„Vice” czyli polityczny awanturnik.

Od paru tygodni przymierzałem się do obejrzenia „Vice” czyli historii o Dicku Cheney byłym wice-prezydencie USA. To przecież czasy, w których tam byłem czyli w jakiś sposób mam do tego swoje odniesienie.

Lubię filmy będące zapisem prawdziwych wydarzeń, szczególnie gdy dotyczą one wydarzeń wielkiej polityki. Ciekawy dla mnie jest proces podejmowania decyzji i przesłanki jakie do niego doprowadziły. Zatem ten film spełniał to co jest dla mnie ważne. Dawno temu obejrzałem „W” czyli opowieść o młodym Bushu. Teraz do tego doszedł „Vice” i możliwość porównania oceny tamtej prezydentury przez dwóch rożnych reżyserów. Bush Junior wywołuje w Stanach skrajne emocje. Wcale mnie to nie dziwi bo oba filmy potwierdzają, że był on kukłą w rękach swojego wice-prezydenta. To Dick Cheney zasadniczo podejmował kluczowe decyzje dotyczące polityki zagranicznej i to on stał za sławnym stwierdzeniem o broni masowego rażenia w Iraku.

Zwykle funkcja zastępcy prezydenta to typowo osoba na pokaz bez większego znaczenia w rządzeniu krajem. Tak jednak nie było za rządów Busha, to on był bardziej na pokaz a polecenia wydawał Cheney.

Młody przyszły wice-prezydent miał skłonności do alkoholu i bójek. Z tego powodu wyleciał z prestiżowej amerykańskiej uczelni Yale. Zmuszony był podjąć pracę w kompanii obsługującej linie wysokiego napięcia. Tutaj rownież dał się poznać jako awanturnik ze skłonnościami do czterdziestu procent. Kto wie jakby się skończyło jego życie gdyby nie jego małżonka. Postawiła mu ostre warunki i chłop musiał się zdecydować. Na nieszczęście dla Stanów.

Każdy ma swoją opinię. Z mojej perspektywy okres prezydentury Busha i Cheney’ego był najgorszym w trakcie mojego ponad dwudziestoletniego pobytu w Stanach.

Film jest bardzo dobrze zrobiony a jeśli chodzi o charakteryzację to byłem pod wielkim wrażenie. Christian Bale, który zgrał głównego bohatera wizualnie w rzeczywistości kompletnie odbiega od postury byłego wice-prezydenta. Został jednak przerobiony w sposób niesamowity. Być może jest on mniej znanym aktorem jednak ma już spore osiągnięcia i swoich sympatyków.

Cheney to wyjątkowo ciemna postać amerykańskiej polityki. Był moment, że demokraci podczas prezydentury Busha chcieli go usunąć ze stanowiska. Gdy jednak uświadomili sobie, że prezydentem zostałby Dick Cheney, szybko ten pomysł porzucili.

Warto zobaczyć „Vice” bo sporo w nim faktów i brudów, o których nie każdy pamięta. No i wreszcie po to aby po raz kolejny uświadomić sobie, że większość polityków to jednak pospolite kanalie.

Reklamy

Swoista logika.

Trochę humoru nigdy nie zaszkodzi. Znajomi od czasu do czasu podsyłają mi różne śmiesznostki. Ta, którą przytoczę to sprawdzian chyba w Stanach, chociaż do końca nie jestem pewien. Tak czy inaczej ta swoista logika ma w sobie coś zabawnego.

Żeby nie przedłużać.

Pytanie 1

W jakiej bitwie zginął Napoleon?

Odpowiedź

W swojej ostatniej.

Pytanie 2

Gdzie została podpisana Deklaracja Niepodległości?

Odpowiedź

Na samym dole strony

Pytanie 3

Przez jaki stan przepływa rzeka Ravi?

Odpowiedź

Przez mokry stan

Pytanie 4

Co jest główną przyczyną rozwodów?

Odpowiedź

Małżeństwo

Pytanie 5

Jaka jest główna przyczyna testów.?

Odpowiedź

Ich oblanie

Pytanie 6

Czego nigdy nie powinno się jeść na śniadanie?

Odpowiedź

Lunchu i obiadu

Pytanie 7

Jak wygląda połowa jabłka?

Odpowiedź

Tak samo jak jego druga połowa.

Pytanie 8

Co się stanie z czerwonym kamieniem jeśli wrzucisz go do niebieskiego morza?

Odpowiedź

Po prostu stanie się mokry.

Pytanie 9

Czy człowiek może wytrzymać osiem dni bez spania?

Odpowiedź

Oczywiście, powinien spać w nocy.

