Indianie i dziki

No nic nie poradzę, że lubię Indian. Ukształtował mnie zapewne tak niezapomniany Winnetou. Szlachetny, prawy Indianin ze szczepu Apaczów. Oczytałem się tego ile wlazło. W kinie obejrzałem zapewne wszystkie jego przygody. Kiedyś nawet kupiłem sobie jakieś DVD, tak ku pamięci. Gdy wróciłem do domu byłem bardzo ciekaw jak to odbiorę po tylu latach. „A fu”, wyrwało mi się już na początku gdy, nie tylko biali, ale też Indianie zaczęli szprechać w języku z zza Odry. Póki co Winnetou umarł dla mnie.

Nie znaczy to jednak, że umarli i Indianie.

Oglądałem całkiem niedawno film pt. „Women walks ahead”. Nie mam oczywiście pojęcia pod jakim tytułem i czy w ogóle ten film grano w Polsce. Jest to lekko udramatyzowana historia oparta na faktach. Dotyczy kobiety pragnącej malować a jednym z ludzi, których chciała uwiecznić był sam Sitting Bull, jeden z najbardziej znanych Indian i do tego prawdziwa postać. Był on wodzem szczepu Hunkpapa Lakota i mocno dał się we znaki amerykańskiej armii.

Bardzo ciekawa historia dotycząca końcówki jego życia. Ale rownież i interesująca opowieść o kobiecie starającej przełamać się bariery niechęci i tradycjonalizmu.

Warto obejrzeć bo wiele wydarzeń tu przedstawionych rzeczywiście miało miejsce.

Sitting Bull ma wiele wspólnego z moim Winnetou. Prawy, wyznający proste zasady wynikające z jego wiary w co jest dobre a co złe. Był on symbolem dla ówczesnych Indian stąd biali bali się go jak diabeł święconej wody.

Amerykanie już wtedy myśleli kategoriami dzisiejszych władz naszego kraju. Być może stąd to uwielbienie naszego establiszmentu do amerykańskich metod rozwiązywania problemów. Ponad sto pięćdziesiąt lat temu królowało powiedzenie, że dobry Indianin to martwy Indianin. W przełożeniu na dzisiejsze czasy w Pislandzie, dobry dzik to martwy dzik czy dobra puszcza to puszcza bez drzew.

Trochę to nieludzkie porównanie bo jednak Indianin to człowiek, dzik to zwierze a drzewo to roślina. Metoda eksterminacja jest jednak taka sama i sprowadza się do okrucieństwa, chciwości i nienawiści.

Strach i przemożna wiara białych najeźdźców postrzegająca czerwonoskórych jako coś gorszego doprowadziły do ich eksterminacji i zniszczenia kultury. Gdzieniegdzie można jeszcze znaleźć spadkobierców Indian w Stanach. Są to jednak w większości ludzie już zamerykanizowani, niewiele mający wspólnego z legendą Sitting Bulla.

Podobnymi przesłankami kierują się pomyleńcy przy zwalczaniu dzików. Wyrżną ich w pień a jak w przyszłości ktoś będzie chciał zobaczyć to zwierze to metodą Pawlaka wypastują świnie na czarno i wpuszczą do lasu. Tylko czy lasy jeszcze będą?

Reklamy

Niewzruszony beton

Ten artykuł nigdy nie powinien powstać.

Wczoraj z brutalnością indonezyjskiego tsunami wylazła ohyda wojny polsko-polskiej. Konflikt sięgnął już stopnia, którego sięgnąć nie powinien.

Ktoś stracił życie. Ktoś inny odebrał to życie pod wpływem fali nienawiści jaka przelewa się przez nasz kraj i w jakiej toniemy z dnia na dzień coraz bardziej.

Czy może być coś bardziej przerażającego od sposobu i miejsca dokonania aktu morderstwa na osobie publicznej, od tego co miało wczoraj miejsce w Gdańsku?

Jesli istnieją jeszcze zbrodnie o charakterze lub na polityczne zamówienie, to ta wczorajsza miała wszelkie znamiona takowej. Dewiat, który się tego dopuścił mógł i zapewne miał po temu okazje aby aktu swojej zemsty dokonać gdzieś indziej lub w innych okolicznościach. Nie zrobił tego.

