Happy birthday Jefa

Jefa czyli szefowa dzisiaj świętuje. Na całym świecie ludzie celebrują urodziny. W naszym kraju tez powoli ta tradycja zaczyna być coraz bardzie popularna. My świętujemy i to, i to. Nasze dzieciaki przejęły po nas te tradycje a córcia dla swojego Juana znalazła już dzień jego imienin.

Nasz pracownik do wynajęcia o wdzięcznym imieniu Pepe wciąż pomaga mi przy konstrukcji pałacu kurzego czyli kurnika. Pozostały już tylko detale. Jak to z nimi była Jefa ma w tym względzie najwiecej do powiedzenia.

Wyglada to tak, że mówi mi co i jak ma być zrobione ja to łamanym hiszpańskim przekazuje Pepe i oboje bierzemy się do roboty. On do końca nie jest pewien wymagań Jefy. Niby skąd skoro ja tłumacze to na łamany hiszpański a on chociaż go rozumie to jednak płynny jest w żargonie cuenkańskim. Tak, tak coś takiego tu funkcjonuje. Zaczynam powoli coraz więcej słów przejmować właśnie od mojego pracownika. Dogadujemy się już całkiem, całkiem.

Gdy wreszcie jakiś detal zostanie skończony pierwsze pytanie Pepe oczywiście jest czy o to chodziło Jefie. Mogę go zapewniać tysiącem słów, że tak, że wszystko je bien bonito czyli bardzo ładne. Na jego twarzy wciąż widać jednak zwątpienie i niedowierzanie. Uśmiech powraca gdy wreszcie Jefa potwierdzi, że praca jest bien bonita. To się nazywa mieć respekt.

Nie przepadam za bukietami z kwiaciarni. Poza tym do miasta mam zbyt daleko. Polazłem więc w krzaki i narwalem czego się dało. Wyszło całkiem, całkiem. Jefa zdaje się być zadowolona.

Nie to żebym liczył na podziw. Na wszelki wypadek jednak zamówień nie przyjmuję.

Wiadomości

Wszyscy albo większość z nas pamięta Dziennik telewizyjny z czasów PRL-u. Obśmiewany nieludzko przez kabareciarzy i wszelkiego rodzaju komików. Ludzie z założenia wiedzieli wtedy, że większość z informacji tam nadawanych nie ma żadnego realnego uzasadnienia. Był czas, że stopień propagandy przekraczał wszelkie granice. Mieliśmy jednak społeczeństwo tego świadome. Nikt nam nie musiał tłumaczyć co jest prawdą a co fałszem. Nie było legalnej opozycji, wolnych środków masowego przekazu a jednak ludzie wiedzieli kiedy ich nabijano w butelkę. Był nawet taki moment, że wychodziliśmy z domu na wieczorny spacer właśnie w trakcie trwania owych wiadomości na znak protestu.

Wydawać by się mogło, że prowadzący tamte wiadomości to ludzie bez ambicji i honoru, i że to ich bezkrytyczne przekazywanie wiadomości trudno kiedykolwiek, komukolwiek będzie przebić, że to już totalne dno.

No i okazało się, że byliśmy w błędzie. Dzisiejsi prowadzący mogliby uczyć tamtych czytaczy wiadomości jak się miesza ludziom w głowach. Zidiocenie z jakim mamy aktualnie do czynienia jest o tyle zastanawiające, że przecież ludzie mają dostęp do alternatywnych źródeł informacji a jednak nie decydują się z tego skorzystać.

Dziwi mnie poparcie dla PiS, nawet jeśli wziąć pod uwagę ich programy socjalne, które tak bardzo przemawiają do ludzi. Dziwi mnie przede wszystkim dlatego, że ludzie tak bardzo krytykujący czasy PRL-u, dzisiaj tak chętnie wyrzekają się szacunku do samych siebie. Nawet tamten system swoim sztandarowym programem propagandowym nie przekraczał tak bardzo, jak to ma miejsce dzisiaj, granic przyzwoitości. To jest najlepszym świadectwem na to, że w zakresie szacunku dla słuchaczy jako ogółu nie traktowano ich jak tępe bydło. Tym co dzisiaj oferują wiadomości, szczerze mówiąc, nawet ówcześni decydenci czuliby się zniesmaczeni i zawstydzeni. Tamta widownia była wymagająca i byle kłamstwa nie kupowała z takim brakiem krytycyzmu jak to ma miejsce dzisiaj. Żenujące.

