W krainie teorii…

Jak świat długi i szeroki, wirus szaleje w najlepsze. Jedne kraje dotyka bardziej inne mniej. Co bardziej optymistyczni fachowcy przewidują, że wiele się nie zmieni przez najbliższe trzy miesiące. Pesymiści mówią natomiast o osiemnastu miesiącach.

Na dzień dzisiejszy trudno o jakąkolwiek diagnozę perspektywiczną. W Ekwadorze długo nic się nie działo, aż się dziać zaczęło. Jak to się mówiło w naszym kraju „ zima zaskoczyła drogowców”, wirus zaskoczył tutejsze władze.

Uwijają się teraz jak w ukropie aby sytuacja nie wymknęła się spod kontroli, zwłaszcza, że zostali napiętnowani w mediach światowych tym co się dzieje w Guayaquil. Na nogi postawione zostały wszystkie możliwe służby. Mam więc nadzieje, że wkrótce w tym największym ekwadorskim mieście sytuacja się unormuje.

Wraz z ciągle nieopanowaną sytuacją pojawia się coraz więcej różnego rodzaju teorii spiskowych. Niekoniecznie wszystkie zasługują na poświęcenie im czasu. Zastanowiło mnie jednak to, że gdy cokolwiek dzieje się ze światem, to w tego typu „opracowaniach” pojawiają się w rolach głównych sprawców starzy znajomi, zawsze podejrzani o kreowanie strachu i chaosu. Trzeba mocno podpaść żeby do kogoś przykleiła się taka łatka. Widać ci ludzie nie mają czystych sumień skoro ich nazwiska łączone są z każdą światową zawieruchą.

Te dwa memy właśnie do tej kasty nawiązują.

To niejaki Rothchild. Pyta jak nam się podoba zastopowanie naszego życia. Sam odpowiada, że to tylko ćwiczenie, którego zadaniem jest przygotowanie nas do Nowego Świata. Aby to osiągnąć najpierw rozplenią po świecie plagę, która spowoduje zablokowanie i zastopowanie wszystkiego. Potem doprowadzą ziemie do bankructwa, wprowadza stan wojenny i zaczną budować Trzecią Świątynie.

A zatem rozsiądzie się wygodnie i cieszcie się tym przedstawieniem.

Ten pan to Bill Gates. Wyłożył podobno krocie na rożnego rodzaju szczepionki. Wielu twierdzi, że jego głównym motywem działania jest ograniczenie populacji.

Coś w tym jest skoro znowu załapał się do podejrzanych. Ten mem mówi co następuje:

„Jeśli myślicie, że mój Coronowirus powoduje smierć, to poczekajcie na efekty mojej obowiązkowej szczepionki przeciwko niemu”

To tak przy niedzieli żeby się nie nudzić.

O lotach jeszcze słowo

Na tą niedzielę czekałem pewnie ponad dwa miesiące. Z takim bowiem wyprzedzeniem kupujemy nasze bilety lotnicze. Okazuje się, że mniej więcej właśnie wtedy są one relatywnie najtańsze.

Znając termin lotu i czas nieobecności w domu, przygotowujemy go tak aby ten okres przetrwał jakoś bez nas. W tym roku dogadaliśmy się nawet ze Słowakiem ze Słowacji. Miał dopilnować naszego dobytku, tak jak my to robimy z jego, w trakcie jego wojaży.

Milańskiemu udało się dojechać nam zabrakło trzech dni do wylotu. W normalnych warunkach dzisiaj właśnie miałem katapultować się przez Atlantyk do ziemi ojczystej. Nic z tego nie wyjdzie. Nawet gdybyśmy dojechali do Trumpolandii to dalsza podróż i tak nie doszłaby do skutku.

Widać tak miało być. Patrząc jednak z punktu widzenia bezpieczeństwa to pewnie w mojej oazie spokoju powinienem tutaj obawiać się czegokolwiek najmniej.

Pisałem już o moich próbach odzyskania kasy za przelot do Stanów, który został odwołany. Agencja, przez którą kupiłem bilety, Hotwire, ślicznie umyła łapki i nawet nie odebrała mojego telefonu. Walka z liniami JetBlue skończyła się częściowo pomyślnie bo coś tam sobie potracili.