Wybrał moment, miejsce, czas i okoliczności, które rządzący zaimplantowali w jego głowie, świadomie czy nie, to w tej chwili nie ma znaczenia. Zginał przeciwnik polityczny a najwieksza akcja charytatywna o długiej i pięknej historii została splamiona krwią niewinnego człowieka.

Doszło do tragedii, której można było ominąć zapewniając owsiakowej zbiórce minimum środków bezpieczeństwa. Nie zrobiono tego z najbardziej prymitywnych powodów, bo przecież nienawiść do tego należy zaliczyć. Nie wyrażono zgody na coś w czym pławi się człowiek, nie pełniący żadnej publicznej funkcji, będąc zawsze otoczony chmarą ochroniarzy na każdym kroku.

Gdy śmiertelnie ugodzony prezydent walczył wciąż o życia z tego szamba nienawiści już dały się słyszeć głosy oskarżające twórcę WOŚP. Nienawiść w tych ludziach zasiedliła się tak głęboko, że nawet ta tragedia nie zmusiła ich do głębszych przemyśleń.

Ktoś rzekł: Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy.

Ludzie czy to jeszcze nienawiść czy już fanatyzm. Pan Bóg wybrał sobie dewiata aby dojść sprawiedliwości? Toż to przykład oceanu bezmyślności.

Niestety za ten sposób myślenia odpowiada mściciel z Żoliborza i zastępy jego oślepionych władzą przydupasów, którym się wydaje, że to oni są eksluzywnym lekarstwem na wszystkie nasze bolączki. Jak inaczej traktować wypowiedź zainfekowanej bezkrytyczną nienawiścią Pawłowicz, która o Jerzym Owsiaku powiedziała:

„wzbudza w ludziach wielkie negatywne emocje z powodu skrajnie kontrowersyjnej postawy, szerzenia nienawiści i hejtu, poniżania innych jak też z powodu finansowania z puszek działalności ‚pozamedycznej’, a przy tym swej arogancji, że powinien odejść. Od dawna kompromituje sobą samą ideę, jest zakłamany lżąc Kościół i jednocześnie śląc dzieci pod kościoły po datki. Owsiak musi odejść, bo skłócanie przez niego ludzi, szczucie na innych źle się skończy. Owsiak MUSI odejść. Dla dobra sprawy i bezpieczeń[stwa] innych”.

Tą prymitywną wypowiedź mogę tylko spointować słowami klubowej koleżanki Krystyny Pawłowicz, Beaty Mazurek: „módl się i zamilcz”, a od siebie dodam i odejdź w zapomnienie raz na zawsze.

Gołym okiem.

Ni stąd ni zowąd przyszedł mi do głowy Henryk VIII, król Anglii. Wielu z nas zapewne pamięta serial na jego temat i perypetie jego żon. Przejął on schedę z dobrodziejstwem inwentarza, czyli z żoną w tym przypadku po swoim bracie Arturze. Katarzyna Aragońska to była właśnie ta żona. Heniek z numerem 8 koniecznie chciał mieć następcę a Kaśka z Aragonii nijak nie mogła sobie z tym poradzić. Król postanowił unieważnić to małżeństwo. Papież jednak, kiedyś to bała wielka figura, nie zgodził się na to. Niestety król nie znał Marty K. Ona pewnie udzieliłaby mu konkretnych wskazówek jak to zrobić aby papa z Rzymu przychylił się do prośby.

Król to jednak władza. Zerwał więzy z Rzymem, zrobił siebie głową kościoła i dał sobie rozwód. Na nieszczęście Anny Boleyn, następnej żony Heńka, która zapłaciła głową za swą słabość do tronu.

Symbolem Rzymu w Anglii było Opactwo Westminsterskie. Tam koronowano monarchów. Rozzłoszczony Heniek Ósmy pozbawił kościół wszystkich majątków a sam przejął owo opactwo. To dało początek kościołowi anglikańskiemu.

