Dziwny świat i dziwni ludzie

Świat jest naprawdę dziwny. Czytając niektóre doniesienia publikowane przez Angorę zastanawiam się czy są jeszcze normalne miejsca na ziemi.

W Somalii Południowej rodzina na portalu społecznościowym zlicytowała swoją siedemnastoletnią córkę. Oferta, która wygrała przetarg to trzy samochody, tysiąc dolarów i pięćset krów. Ja rozumie, że to gdzieś gdzie diabeł mówi dobranoc, ale przecież mamy dwudziesty pierwszy wiek i dotarł on tez do Somalii skoro takie rzeczy mają miejsce na serwisie społecznościowym.

W Indonezji matka kilkorga dzieci udowodniła przed sądem, źe była molestowana przez swojego zwierzchnika w pracy. Sędziowie po wysłuchaniu nagrań, które im przedstawiała, skazali nie sprawcę, tylko ją samą, za rozpowszechnianie „ nieprzyzwoitych materiałów”. Coś mi się wydaje, że naszemu sądownictwu też niewiele w tym absurdzie brakuje…a będzie jeszcze gorzej.

Za cztery miesiące kolejny czarny piątek w handlu. W ubiegłym roku w ataku na sklepy nie obeszło się bez zamieszek. W Alabamie wybuchła kłótnia. Padły strzały. Ranny został osiemnastolatek. Powstała panika. Policja położyła trupem podejrzanego czarnego dwudziestojednolatka. Późniejsze dochodzenia ustaliło, źe to jednak nie on strzelał. Do strzelaniny doszło również w moim rodzinnym New Jersey w znanej Polonii miejscowości Elizabeth. Tu na szczęście byli tylko ranni. Czarny piętek w ubiegłym roku okazał się czarnym nie tylko w Stanach, skąd ta tradycja przyszła. W brytyjskim mieście Bootle, ludzie bili się w kolejce po zabawkę znaną jako Kevin Marchewka. W RPA ludzie stojący w kolejce przed otwarciem sklepu, po prostu się do niego włamali.

Podobnie było w Namibii gdzie nalegający tłum spowodował potłuczenie się okien wystawowych. W Istambule ludzie podeptali się w sklepie znanym również w Polsce, MediaMarkt. W Sao Paulo rozjątrzeni konsumenci pobili się o telewizory z sporą zniżką. Tymczasem ekspercie mówią, ze wielu producentów wykorzystuje naiwność konsumentów i w czarny piątek pozbywa się wszystkiego czego do tej pory im się nie udało, bo to były zwykle buble.

Na koniec mądrość giganta polityki. W Kalifornii wybuchł pożar w lesie. Ze względu na sucha ściółkę i wiatr strawił miejscowości Chico i Paradise. Życie w kataklizmie straciło prawie sto osób. W momencie publikacji wciąż zaginionych było około tysiąca osób. Na miejsce przybył sam prezydent Donald Trump. Zaraz po przyjeździe, za pożar obwinił liberalno-lewicowe władze stanu. Posunął się tak daleko, źe zagroził nawet wstrzymaniem dotacji federalnych niezbędnych do usunięcia skutków pożaru.

Paradise to w naszym języku raj. Gdy jednak Trump przyjechał do miasta aby ocenić rozmiar klęski, wygłosił krótkie przemówienie. W jego trakcie przemienił Paradise na Pleasure czyli przyjemność. Gdy demokratyczny gubernator stanu poprawił go, Trump spojrzał na niego z obrzydzeniem i rzekł – niech będzie Paradise. Czy kogoś dziwi zapatrzenie naszej władzy w kierunku tego wielkiego niewątpliwie prezydenta.

Ponoć wybiera się do Polski z nową ofertą. Będzie u nas budował mur graniczny, jeszcze niewiadomo na jakiej granicy. To w sumie jednak jest bez znaczenia, my go i tak kupimy.

Źródło: Angora nr 48, 2 grudnia 2018.

Reklamy

Wszystko w głowie.