Lot do Polski też został, zgodnie z oczekiwaniami odwołany. Nawet nie próbowaliśmy dzwonić na Kayak, pośrednika w zakupie tego biletu. Odrazu skierowaliśmy nasze kroki w kierunku Lufthansy. Nie miałem najlepszych przeczuć bo i te linie zawiodły mnie kilka razy w zakresie traktowania klienta z klasy ekonomicznej. Stąd jest nam trudno się dodzwonić gdziekolwiek. Musimy używać połączeń internetowych. Te nie zawsze funkcjonują na tyle dobrze aby czekać na linii w nieskończoność. Wielokrotnie połączenie po prostu ginie i od nowa Polska Ludowa. Pomaga nam w takich sytuacjach nasz drugorodny dzieciak ze Stanów.

Przekazałem mu wszystkie dane i ze sporym niepokojem oczekiwałem na wieści z północy. Przyszły niespodziewanie szybko i niespodziewanie pozytywne. W przeciwieństwie do JetBlue, Lufthansa podeszła do sprawy tak jak powinien podejść każdy inny w okresie świrusa. Cały mój bilet zostanie zrefundowany. Widać są jeszcze ludzie i kompanię myślące.

Na temat Lufthansy pisałem już kilkakrotnie i były to uwagi krytyczne. Żeby nie było, że ograniczam się tylko do wytykania. Tak właśnie wyobrażam sobie szacunek do pasażera, szczególnie tego z klasy ekonomicznej. To przecież dzięki niemu te loty mają sens. Tych ludzi jest najwięcej. My latami za swoje w przeciwieństwie do pasażera z biznes klasy, który zapewne nawet nie wie ile kosztuje jego bilet. Dzisiaj a raczej wczoraj Lufthansa okazała ludzką twarz w tych nieludzkich czasach. Za dwa tygodnie zobaczymy jak Luśkę potraktuje nasz rodzimy przewoźnik.

Fotka z czterdziestej drugiej

Manhattan, serce miasta Nowy Jork. Najczęściej odwiedzana dzielnica. Jego centrum to oczywiście Time Square i Broadway. Miałem przyjemność odwiedzić te miejsca parę razy.

Manhattan robi spore wrażenie. Jednak w nocy potrafi kompletnie zaskoczyć. Po wyjściu ze spektaklu teatralnego, który na Broadwayu zwykle zaczyna się o ósmej wieczorem i trwa niespełna trzy godziny, wydawałoby się, że ulice będą o tak późnej godzinie już spokojne. Nic z tych rzeczy. Manhattan nie śpi. Pootwierane kafejki i morze ludzi dookoła namawia do dalszego imprezowania.

Nie lubię dużych miast i pewnie nie potrafiłabym żyć w tym zgiełku. Jednak te raz na jakiś czas wypady do teatru zawsze mnie ekscytowały i pozostały mocno w mojej pamięci.

Jedną z głównych ulic tej dzielnicy jest ulica 42. Większość ich jest ponumerowana. Jedne zwane są alejami inne znów ulicami. Czterdziesta druga prowadzi do tunelu pod rzeka Hudson, stąd trafik zawsze tutaj jest wręcz niemożliwy. To też swego rodzaju centrum rozrywkowe z różnymi atrakcjami. Jazda tą częścią miasta nigdy nie należała do przyjemności.

Aż zjawił się świrus. Dopadł on Nowy Jork dość mocno. Spowodowało to wprowadzenie określonych restrykcji dla całego miasta.

Nie, ja wciąż w Ekwadorze. Znajomy syna wybrał się na Manhattan i zrobił fotkę z czterdziestej drugiej. Znając ową ulice z autopsji już sam jej dzisiejszy wygląd przyprawia o ból głowy. Zdawać by się mogło, że to niemożliwe, że nic nie jest w stanie utrzymać nowojorczyków w domach. A jednak.

Wyborcy Wuja D.