Gdy tak dzisiaj myślałem o królu Anglii, nagle przyszedł mi do głowy ojciec dyrektor. Władcą on narazie nie jest, ale trzyma w swoich rękach opactwo toruńskie. Mało go obchodzą zalecenia Franciszka, przecież wolnoć Tomku w swoim toruńskim domku. Hierarchia kościelna już dawno zrezygnowała z jakichkolwiek uwag pod adresem redemptorysty. Ułożył się z władzą i płynie w jego kierunku strumień kasy nie tylko z ministerstwa do spraw wiary. Gościowi jednak ciągle mało i marzy mu się partia polityczna. Wzorem kościoła anglikańskiego, którego najważniejsi oficjele zasiadają w Izbie Lordów i on wymyślił sobie, czemu nie.

Czas zatem powołać do życia pierwsze w naszym kraju Łopactwo z siedzibą w mieście Toruniu. Na jego czele stanie, a jakże Tadeusz Łopata Pierwszy. Oprze oczywiście swoją wiarę na chrześcijaństwie, bo nie daj Boże żeby lud się zorientował, źe jest inaczej. Łopata Pierwszy, dzięki swojej szkole medialnej czy coś w tym rodzaju „wykształcił” już zapewne pare setek wiernych mu ludzi gotowych do oddania się do dyspozycji tegoż.

No i kto mu zabroni, prezes, Adrian, premier? Toż oni się u niego spowiadają. A może Episkopat? Niby dlaczego miałby wojować z kurą znoszącą złote jajka.

A lud wsłuchany w Radio Maryja, słucha i słucha i wciąż nic nie rozumie, że diabeł nie w Owsiaku.

Sami posłuchajcie jego gołym okiem widocznych urojeń. No chyba, że ja jestem ślepy.

https://memnews.pl/img/56092/rydzyk-o-wosp-bo-rzekomo-na-szpitale-szkoda-gadac-koniecznie-z-dzwiekiem/

Blond czupryna.

Nie wiem dokładnie jaka jest geneza dowcipów o blondynkach. Nie wiem dlaczego niby mają być głupsze od kobiet o innym kolorze włosów. Nigdy nie gustowałem specjalnie w blondynkach, choć skłamałbym, że nigdy żadna nie zrobiła na mnie wrażenia.

Dawno temu pracowałem z jedna taką. Rzeczywiście warunki miała jak na mój gust niezłe i jak to mówią chłopy grzechu warta była. Mężczyźni, wbrew obiegowym wyobrażeniom też maja swoje zasady. Kiedyś rozwiązywaliśmy krzyżówkę. Siedzieliśmy przy stole z ową atrakcyjną blondynką. Ona czytała hasła a my asystowaliśmy, w sile trzech chłopa, z odpowiedziami. Rasa psa, takie była pytanie, pierwsza litera o. Nie czekając na nasze podpowiedzi, koleżanka pospieszyła ze swoją. Ogier walnęła z grubej rury. Nie pamietam czy pasowało czy też nie, dość powiedzieć, że jeden z nas tylko warknął, że trzech siedzi przed nią. Niespecjalnie się speszyła, tkwiąc w przekonaniu, że ogiery między psami też się trafiają.

To tyle z moich personalnych przeżyć z tym kobiecym kolorem włosów. Nigdy potem nie miałem przyjemności z kimś o równie wybujałej wyobraźni choć poznałem jeszcze parę atrakcyjnych pań w kolorze blond.

Jeszce do wczoraj to pytanie o złą sławę blondynek mogło mnie zastanawiać. Wczoraj jednak nastąpił ten punk przełomowy. Przepraszam z góry wszystkie panie blondynki ale gdy zobaczyłem w internecie zdjęcie nabuzowanego prezesa NBP w towarzystwie swoich asystentek to nagle mnie oświeciło. Choć nie wiem co one tam mają pod sufitem, to jednak na czole miały wytatuowany znak PLN, sprawiając wrażenie, że mało je obchodzi co i kto sobie o nich pomyśli. Wyglądały one na owym zdjęciu wyjątkowo tępo, przy czym muszę zaznaczyć, że jeśli ten głupek sprawujący funkcje prezesa myślał, że wyglada jak macho, to mu się już całkiem w głowie zaczadziło. Żałosny prostak bez odrobiny dobrego smaku w towarzystwie równie żałosnych kreatur a wszystkim im, sądząc po zdjęciu, atrybut myślenia zjechał windą w okolice krocza.

