Narodziny gwiazdy.

Nie, nie będzie o filmie, chociaż szczerze mówiąc chodziła mi po głowie notka na ten temat. Film oglądałem ale chciałem zobaczyć oryginał z Barbarą Streisand, żeby mieć porównanie. Niestety zbyt stary a zatem i ciężki do kupienia.

Jestem, odkąd pamietam, kibicem sportu. Dyscypliny, które oglądam zależą oczywiście od mojego miejsca zamieszkania. Ameryka Południowa zwariowana jest na punkcie piłki nożnej. Transmisji z tej dyscypliny sportu na kanałach publicznych nie brakuje każdego dnia. Oglądam mecze, szczególne te, w których występują nasi zawodnicy. Aktualnie pod względem popularności naszym najbardziej rozpoznawalnym zawodnikiem tutaj jest Krzysztof Piątek. Tak jest, już nie Lewandowski czy Milik lecz zawodnik AC Milan. Dzięki ilości zdobytych bramek nazywają go tutaj El Pistolero.

Muszę przyznać, że w trakcie pobytu w Stanach, gdzie piłka nożna nie jest aż tak popularna, odwykłem od rozgrywek w niej, bo bardziej interesowały mnie dyscypliny, którymi żyje przeciętny Amerykanin. Wsród nich jest oczywiście tenis. Jeden z najwiekszych turniejów przecież odbywa się w Nowym Jorku. Dzięki Agnieszce Radwańskiej wciągnąłem się w turnieje tenisowe. Jej sukcesy zapewne mocno spopularyzowały ten sport w naszym kraju. Potem zjawił się Janowicz ale wygląda na to, że zgaśnie szybciej niż rozbłysnął.

Sukcesy naszej zawodniczki doprowadziły do wysiewu kolejnych talentów. Ostatnie niepowodzenia Radwańskiej i niespodziewane zakończenie kariery byłyby ciężkie do strawienie dla każdego kibica gdyby nie nowa fala utalentowanych graczy. W samą porę cała ich plejada wypływa na wielkie wody. Dzisiaj po raz pierwszy od niepamiętnych czasów nasza zawodniczka zagra w finale turnieju tenisowego. I nie będzie to żadna z sióstr Radwańskich ale Iga Światek. Śledzę jej osiągnięcia od pewnego czasu. Jako juniorka wygrała bodaj Wimbledon. W tym roku wkracza na zawodowe korty i juz po czterech miesiącach grania doszła właśnie do finału poważnego turnieju w Szwajcarii. Szczerze mówiąc byłem mocno już zmęczonymi tenisem wokół Agnieszki Radwańskiej. Tym bardziej cieszy mniej sukces młodej Igi z Warszawy. A zatem umarł król, niech żyje król. No nie do końca, powinno być umarła królowa niech żyje królowa. Prawdę mówiąc król Janowicz też chyba już się nie podniesie, niech więc żyje król Hurkacz a może Majchrzak, bo obaj ci zawodnicy mają predyspozycje do przejęcia tronu po krzykliwym Janowiczu.

Amerykańskie mistrzostwa świata

Jak zwykle o tej porze roku już od kilku lat na moim blogu pojawia się wpis dotyczący Super Bowl. Domyślam się, że impreza ta chociaż znana z nazwy, kibiców w Polsce nie ma zbyt wielu. Super Bowl to jednak, pod względem oglądalności, jest najważniejszą imprezą sportową w USA. Kończy się nim sezon futbolu amerykańskiego, który trwa od września a jego zwieńczeniem jest finał rozgrywek. Dwie najlepsze drużyny z dwóch różnych konferencji wyjdą na przeciw siebie by dać Amerykanom moment zapomnienia od bieżących problemów.

Sam pojedynek będzie trwał tylko godzinę, ale przedmeczowe historyjki dotyczące poprzednich meczów, zawodników występujących w dzisiejszym spotkaniu, ich drogi życiowej pełnej przeszkód i wiele innych analiz ekspertów, zajmie cały dzień w telewizyjnej ramówce tego dnia.

Amerykanie jak kraj długi i szeroki spotkają się na tak zwanych Super Bowl parties, które są już ich tradycją. Piwo lać się będzie ostro, pomieszane z chipsami i innym tanim jedzeniem. Dzisiaj nic nie jest ważne bo oto wieczorem poznamy mistrza świata w tej dyscyplinie sportu. A jakże, mistrza świata. W Stanach przed telewizorami zasiądzie tysiące kibiców i jeszcze więcej na całym świecie. Nawet ci, których sport mało interesuje z zapartym tchem przyglądać będą się reklamom w trakcie pojedynku, które trzymane są w sekrecie do czasu transmisji. Byle kto reklamować się nie może, koszt bowiem jest zawrotny i sięga kilku milionów dolców za minutę. Reklamy będą miały oczywiście specjalny charakter często bardzo zabawny. Jak każdego roku prym wieść będą dwie największe firmy piwne czyli Budweiser i Coors oraz walczące o amerykański rynek Pepsi i Coca Cola.

Będzie wciąganie flagi, będzie bardzo patriotycznie a hymn zaśpiewa zapewne ktoś znamienity. Tak się robi show.

W przerwie meczu oczywiście uznani artyści, nie mam pojęcia kto w tym roku, dadzą koncert marzeń z setkami statystów podrygujących w rytm muzyki. Te dwadzieścia minut osłodzi życie paniom domu, które w tym dniu na swoich chłopów totalnie liczyć nie mogą.

