Drogie panie i dziewczyny

Kampania wyborcza wchodzi w ostatnią fazę. Nie czuję tego tak jak ci co mieszkają nad Wisłą. Przeglądam jednak portale i coś tam zawsze się dowiem i coś tam zawsze wyczytam.

Ponoć w Pruszkowie odbyła się jakaś debata kandydatów na posłów z udziałem gościa od koperty córki leśniczego. Fakt, że ten gość wciąż kandyduje odrobine mnie zdumiał. Z drugiej jednak strony, zahartowany w boju z kornikiem drukarzem, takie drobne potyczki jak jakaś debata to dla niego pic na wodę.

Chociaż ten bezczelny owad wygryzł byłego ministra środowiska ze stanowiska, ten jednak się nie poddaje. Ma w końcu doświadczenie nie tylko na polu ochrony natury w walce ze szkodnikami wszelkimi ale i w zakresie prac kurierskich a prezes przecież potrzebuje ludzi z doświadczeniem, że tak powiem ogólnym. Gość coś tam wie, coś tam słyszał ale, w którym kościele tego sam nie jest pewien. No i generalnie nie musi tego wiedzieć. On jak większość sług prezesa nie jest od myślenia tylko wykonywania poleceń.

Okazało się zatem, że były już na szczęście minister zna się również na sprawach rodzinnych. Nie mam złudzeń, że o tych dowiedział się w domach rozrywki prezesa NIKu. Mniejsza jednak o to.

Pan Jan z rodziny Szyszków tak widzi politykę społeczną państwa:

To jest podstawowy obowiązek państwa w tej chwili. Co zrobić, żeby dzietność kobiet była powyżej 2,5. I w ten sposób trzeba zadać pytanie. I tu mamy w gruncie rzeczy dwie koncepcje. Jedną, którą żeście tu bardzo mocno skrytykowali, żeby budować żłobki i przedszkola. Ale druga alternatywa jest taka, żeby budować zdrową rodzinę, gdzie ta rodzina ma możliwość wychowania trójkę czy czwórkę dzieci przy odpowiednim zarabianiu przez męża odpowiedniej pensji. To jest chyba jedyne wyjście w tym układzie. A nie poprzez budowanie żłobków i przedszkoli, kobieta pracuje, mąż pracuje, mają oboje niską pensję. To jest jakiś obłęd zupełny!

I dalej,

To jest podstawowa rzecz, która powinna zostać zapewniona. A nie w sposób sztuczny pomagać w budowie żłobków, przedszkoli i tych innych rzecz. To są sprawy chwilowe… To spuścizna po poprzednim systemie, no, komunistycznym, ale również po rządach Platformy Obywatelskiej i PSL.

Osobiście jestem trochę zawiedziony tezami pana Szyszki. Poszedłbym o krok dalej. Zlikwidować szkoły. Po co komu nauka, to też jakiś komunistyczny przeżytek. Dobre jednak i to. Przedszkola i żłobki do lamusa, o szkołach pomyślimy potem.

Co wy na to dziewczyny? Mi wychodzi na to, że awangarda rządzącej partii widzi w was maszyny do rodzenia dzieci. Jeśli wam się takie rozwiązanie podoba to głosujcie na partię Jarosława, bo to zapewne nie Jan Szyszko jest głównym strategiem tego ugrupowania.

Jeśli jednak macie marzenia o byciu czymś więcej to proponuje się zastanowić.

A młodszemu pokoleniu gwoli przypomnienia. PRL nie był państwem komunistycznym to po pierwsze. Po drugie nie upadł przez nadmiar szkół, przedszkoli czy żłobków. Upadł bo rządziła nim jedna partia nieznosząca krytyki.