No Pani Olgo trzeba będzie się z tego wytłumaczyć.

KastaWatch wciąż działa. Czy ktoś wierzy, że Ziobro nie maczał w tym paluchów?

…dla ciemnego luda to rzeczywiście wystarczy.

Póki nie jest za późno

Dzięki działaniom rządzącej partii dość sporą grupę Polaków udało się przekonać do potrzeby wyjścia z Unii. Osobiście myśle, że szybciej nas wyrzucą niż my się z niej wycofamy. Tak czy inaczej jeśli w ten czy w inny sposób do tego dojdzie to będzie to tylko i wyłącznie wina naszych włodarzy. Niestety otrzymali oni od ludu prawo do reprezentowania nas i podejmowania w naszym imieniu najważniejszych decyzji. Ten lud, z przykrością stwierdzam, nigdzie nie był, nic nie widział i co gorsza nic nie pamięta.

Czerpiemy dzisiaj pełnymi garściami z otwartych granic, z możliwości podejmowania legalnej pracy w krajach wysoko uprzemysłowionych, możemy zamieszkać gdzie nam się podoba. Czy ktoś jeszcze pamięta, że trzydzieści lat temu to było niemożliwe.

Przypomnę zatem jak to wtedy było. Paszport był dokumentem znanym tylko z opowiadań. Mało kto go miał, bo mieć go nie można było. Aby wyjechać gdzieś poza demoludy były tylko dwie możliwości – wycieczka albo zaproszenie. To wcale nie gwarantowało otrzymania paszportu. Załóżmy jednak, że go dostaliśmy do ręki. Żeby jednak wyjechać potrzebna była wiza kraju docelowego. Opłaty, rozmowy z konsulem, kolejki przed ambasadami i konsulatami czasami kilkudniowe. Ilu ludzi po kilku dniach oczekiwania nie otrzymywało wiz? Nikt tego nie wie. Musiało być ich jednak dość sporo, skoro Amerykanie tak długo bronili się przed przyznaniem nam bezwizowego wjazdu na ich terytorium z racji jakiegoś tam przelicznika wiz przyznanych do odmów.

Idźmy dalej. Po uzyskaniu paszportu i wizy, potrzebna była karta przekroczenia granicy, bez której nijak wyjechać się nie dało. Tak było. Sam przez ten proces przeszedłem i doskonale to pamiętam.

Naturalną konsekwencją opuszczenia Unii będzie pojawienie się granic i kontrol paszportowych. Załóżmy nawet, że nigdy nie wrócimy do życia bez tych dokumentów w naszym posiadaniu i będziemy trzymać je w domu. Tylko po co one komu jeśli wrócą wizy, których uzyskanie może stać się skomplikowane z uwagi na niechęć całej Europy do naszego kraju.

Nasze dzieci mają dzisiaj możliwości, o których my mogliśmy tylko pomarzyć. Skóra mi cierpnie na myśl o ludziach, którzy tego nie rozumieją, którzy dali sobie wmówić, że wszędzie poza naszymi granicami czyha na nich zło. Tymczasem to oni są dla siebie samych największym złem nienawidząc wszystkiego co im się karze nienawidzieć chociaż nigdy tego nie widzieli.

Święta prawda.

Recepta na szczęście.

Jeszcze dziesięć minut do 2020 w kraju nad Wisłą. U mnie ciagle ponad sześć godzin. Spieszę się bo oto znalazłem receptę na szczęście. Jack sam w sobie jest dobra wróżbą. No i to hasło pasuje do jego szczęśliwej twarzy. Zamierzam się osobiście stosować chociaż łatwo nie będzie.

Za cztery północ w Polsce .. zdążyłem.

Para roku..na wesoło.

Stary rok postanowiłem zakończyć mocnym akcentem. Przyszły na płaszczyźnie politycznej nie zapowiada się zbyt ekscytująco. Chyba, że popatrzymy na to wszystko humorystycznie.

W PRL-u mieliśmy znakomitych kabareciarzy. Ze smutkiem trochę wspominam tamtego Jana Pietrzaka, któremu coś zaszkodziło po dziejowej zmianie. Był jednak doskonały obśmiewając włodarzy tamtego systemu.