W tym roku naprzeciw siebie staną Patrioci z Nowej Anglii i zespół Rams z Los Angeles. Ta pierwsza drużyna to bezsprzecznie najlepszy zespół ostatnich piętnastu lat. Z dokładnością niemal zegarka meldują się w finale tych rozgrywek. Opuścili je kilka razy ale i tak pod względem występów w ostatnich latach są nie do pobicia.

Nowa Anglia to część stanu Massachusetts, którego największym miastem jest Boston. Nowy Jork i Boston nie przepadają za sobą. Prawdziwy kibic z Nowego Jorku dzisiaj murem będzie po stronie zespołu z Los Angeles. Nie inaczej będzie ze mną. Zawsze byłem fanem drużyn z Wielkiego Jabłka i zawsze moim największym wrogiem były drużyny z Bostonu. Będę trzymał dzisiaj kciuku za Rams, którzy nie są faworytem. To jednak sport a w nim wszystko jest możliwe.

Siatkarscy cudotwórcy

Oryginalnie mój pobyt w ziemi ojców miał się rozpocząć w połowie października. Dobrze jednak było przyjechać o te pare dni wcześniej. Dobrze było na żywo oglądać niesamowite wyczyny polskich siatkarzy. Wreszcie dobrze było być w tych dniach wsród naszych kibiców tej dyscypliny sportu.

Powiem szczerze, że po przegranych z Argentyną a potem z Francją, nie wierzyłem w wyjście naszych z grupowej drugiej rundy. Bez względu na to czy Serbia oddała na pierwszy mecz czy nie, udowodniliśmy drugim meczem, że jesteśmy lepsi od nich w następnym spotkaniu. Potem już było tylko coraz lepiej. Kiedy jednak okazało się, że naszym półfinałowym przeciwnikiem będą Amerykanie, znowu miałem chwile zwątpienia. Jankesi w ostatnich meczach bili nas przecież na potęgę. Biorąc dodatkowo pod uwagę, że nasz najlepszy siatkarz nie słynął z mocy mentalnej, nie mogłem wręcz uwierzyć w to co się w tym meczu stało. To właśnie Bartosz Kurek był dominującym zawodnikiem i to on przechylił szalę zwycięstwa na nasza stronę. Po tym zwycięstwie nie miałem watpliwości, że z Brazylią damy sobie radę. Na wygranie bez straty seta jednak nie liczyłem. Sport w najlepszym wydaniu pokazał na czym powinien on polegać. Wzloty i upadki, potem znowu wzlot ku końcowemu sukcesowi. Niesamowite i nieprawdopodobne.

Siatkówka to jednak nie dyscyplina sportu o zasięgu piłki nożnej. Z popularnością tej ostatniej, żaden inny wysiłek sportowy nie może się niestety równać. Żenujące są zatem fakty w sprawie nagród finansowych dla naszych piłkarzy, którzy skompromitowali się na mundialu w porównaniu z tym co dostali obrońcy tytułu mistrzów świata. Dla mnie to wstyd i hańba, że zawodnicy kopanej w ogóle dostali cokolwiek. Dziwny jest w tym zakresie świat sportu. O wysiłku i dokonaniach w nim decydują ciągle sponsorzy czyli reklamodawcy a tych niekoniecznie interesuje ranga zawodów, bardziej popularność i zasięg danej dyscypliny. Niestety Ameryka Południowa, pewnie poza Brazylią nie interesuje się siatkówką. Szkoda, bo to byłyby dodatkowe pieniądze za prawa do transmisji co pewnie przełożyłoby się na lepsze nagrody dla najlepszych zawodników i drużyn turnieju. Inna sprawa, źe chyba sternicy światowego związku siatkówki nie robią wystarczająco dużo dla jej popularyzacji.

Tradycyjnie sukces ma wielu ojców. Powyłazili oni ze swoich nor niczym komary na żer. Szafując nagrodami i pustymi frazesami ogrzewali się w słońcu mistrzów świata. Żeby nikt mi nie mówił o tendencyjności, muszę powiedzieć, że tak było i cztery lata temu. Wydaje mi się jednak, że wtedy powaga urządu prezydenta nie była aż tak bardzo nadszarpnięta jak to ma miejsce teraz. To właśnie zaproszenie od osoby pierwszego obywatela powinno nobilitować naszych zawodników. Tymczasem stało się odwrotnie, to ich obecność w tym wizerunkowo sponiewieranym towarzystwie nobilitowała tak prezydenta, jak i rownież premiera. A potrzebują tego jak mało kto.