 

Doświadczenia z poprzednich wcieleń.

Czy wierzycie w reinkarnację? Sam mam w temacie mieszane uczucia. Jest jednak sporo przypadków, w których ludzie rozpoznają miejsca, w których pojawili się pierwszy raz, a jednak skądś je znają. To każe się nad tym zastanowić.

Mój holistyczny medyk sądzi, źe wiele naszych fobii wynika właśnie z poprzednich naszych wcieleń. Na przykład, moja małżonka boi się wody, nie umie pływać i zasadniczo topi się już na głębokości kolan. Nic takiego w jej aktualnym życiu się nie stało co mogłoby mieć tak drastyczny wpływ na jej stosunek do wody. Stąd zachodzi przypuszczenie, że tą fobie nosi w sobie z poprzednich swoich wcieleń.

Jedną z metod leczenia tego typu stanów jest odczytywanie przeżyć z poprzednich żyć. Są ludzie, którzy to potrafią robić. Są ludzie, którzy w to wierzą i są wreszcie tacy wśród nas, dla których to wierutna bujda.

Ja lubię eksperymentować, oczywiście na sobie. Do wszystkiego, w początkowej fazie mam stosunek obojętny. Dopiero zauważalny efekt w postaci poprawy, nie tyle zdrowia, co sposobu w jaki funkcjonuje, każe mi przemyśleć zasadność kontynuowania jakiejś metody. Przy czym musi to być coś co nie wymaga zbytniego wysiłku, bo z natury za nim nie przepadam.

Choroby immunologiczne to jedne z najbardziej trudnych do zdiagnozowania. Wymagają one spojrzenia na człowieka jako całość. Niestety w dobie specjalizacji, ciężko znaleźć takiego medyka. Holiści właśnie tak traktują swoich pacjentów.

Znając moje problemy Patrick, mój holistyk, zlecił mi przeprowadzenie zapoznania się z moimi przeszłymi wcieleniami. Znał kogoś kto to robi, a że ów człowiek wielokrotnie mu pomógł swoimi odczytami w procesie leczenia, to zalecał niemal każdemu konsultacje z nim.

Skoro już coś zacząłem to i skończyć trzeba było. Ze wszystkich jego rad ta przemawiała do mnie najmniej. Ale jak się powiedziało A to w konsekwencji trzeba i rzec i B. Tylko jak to zrobić skoro ja w Ekwadorze a specjalista w Kalifornii. Z pomocą przyszedł oczywiście Skype. Umówiliśmy się na konkretny dzień. Miałem do niego zadzwonić a on miał odczytać co to takiego kiedyś mnie dopadło, co do dziś nie pozostaje bez wpływu na moje funkcjonowanie. Zanim do naszego połączenia doszło, wcześniej spotkałem się ze swoją znajomą, która również poddała się tej terapii. Nie pamietam dokładnie co jej powiedział, dość powiedzieć, że w korelacji z jej aktualnym wcieleniem to wszystko miało sens.

Z niecierpliwością zatem czekałem na mój seans. Całość trwała około godziny. On miał w ręku jakąś różdżkę, którą cały czas machał. Przed sobą musiał mieć jakieś czytniki i co chwile sprawdzał co się na nich dzieje. Nie był zachwycony faktem, źe nic się na nich nie pojawiało, nic co mogłoby w jakiś sposób stać się przesłanka do moich aktualnych niedomagań. Aż nagle słyszę mówi: to ma sens. Już zacząłem się lekko przejmować, że być może to jest pierwsze moje wcielenie. Jednak nie. Otóż w osiemnastym wieku, jeśli dobrze pamietam, byłem jakimś wojownikiem. Widać służyłem w przegranej lub przegrywającej armii bo zdecydowałem się … wysadzić się w powietrze. Może byłem pierwszym terrorystą? Nie pamietam szczegółów. Jednak słuchając jego tłumaczeń, to co mówił miało sens. Po takim przeżyciu, organy wewnętrzne są kompletnie rozbite, co wpływa na ich funkcjonowanie albo raczej jego brak. Nie całkiem to wszystko do mnie przemówiło. Powiem jednak, że jako ktoś wierzący w reinkarnacje, w konsekwencji powinienem uznać, że to nie jest mój pierwszy raz na ziemi.

Żeby skończyć ten przydługi wpis, muszę powiedzieć, ze moja holistyczna terapia składała się z kilku różnych zaleceń. Co mi pomogło? Nie ma znaczenia. Efekt końcowy był jednak bardziej niż zadowalający. Niektóre z tych rzeczy wciąż stosuje, aczkolwiek stałem się wyznawcą powiedzenia „co ma być to będzie”, co z kolei nie nastraja mnie pilnowaniem siebie na każdym kroku. Jak mnie mocniej przyciśnie to się znowu wezmę za siebie.