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,25282215,jan-szyszko-uwaza-ze-nie-powinno-sie-budowac-zlobkow-i-przedszkoli.html

Piknik z aferami

Zawrzało ostatnio na pisowskim podwórku aferą lotniczą wywołaną przez niby drugiego człowieka w pislandzie. Mamy już jedną komisje lotniczą, szukającą od ponad dziewięciu lat prawdy objawionej, może czas na drugą. Jontek mógłby wykorzystać swoje doświadczenie z pracy w ciągle isniejącej komisji. Nie mógłby oczywiście tej nowej komisji przewodniczyć z oczywistych powodów, ale jego wiedza na temat samolotów byłaby bezwzględnie nieoceniona. Ja rozumiem, że katastrofa nie ma wiele wspólnego z bezprawnym używaniem rządowych maszyn powietrznych. My żyjemy jednak w krainie absurdów. Skoro obie afery łączy samolot znaczy się jest już wspólny punkt, na którym można budować różnego rodzaju teorie spiskowe. A Jontek w tym względzie nie ma sobie równych. Ostatnio chłop został odsunięty i przeniesiony na boczny tor i jestem pewny, że mało nie wyskoczy z butów aby znowu zaistnieć.

Wierchuszka rządzącej partii, wykorzystując przerwę wakacyjną, wyruszyła w kraj na tak zwane przez nich, pikniki rodzinne. Pogodzili się już, że w miastach takiego czegoś zrobić nie mogą bo trzeba by było zmobilizować wojska ochrony terytorialnej w celu zapewnienia bezpieczeństwa. Wyruszyli zatem, tam gdzie ich słuchają w nabożnym skupieniu. Oczywiście piknik rodzinny to tylko fasada. Zasadniczo to kampania przedwyborcza. Dobry pan wylazł zza biurka i pofatygował się do swego ludu. Mogą tam błyszczeć bo jak sam były prokurator z PRL-u Piotrowicz, aktualnie zausznik prezesa, powiedział, inteligencja tych ludzi nie jest ich najmocniejszą stroną.

Mogą więc błyszczeć opowiadając te swoje banialuki o dobrej zmianie i złym sorcie, który nic nie chce im pomóc a wręcz przeciwnie, woli im cały czas rzucać kłody pod nogi. Tu nikt nie zadaje niewygodnych pytań. Można nawet wmówić, że loty marszałka z rodzinką to nic przy aferze podsłuchowej, która doprowadziła do ruiny w kraju. Tu ludzie na szczęście nie rozumieją słowa nepotyzm i doskonale wiedzą, że pisiewicze, czyli dzieciaki możnowładców, musza gdzieś pracować i jeszcze się tak nie zdarzyło, żeby nie mieli kwalifikacji. Tych ludzi można przekonać, że była premierowa odnosi same sukcesy gdy bierze udział w głosowaniu albo gdy głosują na nią. Tu ludzie wierzą, ze istnieje szczęśliwa i ciepła wyspa, niczym raj na ziemi, Sań Escobar.

Po takim ładunku „rzeczowych” rozmów i wymianie poglądów obie strony tak są naładowane energetycznie, że mogliby odpalić prezydenckie żarówki w jego żyrandolu.

A wracając do marszałkowskiego latania. Gdyby się nad tym zastanowić to na dobrą sprawę nie ma się czego czepiać. Przecież rząd tworzy jedna partia. Na czele wszystkich instytucji państwowych zasiadają tylko jej członkowie. Sejm i senat tez do nich należy. Znaczy się wszystko jest ich…czyli i samoloty. Wyjaśnijmy zatem, że pomysłowy przemyślanin nie latał żadnym rządowym samolotem jeno pisowskim. Lud to rozumie, to nie żadna afera. On nawet gotów za to zapłacić. 😂😂😂😂😂

Powitanie.

Z pompą na ramieniu i emocjami sięgającymi zenitu udałem się wczoraj z wieczora na miejscowy dworzec autobusowy. Sprawdziłem wcześniej, na którym autobus z meksykańską delegacją się ma się zatrzymać. W dobie szybko postępującej prywatyzacji wszelkich usług te autokary maja tyle różnych miejsc zatrzymywania, że czasami trzeba mieć całkiem niezłą orientacje w terenie żeby się nie zgubić. Jeśli jeszcze weźmiemy pod uwagę notoryczne zmienianie nazw ulic, bo przecież nigdy nie wiadomo czy patron ulicy nie podpadł miejscowemu IPN-owi, to zwykle wyjście na dworzec PKS zmienia się aktualnie na wyprawę w miasto z mapami i innymi atrybutami wiedzy o tymże. No zawsze można wziąć taksówkę. W moim przypadku okazało się, że miejsce postoju autobusu nie jest aż tak daleko. Byłbym o tym wiedział, gdyby z tabliczek z nazwami ulic nie popędzono paru przeklętych. To jednak temat na osobny artykuł.