Kabaret mam zatem we krwi. Aktualna władza niewątpliwie nie ma poczucia humuru. To banda smutnych oszustów, która na wszelki wypadek wytłukła wszelkie możliwe lustra, żeby się w nich nie oglądać.

W swoim kabaretowym zapamiętaniu postanowiłem dzisiaj spojrzeć na mijający rok i wybrać duet, albo jakąś parę i okrzyknąć ich królem i królową sylwestra.

Z wielu Fbkowych wpisów robię sobie zdjęcia, które potem wykorzystuje do swoich artykułów. Tak będzie i tym razem. Mam fotę Broszki-Kokoszki z Prezesem-Frazesem, mam rewelka zdjęcie Pawły z Piotrem sędziów tzw Trybunału. Szkoda, że Rysiek Kaprysiek przestał być marszałkiem seniorem bo mam jego fotę z Witkiem tzn. Elizabetą, ich jednak musiałem anulować. Agata Niemowa w ukłonie tanecznym z pewnym biskupem też super fota. Niezliczone ujęcia Adriana w kole gospodyń wiejskich też kabareciaste.

Kogo wybrać na parę roku? Ból głowy dopadł mnie okrutniasty. Przeglądam te ujęcia, każde ma coś w sobie i ciężko się zdecydować.

Eureka. Po kolejnym przeglądzie to zdjęcie podbiło i zawładnęło mną całkowicie.

Królewna Engelina i król Antonio Brzoza. Wstyd, że czepiają się wydatków królewny. To nic w porównaniu do kosztów utrzymania Elżbietki z Londynu.

Tosiek to mój ulubiony podmiot rozrywkowy. Gość jest wręcz genialnym bajkopisarzem. Zasłużył się też w wojsku i na policji. Był u mnie we wpisach już szogunem, hetmanem, Tonym Macho czyli naszym Jamesem Bondem i jeszcze kilkoma innymi postaciami. Ta fota jednak bije wszystko co o nim pisałem na tak zwaną głowę. Tosiek z Engeliną J. skradli moją pompę bezdyskusyjnie.

Życzę wszystkim udanej zabawy sylwestrowej i dużo uśmiechu w Nowym Roku. Dbajcie o zdrowie, niestety je mamy tylko jedno.

Trujący sukces

Kilka tygodni temu rząd trąbił o sukcesie naszego premiera związanym z postawieniem się podczas szczytu Rady Europejskiej w sprawach emisji pyłów i zanieczyszczenia powietrza. Cieszy się prezes, prezydent i cała masa specjalistów od propagandy. Cieszą się i ci, którzy z czytaniem mają odrobinę problemów a jedynym autorytetem w tych sprawach, poza przewodnią siłą narodu, jest arb. Jedraszewski.

W Angorze z 23 grudnia ubiegłego roku w artykule „Co trzeba wiedzieć o smogu”, przeczytałem co następuje.

Każdego roku zanieczyszczone powietrze przyczynia się do śmierci 45 tysięcy Polaków, podczas gdy w wypadkach drogowych ginie 3300 osób. Najbardziej zagrożone są dzieci o osoby starsze a normy zanieczyszczeń przekraczane są nawet 600 razy.

Oddychamy najgorszym powietrzem w Unii Europejskiej. W aplikacji o stanie powietrza na trenie naszego kraju, w niektórych regionach można znaleźć ostrzeżenia „lepiej zostać w domu”, albo „ogranicz swoją aktywność do pomieszczeń”. W tej sytuacji wyjście na zewnątrz wiąże się z koniecznością wdychania powietrza, które drapie w nosie i gardle oraz zagraża zdrowiu. Problem dotyczy właściwie całej Polski, choć są regiony, gdzie wprost nie daje się oddychać. Winny temu jest smog. To taka toksyczna mgła, której nazwa wzięła się połączenia angielskich słów smoke (dym) i fog (mgła). Po raz pierwszy zjawisko to doprowadziło do katastrofy ekologicznej w grudniu 1952 roku, kiedy taki smog zawładnął Londynem. Prze cztery dni jego trwania smierć poniosło do dwunastu tysięcy ludzi. Doprowadziło to do uchwalenia ustawy o czystym powietrzu cztery lata później.