Pogoda ostatnio nie sprzyja aktywności na zewnątrz. Ciężko przewidzieć czy uda się zaliczyć dzień bez deszczu czy też nie. Trawa dalej nieskoszona bo robotnik kończy to co zaczął u sąsiada. Może jutro.

Nadrabiam zatem zaległości czytelnicze. Mam parę pozycji, które czeka na mój nastrój. Zbierałem się do ich przeczytania kilkakrotnie jakoś jednak nic z tego nie wychodziło. Wymagają one bowiem odpowiedniego nastawienia i przygotowania mentalnego. Nadszedł zatem czas aby sięgnąć po jedna z nich. Na wszelki wypadek wybrałem tę najcieńszą. Autor, nijaki Greg Braden z wykształcenia geolog komputerowy, cokolwiek to oznacza, w pewnym momencie wyruszył w podróż w poszukiwaniu starożytnych mądrości. Zrodziło się z tego wiele książek dotyczących życia i jego znaczenia. Akurat to o czym dość często myślę. Nie chodzi ro specjalnie o rozliczanie czy coś w tym rodzaju. Bardziej mówi on o tym jak reagować na emocje, które nami szarpią, i które definitywnie wpływają na zdrowotną jakość naszego bycia na ziemi.

Zarówno mój ajurwedyjski jak i homeopatyczny lekarz podkreślali wielokrotnie co mogą zrobić ze mną emocje jeśli się do nich nie odniosę.

Czego dzieciaki są bardziej odporne i z rożnego rodzaju chorób wychodzą szybciej? Wbrew pozorom niej estry to tylko związane z ich młodym organizmem. Ich życie emocjonalne jest proste i nieskomplikowane. Nie rozkładają włosa na czworo, biorą życie jakie jest i cieszą się nim każdego dnia. Dorośli tego już nie potrafią. Nadmiar problemów, otaczająca niesympatyczna rzeczywistość wszystko to kreuje huśtawkę nastrojów. Często nam się wydaje, źe coś już jest za nami i mamy to z głowy. Niekoniecznie jednak. Jeśli nie potrafimy zaakceptować tego co nam dokuczyło, tylko odłożyliśmy to gdzieś na bok, to ten problem wróci do nas czy wcześniej czy później ze zdwojoną siłą. A kiedy już wróci, to nie tylko zburzy nam spokój wewnętrzny ale również odbije się na naszym zdrowiu.

O tym właśnie traktuje ta książką zatytułowana „Sekrety zagubionej modlitwy”. Wbrew pozorom nie ma to nic wspólnego z odmawianiem pacierza. Owa tytułowa modlitwa to droga do osiągnięcia wewnętrznego spokoju. Ten zaś ma nam dać radość z życia.

Nie jest to książka dla każdego. Trzeba się odrobinę otworzyć i wyrwać z narzuconego nam sposobu myślenia. Osobiście wierze, że nasze ciało ma zdolności do samouleczenia się, pod warunkiem, że damy mu szanse.

Świat jest mały czyli nieoczekiwane spotkania cz.2

Po przyjeździe do Stanów, namierzył mnie relatywnie szybko działacz lokalnej organizacji polonijnej. Nie było to specjalnie skomplikowane, bo większość z nas po przyjeździe do USA, mając tego samego sponsora, kończyła w tym samym domu przejściowym.

Pan Franciszek był już na emeryturze, więc całą swą energię włożył w odżywienie organizacji, której był prezesem. Nie, to zbyt wiele powiedziane. Siedzibą owego związku był Brooklyn. W terenie działały małe grupy i właśnie taką grupą zarządzał mój znajomy. Miał już swoje lata i na grandę szukał następcy. Broniłem się rękami i nogami, bo zdolności przywódczych nie mam żadnych. Długo mi się udawało. Jednak pod naporem i z braku innych chętnych wreszcie uległem.

