Wkład do kominka

Nasz europejski friend, znaczy się przyjaciel, ze Słowacji zjechał niespodziewanie sześć tygodni temu. Gość od dawna próbuje pozbyć się swojej chaty z uwagi na samotność, która niespodziewanie bardzo mu zaczęła doskwierać. Jego życiorys, na własne życzenie, to pewnie całkiem niezła historia o tym jak się kończy egoizm. To jednak nie moja sprawa. Nie znoszę krytykować ludzi, bo zdaje sobie sprawę, że sam nie jestem bez wad. Hm, uwielbiam krytykować ludzi bo ja jestem perfekcyjny prawie jak ta próżna perfekcyjna pani domu. Szlag niech to, wyszło na to, że jestem próżny. Coś w tym jest. Zatem skończę te rozważania w tym miejscu.

Słowak zjechał ale do transakcji nie doszło. Żeby było śmieszniej jego hacjendę chciało kupić małżeństwo Ekwadorczyka z Polką. Poznaliśmy ich nawet i po pierwszym spotkaniu ucieszyliśmy się odrobinę, że może teraz będzie fajniej. Nic z tych rzeczy. Ta nasza krajanka jakaś z innej radiostacji. Nie płakaliśmy więc gdy się okazało, że transakcja kupna sprzedaży nie dojdzie jednak do skutku.

Przyzwyczailiśmy się do ułomności Słowaka a on do naszego sposobu bycia i tolerujemy się wzajemnie, bo o przyjaźni raczej w tym przypadku ciężko mówić.

Dom Milana wymaga sporo pracy. Co ciekawsze on wie o tym i byłby w stanie doprowadzić go do stanu niemal bajkowego, gdyby…No właśnie to gdyby wiąże się z towarzystwem, którego mu tutaj brakuje. Jednocześnie czuje olbrzymie przywiązanie do swoich pieniędzy, co powoduje, że w relacjach ze wszystkimi paniami przewiduje podstęp i zamach na jego oszczędności.

Znowu wlazłem z brudnymi butami w czyjeś życie. Gość ma tą zaletę, że wiele potrafi zrobić sam. Generalnie nie lubi żadnych wykonawców, właśnie ze względów finansowych.

Podczas jego nieobecności pilnujemy jego domu i kotki. Zwykle po przyjeździe stara nam się jakoś zrewanżować, na co nie liczymy i czego nie oczekujemy. Kotki nam po prostu żal, że gamoń zostawia ją na dziewięć miesięcy. Ale to znowu inna para kaloszy.

Nasz dom ogrzewamy za pomocą kominka. To urządzenie wyglada bardzo efektownie. Gorzej z efektywnością. Ciepło idzie w diabły w komin a my tracimy sporo drzewa, żeby jako tako nagrzać tą cześć, w której spędzamy najwiecej czasu. Milan wie o tym. Zaproponował nam więc wkład do kominka. Pozwolę sobie tu zaznaczyć, wykonany przez niego. Widziałem takie wkłady w Polsce. Korzyści z nich w formie zysku grzewczego dla chałupy są bezdyskusyjne.

Przyklasnęliśmy więc z Luśką pomysłowi Milańskiego. Oczywiście częścią tego pomysłu miała być moja pomoc fizyczna, przy jednoczesnym finansowaniu całego przedsięwzięcia przez nas. W końcu tu chodziło o nasze miejsce mieszkalne.

Milański ma jednak specyficzny sposób bycia. Polega to skrócie, że to on decyduje o terminie i czasie wykonania wszystkich prac związanych z tym czego się podjął. A, źe chłop na wszystko zawsze ma czas, więc prace posuwały się w tempie iście ekwadorskim, czyli…jutro też jest dzień.

Jutro nasz Słowak się będzie pakował, niby wkład jest w środku. Tylko, że nie działa. Ale o tym w następnym odcinku przyjaźni polsko-słowackiej.