Smog najczęściej występuje w okresie jesienno-zimowym. Pojawia się w czasie wyżowej pogody, mglistej i bezwietrznej pogody, kiedy wydobywający się z kominów weglowy pył, dwutlenek węgla i dwutlenek siarki tworzą z mgłą kwaśny aerozol, który uszkadza układ oddechowy i może doprowadzić do niedotlenienia organizmu lub trwałych uszkodzeń oskrzeli.

Przed dziesięciu Laty Rada Unii Europejskiej i Parlament Europejski wydały dyrektywę w sprawie jakości powietrza w Europie. Dyrektywa, znana pod nazwą CAFE (Clean Air for Europe), ustaliła normy dla pyłów zawieszonych PM10 i PM2.5. W przypadku PM10 średniodobowe norma wynosi 50 mikrogramów na metr sześcienny. Problem jednak w tym, że o ile normy są jednolite w całej Unii Europejskiej, to państwom pozostawione decyzje w sprawie ustalenia progów alarmowych. We Francji jest to 70 mikrogramów na metr sześcienny podczas gdy w Polsce ten próg jest skandalicznie wysoki i wynosi 300 mikrogramów na metr sześcienny. Gdybyśmy przyjęli francuskie normy alarmowania dla naszego kraju, to alarm smogowi musiałby obowiązywać w Krakowie aż prze 100 dni w 2017 roku. W tej sprawie Polska, niestety, jest najbardziej liberalnym krajem Unii Europejskiej.

Główną przyczyną smogu jest tak zwana „niska emisja” czyli spaliny pochodzące z kotłów i pieców na paliwa stałe w gospodarstwach domowych. Dotyczy to tak zwanych „kopciuchów”, które nie spełniają żadnych norm a ich liczbę szacuje się na około trzy miliony w całej Polsce. W Łodzi jest ich około 100 tysięcy, w Warszawie 15 tysięcy a Krakowie około 6 tysięcy.

Największe zagrożenie ze strony kopciuchów dotyczy emisji rakotwórczego benzopirenu, związku chemicznego wykazującego duża toksyczność przewlekłą i zdolność do kumulowania się w organizmie. Źródłem tej trucizny w powietrzu jest aż w 87% właśnie niska emisja. Benzopiren powstaje podczas spalania węgla i drewna w niskiej temperaturze. Chodzi tu o temperaturę ogniska na poziomie 300 – 400 stopni C. Im gorszej klasy węgiel tym ta temperatura jes5 niższa. Norma sredniorocznego stężenia benzopirenu wynosi 1ng/m sześcienny. W najbardziej zanieczyszczony miastatach, takich jak Brzeszcze, Nowa Ruda czy Nowy Targ, stężenia te sięgają średniorocznie 15 – 20 ng/m sześcienny. Analizując jednak poziomy miesięczne, okazuje się, źe będą one sięgać 50 a nawet 100 ng/m sześcienny.

Równie groźny jest pył zawieszony PM2.5. Jego niewielkie cząsteczki mogą przedostać się bowiem do krwiobiegu, co w efekcie prowadził do nasilenia objawów astmy, POChP, osłabienia czynności płuc, rozwoju nowotworów płuc, gardła i krtani, zaburzeń rytmu serca, miażdżycy. Norma średniorocznego stężenia PM2.5 wynosi 25 mikrogramów na metr sześcienny. W 2012 roku była ona dwukrotnie wyższa w Krakowie co było rekordem europejskim. Oznacza to, że oddychając takim powietrzem, można czuć się tak, jakbyśmy w ciągu roku wypalili ponad dwa tysiące papierosów.

Zanieczyszczenie smogiem najbardziej groźne jest w warunkach inwersji termicznej, gdy temperatura rośnie wraz z wysokością, dym nie unosi się do góry i zanieczyszczenia kumulują się przy powierzchni ziemi. Sprzyjają temu wysokie ciśnienie atmosferyczne, brak wiatru, wzmożone palenie w piecach zimą a także położenie geograficzne. Dlatego problem dotyczy szczególnie miejscowości w dolinach i kotlinach górskich taki jak chociażby Zakopane czy Nowy Targ.