Nasza grupka miała trochę funduszy, które wykorzystywaliśmy do organizowania dwóch corocznych imprez. Jedną był letni piknik, drugą tradycyjna polska choinka. Jako prezes musiałem na każdej z nich coś tam wygłosić. Zawsze przyprawiało mnie to o palpitacje serca. Gdybym nie miał z tym problemów mógłbym rzucić rękawice strażnikowi żyrandola, bo to całkiem niezła fucha.

Na jedną z choinek, którą zorganizowaliśmy w przykościelnej sali, zaprosiliśmy rownież rodziny i dzieci polskiej szkoły, która akurat działała dzięki lokalnej parafii. Okazało się, że było tego towarzystwa dość sporo, co jeszcze bardziej spotęgowało we mnie niechęć do wygłaszania czegokolwiek. Nie było jednak wyjścia. Z naszych funduszy postanowiliśmy przekazać drobna kwotę na ową szkołę więc musiało to jakoś wyglądać. Wylazłem zatem na scenę coś tam wymamrotałem na temat naszej grupy i organizacji. Z każdym słowem w gębie coraz bardziej mi zasychało. Udało mi się jakoś dotrwać do końca, pompa wytrzymała przyspieszony rytm bicia, jednym słowem przeżyłem.

Kiedy już schodziłem ze sceny aby jak najszybciej wtopić się w tłum i zniknąć gdzieś, gdzie nikt mnie nie może znaleźć, nagle poczułem, że ktoś mnie szarpie za mój strój wyjściowy. Dżiwus, jeszcze mi tego brakowało. Odwracam się. Przede mną stoi kobitka mniej więcej w moim wieku i odrazu wali do mnie po imieniu. -Marek, nie poznajesz mnie. Patrzę w to czupiradło, nie żeby była rozczochrana, po prostu dziewczyny tak zawsze nazywałem. Wciąż jeszcze odczuwam ból brzucha po swoim wystąpieniu i nijak i z nikim nie mogę sobie owej damy skojarzyć. – Mietka jestem i tu podaje mi swoje panieńskie nazwisko. Zaskoczyłem natychmiast, bo chociaż przelotnie to jednak dość dobrze pamiętałem ją ze studiów. Co ciekawe wtedy była o wiele mniej atrakcyjna niż obecnie. No i tak oto gdzieś tam tysiące mil od ojczyzny spotkałem nieoczekiwanie kogoś z okresu moich studiów. Spotkaliśmy się jeszcze parokrotnie na naszych corocznych imprezach, bo po naszym spotkaniu moja znajoma wstąpiła do naszej organizacji.

Podobne przeżycie miałem raz jeszcze w Polskiej Unii Kredytowej, gdzie nasza organizacja miała swoje konto bankowe. Właśnie przyjechałem aby złożyć swój podpis jako uprawniony do autoryzowania grupowych czeków. Zza biurka wypada jakieś młode czupiradło i drze się wniebogłosy, Marek, Marek. Holy shit, przecież nie znam tego stworzenia, choć nie miałbym nic przeciwko temu.

Patrzę i myśle i nic mi nie przychodzi do głowy. -nie poznajesz mnie. -szczerze mówiąc nie. Pracowaliśmy razem w rzeszowskim oddziale PZU.

Mało tego, że w tym samym zakładzie, to jeszcze jak się okazało w tym samym wydziale. I tak jej nie poznałem. Zaprosiłem na nasze grupowe imprezy. Pozostało jednak bez echa.

Świat już wtedy okazał się bardzo mały. A teraz jest jeszcze mniejszy.

Na dobry poniedziałek

Czekałam w recepcji przed pierwszą wizytą u nowego dentysty, kiedy spostrzegłem jego dyplom wiszący na ścianie i odczytałam jego nazwisko.

Nagle uprzytomniłem sobie, ze przystojny, wysoki chłopak o tym samym nazwisku był w mojej klasie w szkole średniej trzydzieści lat temu.

Kiedy go ujrzałam porzuciłam moje przypuszczenia. Ten łysiejący, siwy facet z wielkimi zmarszczkami na twarzy był za stary, żeby być moim kolega z klasy. Kiedy badał moje zęby, spytałam, czy chodził do okolicznej szkoły średniej.