Sytuacja hipotetyczna

W pewnym mieście, gdzieś na końcu świata, mieszkały cztery rodziny. Miasto było duże, więc nie wszyscy się znali. Każda z rodzin żyła w swoim środowisku. Wychowani w określony sposób członkowie owych rodzin kultywowali swoje tradycje, często z pogardą patrząc na tych myślących inaczej.

Tak się złożyło, że w tym samym czasie wszystkie małżonki, ku uciesze swoich panów, zaszły w ciąże. Termin rozwiązania każdej z pań był niemal identyczny.

Miasto, choć niemałe, miało niestety tylko jeden szpital. Gdy zatem nadszedł termin narodzin potomków, wszystkie panie spotkały na tym samym oddziale położniczym. No i stało się wszystkie damy powiły swoje pociechy w tym samym dniu. Żeby było ciekawiej każda z nich urodziła chłopaka.

Radość wsród panów była wielka. Każdy świętował narodziny swojego następcy w swój specyficzny sposób.

Abraham, Ali, Anatolii i Anthony urodzili się zdrowi i z dziecięcym wrzaskiem powitały świat. Maleństwa, jak to noworodki, były dość podobne do siebie. Tak się złożyło, że panie rodziły w tym samym czasie i gdy dzieciaki przeniesiono na sale noworodków pielęgniarki źle opisały chłopaków. Często się to nie zdarza. To był jednak zwariowany dzień. W szpitalu świętowali urodziny ordynatora wydziału położniczego. Pomylono wszystkich czterech i każdy trafił nie do swojego domu.

Ali, którego rodzicami było małżeństwo muzułmańskie trafił do domu wyznawców judaizmu. Anthony natomiast z matki i ojca Amerykanów trafił do familii wyznawców Islamu. Maluch małżeństwa żydowskiego skończył w domu Rosjan. Mały Anatolii niespodziewanie stał się Amerykanem.

Dzieci rodzą się z pustką w głowie, wolne od przesądów i niechęci. Nic więc dziwnego, że w procesie wychowania słuchają tego co maja im do powiedzenia rodzice. Ich wartości i wiara stają się przekonaniami ich dzieci.

Czterech chłopaków dorastało zatem w innych domach wsłuchanych w niedoskonałości swoich rodziców. I pewnie nikt nigdy by się nie zorientował gdyby nie fakt, że po dorośnięciu żaden z nich nie był podobny do swoich rodziców zewnętrznie. Zazdrośni o swoje kobiety mężczyźni postanowili upewnić się co do swojego ojcostwa. I sprawa się rypła. Mało, że nie oni byli ojcami swoich synów to i dzieciaki nie były od ich małżonek.

W ten sposób wyszedł na jaw szpitalny burdel, impreza jaka miała miejsce w dniu narodzin chłopców, niedopatrzenia i inne brudy, skrzętnie zamiatane pod dywan.

Co tu teraz robić. Syn islamistów nosił pejsy i był przygotowany do zostania Rabinem, Anthony czyli Ali miał wpojoną niechęć do Amerykanów, Abraham czyli Anatoli darzył wyjątkowym brakiem sympatii państwo Izrael. Biedny Anatoli teraz Anthony uważał za największego wroga państwo swoich biologicznych rodziców. Ot taka życiowa niespodzianka.

I po co ja to wszystko piszę? Od dawna chodziło mi to po głowie. Dzieci przychodzą na świat czyste, pełne nadziei. Nie ma w nich wrogości, nie ma w nich narodowości nawet. To my rodzice z małego judaisty potrafimy zrobić antysemitę, z małego islamisty przeciwnika tej wiary, z Rosjanina – rusofoba, a z Amerykaninia przeciwnika tej nacji. Wystarczyła szpitalna pomyłka a potem my nasączyliśmy te maleństwa nienawiścią, o ironio, samych siebie.

A może by tak opracować wspólne kryteria wychowania, wolne od religii i niechęci? Może lepiej odbierać dzieci rodzicom i niech się chowają tam gdzie nie ma żadnych podziałów? Może wtedy świat stanie się lepszym.

Rzecz o kotach..czarnych.

Koty prawdopodobnie udomowili Egipcjanie, którzy widzieli w nich sprzymierzeńca w walce z gryzoniami pożerającymi ich zbiory. O początkach tej przyjaźni opowiada „Mit Oka Słońca”, którego tekst datowany jest na około 1500 lat p.n.e.!