Czas na sprawozdanie poparte materiałem filmowym.

Autokar z delegacją właśnie zawija do portu

Stanowisko, na którym czekałem nie było właściwym. Pojechali trochę dalej.

Najważniejsze, że ten nowy PKS się zatrzymał.

A delegacja w składzie osób dwóch w niezłych humorach zjawiła się zgodnie z zapowiedzią.

Moja Wielkanoc

Nie przepadam specjalnie za świętami tymi na wiosnę i tymi grudniowymi. Dla kogoś żyjącego poza granicami kraju nastrają one zawsze trochę nostalgicznie. Każdy naród obchodzi je trochę po swojemu, serwując swoje dania czy pielęgnując swój sposób celebrowania uroczystości.

Okazuje się, że w Ekwadorze ważniejszy jest piątek niż niedziela. To właśnie ten dzień ma wydźwięk najbardziej rodzinny.

Przeglądałem przewodniki po Ekwadorze. Ze zdumieniem stwierdziłem, że święty tydzień chociaż celebrowany jest na terenie całego kraju już od Palmowej Niedzieli to jednak jedynie piątek jest dniem wolnym od pracy w całym Ekwadorze. Co ciekawsze wiele uroczystości jest specyficzne tylko dla określonych miejs. Inaczej świętują w Quito, inaczej w Guayaqui i jeszcze inaczej w Cuence. Zupełnie inne podejście do tych świąt mają natomiast rolnicy, którzy w tym okresie zachęcają swoje pola i sądy do wydania jak największej ilości plonów.

W największych miastach odbywają się oczywiście wszelkiego rodzaju procesje a największa z nich ma miejsce w stolicy kraju Quito. Obserwuje ją ponad ćwierć miliona mieszkańców miasta i turystów. Przebrani w purpurowe stroje z kapturami pątnicy mają symbolizować grzeszników. Zgodnie z tradycją powinni maszerować tak z łańcuchami u stóp w nadziei na odkupienie. Grzeszne panie natomiast rownież ubrane w purpurowe stroje przemieszczają się w tej procesji na bosaka.

Opisuję to bazując na przewodnikach. Sam tego nie widziałem bo to wymagałoby wycieczki do Quito czyli kilku dni. Jakoś ciśniecie się w takim tłoku do mni nie przemawia.

W Cuence podobno w czwartek ma miejsce tradycja odwiedzania siedmiu kościołów. W piątek natomiast odbywa się wielkanocna procesja. Po niej a może przed nią Ekwadorczycy konsumują tradycyjną zupę pod nazwą fanesca. I tu znowu składniki różnią się w zależności od regionu, jednak musi w niej być dwanaście rożnych ziaren, rożnych zbóż symbolizujących dwunastu apostołów. Inne dodatki to juz kwestia miejsca i wyobraźni.

To wlasnie w piątek ta zupa jest serwowana a całe rodziny biorą udział w celebracji świetego tygodnia. Sobota to najcześciej zabawy i kiermasze na terenie miast i miasteczek by w niedziele złapać trochę oddechu przed zbliżającym się poniedziałkiem, który jest już zwykłym dniem roboczym.

Nie ma w tym wszystkim święconki. Nie ma tez żuru, do którego tak jestem przyzwyczajony. To znaczy na naszym stole był tyle, że bez wędliny bo ta tutaj niewiele mawspolnego z tym do czego jestem przyzwyczajony. Okazało się zatem, że przejście na lekki wegetarianizm przydalobsie w tym momencie.

Nostalgie zabiliśmy natomiast serialem „Daleko od Szosy”, którego obejrzenie wypełniło nam wieczory całego tygodnia. Poczuliśmy się na łonie rodziny. No nie tak całkiem ale chociaż trochę. Reszty dopełnił skype.