Tak – odpowiedział

A kiedy pan skończył?

W 1978 roku

Rany, byłeś w mojej klasie – wykrzyknęła

Przyjrzał mi się bardziej i spytał

A czego pani uczyła?

Rodziców pewnego 17-latka zamurowało, kiedy pewnego dnia ich syn wrócił do domu w lśniącym, nowym Porsche. Samochód był naprawdę przepiękny. Rodziców jednak cała ta sytuacja mocno zaniepokoiła i zaczęli rozmawiać z synem, nie kryjąc przy tym negatywnych emocji:

– Skąd masz ten samochód?!

Pełen spokoju i opanowania syn odpowiedział:

– Kupiłem go.

– Jakim cudem? – krzyczeli rodzice. – Przecież wiemy ile kosztuje Porsche!

– No cóż, – powiedział chłopak – zapłaciłem za to Porsche jedynie 15 dolarów.

Ojciec wściekł się jeszcze bardziej:

– Kto był na tyle głupi, że sprzedał ci Porsche za 15 dolarów?

Syn spojrzał na niego ze spokojem i odpowiedział:

– Kupiłem je od pewnej kobiety na ulicy. – powiedział chłopak, po czym dodał – Nie wiem jak się nazywa, ale zobaczyła mnie, jak wracałem ze szkoły na rowerze, zatrzymała mnie i zapytała, czy chcę kupić to Porsche za 15 $.

– O Boże! – westchnęła matka. – Ona na pewno musi jakoś znęcać się nad dziećmi. Kto wie, co planuje? Jonny, idź tam i dowiedz się, o co w tym wszystkim chodzi.

Ojciec chłopaka poszedł we wskazane przez syna miejsce, aby porozmawiać z kobietą.

Kiedy dotarł do jej domu, zastał kobietę w ogródku – ze spokojem sadziła rośliny.

Mężczyzna podszedł do niej i wrzasnął:

– Dlaczego sprzedała pani mojemu synowi Porsche za jedyne 15 dolarów?!

Kobieta ściągnęła rękawice ogrodowe i wyjaśniła:

– Dzisiejszego ranka odebrałam telefon od mojego męża. Myślałam, że jest na delegacji, ale okazało się, że właśnie uciekł na Hawaje ze swoją sekretarką. Najwyraźniej nie ma zamiaru wrócić. Powiedział, że tam zostaje, że mam sprzedać jego Porsche i wysłać mu pieniądze… tak też zrobiłam.

Źródła: kartoflisko

Wiesz.net.pl

O podróżowaniu i materacach

Siedzę sobie na lotnisku w Newarku. Do odlotu jeszcze godzinka. Darmowy internet, czemu więc nie skorzystać i coś naszkrabać.

Lubię dobre filmy Science Fiction. Ludzie mają niezłą wyobraźnie tworząc tego typu rzeczy. Z drugiej strony Juliusz Verne, też miał niezły dar do fantazjowania. Wiele z tych rzeczy okazało się w przyszłości częścią naszego dnia codziennego. Kto wie może i to o czym mi się dzisiaj marzy wkrótce stanie się możliwe. Nie będę ukrywał, że te podróże z kontynentu na kontynent powoli mnie męczą. Zaliczyłem jak zwykle półkulę wschodnią, potem wróciłem na zachodnią, która w tej części jest również północną a dzisiaj śmigam na południe. Jest trochę tych mil czy kilometrów.

Moje ciało zaczyna mi dawać znać o prostych faktach i domaga się większej uwagi. Mnie jeszcze się wiele chce w zakresie podróżowania i zwiedzania. Nie mam również zbyt wiele wyjścia. Rodzice w Polsce, dzieciaki w Stanach i Meksyku. Czy mogę ich zobaczyć nie podróżując. Owszem na Skypie. To nie to samo. Zatem jestem skazany na te podniebne wojaże. Chyba, że..