Polska ma najbardziej liberalne w Europie zasady dotyczące poziomów informowania społeczeństwa o zanieczyszczeniu powietrza. Widać to na przykładzie poziomów dotyczących stężenia pyłów PM10. Jeszcze w 2012 roku o alarmie można było mówić przy poziomie średniodobowe 200 mikrogramów na metr sześcienny. Później podniesiono ten próg do 300 mikrogramów na metr sześcienny. A jak to wygląda w innych krajach? Poziom alarmowy dla Szwajcarii wynosi 100 mikrogramów na metr sześcienny, Finlandii – 80, Włoch – 75, Francji – 70, Słowacji – 150, Czech – 100.

Z powyższego jednoznacznie wynika gdzie ma nasze zdrowie rządząca formacja. Dla mnie jest oczywiste, że bardziej w dolnych częściach ciała niż w sercu. Ponad 40 tysięcy rocznie umiera z powodu chorób związanych z zanieczyszczeniem powietrza a oni twierdzą, że osiągneli sukces. Ja rozumiem, że pięć stów to lepsze niż nic. Za nie jednak zdrowia sobie nie kupicie. Truli, trują i truć będą bo traktują swoich wyborców jak ciemny lud, który czuje się dobrze w tym zabójczym smogu.

Źródło: Angora nr 51, 23 grudnia 2018.

Świąteczne wspomnienia

Czy macie jakieś święta Bożego Narodzenia, które szczególnie utkwiły wam w pamięci? Przetrzątnąłem właśnie zakamarki moich wspomnień. Nie ma tych jedynych niezapomnianych świąt. Pamiętam natomiast niemal wszystkie te pierwsze, które wiązały się z pewnymi zmianami w moim życiu. I to będzie o nich właśnie.

Po naszym ślubie zamieszkaliśmy u moich teściów w Łańcucie. Wyrwany spod opieki mamy i taty miałem mieszane uczucia. Ale dla tej dziewczyny.. Pierwsze święta poza domem. To musiała być jedna z tych zim stulecia. Śnieg opanował całe miasto. Zimno było wręcz nieprzyzwoicie. Śnieg skrzypiał pod stopami. Wtedy posypywali jeszcze piaskiem a nie solą. Prawdziwa zima. W takich warunkach po wigilii udaliśmy się na pasterkę. Zawsze ta msza przemawiała do mnie bardziej niż poranne celebracje następnego dnia. Nastrój pasterki był wtedy bardzo specyficzny. Dla mnie to było coś specjalnie podniosłego. No i to przenikliwe zimno, którego jednak nie czuło się aż tak bardzo. Po bodaj półtorej godzinie gdy msza dobiegła końca stało się to co utkwiło w mojej pamięci. Oto na trąbach długich na kilka metrów zagrali obwieszczając nowinę niczym Wojski, miejscowi wirtuozi. Dźwięk był niesamowity i tak potężny, że nogi mi się w kolanach ugięły. A gdy już ich gra dobiegła końca to niczym właśnie to Wojskiego na rogu granie, miało się wrażenie, że oni wciąż grają choć to tylko echo grało. Byłem jeszcze na kilku pasterskich w Łańcucie. Ta pierwsza była jednak jedyna w swoim rodzaju.

Teraz kilka lat do przodu. Wlasnie opuściłem rodzinne stronę. Znalazłem się w Wiedniu. Zjechałem tam pod koniec listopada czyli miesiąc przed świetami. Pierwsze święta z dala od rodziny. Cieżko było. Jednak moje wspomnienie wiąże się z następnymi świetami. Mieszkałem wtedy razem bodaj chyba z dwunastoma osobami w wynajętym apartamencie. Ścisk panował w nim niemiłosierny. Tak zastały mnie tamte święta. Postanowiliśmy znowu udać się na pasterkę. Wyruszyliśmy na nią pewnie na godzinę przed jej rozpoczęciem. Komunikacja wiedeńska dochodziła niemal w każde miejsce. Trzeba było jedynie się trochę przesiadać. Ta wiedeńska pasterka to było już inne przeżycie. Pełny kościół ludzi ścisk w nim jakby za chwile miał nastąpić koniec świata i tylko to jedyne miejsce miała przetrwać. Nikt jednak na to nie zwracał uwagi. Nagle znaleźliśmy się wszyscy w innym miejscu. Polski kościół, polski ksiądz, polska mowa, polskie kolędy. Wtedy jeszcze instytucja ta nie była partyjnym komitetem i rzeczywiście nas poza granicami jednoczyła. To wtedy po raz pierwszy spotkałem się ze znakiem pokoju. Na hasło przekażcie sobie znak pokoju, ludzie jakby oszaleli. To nie były zwykle uściski dłoni. To było obejmowanie się, to była prawdziwa radość ze znalezienia się wsród swoich. Tego się nie da ani opisać ani opowiedzieć, to trzeba przeżyć.