Zgodnie z nim Ra, bóg słońca, znurzony oglądaniem bratobójczych wojen dziesiątkującego Egipcjan, wysłał na ziemię swoją córkę – Oko Słońca. Ta na nubijskiej pustyni przybrała postać krwiożerczej lwicy Furii, a w końcu zmieniła się w mroczną boginie Sechmet, która nadal siała zniszczenie. Ra zmusił więc Boga wojny Onurisa i ten zamienił lwicę w delikatną kotkę. Tak wlasnie narodziła się bogini Bastet.

Bastet przedstawiano jako kotkę ( koniecznie z biżuterią ) lub kobietę o głowie kocicy. Kot, bez względu na kolor sierści, był świętym zwierzęciem, którego zabicie karano śmiercią.

Jednak już w tych odległych czasach czarnym kotom powinęła się noga. W VII wieku p.n.e. stał się symbolem nieszczęścia. Powody były dwa. Czerń uważano w Egipcie za symbol nieszczęścia i kojarzono z Sethem ( bóg zła i piekieł ). A dodatkowo ciemnoskórzy Etiopczycy najechali Egipt.

Koty z Egiptu dotarły do Grecji, a pózniej do Rzymu. Tu traktowane byle z pełną rewerencją. Ostatecznie skutecznie chroniły zapasy żywności. Zresztą w Rzymie koty znowu trafiły do boskiego panteonu – skojarzone z księżycową boginią Dianą.

Kocia karta odwróciła się w średniowieczu. Wtedy czarny kot został sługą diabła i nieodłącznym towarzyszem czarownic. Jego los przypieczętowała w 1223 roku bulla „Vox in Rama” Grzegorza IX.

Bulla opisuje rytuał przyjęcia nowych członków do sekty. Kandydat najpierw miał pocałować ropuchę, która czasami była niewielka, czasami zaś „ogromna jak pięć”. Potem pojawiał się blady mężczyzna o czarnych oczach i tak chudy, że widać było jedynie kości powleczone skórą. Całując go, adept odczuwał wielki chłód, po czym zapominał wiary katolickiej. No i pojawiał się czarny kot, gasło światło i….zaczynała się homoseksualna orgia. Na koniec z ciemnego kąta wyłaniał się człowiek od pasa w górę jaśniejący jak słońce, a od pasa w dół kosmaty jak kot. Jemu to mistrz heretyków wręczał część ubrania nowo przyjętego, mówiąc: „Dobrze mi służyłeś, będziesz służył więcej i lepiej; twojej opiece powierzam to, co mi dałeś”, po czym znikał.

Koty łączona tez z pogańskimi bogami. W Skandynawii święcie wierzono, że Freja, która z bogini zamieniła się w czarownicę, jeździ rydwanem zaprzężonym w koty. Etruska Diana, bogini ciemności i nocy, miała związać się z Lucyferem, któremu towarzyszył czarny kot. Z tego związku narodziła się Aradia, którą rodzice wysłali do świata śmiertelnych, by nauczała ludzi czarnej magii. W tym procederze towarzyszył jej .. czarny kot.

Kot stał się więc sługą szatana, a czasem nawet jego wcieleniem. Pewien brytyjski duchowny, jeszcze na początku XVII wieku twierdził, że podczas sesji satanistycznych Lucyfer ukazywał się wyznawcom pod postacią wielkiego, czarnego kota, którego przenikliwe spojrzenie gasiło wszystkie światła.

Duchowni byli zgodni – czarne koty trzeba niszczyć! No chyba, że na ich futrze ( wokół szyi i na piersiach ) znajdą się białe plamy. Takie plamy nazywano „palcem bożym” lub „śladem anioła”.

Prześladowania tych zwierząt usankcjonował papież Innocenty VII. Palono je, zrzucano z kościelnych wież, grzebano żywcem, rozczłonkowywano, a nawet wieszano. We Francji w wigilie św. Jana wznoszono stosy, na których palono koty zamknięte w koszach. W Paryżu na placu de Greve pierwszy stos podpalał…król. I tak było do końca XVIII wieku. Prześladowane stworzenia zaznały nieco spokoju za panowania Ludwika XV, który koty kochał i wydał zakaz tradycyjnego ich palenia podczas wigilii św. Jana.

Koty powoli wracały do łask; zaprzyjaźnili się z nimi nawet papieże – Leon XII miał pręgowanego buraska, którego nazwał Micette. Należne sobie miejsce odzyskały za sprawą artystów. A na początku XIX wieku zaczęto je przedstawiać jako zwierzęta romantyczne, niezależne, eleganckie i tajemnicze.

