrania

Kto nam zabrał tamtą chęć do pojednania.

Gdzie się podział ksiądz kardynał

Co to z władzy wciąż się zżymał,

Nie wyciągał po pieniądze ręki chciwej

Lecz nas uczył wiedzy spolegliwej?

Gdzie ta chęć abyśmy z razu

Szanowali się nawzajem bez rozkazu,

Stali po tej samej stronie barykady

Miast namawiać się do swady?

Czyżby wolność odebrała nam rozumy

Zamiast powód dać do dumy? 

Patrzę na to wszystko i nie wierzę

Że choć wielu z nas mówi pacierze

Już nazajutrz każdy jest gotowy

Aby wiarę innym wybić z głowy.

Wolność co to miała być nagrodą

Smutną dla nas stała się przygodą

Widać czas nam wracać pod zabory

Skoro bycie ze wspólnej obory

Tak doskwiera nam zaciekle

Że niestraszne ludziom, nawet bycie w piekle

Dzisiaj byłem na cmentarzu

Końca życia naszego ołtarzu

Tu dobiegnie kiedyś wszystkich droga

Dobrze, że ta ziemia nie jest dla nas taka sroga

I nie pyta w co wierzymy

Użyczając wszystkim swej ciepłej pierzyny

Czy to warto zatem życie tracić

Żeby kogoś niszczyć, szmacić?

Jutro przecież się okazać może

Żeśmy sąsiadami w ziemi Bożej,

Którzy nie umiejąc podać ręki sobie

Zostawili dzieci, co zbierając się przy grobie

Wciąż zwaśnieni pozostają

Choć powodów kłótni dawno już nie znają.

A nas na nich z góry patrzących

Wstyd ogarnia wszechmogący

Bo za późno dzisiaj na skruszone żale

Żeśmy w kłótni żyli tak wytrwale.