Zrobiło się przydługo. Nie przepadam za niekończącymi się opowieściami. Odłożę zatem na potem moje pierwsze święta w USA i Ekwadorze.

Ideologie i narzędzia

Coraz bardziej zanikają różnice między systemem, jak wielu lubi mówić, słusznie minionym a tym, z którym mamy do czynienia obecnie. Ludzie lubią pamiętać o brakach w zaopatrzeniu, niemożliwości posiadania paszportu, barku wolności, nomenklaturze stanowisk i temu podobnych zjawiskach tak charakterystycznych dla ówczesnego ładu.

Tamci przywódcy też mieli swoją religie, zwaną socjalizmem. Niektórzy wolą określenie komunizm. Ja jednak sądzę, źe do tego systemu nigdy nie doszliśmy. Ówcześni wodzowie głęboko wierzyli w swoją nieomylność, nadrzędność partii i jej kierowniczą rolę. W ślad za tym podążały przecież określone przywileje w zakresie zajmowanych stanowisk, dostępu do lepszych towarów. Wystarczyło jedynie być po linii, przyklaskiwać partyjnym dyrygentom i głośno mówić językiem politycznej poprawności. Dobrze też było mieć jakieś dojście do kogoś na górze, to zawsze ułatwiało wiele spraw.

Tamten system nie tolerował opozycji, początkowo niszczył ją wszelkimi sposobami a potem utrudniał jej życie zakazami i prawem.

Jak jest dzisiaj? Zmieniła się tylko ideologia lecz narzędzia pozostały te same. Wywalczyliśmy sobie wolność, która dała nam olbrzymie możliwości osobistego rozwoju. Nie potrafimy jej jednak uszanować. Oddaliśmy się znowu w ręce fanatyków i fundamentalistów. Ci jednak są gorsi od poprzedników bo wykorzystują ideologię mocno zakorzenioną w naszej kulturze. Chrześcijaństwo przecież to nic innego jak odmiana ideologii. Wielu uważa, że to ono pozwoliło nam przetrwać najtrudniejsze czasy w naszej historii. Sporo w tym jest prawdy. Dziś jednak stało się ono narzędziem w rękach hipokrytów, cyników i zdewociałych fanatyków. Podobnie jak w Polsce Ludowej, obecna władza w każdy możliwy sposób stara się nam narzucić swój sposób postrzegania świata. Nie toleruje inności, niszczy opozycję wszelkimi jej dostępnymi metodami. Im głośniej krzyczysz z obecną władzą i jej przyklaskujesz, możesz liczyć na szereg przywilejów dostępnych tylko jej najbardziej oddanym członkom. Wykorzystuje się do tego naiwność ludzi głęboko wierzących, dla których garstka klęczących wichrzycieli stała się bohaterami. Tymczasem masy dla tych herosów walki o lepsze jutro, są ni mniej ni więcej tylko mięsem wyborczym. Im ciemniejszy lud tym łatwiej nim manipulować. Lud być może i nie jest aż tak ciemny, boi się jednak przeciwstawić jedynej sobie znanej ideologii. Dodatkowo w każdą niedzielę jest indoktrynowany przez równie cyniczną co władza hierarchie kościelną.

Indoktrynacja i propaganda zabiła w masach samodzielne myślenie. Oddały się one w ręce religijnych fanatyków paradoksalnie jeszcze bardziej zmaterializowanych niż znienawidzeni wyznawcy ideologii komunistycznych.

Masy niestety tkwią w błędnym przeświadczeniu, że postawienie się aktualnie władzy to wyrzekniecie się wiary. Tymczasem winno być odwrotnie, walka z tym establishmentem to walka w obronie wartości chrześcijańskich.