Czas karnawału.

Od piątku popołudnia trwa w Ekwadorze karnawał. Nazwa kojarząca się mocno z tym co się dzieje w Brazylii, z tym jednak, że ten karnawał z tamtym niewiele mają wspólnego. Ekwadorski kończy się właśnie dzisiaj i trwał pięć dni.

Organizują jakieś koncerty i jakieś zabawy, generalnie to jednak nie jest impreza w trakcie, której ludziska paradują w strojach takich, że trudno od tancerek oderwać oczy.

Okres ten jest wolny od pracy. W piątek jeszcze pracowali do południa a potem już balanga. W środę mają wrócić do swoich zajęć zarobkowych. Wielu zapewne wróci. Małe firmy jednak pozostaną zamknięte. Dlaczego? Ano chłopy trzeźwieją po pięciu dniach harcowania.

Z tego czego się dowiedziałem to jest to jeden z takich okresów, że władze miast oddają je do dyspozycji ludności. Może nie tyle oddają, co wola się schować i nie brać w tych obchodach udziału. Główna atrakcja tego karnawału jest wylewanie przede wszystkim wody na kogo się da i gdzie się da. Idziesz człowieku po chodniku a tu nagle … jesteś mokry do suchej nitki. Twoja głupota, czyjaś zabawa, chyba, że sam tego szukałeś. Woda jest głównym instrumentem w tej gonitwie za przygodami. Są jednak i inne atrakcje, można na ten przekład oberwać jajem. Tego typu fantazje ponoć jednak mają miejsce tylko na gruncie rodzinnym. Całe familie spotykają się u kogoś kto ma najwiecej przestrzeni i obrzucają się zespołowo czym się da, co oczywiście może ulec rozbiciu, po którym ze środka coś się wylewa. Wojna ponoć trwa na całego, przerywana tylko posiłkami i czymś do dodania sobie odwagi.

Pamiętacie prezerwatywy wypełnione wodą, pękające po uderzeniu o bruk i rozpryskujące się strumieniem wody? To właśnie na tym polega ichni karnawał, oblać kogo się da i czym się da. Stąd pistolety na pianę i wodę idą jak świeże bułeczki, armatki wodne, baloniki i inne przyrządy „rzygające” żelem, wodą, pianą i kto wie czym jeszcze to najbardziej gorące towary.

Ci, którym to nie odpowiada, uciekają z miasta. Staje się ono własnością uczestników karnawałowego szaleństwa.

Parę lat temu, nie zdając sobie sprawy z powagi z jaką traktują owe dni żartownisie, dostałem taką wodną bombą z przejeżdżającego samochodu, pod nogi. Trochę zmokłem. Teraz wolę trzymać się na dystans. Zapraszali mnie też kiedyś na imprezę rodzinną. Niestety coś nam wypadło. Z drugiej strony, dostać jajem…jakoś do mnie nie przemawia. No chyba, że na płazy nudystów 😁😄

Fiesta powoli się kończy. Ludzie potrzebują tego typu możliwości wyżycia się. To dobrze, ponoć, wpływa na nerwy.😀😎

Wczoraj i dzisiaj

Lubię gdy moje dni mają swój rytm zsynchronizowany z moimi potrzebami. Czytam zatem gdy mam ochotę czytać, oglądam gdy mam ochotę oglądać czy piszę gdy mam na to właśnie ochotę.

Nuda mnie nie zżera bo wasze jest coś do zrobienia a jeśli nie, to mogę oddać się moim drobnym przyjemnostką.

Gdy jednak zbliża się godzina druga, zakładam swoje kamasze, kurtkę, czapkę i wychodzę na mój niemal dwugodzinny spacer. Mam swoją trasę a na niej park z małym stawem pełnym kaczek.

Te dwie godziny to mój czas dla siebie. Nic nie słyszę, nikogo nie widzę, czasami nawet gadam do siebie. W trakcie tych spacerów powstają myśli, które stają się potem motywem mojego blogowego wpisu.