Widomym znakiem, że koty, szczególnie te czarne, zostały zrehabilitowane, było otwarcie kabaretu Czarny Kot na wzgórzu Montmartre w 1881 roku. Dekadę wcześniej zorganizowano w londyńskim Crystal Palace pierwsza wystawę kotów, nie tylko czarnych. Dzisiaj czarnego kota możemy zobaczyć na afiszach, grafikach, nie tylko użytkowych kartkach pocztowych, neonach, ubraniach, a nawet na porcelanie.

Dla niektórych czarny kot wciąż przynosi pecha. Dla innych coś jest w plo5kach o jego koneksjach z szatanem. Jak inaczej stałby się symbolem Halloween na równi z nietoperzom i czarownicą? Na Florydzie schroniska dla zwierząt odmawiają adopcji czarnych kotów tuż przed Halloween, a niektóre dodatkowo w każdy piątek trzynastego.

W Anglii uważany jest za talizman szczęścia, według chińczyków chroni

Rzędu złymi duchami, a w Kambodży uważa się, że zwiastuje deszcz po długiej suszy.

Przepisując ten artykuł po mój komputer ktoś, coś się podłączyło. Musiałem go wyłączyć by kontynuować. Może to temat o czarnym kocie?

A wy co myślicie w tym temacie.

Tekst: Ten straszny czarny kot i piekielna sowa. Angora nr. 41, 14 października 2018 r.

Drugi kubeł zimnej wody.

Ten tekst zdecydowałem się napisać jako polemikę do notki Blogerki Caffe pod tytułem „A dzisiaj kubeł zimnej wody”, link poniżej.

W komentarzu do powyższej publikacji, poprosiłem autorkę o umożliwienie napisania mi odpowiedzi, bo nie chciałem zajmować zbyt wiele miejsca w tej przestrzeni. Dzięki Caffe za zgodę. Jeszcze raz zaznaczam, chciałbym żeby to była polemika czyli prezentacja poglądów i nic więcej.

A zatem do meritum.

Temat, który poruszamy to temat rzeka. W tym konkretnym przypadku osobiście wiedzę dwa aspekty, na które chce się wypowiedzieć. W swoim tekście autorka podaje kwotę jaką wydają na reklamę firmy produkujące medykamenty bez recepty i suplementy diety. Cyfra rzeczywiście powala. Żeby jednak wyrobić sobie do tej kwoty prawidłowy stosunek, ja osobiście chciałbym wiedzieć ile pieniędzy wydają firmy farmaceutyczne na wszelkiego rodzaju promocje swoich leków, dostępnych tylko na receptę. Ile kasy idzie na bonusy dla lekarzy, którzy często ponad lek lepszy dla pacjenta, przepisują coś na czym zarabiają więcej. Ile szmalu idzie na tych wszystkich sprzedawców kręcących się po klinikach i zachęcających ordynatorów do stosowania ich leków, oczywiście nie za darmo.

Medycyna i lecznictwo wywołują dzisiaj wiele kontrowersji. W dobie tak olbrzymiego postępu w tej dziedzinie, osobiście zwalają mnie z nóg kwoty niektórych zabiegów. Czy to jeszcze jest lecznictwo, czy już tylko opieka nad uprzywilejowanymi. Co ma zrobić pacjent, który musi czekać latami w kolejce na swój zabieg? Dlaczego wiele szpitali wybiera procedury, które bardziej im się opłacają z finansowego punktu widzenia? Czy to wciąż jest lecznica czy fabryka ukierunkowana na zysk? Co ma robić chory, gdy go się traktuje w ten sposób? Ano szukamy alternatyw. Suplementy w tym kontekście, to pierwsza rzecz, która przychodzi wielu do głowy. Stąd też pojawiają się wszelkiego rodzaju alternatywni lekarze stosujące naturalne, i nie tylko, medykamenty. Daleki jestem od dawania rad. Testuje wiele rzeczy na sobie . Jedne się sprawdzają inne nie. Nie będę reklamował tych, które mi pomogły i zniechęcał do tych, które mnie zawiodły. W moich podróżach po alternatywnych lekarzach widziałem pacjentów, którzy byli zachwyceni wynikami leczenia, które mi niewiele dały. I odwrotnie.

Odbiegłem jednak od tematu. Nie ukrywam, że jestem zwolennikiem medycyny alternatywnej, dlatego bronię jej tutaj. Przede wszystkim jednak z powodu zbyt powierzchownego przytoczenia jej wydatków na reklamę. Ta kwota może się okazać śmieszna gdybyśmy mogli ją porównać z kosztami wszelkiego rodzaju promocji i lobbingu jakie ponoszą firmy farmaceutyczne.