Status gwiazdy

Koniec sierpnia i początek września to tradycyjnie termin wypełniony imprezami sportowymi. Nie wiem czy to tylko jest tak w tym roku czy zawsze. Trwają mistrzostwa Europy w siatkówce, rozpoczęły się w koszykówce, eliminacje do mistrzostw świata w piłce nożnej, rozgrywki ligowe, kolarstwo w Hiszpanii i oczywiście jeden z największych turniejów tenisowych, cześć wielkiego szlema, czyli US Open. W rym roku bez Sereny Williams, która została właśnie matką. Po raz pierwszy od ponad roku pojawiła się za to inna jego gwiazda Maria Szarapowa. Rosjanka nie cieszy się zbyt wielką sympatią wsród zawodniczek. Złapana na dopingu, straciła nie tylko sporo pieniędzy ale rownież i respekt wielu tenisistów. Wzbudza wiele krytyki szczególnie za sposób w jaki jest traktowana przez organizatorów wszelkich turniejów. Nie grając od ponad roku jej miejsce w klasyfikacji powoduje, że powinna brać udział w eliminacjach przedturniejowych. Tak się jednak nie dzieje bo na ogół otrzymuje od każdego dziką kartę. Nie jest to oczywiście dobry przekaz dla innych zawodników, szczególnie dla tych co zaczynają dopiero sportową karierę. Status gwiazdy, pozwolił zatem Szarapowej na udział w US Open bez eliminacji. W tym roku w turnieju na nagrody przypada ponad pięćdziesiąt milionów zielonych, z tego na zwycięzców w turnieju indywidualnym po trzy miliony siedemset tysięcy na twarz. Reklamodawcy płacą krocie za swoje wizytówki na kortach i zapewne chcą aby były one widoczne na każdym kroku. Kort centralny znany jako Arthur Ashe to najdroższe miejsce. Może pomieścić ponad dwadzieścia tysięcy kibiców. Ci natomiast lubią gwiazdy, nawet jeśli kiedyś się szprycowały. Tak więc Szarapowa nie dość, że dostała dziką kartę, to występuje ekskluzywnie na właśnie korcie centralnym. Skrytykowała to Caroline Woźniacki, ale mało kogo to obchodzi. Status gwiazdy, jakim cieszy się Rosjanka przyciąga kibiców a im jest ich więcej tym bardziej prawdopodobny jest sukces reklamodawcy. Pieniądze konsekwentnie psują sport, niestety od tego nie ma ucieczki, bo wyczyn dzisiaj kosztuje. Szkoda jednak, że niszczone są przy okazji dobre obyczaje, jeśli w ogóle to określenie jest dzisiaj rozumiane. Promowanie kogoś kto walczy nieczysto jest złym przykładem dla każdego i powinno być piętnowane. Za parę lat ci ludzie, którzy klaszczą Szarapowej na trybunach będą się dziwić skąd ich dzieci biorą złe przykłady. Zysk stał się kluczem do wszystkiego i ja to rozumiem, byle tylko nie za wszelka cenę. Nasi tenisiści niestety kompletnie zawiedli. Radwańska sprawia wrażenie zmęczonej swoją karierą i przyjeżdża bardziej chyba po wypłatę niż żeby gdziekolwiek w turnieju dojść. Przegrała o wejście do szesnastki z tenisistką, która gra singla, debla i w grze mieszanej. Na korcie to jednak Radwańska wyglądała bardziej zmęczona. Nie wyszedł debel ani Kubotowi, ani Matkowskiemu. Pozostały nam jeszcze dwie pary w grze mieszanej i juniorzy, wśród których Maja Chwalińska wygląda bardzo obiecująco. Na koniec jeszcze słowo o „wyciu” na korcie. Wszystko zaczęło się od Moniki Seles, która doprowadzała przeciwniczki do białej gorączki swoimi wrzaskami. Próbowano walczyć, ale na niewiele się to zdało. Wrzaski, sapanie, mruczenie, jęki to dzisiaj norma. I tu muszę wrócić ponownie do Szarapowej, bo to jej z pełnej piersi ni to okrzyk, ni to jęk jest wręcz nie do zniesienia. Obserwując w zwolnionym tempie jej uderzania i patrząc na jej twarz odnosi się wrażenie, że ma to zabarwienie swego rodzaju złości, która zostaje wyładowana na piłce. Podobno na te jej sapanie dał się złapać jeden z muzyków znanej rockowej kapeli, licząc na podobne emocje w chwilach intymnych. Zawiódł się jednak srogo, bo miast egzaltacji poczuł Sound of Silence.