Nie inaczej było dzisiaj. Święta i ich atmosfera atakują mnie ze wszystkich stron. Nie czuję tego samego w Ekwadorze. Być może ze względu na lato, które tam właśnie panuje o tej porze roku. Być może dlatego, źe obchodzimy je ostatnio w bardzo skromnym gronie co nie wymusza na nas przechodzenia przez tą całą kawalkadę czynności związanych z ich przygotowaniem.

Ile to już lat minęło od moich ostatnich świąt w Polsce? Takie pytanie zakiełkowało w mojej głowie dzisiaj podczas mojego sam na sam ze sobą.

Liczę raz, liczę drugi, jakoś nie wydawało mi się, źe to aż tyle. No owszem byłem w kraju wielokrotnie ale jeśli dobrze pamiętam to nigdy w grudniu a zatem i nigdy w okresie świąt.

To był listopad 1987 gdy wyruszyłem na podbój świata. Najpierw do Wiednia, potem New Jersey by dotrzeć do Cuenki. Opuściłem trzydzieści dwa polskie grudnie, to więcej niż połowa mojego ziemskiego żywota.

Te pierwsze były zdecydowanie najtrudniejsze. Pompa mocno krwawiła. Sam wsród obcych. Z marzeniami jednak, których materializacja nawet nie zaczęła się krystalizować. Nie było skypów, whattsapów, nie wspominając o telefonach komórkowych. Jedyna możliwość kontaktu była z budki telefonicznej na kartę. Trzeba było się spieszyć z tym co się chciało powiedzieć bo karta wygasała w przyspieszonym tempie. A tyle było do powiedzenia. Dusza wyrywała się klaty rozum jednak twardo stawiał sprawę: teraz albo nigdy. Wybrałem teraz chociaż z bardzo mieszanymi uczuciami.

Co nas nie zabije to nas wzmocni. Po trzydziestu dwóch lat będzie to moja pierwsza wigilia w ojczyźnie. Cieszy mnie fakt bycia znowu razem z rodzicami. Jednak nie czuje tak jak czułem wtedy. I tak pomyślałem sobie, źe pewnie się zmieniłem. Nie ulega watpliwości. Jest jednak drugi aspekt, który dzisiaj na moim spacerku mnie uderzył. Boże Narodzenie to niewątpliwie święta bardzo rodzinne. Niezależnie od tego kiedyś były one rownież swoistą manifestacją jedności nas tutaj w kraju i szczególnie nas emigrantów żyjących gdzieś tam w rożnych zakątkach świata. Dzisiaj już tego nie czuję. Może tylko ja.

Bo pamięć jest najważniejsza

Unoszący się zapach wosku czy to parafiny i igieł sosnowych a może z jodły to moje najodleglejsze wspomnienia Wszystkich Świętych. Świeczki w szklanych różnokolorowych obudowach rozkładaliśmy na grobach a wieniec z gałęzi drzewa iglastego zawieszało się na krzyżu, do którego przymocowana była tabliczka z informacjami o pochowanym. Grób to był na ogół kopczyk, czasami obetonowany dookoła, czasami nie. Zapewne były i grobowce, tego jednak moja pamięć nie utrwaliła. Znakomita większość tych miejsc to był właśnie krzyż i kopczyk. Zarastał taki nagrobek zielskiem wszelkiego rodzaju przez cały rok by mógł być oczyszczony czy wyplewiony parę dni przed samym świętem. By ponownie zarosnąć z przyjściem wiosny i lata. Wciąż czuję ten charakterystyczny zapach palących się świeczek i igliwia z wieńców. Widzę księdza przemieszczającego się między grobami z kropielnicą wraz ze swoimi ministrantami. Było coś podniosłego w całej tej uroczystości do tego stopnia, źe każdy z nas chciał mieć kogoś na cmentarzu.