Aspekt drugi notki Caffe to reklama. Ta dziedzina i mnie napawa obrzydzeniem. Niestety wyglada na to, że od tego już nie ma ucieczki. Firmy reklamujące wszelkiego rodzaju badziewie zarabiają na tym krocie. To oczywiście nie jest ich wina ale nas samych, którzy ulegają psychozie wszelkiego rodzaju nowinek, wyprzedaży czy innym specjalnym promocjom. I w tym kontekście chciałbym mieć możliwość porównania kosztów reklamy suplementów z na przykład z kosztami reklamy specyfików … upiększających. Kremy nawilżające, odmładzające, spulchniające, likwidujące, na pryszcze, na zmarszczki, pod oczy, na szyje. Albo szampony do włosów, suchych, tłustych, na łupież, żeby błyszczały, lśniły w słońcu, nie kleiły się po wymyciu. Perfumy, dezodoranty, kremy do golenia i po goleniu, pachnidła. Ile kasy idzie na reklamę wszelkiego rodzaju wódeczności i napojów alkoholowych, promocje mody z próżnymi celebrytami w roli głównej. Że nie wspomnę o samochodach i cudownych napojach, jak choćby Pepsi czy Coca Cola, których właściwości już znamy a oni i tak pakują fortuny w reklamę.

Te miliardy wydane przez firmy produkujące suplementy mogłyby wiele dobrego zrobić ale te tryliony wydawane przez światowych graczy w rożnych gałęziach i dziedzinach mogłyby zlikwidować jeśli nie wszystkie to napewno większość problemów całej ludzkości.

Świat niestety jest brutalny i ma w poważaniu głodujących. Mnie też to wkur…ia.

https://blogcaffe.wordpress.com/2019/02/15/a-dzisiaj-kubel-zimnej-wody-and-now-a-dash-of-cold-water/

Bogactwo i bieda

Bieda i bogactwo to pojęcia kontrastowe, znajdujące się na przeciwstawnych biegunach zagadnienia o nazwie posiadanie. Oba te terminy na ogół sprowadzamy do rzeczy materialnych. Bogactwo duchowe jest chyba niezbyt modne. Stopień zamożności czy jej brak można rozpatrywać na kilku płaszczyznach. Ta najbardziej popularna w statystykach, to zapewne klasyfikacja według państw w dochodzie na mieszkańca. Trochę ona jest myląca bo i w tych najbogatszych krajach nie brakuje biedy na poziomie jednostki czyli szarego człowieka. Świat jako całość ma wystarczająco dużo możliwości aby biedę zlikwidować, nikt jednak nie wymyślił sensownej formuły jak to zrobić.

Pogłębiają się zatem dysproporcje pomiędzy państwami jak i pomiędzy ludźmi je zamieszkującymi. Każdy widział zdjęcia głodujących dzieci w Afryce. Każdy zapewne widział fotki z dzielnic biedy w Indiach czy innych państwach azjatyckich. Każdy tez wie o totalnym zdewastowaniu Wenezueli przez następcę Chaveza, który za nic nie chce oddać władzy rujnując przy okazji całe państwo. W Ameryce Łacińskiej bieda dotknęła Honduras, z którego tysiące ludzi próbuje przedostać się do ziemi obiecanej pod nazwą Stany Zjednoczone.

Wyliczać można bez końca. Bogate kraje wolą jednak przeznaczać dochody na zbrojenia bo przecież grozi nam najazd zapewne ufoludków z odległych planet wszechświata. Wmawianie ludzi konieczności zbrojeń i wydatków na cele to nic innego jak demagogia strachu. Im bardziej się czegoś boimy tym szybciej wyrazimy zgodę na wydawanie dodatkowych miliardów z budżetu państwa na obronę.

Coś mi się wydaje, że agresja leży w naszej naturze i jak już z czymś wewnątrz sobie nie można poradzić to najlepiej znaleźć wroga wewnętrznego a w najgorszym przypadku zewnetrznego. Teraz przestał nam odpowiadać Iran i zachodzi konieczności jemu pomocy. Jego sąsiad czyli Irak z tej chęci pomocy do dziś nie może się pozbierać.

Kraje bogate przyciągają biednych z krajów ubogich. Niezbyt zamożny Ekwador przekonał się jak ciężko poradzić sobie z uciekinierami z Wenezueli. Tu, miejsc pracy i pieniędzy na świadczenia socjalne brakuje rdzennym mieszkańcom. A jak zapewnić utrzymanie tysiącom uciekinierów z zawładnie przez tyrana Wenezueli?