Sport w Onecie

Często czytając relacje ze spotkań, przed wszystkim sportowych, zastanawiam się czy oglądałem to samo widowisko co piszący felieton sprawozdawca. Powoli dobiega pierwszy tydzień Wimbledonu, w moim odczuciu najbardziej prestiżowego turnieju tenisowego. Trawa plus tradycjonalizm brytyjski, nakazujący zawodnikom występowanie w białych strojach czynią z tego turnieju jedyne w swoim rodzaju widowisko. Nasi zawodnicy występują we wszystkich drabinkach turniejowych począwszy od gry pojedynczej kobiet i mężczyzn przez grę podwójna aż po grę mieszaną, która wciąż czeka na rozpoczęcie pierwszej rundy. Gra pojedyncza czyli tak zwany singiel wzbudza zapewne najwięcej zainteresowania. Nie bez przyczyny, bo przecież największe gwiazdy tenisa to właśnie singlistki i singliści. Nas reprezentują w tej kategorii powracający do formy Jerzy Janowicz a wsród kobiet mocno już przemęczona tenisem Agnieszka Radwańska. Nasz najlepszy tenisista to oczywiście gracz, który jednego dnia może pokonać każdego, po to by następnego ulec komuś kompletnie nieznanemu. Janowicz w dobrym stylu pokonał juz dwóch konkurentów i znalazł się w gronie trzydziestu dwóch najlepszych tenisistów turnieju. Kolejny rywal, Francuz Paire, jest chyba też w jego zasięgu, chociaż jak wspomniałem na wstępie z Janowiczem nigdy nic nie wiadomo. Gdyby jednak udało mu się pokonać i tą przeszkodę to w kolejce będzie czekał na niego numer jeden, czyli Andy Murray, bardzo ciężki zawodnik do pokonania, zwłaszcza przed własną publicznością i na trawie. W sporcie jednak wszystko jest możliwe, najpierw jednak trzeba wygrać z Paire. Wstęp do tej notki odnosił się jednak do naszej najbardziej utytułowanej tenisistki Agnieszki Radwańskiej, której mecz miałem możliwość oglądać. Transmisje z Wimbledonu odbywają się tutaj równocześnie na paru kanałach, wiec mogę oglądać mecz, który mnie jako kibica najbardziej interesuje. I tu przejdę do sedna sprawy. Agnieszka nie wyglada już jak ta sama tenisistka, głodna sukcesu, goniąca za każda piłką, finezyjna artystka. Na mnie zrobiła wrażenie przemęczonej, mało zainteresowanej, kogoś kto znalazł się na korcie wbrew samemu sobie. W Stanach istnieje określenie „body language”, które odnosi się do języka ciała, sposobu poruszania się, energii i tego typu podobnych atrybutów, związanych ze sposobem zachowania się zawodnika. Body language Agnieszki nie wskazuje na to aby gra w tenisa sprawiała jej przyjemność. Sprawozdawca, piszący dla Onetu podkreśla jej wolę walki. Może i miał racje, osobiście uważam, że zwycięstwo Agnieszka zawdzięcza bardziej słabszej postawie rywalki w kluczowych momentach, niż jakiejś nadzwyczajnej grze ze swojej strony. Nasza zawodniczka potrzebowała prawie trzech godzin aby awansować i pokonać kogoś, z kim dawna Radwańska wygrywa z zamkniętymi oczami. Kolejna przeciwniczka Agnieszki, Szwajcarka Bacsinszky w niecałe pięćdziesiąt minut odprawiła swoją rywalkę. Felietonista Onetu sądzi, że ciężko wywalczone zwycięstwo Agnieszki dodaje jej wiary w siebie. Ja tak nie uważam, na tym poziomie wiara jest niewątpliwie potrzebna, ale ważniejsze od niej jest miłość do tego co się robi, a to gdzie po drodze pani Agnieszka zgubiła. Stąd twierdze, że kolejny pojedynek to będzie gra do jednej bramki i szybka eliminacja naszej zawodniczki. Na koniec słowo na temat redakcji sportowej Onetu. Ja rozumiem, źe polityka i plotki to najbardziej poczytne tematy, ale jeśli prowadzi się rownież rubrykę sportową to dobrze byłoby od czasu do czasu ja uaktualnić. Tymczasem Agnieszka Radwańska w onetowej tabeli tenisistek znajduje się wciąż na szóstym miejscu, chociaż redakcja już od dawna donosiła o jej spadku. Aktualna tabela nie ma kompletnie nic wspólnego z prawdą i nie była, i nie jest przez Onet prowadzona na bieżąco zapewne już od roku. To samo dotyczy się wyników z turniejów, Onet zatrzymał się na pierwszej rundzie ubiegłego roku, podczas gdy od jutra zaczyna się juz trzecia runda 2017. To samo dzieje się z eliminacjami rozgrywek piłkarskich Ligi Europy i Ligi Mistrzów. Ale kto by się tym zajmował, skoro plotki się sprzedają lepiej.

O prezydentach i sportowcu

Zanim zwykle wylezę z najcieplejszego miejsca o poranku, czyli łóżka, wcześniej koniecznie rzut oka na rocka czyli chwila z moim iPadem i przegląd tego co się stało gdy spałem. Dawno temu trzeba by było walić do kiosku po gazetę, potem pojawiły się komputery z internetem tyle, że z taką wieżą w łóżku to byłoby trochę niewygodnie, dzisiaj mamy takie nośniki informacji, z którymi na dobrą sprawę można nawet spać. Tak bardzo jeszcze mi nie odbiło ale iPada ma pod ręką. Zatem z rana sprawdzam co jest grane na świecie. Nie inaczej było oczywiście dzisiaj. Dostarczanie informacji scedowałem  na Onet. Chociaż wcale nie uważam go za najlepszy to tak już mam z przyzwyczajenia. W dzisiejszych doniesieniach dominują prezydenci. Ten zza wielkiej wody wciąż ma wrażenie, że jego funkcja jest podobna do prowadzenia programu „Apprentice”, w którym zasłynął swoim „you are fired” czyli „jesteś zwolniony” albo jakby to powiedzieli starzy Rosjanie „won”. Zwolnił zatem szefa FBI bo ten grzebał tam gdzie nie powinien. Osobiście też bym gada zwolnił bo to ten sam człowiek, który mówił o polskich obozach koncentracyjnych niewiedząc w tym niczego złego. Zwalniając takiego gościa trzeba się jednak upewnić, że nie ma on na nas jakiegoś haka. W Stanach szef FBI to nie jakiś Rzeplinski, który może sobie ujadać do woli a władza ma go i tak w poważaniu. No i miał on coś na sprawującego władze Donalda, jakieś tam notatki ze spotkania z nim, podczas którego prezydent miał mu dać coś tam do zrozumienia. Tak czy inaczej nagle owe zapiski wypłynęły do prasy i znając amerykańskie realia będą konsumować uwagę wszystkich komentatorów. Sprawozdawca Onetu myśli, że może dojść nawet do procesu odwołania prezydenta. Nie wyciągał bym tak daleko idących wniosków bo na razie kongres jest w rękach republikanów i nie bardzo widzę aby poszli na takie widowisko. Napewno jednak takie doniesienia musza zmiękczyć sztywny kark Trumpa. Stan amerykańskiej polityki doskonale oddaje serial „House of Cards”, który pokazuje bardzo realistycznie jak wypracowuje się „kompromisy”. Powiązanie biznesu z polityką i wpływy lobbystów na kształt ustaw i prawa to właśnie pomysł zza wielkiego stawu. W ich kieszeniach siedzą przez nich finansowani w czasie wyborów kongresmeni i senatorowie. Trump będzie się musiał nauczyć, że aby dostać to czego chce trzeba iść na pozorne ustępstwa z tymi, którzy mogą mu zaszkodzić. To właśnie tak rządzi w serialu prezydent Underwood, który najpierw wyciąga rękę do swoich przeciwników by po osiągnięciu celu stracić ich w otchłań niebytu. Aktualny prezydent USA ma wszystkie te cechy i nie sądzę aby zamachał się chociaż minutę czy warto sprzedać dusze diabłu jeśli to mu da czego chce. Nie widzę zatem na razie możliwości wszczęcia procesu jego odwołania. Tyle, że na polityce słabo się znam w niej bowiem wszystko jest możliwe.