Główna uroczystość miała miejsce na chwile przed zapadnięciem zmierzchu co dawało dodatkowy efekt świetlnej łuny palących się zniczy. Podobieństwo grobów i ich niemal identyczna dekoracja dawała swego rodzaju poczucie jedności. Oto bowiem zebraliśmy się tutaj by oddać cześć tym, którzy udali się do krainy wiecznych łowów. Tam wszyscy byli równi tak jak te rozświetlone ich groby. Nie czułem specjalnego smutku być może właśnie dlatego, że owa kraina miała coś ciepłego w swoim przesłaniu. Być może jednak samo powaga i znaczenie tego święta jeszcze do mnie nie docierały.

Nie ma już takich miejsc i takich grobów. Nie ma już iglastych wieńców i kolorowych świeczek. Dzisiejszy cmentarz ta marmurowo-granitowe blokowisko. W dniu święta zmarłych, obrzucone stertą sztucznych i prawdziwych kwiatów, obłożone zniczami o przeróżnych kształtach i kolorach. Czy w dzisiejszym czasach wciąż chodzi o pamięć czy to już tylko rytuał podtrzymywany przez producentów wszelkich ozdób nagrobnych? Komercjalizm zżera pamięć, zżera uczucia udając troskę schowaną za świeczką czy innym ornamentem.

Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz. Ja będę skremowany by pozostać częścią ziemskiego prochu. Nie zależy mi na cmentarnym „mieszkanku”. Liczy się tylko pamięć tak długo jak ona trwać będzie.

W Górach Stołowych

Cudze chwalicie, swego nie znacie….jak mówi nasze stare porzekadło. Coraz częściej zaczynam sobie zdawać sprawę jak bardzo mało wiem na temat polskich atrakcji turystycznych. Nie chodzi mi tu wcale o miasta, bo miałem szanse poznać trochę Kraków, Warszawę, Rzeszów i parę innych miast. Bardziej zawsze kręciła mnie natura i właśnie w tym zakresie mam w naszym kraju spore zaległości. Przyjazdy na kilka tygodni, gdy się ma tutaj rodzinę, której nie widziało się latami, nie dają szans na poświęcenie czasu na zwiedzanie. Znam zatem ojczyznę słabo może nawet słabiutko.

Aktualny pobyt też nie zapowiadał żadnych wycieczek. Nazbierało się bowiem trochę spraw do załatwienia. Przy okazji rownież odwiedzenie części krewnych bliższych i dalszych było jednym z punktów pobytowych programu. Wiedziałem jeszcze przed przyjazdem, że będziemy na Dolnym Śląsku, a konkretnie w Kłodzku, gdzie chciałem spróbować jednego z lekarzy praktykujących medycynę alternatywną. Tak się dobrze złożyło, że w tych okolicach mamy paru krewnych i ja, i Luśka. Nawiązaliśmy zatem z nimi kontakt nie licząc na terenowe wyprawy. Tymczasem spotkała nas wspaniała niespodzianka. Kuzyn z Pieszyc pod Dzierżoniowem zafundował nam wycieczkę w Góry Stołowe na ich szczyt zwany Strzelińcem. Nie bardzo wiedziałem czego oczekiwać ale nie miałem najmniejszego zamiaru rezygnować z takiej okazji.

Już sama droga dojazdowa wywarła spore wrażenie. Relatywnie wąska ale po obu stronach lasy i świeże powietrze. Oczy otwierały mi się szeroko a wewnętrznie zbluzgałem siebie, bo przecież kiedyś mieszkałem stąd o rzut kamieniem. No ale to co pod nosem to mało atrakcyjne.