No właśnie. Na filmach już to pokazują, czy jednak istnieje taka technologia? Mówię tu o teleportacji. Wchodzi człowiek w jakaś bramę i puf jest pod drugiej stronie świata w zależności od potrzeb. Tak bym zrobił właśnie dzisiaj. Z Newarku bum do Cuenki w pare sekund. Bez zmęczenia, bez nieprzespanej nocy. Świeży, gotowy do kontynuowania tak pięknie rozpoczętego dnia. Czy istnieją już takie możliwości? Czy to tylko wciąż sfera niemożliwych do zrealizowania marzeń. A może o trzeciej nad ranem chce mi się do łóżka i z chęcią bym się przespał.

To musi być przyczyna moich marzeń. Zmieniałem ostatnio łóżka jak rękawiczki. Wszędzie inny materac. Tu za miękki, tam zaś za twardy no szło dostać pomieszania z poplątaniem. Pewnie w domu będę musiał od początku przyzwyczajać się do mojego materaca.

A gdyby tak można było się teleportować i na noc wracać do domu. Problem materacy by zniknął, samoloty przestały by niszczyć atmosferę a człowiek nie byłby tym podróżowaniem tak zmęczony.

Pomarzyć można, nic nie kosztuje. Najważniejsze, że do domu już bardzo blisko.

Ewakuacja czyli powrót do domu.

Opuszczamy dzisiaj Trumpolandie. Sześć tygodni poza domem to na tyle duże, źe chce się wracać. Trzy tygodnie z tego spędziłem w Kaczystanie. Zastanawiam się zatem gdzie było bardziej normalnie.

Nie da się ukryć, źe oba kraje przechodzą swego rodzaju kryzys polityczny. To chyba jednak znak naszych czasów. Mężów stanu wszędzie jak na lekarstwo, za to karierowiczów wysyp taki jak za najlepszych czasów grzybów w lesie. Polityk stał się synonimem zła, oszustwa, hipokryzji, podwójnych standardów, kłamstwa odwołującego się do naszych najniższych instynktów. Dzisiejszy polityk dla władzy nie cofnie się przed niczym a ostatnią rzeczą, którą się kieruje jest dobro ogólne. Partykularyzm i oportunizm to kolejne cechy dzisiejszych ludzi kierujących krajami.

W tym kontekście Polska pewnie niewiele różni się od wielu innych krajów, w tym Stanów Zjednoczonych. To co najbardziej mnie uderzyło to swego histeryczna nienawiść obozów przeciwnych w kraju nad Wisłą. Daleki jestem od stwierdzenia, że w Stanach tego nie ma, jednak nie na taką skalę. Być może wynika to z tego, źe USA są hegemonem na swoim kontynencie a w Europie Polska mające wewnętrzne problemy polityczne uwikłana jest również w te zwanymi europejskimi.

Stany żyją oczywiście innymi, dla nich ważnymi, wydarzeniami na arenie międzynarodowej. W Europie swego już dokonali, osłabiając Unię. Teraz, zwłaszcza, że zbliża się rok wyborczy, bankrut z Białego Domu przypomniał sobie o pokojowej roli i misji jego kraju. Martwi go zatem niemożebnie Iran i Korea Północna. Tam widzi spore możliwości zdobycia poparcia w przyszłym roku. Grozi zatem swoim paluchem w tamte strony a wtajemniczeni podejrzewają, źe sprawa wojny w Iranie jest przesądzona. Co gorsza nasze oszołomy, z chęcią poprą amerykańskie starania o wprowadzenie ich stylu życia na całym świecie. Nasz najbardziej znany jasnowidz twierdzi, że będzie wojna…ano zobaczymy.

Opuszczam zatem Trumpolandie bez większego żalu. Chociaż, jak każdy rodzic, trochę ciężko ewakuować się tak daleko od swojego przychówka. Z drugiej strony, póki pary nie brakuje, tak jest lepiej dla każdego. Mamy po prostu inny styl życia.