Stany Zjednoczone i Polska przy Ekwadorze to bogacze. Co jednak uderzyło mnie odkąd tu jestem to brak ludzi żebrzących i wyciągających rękę po darmowy datek. Tu nawet pucybutom opłaca się sterczeć na ulicy żeby zarobić pare groszy na własne potrzeby. Nawet ci umordowani Wenezuelczycy nie żebrają. Wiele tego widziałem w Polsce i w USA, szczególnie w dużych miastach. Jak to jest zatem z tymi bogatymi krajami; im zasobniejsze tym więcej biedy?

Amerykańskie mistrzostwa świata

Jak zwykle o tej porze roku już od kilku lat na moim blogu pojawia się wpis dotyczący Super Bowl. Domyślam się, że impreza ta chociaż znana z nazwy, kibiców w Polsce nie ma zbyt wielu. Super Bowl to jednak, pod względem oglądalności, jest najważniejszą imprezą sportową w USA. Kończy się nim sezon futbolu amerykańskiego, który trwa od września a jego zwieńczeniem jest finał rozgrywek. Dwie najlepsze drużyny z dwóch różnych konferencji wyjdą na przeciw siebie by dać Amerykanom moment zapomnienia od bieżących problemów.

Sam pojedynek będzie trwał tylko godzinę, ale przedmeczowe historyjki dotyczące poprzednich meczów, zawodników występujących w dzisiejszym spotkaniu, ich drogi życiowej pełnej przeszkód i wiele innych analiz ekspertów, zajmie cały dzień w telewizyjnej ramówce tego dnia.

Amerykanie jak kraj długi i szeroki spotkają się na tak zwanych Super Bowl parties, które są już ich tradycją. Piwo lać się będzie ostro, pomieszane z chipsami i innym tanim jedzeniem. Dzisiaj nic nie jest ważne bo oto wieczorem poznamy mistrza świata w tej dyscyplinie sportu. A jakże, mistrza świata. W Stanach przed telewizorami zasiądzie tysiące kibiców i jeszcze więcej na całym świecie. Nawet ci, których sport mało interesuje z zapartym tchem przyglądać będą się reklamom w trakcie pojedynku, które trzymane są w sekrecie do czasu transmisji. Byle kto reklamować się nie może, koszt bowiem jest zawrotny i sięga kilku milionów dolców za minutę. Reklamy będą miały oczywiście specjalny charakter często bardzo zabawny. Jak każdego roku prym wieść będą dwie największe firmy piwne czyli Budweiser i Coors oraz walczące o amerykański rynek Pepsi i Coca Cola.

Będzie wciąganie flagi, będzie bardzo patriotycznie a hymn zaśpiewa zapewne ktoś znamienity. Tak się robi show.

W przerwie meczu oczywiście uznani artyści, nie mam pojęcia kto w tym roku, dadzą koncert marzeń z setkami statystów podrygujących w rytm muzyki. Te dwadzieścia minut osłodzi życie paniom domu, które w tym dniu na swoich chłopów totalnie liczyć nie mogą.

W tym roku naprzeciw siebie staną Patrioci z Nowej Anglii i zespół Rams z Los Angeles. Ta pierwsza drużyna to bezsprzecznie najlepszy zespół ostatnich piętnastu lat. Z dokładnością niemal zegarka meldują się w finale tych rozgrywek. Opuścili je kilka razy ale i tak pod względem występów w ostatnich latach są nie do pobicia.

Nowa Anglia to część stanu Massachusetts, którego największym miastem jest Boston. Nowy Jork i Boston nie przepadają za sobą. Prawdziwy kibic z Nowego Jorku dzisiaj murem będzie po stronie zespołu z Los Angeles. Nie inaczej będzie ze mną. Zawsze byłem fanem drużyn z Wielkiego Jabłka i zawsze moim największym wrogiem były drużyny z Bostonu. Będę trzymał dzisiaj kciuku za Rams, którzy nie są faworytem. To jednak sport a w nim wszystko jest możliwe.

Bałagan, przeklinanie i lenistwo.

Już wielokrotnie korzystałem z artykułów Angory na moim blogu. Dziś zrobię to ponownie bo choć niektóre rzeczy są już znane to na przykład przeklinanie i jego efekty zaskoczyły mnie. Po przeczytaniu trochę sobie poprzeklinałem. Chyba pomogło.