Pamiętacie „Kochaj albo rzuć”, trzecią i ostatnią części sagi o Kargulach i Pawlakach? To w tym epizodzie sympatyczni bohaterowie wyprawiaja się za ocean. Tam czekają na nich Stany lat siedemdziesiątych.

Te lata to zapewne okres największej dominacji USA. Dzięki temu życie tam toczyło się bezstresowo i z wielkimi nadziejami na przyszłość. Rynek pracy był bardzo chłonny. Młoda Pawlaczka w trakcie swego pobytu zmieniała prace kilkakrotnie. Dolar był walutą dominującą. Benzyna była tania jak woda dzięki czemu każdy rozbijał się po drogach krążownikami spadającymi galony na sto kilometrów. Nawet najpodlejsza praca dawała jej posiadaczowi relatywnie spokojne życie. Gdzieś czytałem, że w tamtych czasach młodzi ludzie pracujący w sektorze fast food byli w stanie z tych pieniędzy opłacić sobie edukację.

Niestety ja tego nie pamietam bo przybyłem do kraju Donka pod koniec lat osiemdziesiątych. Ekonomia wciąż była dość dobra choć zaczęły pojawiać się pierwsze sygnały nadchodzących zmian.

Pokolenie nastolatków z lat siedemdziesiątych to dzisiejsi emeryci lub wchodzącym w wiek emerytalny. Z przerażeniem stwierdzają, że tamta Ameryka to już tylko wspomnienie. Ich bezkrytyczne i bezrefleksyjne życie w nadziei jak to pięknie będzie na emeryturze w zderzeniu z obecnymi realiami to dla wielu z nich szok, z którym ciężko sobie poradzić.

I nagle zjawia się Donek, który zapewnia ich, że ten sen może wciąż się stać jawą. Ameryka może być znowu wielka.

Ludzie czyli suweren, albo wyborcy, co prawda słyszeli to wielokrotnie i już przyzwyczaili się do tego, że to taka wyborcza paplanina. Tym razem jednak wypowiada je biznesmen, który do tej pory nie zajmował się specjalnie polityką. Donald Trump nie cieszy się szczególnym uznaniem w społeczeństwie amerykańskim. Wielokrotny bankrut, naciągacz prawa, wmieszany w wiele podejrzanych transakcji na pierwszy rzut oka gdy staje do kampanii wyborczej wydaje się być bez szans, nawet jeśli chodzi o nominacje republikańską.

No i staje się cud na Potomakiem. Najpierw pokonuje wszystkich republikanów i staje się ich kandydatem a potem w bezpośredniej rozgrywce wygrywa z Hilary Clinton. Pamiętam tamte wybory. Komentatorzy i analitycy przecierali oczy ze zdumienia. W przedwyborczych ankietach mało kto dawał mu szanse. A jednak wygrał zaskakując całe rzesze politologów i znawców amerykańskiego podwórka. Ja się do tych ludzi nie zaliczam. Kiepsko się na tym wszystkim znam. Dla mnie wybór Busha Juniora był totalnym zaskoczeniem.

W Stanach bardzo popularnym powiedzeniem w odniesieniu do polityków jest „Washington as usual” co można przetłumaczyć jako niezmienny Waszyngton, albo wciąż ten sam Waszyngton. Latami wyborcy słyszeli paradę obietnic od swoich reprezentantów. Całymi latami politycy krzyczeli, że Waszyngton musi się zmienić. I co? Nic z tych rzeczy. Jak już wleźli w te waszyngtońskie układy, zapominali o swoich deklaracjach wyborczych.

Hilary Clinton reprezentowała właśnie ten Washington as usual. W przeciwieństwie do Trumpa, który nie tylko mówił językiem wyborców ale też i zdawał się być na nich cięty za degradację USA. Takich zawiedzionych są całe rzesze. Do nich przemawia retoryka Trumpa. Ci zaś, dla których jest on mało przekonywującym, nie ufają również Hilary. Wolą zatem nie głosować niż poprzeć kogokolwiek.

To mój personalny odbiór tamtych wyborów. Wcale nie znaczy, że mam rację.