W przeciwieństwie do amerykańca nasz prezydent cieszy się niesłabnącym zaufaniem. To dla mnie też niespodzianka ale to tylko świadczy o nijakości naszej klasy politycznej. Jarosław Gowin mam wrażenie przespał wszystkie miesiące od wprowadzenia dobrej zmiany. Jedna z jej zasad jest to, że prezydent nie wetuje pisowskich ustaw i pomysłów. Na jakiej podstawie minister od szkolnictwa wyższego sądził, że będzie inaczej w przypadku ustawy apteki dla aptekarzy doprowadza mnie do bólu głowy.  Szanowny panie ministrze prędzej pan kopniesz w kalendarz niż usłyszysz takie weto, zwłaszcza że głowa państwa cieszy się większym zaufaniem niż pan. Koniec, kropka. Pierwszy obywatel naszego kraju wpadł rownież na pomysł referendum w sprawie poprawek do konstytucji. On sam chodzi po krawędzi łamania obowiązującej aktualnie konstytucji zatem możemy się domyślać skąd się wziął ten jego pomysł. Nie tylko on ją łamie ale jeszcze pare innych wpływowych polityków co może doprowadzić do np Trybunału Stanu po utracie władzy. Nowa konstytucja zapewne do tego nie dopuści. Poparła jego inicjatywę partia rządząca bo tak na dobrą sprawę to jej szefowie od dawna o tym już mówili. Nie śmiali jednak wyjsć z taką inicjatywą biorąc pod uwagę stopień zaufania do prezesa, który juz wkrótce może być nawet jednocyfrowy.  Co innego obywatel z poparciem 53%, jego inicjatywę należy a nawet trzeba poprzeć. Nie mam watpliwości, że będą przeć do tych poprawek oczywiście nie dla dobra kraju ale dla własnego bezpieczeństwa. Pozostaje mi tylko mieć nadzieje, że naród to referendum oleje czyniąc go nieważnym. 
Na koniec słowo o sporcie. Gdzie bym nie spojrzał nie może ta rubryka istnieć bez doniesień co się stało w życiu Roberta Lewandowskiego. Oszczędź mnie najlepszy piłkarzu w historii Niemiec i Polski, bardzo proszę. Mam wiele szacunku do osiągnięć pana Roberta i zero do jego parcia na szkło. Ja rozumiem, że rodzina królewska nie ma zbyt wielkiego wyjścia i musi udostępnić swój przychówek głodnym reporterom ale tak nie musi a nawet nie powinno być w przypadku naszego piłkarza. Ile zarobią Lewandowscy na narodzinach córki –  obrzydliwość. Można być sławnym, bogatym i jednocześnie skromnym broniąc swojego prywatnego życia. Zda to się być obce panu Robertowi.