Dwie przesiadki czekają nas jutro w drodze do Leninchiny. Skoro nazywam Polskę Kaczystanem a Stany, Trumpolandią to postanowiłem wymyślić coś równie śmiesznego dla mojego aktualnego miejsca zamieszkania. Rządzi tam Lenin Moreno, aktualnie również niezbyt lubiany. Postawił on w swojej polityce zagranicznej na Chiny, które coraz bardziej rozpychają się na całym kontynencie. Być może przyjdzie mi uczyć się nie tylko hiszpańskiego ale również jakiejś odmiany chińskiego. Póki co nie mam zamiaru się tym przyjmować, hiszpański wciąż jest dla mnie priorytetem.

W domu natomiast czeka mnie walka, jak wleźć w spodnie, które ze mnie spadały jeszcze sześć tygodni temu a teraz cisną mnie w pasie.

Anomalia pogodowe

Temperatury jakie dotknęły Polskę rzeczywiście każą się poważnie zastanowić nad globalnym ociepleniem. Wielu naukowców mówi o efekcie cieplarnianym, o dwutlenku węgla, o niszczycielskiej działaności człowieka. We wszystkim jest coś z prawdy.

Zadziwia mnie jednak swego rodzaju trudna dla mnie do zrozumienia sytuacja z klimatem na ziemi. Czytam dzisiaj, ze jakieś miasto w Meksyku przeżyło burze gradową, po której znalazło się niemal pod wodą. Znajomi z Ekwadoru zawiadamiają mnie o niespotykanych chłodach, w ciągu dnia a w Parku Narodowym Cajas, który znajduje się na rzut kamieniem od Cuenki pojawił się szron a na drogach gołoledź.

Lipiec i sierpień to historycznie najzimniejsze miesiące w kraju mojego zamieszkania. Temperatura jednak w ciągu dnia utrzymywała się powyżej dwudziestu stopni. Z informacji jakie posiadam wynika, źe obecnie jest o wiele zimniej. Jak to się zatem ma to tego ocieplenia i upałów, które utrudniają życie Polakom.

Jedną z teorii, która zaczyna do mnie coraz bardziej przemawiać jest ta mówiąca zmianach w biegunach ziemi. Ponoć mają się one przesuwać i równik nie jest już w tym samym miejscu gdzie był oryginalnie. Nie będę się przy tym upierał bo sam z owymi teoriami nie zapoznałem się zbyt dokładnie. Jeśli jednak wziąć pod uwagę polskie upały i ekwadorskie chłody połączone z gradobiciem w Meksyku to te anomalia pogodowe każą się zastanowić czy aby nie mamy do czynienia z czymś znacznie bardziej skomplikowanym niż tylko globalne ocieplenie.

Gdyby nawet założył, że te teorie to tylko kolejne wymysły pseudonaukowców, to w tym wypadku zastanawiająca zaczyna być powtarzalność klimatycznych niespodzianek. W ubiegłym roku fale upałów również dotknęły nasz kraj. Również czerwiec, lipiec i sierpień były znacznie chłodniejsze w Ekwadorze niż to zwykło być jeszcze kilka lat temu.

Zaczynam zatem podejrzewać, że matka Ziemia ma nas powoli dość. Zaczynam się nawet zgadzać ze skeczem nieżyjącego już komedianta ze Stanów Georga Carlina, który był sceptykiem globalnego ocieplenia. Twierdził jednak, że jak już nasza planeta będzie miała nas dość to sobie z nami bardzo szybko i sprawnie poradzi.

Czyżby nadchodził tego czas?

Słoneczne Wzgórze na Wybranym Miejscu

Po dotarciu do Rochester zdaliśmy się oczywiście na Młodego. Lubi być ważny. Proces jego usamodzielniania się był chyba najbardziej bolesny. Docenia zatem jak mało kto każdy swój sukces, nawet ten najdrobniejszy i zawsze z tego powodu rozpiera go duma. Rochester to jego dom już od kilku dobrych lat. Czuje się tu jak ryba w wodzie.