Reszta jest już historią. Czy Donald spełnił mocarstwowe oczekiwania swoich wyborców? Wielu z nich myśli, że świat się znowu liczy ze Stanami. Specjalnie tego nie widzę. Mogę się jednak mylić. A odpowiedź na pytanie czy Donald sprawdził się w roli prezydenta i nie zawiódł swoich wyborców poznamy już w listopadzie jeżeli oczywiście wirus pozwoli.

Świat według Wuja Sama 2

Na czym to ja skończyłem? Aha na wojnie celnej z Chinami. Niewątpliwie tania i kiepskiej jakości chińszczyzna spędzała i spędza sen z powiek całemu światu. Ten azjatycki kraj stał się synonimem tanich produktów choć przecież nie tylko tam w skandalicznych warunkach za psie pieniądze pracują zwykli robotnicy. Podobnie jest w wielu innych krajach azjatyckich, afrykańskich i Ameryki Południowej.

Problem w tym, że Chiny stały się potęgą zagrażającą dominacji Wuja Sama, u której to wuj zadłużony jest po same uszy. A Donek nie lubi negocjować. To mu nie przystoi, on stawia warunki i masz się do nich dostosować. To się może i sprawdza z nami ale zapewne nie z krajem typu Chiny. Końca tej wojny wciąż nie widać.

Każdy kraj w swojej polityce kieruje się swoją własną racją stanu. Na tej podstawie buduje swoje sojusze. USA było, jest i zapewne będzie chronić interesów Izraela na Bliskim Wschodzie. Nie mam zamiaru kwestionować potrzeby poczucia bezpieczeństwa żadnemu krajowi. Nie jestem jednak pewien czy aby Izrael nie wykorzystuje swojego najbliższego sojusznika do zachwiania pokoju w w tej jakże niebezpiecznej części świata. Czy rzeczywiście zachodziła potrzeba przeniesienia stolicy Izraela do Jerozolimy? Chyba tylko po to aby jeszcze bardziej zamieszać i szczuć. Przemysł zbrojeniowy ma jednak swoje potrzeby. A w tamtej okolicy okładają się bez opamiętania.

Polska za sprawą pisowskiej racji stanu umiejscowiła się mocno w tylnej części ciała amerykańskiego prezydenta. Lokaja traktuje się jak sługę, zatem specjalnych pretensji do niego mieć nie można. Władza próbuje oczywiście wykorzystać sprawę zniesienia dla nas wiz na swoje potrzeby. Nikt jednak nie wspomina słowem o kosztach jakie ponosimy aby przyciągnąć do siebie armie nastawioną na przestrzegania pokoju na świecie. Zniesienie wiz dla nas było uzależnione od stopy procentowej pomiędzy ilością odmów do ilości wszystkich podań o jej udzielenie. Wskaźnik taki łatwo regulować według własnego widzimisię. Nagle i zupełnie niespodziewanie okazało się, że stał się on na tyle niski, że możemy już sobie jeździć na wakacje do Białego Domu. Kompletna bzdura. Donek jednak jest postrzegany jako ten co nam wreszcie, wreszcie na to zezwolił. Zaraz jednak drugą łapką podpisał ustawę 447, żebyśmy całkiem nie zwariowali ze szczęścia.

Co jeszcze takiego dla świata zrobił nawiedzony blondyn. Ano zrezygnował z dotowania UNESCO, bo się okazało pro palestyńskie, wycofał się z porozumień klimatycznych chyba też z powodu Palestyny. Nie będę wspominał o jego podejrzanych powiązaniach z Kremlem. To ponoć tylko pomówienia.

W swoim miłosierdziu chciał uszczęśliwić mieszkańców Grenlandii oferując jej kupno rządowi Danii. Trafiła tu jednak kosa na kamień.

Młody Bush uzasadniając wojnę z Irakiem, twierdził, że znalazł tam diabła. Oczywiście jego, tego diabła, tam nie było a Irak od tych poszukiwań do dziś nie może się pozbierać. Donek wypatrzył rogatego w Iranie. Swierzbiły go łapki okrutnie żeby wyruszyć na poszukiwania. Na szczęście trafił się wirus, który pochłania wszystkich umysły i każe odłożyć inne plany na potem.