Rasizm po amerykańsku

Rasizm ro nie ulega watpliwości nieporządnie zjawisko. Wszyscy powinniśmy  być równi bez względu na kolor skory i inne nasze różności.  W Stanach walka z tym zjawiskiem prawdę mówiąc przybiera od czasu do czasu dziwne formy. Będąc w USA ponad dwadzieścia pięć lat nie zauważyłem jakichś szczególnych przejawów rasizmu przynajmniej w okolicach, w których przyszło mi żyć. Nie twierdzę, że go w ogóle nie ma jednak mam wrażenie, że często kiedyś nim dotknięci teraz wykorzystują ten fakt dla własnych celów. Doskonałym przykładem tego faktu były właśnie ubiegłoroczne Oscary. Zawiedzeni brakiem nominacji dla afroamerykańskich produkcji ciemnoskórzy artyści podnieśli wrzawę o rzekomym rasizmie w Hollywood. Pamietam jak po przyjeździe do Stanów gdy zacząłem się interesować ichnim sportem ile w nim było wrzasków, że brakuje czarnych coachów w każdej profesjonalnej lidze. Do nikogo wtedy nie docierał fakt, że sport to business i każdy jest w nim zainteresowany zyskiem. Właścicieli profesjonalnych klubów mało interesował kolor skóry a zdecydowanie bardziej wyniki. Pod naciskiem antyrasistowskich ruchów właściciele niemal zostali zmuszeni do angażowania na tych stanowiskach ciemnoskórych trenerów. Poza hokejem sport w USA zdominowany jest przez czarnych graczy, którzy są po prostu lepsi, każdy to rozumie i żaden z białych graczy nie płacze i nie podnosi wrzawy na temat rasizmu. Afroamerykanie póki co nie sprawdzili się w hokeju jako gracze i jakoś rozumieją w tym przypadku fakt, że są od nich lepsi w tej dyscyplinie sportu i nikt nie wzywa do jego bojkotu. Pamietam kiedyś słuchałem żartobliwy skecz z udziałem czarnoskórego komedianta. W trakcie rozmowy na temat sportu powiedział, że go kocha jedynie nie toleruje hokeja. Na pytanie dlaczego, odrzekł, że w nim jedynie czarny jest krążek i wszyscy okładają go kijami, że on na to po prostu nie może patrzeć. Było to jednak powiedziane bardzo żartobliwie i nikt nie mógł się poczuć tym urażony. Ciemnoskóre środowiska antyrasistowskie wciąż jednak użalają się nad równością obywateli w Stanach. Nie przekonuje ich fakt, że mieli swojego prezydenta, że w Trybunale Konstytucyjnym zasiada czarny sędzia, że mnóstwo ciemnoskórych obywateli piastuje ważne funkcje państwowe i w przedsiębiorstwach prywatnych, że prawo zwane affirmative action daje im pierwszeństwo przy angażu do firm państwowych i rządowych. To wszystko nic nie znaczy. Dlatego właśnie byłem bardzo zniesmaczony ich zachowaniem podczas ubiegłorocznych Oscarów. Nie ważne, że wygrywali już główne oscarowe nagrody, ważne że w ubiegłym roku nie mieli swoich reprezentantów a argument, że wytypowano najlepsze z najlepszych filmów nie trafiał im do przekonania. Jak zwykle w takich sytuacjach grają rasistowską kartą. Nie było mi żal włodarzy Hollywoodu, bo i oni nie lubią gdy się o nich mówi inaczej niżby sobie tego życzyli, używanie jednak rasizmu jako metody walki z czymś czego nie ma,  w takich sytuacjach uważam za przejaw wykorzystywania swojego koloru skóry do prywatnych celów. Patrząc na tegoroczne nominacje wyglada na to, że się udało a rasizm to ciągle mocna karta. 

I jak tu nie kochać sportu

Skazana na pożarcie drużyna Legii Warszawa urwała punkt naszpikowanemu gwiazdami obrońcy tytułu. Punkt ten jest o tyle ważny, że pozwala mieć nadzieje na wyjście legionistów z grupy z trzeciego miejsca. O wszystkim prawdopodobnie zadecyduje grudniowy mecz ze Sportingiem Lizbona. Po katastrofalnym starcie i kompromitującej porażce z Borussią Dortmund przed własna publicznością trudno było oczekiwać, że drużyna może się jeszcze pozbierać. Doszły do tego wybryki pseudokibiców, które doprowadziły do zamknięcia stadionu dla publiczności. Czyż można było oczekiwać w takich warunkach, że Legię będzie stać na urwanie punktu królewskim? Gdy w pierwszej minucie niesamowity Bale strzelił bramkę większość z nas myślała, że nadchodzi następna katastrofa. Tak się jednak nie stało. Real strzelił następna bramkę i mógł zdobyć kolejne gole, szczęście jednak było z warszawską drużyną tego wieczoru. Po otrząśnięcia się z przewagi madryckiej drużyny fortuna uśmiechnęła się do Legionistów. Napewno będą głosy mówiące o zlekceważeniu Legii przez Real, to dla mnie nie ma większego znaczenia. Warszawiacy zagrali bardzo dobry mecz i nie przestraszyli się wielkiego rywala. Podejrzewam, że mało kto wierzył w wyrównanie a tymczasem Legia nie tylko doprowadziła do remisu ale na siedem minut przed końcem objęła prowadzenie. Chociaż dwie minuty potem Real wyrównał to czapki z głów dla wszystkich zawodników stołecznej drużyny. Wola walki, wiara we własne możliwości jeszcze raz udowodniły, że w sporcie wszystko jest możliwe. Olbrzymie brawa należą się bez wątpienie trenerowi Magierze. W relatywnie krótkim czasie spowodował, że Legia stała się drużyną a nie grupą zawodników biegających każdy w innym kierunku. Jacek Magiera udowodnił, że mamy wspaniałych szkoleniowców w Polsce i trzeba im dawać szanse tak jak to miało miejscy w przypadku Adama Nawałki. Kolejne próby Legii z zagranicznymi trenerami niczego dobrego drużynie nie zrobiły a wręcz przeciwnie ostatni trener omal nie zniszczył kompletnie drużyny. Tym większy należy się szacunek Jackowi Magierze, który dotarł do zawodników i potrafił w nich wyzwolić chęć do gry, która wczoraj miła była do oglądania. Nie popadam w hurra optymizm wydaje mi się jednak, że takie mecze cementują drużynę co dla kibiców może przełożyć się na emocjonujące spotkania piłkarskie. Ciekawie zatem zapowiada się rewanż w Dortmundzie ale nawet jeśli tam przegramy to ostatni mecz w Warszawie juz z publicznością przeciwko Sportingowi może być emocjonującym widowiskiem. Mam nadzieję rownież, że wreszcie dotarło do prawdziwych kibiców warszawskiej Legii, że już najwyższy czas aby nie pozwolić chuliganom do rządzenia na stadionie. Przez prymitywnych kiboli prawdziwi kibice stracili wczoraj możliwość uczestniczenia w świetnym piłkarskim widowisku i prawdę mówiąc brak dopingu i kibiców był bardzo przygnębiający. Oby następne mecze były równie emocjonujące i odbywały się przy pełnym i rozentuzjazmowanym stadionie.  