Jeśli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, to czego jest oznaką puste biurko? – pytał Albert Einstein. Badania naukowe potwierdzają, że najbardziej błyskotliwe i kreatywne umysły lepiej funkcjonują w twórczym chaosie, nie wahają się kląć jak szewc i często zarywają noce.

Dowody naukowe wskazują, że takie nietypowe zachowania mogą sprzyjać większej kreatywności, która jest niezbędna do tego, by rozwiązywać najbardziej wyrafinowane wyzwania umysłowe. Opublikowane na łamach Psycholgy Science wyniki badań specjalistów z Uniwersytetu Minnesoty potwierdzają, że pozorny chaos – wbrew pozorom – może stymulować twórcze myślenie i sprzyjać wypadaniu na nowe pomysły. Naukowcy udowodnili, ż przebywanie w schludnym i uporządkowanym otocznie powoduje, że ludzie zwykle robią to, czego się od nich oczekuje. Kiedy zaś mogą pozwolić sobie na więcej luzu, mają bałagan na biurku lub tysiące pootwieranych okien lub plików na komputerze – są w stanie wpaść na ciekawsze i mniej standardowe rozwiązania. Twórczy nieład sprzyja więc kreatywności, która najbardziej jest przydatna naukowcom łamiącym utarte schematy myślenia, osobom uprawiającym wolne artystyczne zawody, konstruktorom, wynalazkom i wszelkiej maści intelektualistom.

Ile brzydkich słów jesteś w stanie wymyślić w ciągu jednej minuty? Im więcej przekleństw wpadnie ci do głowy, tym większe masz szanse na to, że najwyższe wyniki w standardowych testach na inteligencję. Badania opublikowane przez Science Direct rozwiewają wszelkie mity na temat mało wyrafinowanego rzucania mięsem i używania wyrazów uznawanych za tabu w danej kulturze. Okazuje się, że osoby, które ogólnie nie klną wbrew pozorom ograniczają zasób swojego słownictwa. Używanie soczystych wulgaryzmów może być zaś oznaką sporych zdolności retorycznych, a nie próbą ukrycia werbalnych deficytów – jak możny sądzić. Nieprzyzwoity język ma też inną zaletę – działa…przeciwbólowo i pozwala nam lepiej radzić sobie z cierpieniem.

Badania wskazują również, że już od dzieciństwa najbardziej inteligentne osoby zaczynają wykazywać tendencje do tego, by kłaść się późno spać. W porównaniu z rówieśnikami z niższym IQ większość osób, których wskaźnik inteligencji przekracza 125, nie jest w stanie zasnąć przed północą. Najbardziej światłym umyślnym odpowiada zaś budzenie się około 7:52 w dni powszednie i około 11:07 w weekendy.

Ludzki mózg lubi leniwy i siedzący tryb życia i każe organizmowi unikać aktywności fizycznej. Gdy zaś człowiek postanawia na przykład regularnie trenować, mózg męczy się, gdyż musi wykonywać dodatkową pracę, żeby skłonić ciało do wytężonego wysiłku. A wszystko po to by oszczędzić zasoby energii. – Było to zawsze istotne dla przeżycia gatunku ludzkiego, ponieważ pozwalało na skuteczne poszukiwanie pożywienia i schronienia, partnera a także unikanie drapieżników – mówił prowadzący badania Matthieu Boisgontier z Uniwersytetu Kolumbii Brytyjskiej w Vancuver. Jego zdaniem lenistwo jest postawą naturalną, zapisaną w ludzkim DNA od zarania dziejów. – Właśnie dlatego tak trudno jest nam się zebrać do dobroczynnego dla zdrowia wysiłku, mimo najszczerszych chęci, postanowień i prowadzonej polityki społecznej – tłumaczy naukowiec. Uczony podkreśla jednak, że są to relacje automatyczne, a ich świadomość może być pierwszym krokiem do zmiany sytuacji.

Angora Nr. 40, 7 października 2018.

W stronę słońca.

Dziś znowu w podróży. Tym razem na południe w stronę słońca, tam gdzie panuje ciepło o tej porze roku, opuszczam pagórki, wyruszam w góry.

Zajmie mi to zapewne cały dzień. Dwa lotniska, przesiadki, kontrole i te wszystkie przyjemności związane z lataniem i przemieszczaniem się miedzy państwami. Męczący dzień to będzie ale jutro nad ranem otworzę drzwi domu, które zamknąłem stanowczo zbyt dawno temu.

Na koniec pare „pocztówek” z okolicy.

Przełom rzeki Delaware

Delaware River

Okoliczne pagórki.

Czas do domu. Do następnego.