A swoją drogą, ciekawe, że na początek wirus wybrał sobie Chiny i zdrowo dał popalić Iranowi. Ja tu niczego nie sugeruje. Tak sobie tylko pomyślałem.

Świat według Wuja Sama

Odkąd Stanami zaczął dowodzić podejrzany blondyn sytuacja na świecie znacznie się pogorszyła. Być może jego rządy dały jakieś wymierne korzyści krajowi. Jeśli nawet tak się stało to nie musiała być to koniecznie jego zasługa. Wszelkie zmiany ekonomiczne nie dokonują się bowiem z dnia na dzień. Jest to proces wieloletni. Pewnie zatem w pobudzeniu Stanów za czasów Donka miał swój udział równie Obama.

Podobnie jak kaczystów w Polsce jemu też udało podzielić się Amerykanów. Jedni nie mogą go ścierpieć, inni zaś są kompletnie nim zaślepieni. USA to już nie ten kraj, który ja pamietam kiedy do niego przyjeżdżałem. To wciąż niewątpliwie potęga ale już nie kraj, w który ślepo zapatrzone są inne państwa, no może poza rządem znad Wisły. Dzięki temu populistyczno-nacjonalistyczne pokrzykiwania szeryfa z Białego Domu spodobały się sporej części ludności.

Co jednak Donek zrobił dla świata? Niewiele albo nawet nic. Śmiem nawet twierdzić, że pogorszył jego bezpieczeństwo.

Na początek swojej prezydentury zawziął się na Meksyk. Bezsensowna budowa muru niczego nie polepszy ale pomysł kupili jego wyborcy. Stany były są i będą miejscem pielgrzymki za pracą mieszkańców Ameryki Łacińskiej. Mur tego nie zmieni. Kiepska gra pod publikę i na emocjach sfrustrowanych ludzi. Nikt już dzisiaj nie pamięta, albo woli nie pamiętać, że obecny prezydent bardzo chętnie zatrudniał nielegalnych pracowników, w tym Polaków, na swoich budowach. Kto miał zarobić na taniej meksykańskiej sile roboczej już zarobił. Nie pojmuję zatem tej idei uszczelniania granicy. Ale niech tam, to takie niegroźne dziwactwo, które kupił amerykański patriota.

Groźniejszym okazała się wojna celna z Chinami. Rozumiem, że bilans handlowy z tym krajem jest dość niekorzystny i zapewne coś z tym trzeba było zrobić. Chiny to jednak nie jakieś państewko, z którym można robić co się komu rzewnie podoba. Zalew tanich towarów z tego kraju dokuczył nie tylko Stanom Zjednoczonym. Tania siła robocza, inny stosunek do pracy dają Chińczykom olbrzymia przewagę na wielu rynkach. Przeciętniak tego nie rozumie. Nikt nie chce zapytać co się właściwie stało z przemysłem samochodowym w Stanach? Odpowiedź dość prosta, poszedł tam gdzie tania siła robocza. Z tego wynika, że Chińczykom nie wolno wykorzystywać różnic w płacach natomiast amerykański właściciel już może. Ludowi sprzedano jednak tylko wygodną stronę medalu o tej niepasującej do obrazu lepiej nie mówić.

Tak zwany outsourcing to tez amerykański wynalazek. Mnóstwo tutejszych korporacji za mniejsze wynagrodzenia zatrudnia specjalistów z wielu dziedzin w ich rodzimych krajach.

Amerykański prezydent wyciąga z tego obrazka na potrzeby publiki tylko to co mu i klasie, która reprezentuje, pasuje.

To jednak nie koniec „światowych” poczynań Donka. O innych w następnym wpisie.

Hotwire, JetBlue i Lufthansa

No i siła wyższa zdecydowała za mnie. Polecę tyle, że Dupapesztu jak to się kiedyś mówiło, na podróż z zerowym prawdopodobieństwem. Nie ulega wątpliwości, że napewno wylecę tylko, że z domu do grabienia trawy, którą wczoraj skusiliśmy. Jakiś lot z tej sytuacji wyjdzie, jednym słowem.