Sport, piłka nożna i pieniądze.

Z przerażeniem, niedowierzaniem a wręcz obrzydzeniem czytam wypowiedzi Karla – Heinza Rummenigge na temat zmian w rozgrywkach Ligi Mistrzów. Domyślam się, że nie on jest autorem tych pomysłów ale jest ich gorącym zwolennikiem. Europejska centrala piłkarska nosi się z zamiarem wycofania najlepszych drużyn klubowych z gier eliminacyjnych. Ma to na celu uniknięcie meczów typu Legia – Borussia czy Barcelona – Celtic. Pomysł zaiste genialny. Znowu cała kasa popłynie w tym samym kierunku a dysproporcje pomiędzy klubami jeszcze bardziej się powiększą. Już dzisiaj gołym okiem widać, że debilni urzędnicy z centrali piłkarskiej zachowują się niczym oderwani od realiów życia codziennego politycy. Ich kretyńskie decyzje doprowadziły do upadku wielu zasłużonych dla piłki klubów, że wspomnę tu chociażby o wyżej wymienionym Celticu, który nie jest w stanie konkurować z klubami niemieckimi, angielskimi czy hiszpańskimi. Co się stało z potęgą Ajaxu, Feyenordu, Anderlechtu, świetnych kiedyś klubów portugalskich, szwedzkich czy francuskich? Dzisiaj nawet kiedysiejsze kolosy jak Milan, Inter czy Roma mają kłopoty z nawiązaniem równorzędnej walki z hiszpańskimi czy niemieckimi potentatami. Piłka nożna powoli staje się sportem eksluzywnym, do którego będą miały wstęp wzbroniony piłkarscy rzemieślnicy z peryferii. Zarobki gwiazd przyprawiają o zawrót głowy a budżety potęg piłkarskich juz wkrótce będą większe niż dochód narodowy niejednego państwa. Durna i kretyńska polityka centrali dała się nawet zauważyć podczas niedawnych mistrzostw Europy. Oglądając poczynania Szwajcarów i Belgów zastanawiałem się ilu rodowitych piłkarzy grało w tych reprezentacjach. Totalna paranoja i kupa farbowanych lisów jakby nazwał to Jan Tomaszewski. Mam wrażenie, że zło rozpoczęło się w momencie zdjęcia limitów ograniczających ilość obcokrajowcow mogących grać w jednej drużynie. Kiedyś pozwalano na trzech, dzisiaj jest jak w tym porzekadle: hulaj dusza piekła nie ma. Niby handel żywym towarem to coś paskudnego tyle, że nie w piłce nożnej. Handlują kim się da i jak się da. Zawodnicy mają w poważaniu kontrakty byle wydusić więcej kasy. I tak kręci się ta karuzela chciwców zabijając przy okazji piękno sportu. W Stanach jest podobnie z tą jednak różnicą, że tam zrozumieli, ze sport musi być albo sprawiać wrażenie, że wszyscy mają równe szanse. Aby te szanse wyrównać wprowadzono limity klubowych zarobków. Bez względu na dyscyplinę kluby nie mogą wydawać na zawodników powyżej określonego limitu. Jeśli jakiś klub ten limit przekroczy to musi zapłacić podatek od luksusu, który idzie na potrzeby klubów o mniejszych możliwościach finansowych. Futbol amerykański poszedł o jeszcze jeden krok dalej. Ustalając terminarz rozgrywek na następny sezon kojarzy ze sobą drużyny z dywizji, które w poprzednim sezonie były wsród najlepszych a dywizje słabsze grają miedzy sobą. W fazie play off i tak słabsi odpadną ale w trakcie sezonu mecze są za to zacięte i pełne emocji. W Stanach pieniądze też zabijają ducha sportu ale właściciele drużyn rozumieją potrzebę zainteresowania kibica czego osobiście nie widzę u włodarzy europejskiej piłki. Piłka nożna w Europie przypomina mi pranie brudnych pieniędzy. Kwoty jakimi dysponują potentaci futbolowi i sama centrala nie przekładają się na zyski ze sprzedaży biletów. To przede wszystkim sprzedawanie się różnym sponsorom i reklamowanie ich produktów, to sprzedaż praw transmisyjnych stacjom, które swoje dochody zawdzięczają reklamom firm sponsorujących kluby. W ten sposób ciężkie pieniądze płyną wciąż w tym samym kierunku niczym w piramidzie finansowej, bogaci stają się bogatsi. Uwielbiam sport bo zawsze sprawiał wrażenie, że w nim wszystko jest możliwe. Problem w tym, że sport dzisiaj stał się instytucją zorganizowaną pełną działaczy, którzy sport traktują jak dojną krowę. Właśnie dlatego ludzie pokroju Karla – Heinza Rummenigge powodują u mnie odruch wymiotny. Niestety jest ich coraz więcej. 