Strzeliniec przywitał nas wyjątkowo dużą ilością weekendowiczów, nie tylko z Polski ale rownież z niedalekich Czech. Świetna atmosfera, piękna pogoda i jeszcze lepsze humory dodawały chęci do ruchu i małej wspinaczki. Samo podejście z postojami krajobrazowymi już było niezapomnianym przeżyciem. Dopiero jednak zejście inna trasą wywołało we mnie wszystkie ochy i achy. Jak to możliwe, że natura tak może ułożyć skały, nie mam zielonego pojęcia, dość jednak powiedzieć, że niektóre przejścia między nimi, z zawieszonym nad głowami olbrzymim skalnym sufitem, przyprawiały o dreszcze. Byłem wręcz zdumiony, że coś takiego może istnieć. Dróżka zejściowa prowadziła przez tunele i pagórki by wreszcie dotrzeć do kilku setek schodków prowadzących do wyjścia. Natura po raz kolejny dała nam niezapomniane przeżycia, które niestety tępota ludzka zdewaluowała. Nie jestem przeciwnikiem alkoholu i nie stronie specjalnie od niego. Napawa mnie jednak obrzydzeniem picie w takim miejscu i do tego na trasie. Banda przygłupów, sądząc z jakichś powodów, że są zabawni, postanowiła upić się nie widokami lecz gorzałką. I to nawet nie było najgorsze, lecz wrzask z jakim chcieli na siebie zwrócić uwagę. Żenujące, zwłaszcza, że na trasie byli też turyści z innych krajów. Bez względu jednak na tą nawiedzoną bandę szczerze polecam Strzeliniec bo warto go zobaczyć. Z chęcią tu wrócę jeśli się uda.

Dzięki Lechu, to była super wycieczka.

Komu w drogę temu czas…

Znowu walizki poszły w ruch. Od pół roku zalegały bezpiecznie schowane w pralni. Dla oszczędności miejsca włożone jedna w drugą o czym kompletnie zapomniałem. Ich ciężar przy próbie ściągnięcia ich z szafek uzmysłowił mi, że coś jest nie tak i wtedy właśnie przyszło olśnienie: jedna w drugiej.

Gdzieś moja tężyzną fizyczna musiała ze mnie wyparować, bo jakoś nie mogłem sobie przypomnieć problemów z ich ulokowaniem tam gdzie stały. A może jednak szwankuje moja pamięć? Lepiej chyba przestanę o tym myślec bo nie doprowadzi to do niczego dobrego.

Lubię podróżować, przemieszczać się z miejsca na miejsce, poznawać nowe. Nie każda jednak podróż właśnie z tym się wiąże. Ostatnio cześciej kursujemy na tej samej linii, która prowadzi z Ekwadoru do Stanów i dalej do Polski. To bardziej wycieczki do rodziny niż zwiedzanie. Z drugiej strony dobrze jest od czasu do czasu przypomnieć rodzince o swoim istnieniu a i samemu sobie odświeżyć pamięć o niej to też nic zdrożnego.

Opanowaliśmy już te loty przez trzy kontynenty. Mamy swoje bazy, jeśli tak to można określić, i w Stanach, i w Polsce. Służą one nam nie tylko jako miejsca postoju ale również składowiska naszych rzeczy przeróżnych w szczególności ciuchów.

Powinno być zatem łatwiej. Nic z tych rzeczy, bo kto by w końcu pamiętał co zostało w „bazie” pół roku temu? Co wziąć, a czego nie zachodzi potrzeba, dręczące pytanie przy każdym pakowaniu. Ekscytacja ze zbliżającej się podróży powoli zaczyna ustępować frustrującym myślą, żeby czegoś nie zapomnieć. Cały wic polega na tym żeby nie wziąć zbyt mało ani za dużo, tylko właśnie w sam raz, zwłaszcza, że zależy nam też na wolnym miejscu w walizkach bo przy każdym powrocie do domu chcemy opróżniać nasze „bazy”, które stają się powoli coraz mniej potrzebne a ich zawartość przestarzała czy niezbyt modna. Z każdym rokiem jest tego coraz mniej. Biorąc jednak pod uwagę, że każdy nasz pobyt to rownież zakupy czegoś tam, co wypełnia bagaże, to opróżnianie szaf z naszych rzeczy nie idzie w takim tempie jak byśmy sobie tego życzyli. To ma być przełomowy rok dla polskiej bazy, zobaczymy. Pewnie zostałaby ona już dawno opróżniona gdyby loty przez Atlantyk pozwalały na dwa bagaże po dwadzieścia trzy kilo na osobę, jak to ma miejsce na przelotach do Ameryki Południowej. To nam ułatwia rozprawienie się z naszymi pozostałościami w Stanach. To takie jednak drobne niedogodności przeprowadzek zwłaszcza tych kontynentalnych.