Ekwador podobnie jak wiele innych krajów zamknął swoje granice. Owszem jak chce ktoś wylecieć to problemów robić nie będą. Z przelotami już nie jest tak różowo. Tylko obywatele i posiadający prawo pobytu mogą wrócić do kraju. To spowodowało reakcje łańcuchową bo przecież samoloty nie będą latać puste do Ekwadoru żeby odebrać tych, podobnych do mnie co chcieli stąd wylecieć, zatem odwołano wszystkie albo niemal wszystkie podniebne wojaże. W tym oczywiście nasz lot do kraju nieziemskich możliwości.

Koronowirus szaleje w najlepsze. Czy jednak wyzwolił w nas, kryjących się pod wszelkiego rodzaju imionami kompanii czy przedsiębiorstw, jakiekolwiek ludzkie zrozumienie? Nic z tych rzeczy.

Byliśmy gotowi podjąć ryzyko i lecieć. Zdecydowano za nas. Pewnie to i lepiej. Skoro jednak tak się sprawy pomieszały oczekiwaliśmy zwrotu pieniędzy za bilety. Tradycyjnie kupujemy je za pośrednictwem agencji internetowych. Po pierwsze tak wygodniej, a po drugie taniej. Nie pracuję dla żadnej agencji rządowej żeby latać za darmo, niestety. Przywileje pana Kuchcińskiego zatem mi nie przysługują. Tak na marginesie.

Dzwonię zatem do agencji o gorącej nazwie Hotwire aby dowiedzieć się na temat odzyskania kasy. Nagrany głos przygotowuje mnie na dłuższe czekanie bo i sytuacja nie jest normalna. Mówią o nieco ponad dwudziestu minutach. Nie jest źle pomyśleliśmy z Luśką. Czas ten jednak przedłużył się do dwóch godzin, po których wreszcie poddaliśmy się. Próbował pomóc nam syn ze Stanów. I on poddał się po dwóch godzin wysłuchiwania bzdur w stylu jak ważny dla tej agencji jest klient.

Nie mając innego wyjścia zwróciliśmy się bezpośrednio do linii lotniczych, w tym przypadku JetBlue. Tu przynajmniej połączenie doszło do skutku. Co ciekawe JetBlue przysłał mi wiadomość o odwołaniu lotu. Dopiero po dwunastu godzinach od tej wiadomości Ekwador zamknął granice. Dostałem zatem kolejna wiadomość, że lot jest odwołany właśnie z tego względu.

Dlaczego o tym piszę. Ano dlatego, że agenci linii lotniczych próbowali nam na początku sprzedać małe kłamstwo, że to również i nie ich wina, że lot został zawieszony. Byli jednak dość wyrozumiali, chyba takie dostali zalecenia. Najpierw odmawiać a potem próbować cokolwiek aby utrudnić zwrot. Zrefundowali nam wreszcie nasz bilet do USA. Powrotny mamy już z innymi liniami i zobaczymy jak to nam pójdzie.

JetBlue, chociaż oddał nam naszą kasę to postanowił coś sobie zatrzymać. Otóż w cenie biletu są jakieś opłaty dla Ekwadoru. Pewnie jest to i prawda. Tylko czy linie będą płacić nawet za niewykonane loty, zwłaszcza, że doszło do tego ze względu na zamknięcie granic? Osobiście sądzę, że to kłamstwo szyte grubymi nićmi. No cóż jakiś wirus szaleje, ludzie umierają, zapanował ogólny strach, tracą wszyscy. Jeśli jednak można kogoś wykiwać na kilka dolców, w naszym przypadku na pięćdziesiąt od osoby, to czemu nie.

Aż mnie przeraża co wymyśli bardziej doświadczona Lufthansa, z którą miałem lecieć do Polski. Znajoma, która planowała lot w marcu, musiała go przenieść na wrzesień. Jedyne dwieście dwadzieścia pięć zielonych ekstra.