Przygotował nam listę okolicznych atrakcji, składającą się z kilkunastu pozycji. Oczywistą oczywistością był fakt, że wszystkiego nijak w stanie zobaczyć nie będziemy. Był, jak to zwykle on, solidnie jednak przygotowany do zapewniania nam ciekawego pobytu.

Patrzymy oboje z Luśką na owe propozycje, potem Luśką na mnie a ja na nią, bo w sumie nic nam one nie mówią. Młody przy każdym punkcie z listy ustnie dodawał parę informacji dotyczących każdego miejsca. Tak czy inaczej zdaliśmy się na jego odczucia. W sten sposób wybór padł na Sonneberg.

Sonnenberg to po niemiecku, po angielsku Sunny Hill a po polsku Słoneczne wzgórze.

Posiadłość znajduje się w miasteczku o trudnej do wymówienia nazwie Canandaigua. Owa nazwa, zgodnie z tym co mówi Wikipedia w języku Indian Seneka oznaczała Wybrane Miejsce.

Zgodnie z przewodnikiem Słoneczne Wzgórze było letnia posiadłością Fredericka Ferrisa i Mary Clark Thompson. Ona była córka gubernatora stanu Nowy Jork a on założycielem i długoletnim dyrektorem First National Bank of the City of New Jork, która dał podwaliny dzisiejszemu Citi Bankowi. Jeszcze dzisiaj, przy odrobinie lepszych drogach i środkach komunikacji z Cananduigua do Nowego Jorku trzeba jechać dobre pięć godzin. Dlatego zapewne małżeństwo spędzało tutaj tylko okres letni. Kogo jak kogo ale bankiera i córkę gubernatora zapewne stać było na taki komfort pod koniec dziewiętnastego wieku. Gdy małżeństwo kupiło posiadłość w 1863 roku stał na niej ceglany dom farmerski a posiadłość liczyła sobie dwadzieścia akrów. Postanowili jednak dokupić więcej sąsiedniej ziemi i wybudować na niej czterdziestopokojowe zamczysko. To ono i sąsiadujące z nim ogrody w różnych stylach są właśnie największą trakcją okolicy.

Frederick i Mary niestety nie doczekali się potomstwa. W spadku zatem posiadłość otrzymał brataniec Mary. Ten go sprzedał rządowi Stanów Zjednoczonych, który dobudował obok szpital dla weteranów a zamczysko przeznaczył jako miejsce zamieszkania lekarzy i pielęgniarek.

Nieco ponad czterdzieści lat potem charytatywna organizacja pod nazwą Sonnenberg Gardens odkupiła cześć posiadłości razem z willą i udostępniła je dla publiczności.

W 2005 roku miejsce to jako piąte w stanie Nowy Jork otrzymało tytuł Hostorycznego Stanowego Parku Stanu Nowy Jork.

Z innych ciekawostek dotyczących tego miejsca, o których mówią przewodniki, tutaj znajduje się pierwszy prywatny ogród japoński w całej Ameryce Północnej.

Mary Thompson zrezygnowała z biletu powrotnego do Stanów słynnym Titanikiem, dzięki czemu uniknęła ona i jej towarzysze podróży przygody na Atlantyku.

Roślinna ściana w szklarni,

A to odmiana storczyka

Widok na „domeczek” z parku.

Jeden z ogrodów

Wymyć te okna to trzeba mieć zdrowie albo…służbę

Parkowe drzewo, takie bardziej ciekawe

Nie mogło oczywiście zabraknąć stawu z rybkami.

W odwiedzinach

Odkąd pamietam, posiadanie samochodu w Stanach nie było niczym nadzwyczajnym. Było bardziej koniecznością niż czymkolwiek innym. Tutaj transport podmiejski po prostu nie istnieje. Bez samochodu dojazd do pracy jest wręcz niemożliwy. Jeśli pracuje mąż i żona i mieszkają poza miastem normalną rzeczą są dwa samochody.

Dzięki temu, przyjeżdżając tutaj, na sobotę i niedzielę możemy wziąć w posiadanie jeden z samochodów i przepaść gdzieś bez śladu.