Niech się dzieje wola nieba, najwyżej czegoś zapomniałem. Dzisiaj wszystko i wszędzie można kupić. Lecimy zatem na spotkanie zimy i śniegu, które w Ekwadorze są nam obce. To też wywołuje we mnie mieszane uczucia. W mojej przestrzeni życiowej nie ma zbyt wiele miejsca na zimę i śnieg, płaszcze i traktory, czyli buty zimowe, czapki i rękawiczki, szaliki i inne ocieplacze. W życiu jednak często tak bywa, że ty swoje, ono swoje.

Niespodziewane zaproszenie.

Po raz kolejny przyszło mi spędzić święta z dala od rodziny. Emigrując często nie bierzemy wszystkiego pod uwagę. Z drugiej strony nawet gdybyśmy brali, to życie i tak spłata nam jakiegoś nieprzewidywalnego figla. Boże Narodzenie to nie jest zwykle święto, przynajmniej w naszej kulturze. Całe rodziny gromadzą się wokół wigilijnego stołu by celebrować narodzenie zbawiciela. Ile z tego wszyscy zgromadzeni wokół tego stołu rozumieją, byłoby ciekawym zapytać. Niezależnie od tego jak głęboko każdy z nas rozumie sens tego dnia, to kreuje on specjalną atmosferę, której im dłużej jesteśmy częścią tym bardziej cieżko jest nam zaakceptować brak w nim naszych najbliższych. Doświadczenie z poprzednich lat pozwala mi być każdego razu mniej emocjonalnym, chociaż nie będę ukrywał, że daleki jestem od bycia całym sobą w skowronkach z tego powodu. Atmosfera świąt w Ekwadorze trochę odbiega od tego do czego bylem przyzwyczajony żyjąc w Polsce czy w Stanach. Przede wszystkim wpływ ma na to pogoda. Temperatura powyżej dwudziestu stopni, dużo słońca i generalnie ciepło nie sprzyja w popadaniu w depresje z byle powodu. Nie czuje się zatem niczego specjalnie podniosłego, chociaż dookoła wszyscy jednak świętują. Jak już wspomniałem to nie mój pierwszy raz z dala od rodziny w tym czasie. Zawsze jednak znalazła się jakaś bratnia dusza dzięki, której nie byłem zostawiony samemu sobie. Tym razem nie wyglądało to zbyt wesoło bo z rożnych powodów moi sąsiedzi ostatnio więcej czasu spędzają w Cuence niż we własnych domach. Kiedy już zasadniczo byłem pogodzony, że moim towarzyszem świątecznym będzie telewizor, okazało się, że jednak jedna rodzina będzie świętować u siebie i z chęcią przyjmą mnie pod swoją strzechę. I jak tu planować? Miałem już odłożone filmy do obejrzenia, a tu masz. Oczywiście propozycja bardzo mnie ucieszyła bo po pierwsze interesuje mnie tutejsza kultura, a po drugie dobrze być wsród ludzi od czasu do czasu. Lucio i Mary to małżeństwo podobne do mojego z trójką dzieciaków i czterdziestoletnim stażem małżeńskim. Jedyny problem to porozumienie bo choć Lucio zna trochę angielskiego, mniej więcej tyle co ja hiszpańskiego, to Mary już wcale. Stany Zjednoczone nauczyły mnie jednak by nie bać się błędów językowych, mieszanka narodów tam mieszkających i sposób wymowy jest tak różnorodny, że gdyby ludzie mieli jakieś opory w tym względzie to byłoby nie sposób żyć i pracować. Posługuje się zatem moim hiszpańskim bez specjalnego zażenowania bo kiedyś wreszcie się go nauczę a konwersacja jest w moim przekonaniu najlepszą metodą. Ustaliliśmy początek wieczerzy na godzinę siódma. Pora ta sama w sobie przywoływała polskie wigilie, bo chyba jakoś tak i my rozpoczynamy tą uroczystą kolację. Wypichciłem się na wyjściowo i z ciekawością i lekką tremą podążałem ku nieznanemu.