Już dzisiaj widać, że koszty tego szaleństwa poniesie jak zwykle przeciętny Kowalski, Smith, Johnson, Murphy, Martinez czy inny Kunta Kinte.

Jeszcze wczoraj

Jeszcze na początku tygodnia nic nie wskazywało na zbliżające się wirusowe problemy. Świat już wiedział od paru miesięcy o nim i chińskich problemach w walce z nim. Potem dowiedzieliśmy się, że zaczyna się przemieszczać i pojawiać w innych zakątkach naszego globu.

Nikt jednak nie bił na alarm a wręcz odwrotnie. Namawiano do spokoju, zachowania zdrowego rozsądku, przestrzegania ogólnie znanych zasad higieny i powinno być dobrze.

Sam wirus radził sobie z tym wszystkim dość dobrze, przenosząc się z Azji w coraz to odleglejsze miejsca na naszej planecie. Dotarł relatywnie szybko do Europy. Najpierw na jej południowych obrzeżach. We Włoszech ponoć go zbagatelizowali, pewnie i w Hiszpanii na początku nie przywiązywano do niego zbytniej uwagi. Dzisiaj w obu państwach mamy największe jego ogniska zapalne.

Jeszcze na początku tygodnia żyliśmy relatywnie normalnie, bez specjalnej paniki przeświadczeni o kontrolowanym rozwoju wirusowej sytuacji.

Aż tu nagle ze środy na czwartek przypomniała sobie o swoim powołaniu Światowa Organizacja Zdrowia po angielsku World Health Organization w skrócie WHO, ogłaszając pandemie.

Nie wiem oczywiście czy się kierowano i co się musi stać aby to zrobić. Z krajów azjatyckich, w których to wszystko miało początek pojawiają się informacje o coraz to mniejszej ilości zachorowań. I właśnie teraz WHO decyduje się ogłosić pandemie.

Świat już w czwartek dostaje rozwolnienia. Stany i państwa europejskie zaczynaja wprowadzać coraz to większe restrykcje niemal w każdym zakresie. Zamykane są granice, odwoływane imprezy sportowe, szkoły, zakłady pracy, uczelnie, zgromadzenia wszelkiej maści są odwoływane, że nie wspomnę o komunikacji lotniczej.

Jeszcze w środę świat wyglądał spokojny w czwartek kompletnie zwariował.

Czy można było coś zrobić wcześniej? Sam nie wiem. Rozwój sytuacji karze mi jednak sadzić, że i w tym przypadku pojawi się cała sterta teorii spiskowych.

Już od jakiegoś czasu głośno się mówi o starzeniu się naszej planety. Seniorom trzeba pomoc w przeprowadzce i to możliwie szybko i dużej ilości. Koronowirus zdaje się być idealnym narzędziem. Czy to jednak o to chodzi?

Mnie się podoba powiedzenie, że jak nie wiadomo o co chodzi to biega o pieniądze. Domyślam się, że na walkę z aktualną zmorą pójdą niewyobrażalne sumy. W takiej ilości łatwo jest coś przemycić tu i ówdzie. Czy to uzasadniona teoria spiskowa?

Każda z nich ma w sobie odrobine prawdy. To, że istnieją i pojawiają się w każdej takiej sytuacji to nie nasza skłonność do ich szukania. To bardziej wynik sprawowania władzy przez ludzi o wyjątkowo podłej naturze i brudnych rękach.

Czy i z tym przypadkiem mają oni coś do czynienia? Kto wie. Mnie jednak zachowanie Światowej Organizacji Zdrowia nie bardzo przypadło do gustu.

Halo, gazownia?

Poniższym tekstem podzieliła się serdeczna znajoma na swoim fejsbukowym koncie. Napisała przy nim, że czytając go nie mogła powstrzymać się od śmiechu. I ja się uśmiałem serdecznie i prawdę mówiąc liczę na to z waszej strony.

Czkawka, odbijanie się i puszczanie bąków, to naturalne funkcje organizmu. Zwykle wywołują śmiech osób, które są ich świadkami, winowajcę wpędzając w poczucie wstydu i zakłopotanie.