Nasz chłopaki mieszkają od siebie mniej więcej cztery i pół godziny jazdy samochodem. Jeden jakąś godzinę od Manhattanu, drugi tyle samo od granicy z Kanadą. Dzieli ich około trzysta mil. W Stanach jednak nie jest to jakiś przepastny dystans. Drogi szybkiego ruchu pozwalają na dotarcie do celu relatywnie szybko.

Autostrady ze wschodu na zachód są zwykle parzyste, to znaczy ich numery. Natomiast z północy na południe większość z nich jest oznaczona numerem nieparzystym. Jadąc zatem spod Manhattanu do granicy kanadyjskiej poruszamy się na północny zachód. Najpierw popularna i jedna z najdłuższych dróg czyli osiemdziesiątka doprowadza nas do łącznika z drogą na północ. Łączniki zwykle mają trzycyfrowe oznakowania przy czym dwie ostatnie cyfry oznaczają numer drogi do której owa trasa wpada. Nasz łącznik o numerze trzysta osiemdziesiąt brał początek z osiemdziesiątki stąd takie jego oznakowanie. Z drugiej strony była już nasza droga na północ czyli osiemdziesiątka jedynka. Wjechaliśmy na nią w Scranton, dość popularnego miasta w środowisku polonijnym. Kiedyś było to spore centrum przemysłu górniczego. Teraz trochę podupadło ale w tej okolicy to wciąż ważny węzeł komunikacyjny.

Osiemdziesiąt jedynka jak wspomniałem biegnie z północy na południe i zmierza w kierunku granicy kanadyjskiej. To ona zaprowadziłby nas do przejścia, z którego najbliżej do Montrealu. Wyjątkowo widowiskowy odcinek naszej trasy, który przecina Appalachy wijąc się między zboczami z wieloma zjazdami i podjazdami.

Celem nasze podróży było Rochester, które znajduje się odrobine na zachód od osiemdziesiątki jedynki. Musieliśmy zatem ponownie zmienić drogę. Po dojechaniu do Syracuse, wjechaliśmy zatem na dziewięćdziesiątkę, która prowadzi do Buffalo, skąd mostem Pokoju można przekroczyć granice. Stąd już niedaleko do słynnego wodospadu Niagara, który każdy zna na ogół od strony kanadyjskiej bo po tamtej stronie jest bardziej widowiskowy i skomercjalizowany. Po stronie amerykańskiej też sporo można zobaczyć i są to widoki bardziej naturalne.

My jednak skończyliśmy podróż w Rochester około 100 km na wschód od Niagary. To również bardzo znane miasto polonijne. Jest tutaj nawet sklep z artykułami z kraju i odbywa się raz do roku festiwal naszych filmów. To też był kiedyś ośrodek przemysłu lekkiego ale dawne zakłady przemysłowe podupadły wraz ze zmiana technologii. W Rochester miał swoją siedzibę wytwórca filmów do aparatów fotograficznych Kodak. Cyfrowa fotografia zmusiła go jednak do zamknięcia produkcji. Miasto ma jednak bardzo silny uniwersytet, który posiada wiele kierunków i zatrudnia wielu mieszkańców z wielu dziedzin. Byliśmy tylko dwa dni. Ciężko było zobaczyć wszystko. Przypadł nam, jednak do gustu park, którego właścicielem jest Towarzystwo Botaniczne. Rewelacyjnie utrzymany. Drzewa opisane, miejsca na piknikowanie, do zabawy z psami i aż nieprzyzwoicie czysto.

Trochę pozwiedzaliśmy miasto i okolice. Młody, czyli ostatni z naszego stadka spisał się na medal. A w niedziele po śniadaniu w drogę powrotną.

Powiem wam jeszcze przez jakie miejsca przejeżdżaliśmy, Ithaca, Marathon, Homer, Lyon, Moscow, Manchester, Montezuma, Waterloo – brzmi dość swojsko, nieprawdaż.

Miejsce odpoczynku na trasie.

Pogada tez dopisała. Nie, to nie nasz pojazd.