Sportowa środa 

Lubię takie środy pełne sportowych emocji. Rzadko jednak mamy do czynienia z taką ilością spotkań w rożnych dyscyplinach, w których występowali Polacy lub polskie drużyny. Gdy jeszcze do tego dołożymy dramaturgię to dla przeciętnego kibica dzisiejszy dzień to był dzień marzeń. Sport chociaż już nie taki jak kiedyś i trochę zdeprawowany wielkimi pieniędzmi wciąż pozostaje jednak nieprzewidywalny. Dzisiejszy dzień właśnie to udowodnił. Zaczęło się wszystko niewinnie od meczu siatkówki, w którym Skra Bełchatów grała na wyjezdzie z potentatem klubowym tej dyscypliny Zenitem Kazań. Oczywiście oglądać tego na żywo nie miałem szans ale mogłem śledzić transmisję dzięki Onetowi, który na bieżąco uaktualniał wynik. Skra przegrała dwa pierwsze sety i w trzecim nic nie wskazywało na to, że będą w stanie urwać Zenitowi seta. I na tym właśnie polega piękno sportu. Bełchatowianie zmobilizowali się i wygrali seta. W czwartym secie sytuacja zmieniała się jak w kalejdoskopie. Nikt nie bardzo mógł odskoczyć i końcówka seta dograna została na przewagi. I znów więcej zimnej krwi zachowali siatkarze Skry wygrywając 27:25 i doprowadzając do tie breake’a. Znowu wyrównana walka, znowu gra na przewagi i znowu górą Skra. Przegrywając dwa do zera w setach Bełchatów zdołał się zmobilizować i wygrać. Niesamowite. W tym samym czasie Wisła Płock grała w szczypiorniaka z Vardarem Skopje. Pierwsza połowa po wyrównanej grze przyniosła prowadzenie Wiśle dwoma bramkami. Druga odsłona to już inna bajka. Zawodnicy z Płocka kompletnie zgubili rytm i na dwie minuty przed końcem przegrywali różnicą czterech bramek. Piłka ręczna to jednak szybki sport. Co wydaje się mało prawdopodobne jest w tym sporcie możliwe. Tak się właśnie stało tym razem, kiedy Wisła strzeliła wyrównująca bramkę w ostatniej sekundzie. Równolegle z tymi spotkaniami Legia grała przeciw Zawiszy w Pucharze Polski. Tutaj juz obyło się bez większych emocji i Legia gładko pokonała Zawiszę 4:0. W godzinę po tych emocjach rozpoczęła się kolejna ich dawka. Bayern Monachium wydawało się, że nie powinien mieć problemów z awansowaniem do następnej rundy. W sporcie nie ma pewniaków. Kiedy po półgodzinie gry Juventus prowadził juz 2:0 było wiadomo, że nie będzie Bayernowi łatwo. Nie miałem możliwości oglądania tego meczu na żywo jedynie śledziłem transmisje na Onecie. Wreszcie w 73 minucie Lewandowski strzelił kontaktowa bramkę i odżyły nadzieje kibiców Bayernu. Kiedy wydawało się, że mecz jest niemal skończony w doliczonym czasie Muller wyrównał doprowadzając do dogrywki. Bayern strzelił w niej kolejne dwie bramki zapewniając sobie awans do kolejnej rundy. Nie jestem sympatykiem Bayernu bo drużyna ta jest dla mnie synonimem wszystkiego co jest złe w dzisiejszym sporcie. Pomijając jednak ten aspekt mecz był wyjątkowo emocjonujący. Równolegle Barcelona podejmowała Arsenal. Tu obyło się bez większych emocji i banda Messiego bez większych problemów pokonała drużyne z Londynu. Nie to jeszcze nie koniec. Oto bowiem nasza tenisowa gwiazda Agnieszka Radwańska rozgrywała swój ćwierćfinałowy mecz w Indian Wells przeciwko Petrze Kvitowej. Radwańska miała w tym turnieju wyjątkowo ciężką drabinkę. Zwycięstwo z Czeszką dałoby awans Radwańskiej na drugie miejsce w klasyfikacji tenisistek. Agnieszka zagrała wyborny mecz w pierwszym secie wygrywają go 6:2. Drugi set to jednak juz droga przez mękę. Kvitowa prowadziła 5:2 i wyglądało na to, że będzie trzeci set. Kto jednak zna Radwańską to wie, że jest mocna mentalnie i nie ma dla niej sytuacji, z której nie byłoby wyjścia. Trzy kolejne gemy padły jej łupem i było 5:5. Kolejne gemy wygrały podające i mamy tie breake’a. W nim Radwańska wyszła na szybkie prowadzenie i nie oddała go juz do końca. W poniedziałek będzie zatem druga rakietą świata w klasyfikacji WTA. Za dwa dni półfinał a w nim prawdopodobnie zmora wszystkich zawodniczek Serena Williams, która jednak najpierw musi pokonać Simone Halep. Bez względu na przeciwniczkę wydaje się, że Agnieszka jest w na tyle dobrej formie, że powinna być dla obu ciężkim orzechem do zgryzienia. Chciałoby się aby Polski Sejm był równie nieprzewidywalny. Niestety tu nic się nie dzieje ciekawego. Opozycja zgłasza wnioski rządowa partia ma je w głębokim poważaniu i tak sobie głosują i głosują a nasz parlament coraz bardziej przypomina cyrk niż prawodawczą instytucje rządową. A do mistrzostw Europy w piłce nożnej juz niecałe trzy miesiące. Jakoś wytrzymam.