Spośród nich, rolę najbardziej zawstydzającego, z całą pewnością pełnią bąki. O bąkach wiemy dziś znacznie więcej ponad to, że zabawnie brzmią, mają przykry zapach i pochodzą z brzucha.

Poniżej przedstawiamy kilka faktów, o których prawdopodobnie nigdy nie słyszałeś:

Mężczyźni puszczają bąki częściej od kobiet.

Pierwotne znaczenie słowa “fart” (ang. pierdzieć) wywodzi się od słowa “fort”, co dosłownie oznacza wiatr z odbytu. Słowo to zostało użyte po raz pierwszy w 1962 roku.

Przeciętna osoba puszcza bąki około 14 razy na dobę.

14 bąków na dobę wystarczy do napełnienia balonu.

Puszczanie wiatrów nie powinno być niczym wstydliwym. Świadczy to o tym, że nasz organizm i układ trawienny działają poprawnie. Jeśli nie puszczasz bąków, powinieneś udać się do lekarza.

W składzie bąków znajduje się siarkowodór, który zmniejsza możliwość występowania uszkodzeń w mitochondriach. Wąchanie bąków jest więc zdrowe. Następnym razem, kiedy poczujesz, że ktoś obok ciebie puścił bąka, podziękuj mu 🙂

Kobiece wiatry przeważnie pachną gorzej ze względu na większą zawartość siarkowodoru. Wąchanie ich jest również zdrowsze.

Przeciętna prędkość wypuszczanego bąka to ponad 3m/s.

Im ciaśniejsze zwieracze, tym bąki będą głośniejsze.

Guma do żucia i gazowane napoje sprawiają, ze puszczasz więcej baków. Jeśli znasz kogoś, kto żuje dużo gumy i pije gazowane napoje, lepiej trzymaj się od takiej osoby z daleka 🙂

Większość bąków puszczamy nocą.

W świecie zwierząt najwięcej bąków puszczają termity. Zaraz za nimi znajdują się: wielbłądy, zebry, owce, słonie oraz psy (w szczególności golden retrievers i labradory).

https://twojenowinki.pl/lol/45952/12-faktow-na-temat-puszczania-bakow-o-ktorych-nie-miales-pojecia.html

Chyba się przekonałem

Staramy się prowadzić wegetariański tryb życia. Tak nam radzi nasz ajurwedyjski medyk. Wciąż mam ciągoty to czegoś mięsnego. Jednak po przeczytaniu w Angorze, a jakże, poniższych statystyk chyba zostałem przekonany.

Daleki jestem od krytykowania jedzących mięso. Biorąc jednak pod uwagę te dane i fakt, że jednak są miejsca gdzie ludzie głodują widzi mi się, że coś jest nie tak.

Człowiek rocznie zabija:

67 miliardów ptaków

2.74 biliona ryb

3 miliardy ssaków

Hodujemy 200 milionów zwierząt na futra z tego w Polsce 9 milionów

Hodowla zwierząt na potrzeby żywnościowe

58,1 miliarda kurczaków

2,8 miliarda kaczek

654 miliony indyków

649 milionów gęsi

517 milionów owiec

430 milionów kóz

296 milionów bydła

24 miliony bizonów

Myśliwi zabijają 200 milionów zwierząt

Kłusownicy również 200 milionów

Jest nas na świecie 7,7 miliarda

Przeciętny człowiek ( o ile nie jest wegetarianinem czy weganinem) zjada średnio ponad siedem tysięcy zwierząt przez całe swoje życie

11 krów

27 świń

30 owiec

80 indyków

2400 kurczaków

4500 ryb

Rocznie w Polsce zabija się około 869 milionów zwierząt w celach konsumpcyjnych

Około 5 do 6% ludzi nie je mięsa

Człowiek stanowi zaledwie 0,01 całkowitej biomasy. Doprowadził jednak na przestrzeni kilku tysięcy lat do wyginięcia 83% populacji dzikich ssaków oraz połowy roślin. Na przestrzeni ostatnich 42 lat populacja kręgowców zmniejszyła się o 58%.

Źródło: Angora nr. 22 2 czerwca 2019. Zabójcza cywilizacja.