Żal mi inteligentnych kobiet z czupryną blond, to zdjęcie było jednak mocno żenujące.

Kończąc, dodam zatem dowcip, który umieściła na swoim blogu anglojęzyczna internautka.

Pewna blondynka nie mogła zajść w ciążę. Wreszcie udało się. Z wielką radością oznajmiła to swojej przyjaciółce. Ta jej serdecznie pogratulowała. Blondynka dodała, że będzie miała bliźniaki. To trochę zaskoczyło jej koleżankę bo to przecież był początek ciąży. Skąd wiesz? Zapytała zatem. Na to blondynka: w zestawie ciążowym była dwa wskaźniki, oba wykazały, że jestem w ciąży.

Ostrożnie panie prezes bo może się okazać, że z tego asystowania będą czworaczki. I idę o zakład, że w to uwierzysz bo wyglądasz nad wyraz jak szejk tyle, że nie tym arabski jeno z owoców w blenderze zrobiony.

Obsługa klienta.

Jedna z anglojęzycznych blogerek umieściła bardzo zabawny wpis. Polega on na śmiesznym zestawieniu znaczenia jednego słowa. Gdy jednak przyjrzymy się praktyce to to zestawienie chociaż wciąż jest śmieszne to jednak jest w nim wiele prawdy.

Owo słowo to service czyli po naszemu obsługa. Miejsc gdzie oferują tego typu działalność jest bez miary. My oczywiście najbardziej przyzwyczailiśmy się do obsługi klienta, którą zapewnia niemal każdy urząd, zakład pracy czy inna instytucja mająca do czynienia ze sprzedażą jakiegoś artykułu czy usługi. Ma ją zatem ZUS, urzędy miejskie, powiatowe, wojewódzkie, urząd skarbowy i temu podobne. Obsługa klienta to też pani za ladą w sklepie, informacje telefoniczne, pracownicy instytucji finansowych czy wreszcie kancelarie adwokackie. Przykładów można by mnożyć.

Na anglojęzycznej wersji Wikipedii wyjaśniają, że ludzie pracujący w tych komórkach mają obowiązek odgrywać służebną rolę wobec klienta. To oni mają się do niego dostosować a nie odwrotnie.

Jest to chyba ogólnie przyjęte rozumienie tego stanowiska pracy.

Ja też tak myślałem aż do przeczytania owego wpisu na blogu, który uświadomił mi, że tę definicję obsługi klienta wielu w niej zatrudnionych widzi trochę inaczej.

Pewnego dnia ktoś podsłuchał rozmowę dwóch rolników. Jeden z nich chwalił się drugiemu, że właśnie kupił byka aby ten mógł obsłużyć jego jałówkę.

Eureka, wreszcie podsłuchujący gość zrozumiał sedno słowa obsługa, które mniej więcej sprawdza się do tego jak wydymać klienta.

Z mojego doświadczenia sprawdza się to dziewięćdziesiąt pięć razy na sto.

Ciekaw jestem innych opinii.

Powitania i pożegnania

Podróżowanie towarzyskie związane z odwiedzaniem rodziny czy znajomych ma zawsze dwa aspekty. Ten z gruntu miły i sympatyczny pełen emocji pozytywnych ma miejsce w dniu przyjazdu. Powitanie to taka chwila, na którą każdy czeka od momentu podjęcia decyzji o przyjeździe. Czekają rownież na nią i ci, których odwiedzamy. Jedni bardziej cierpliwie inni chcieliby przyspieszyć czas aby ten przyjazd nastąpił jak najszybciej. W tej drugiej grupie są niewątpliwie rodzice. A gdy są oni w podeszłym wieku, czas dla nich ma szczególne znaczenie.

Niestety każda wizyta się kończy. Trzeba się spakować i pożegnać. To jest ten właśnie drugi aspekty, który wyzwala zgoła inne emocje. Tym razem pożegnanie miało o wiele szerszy zasięg niż to zwykle bywało. W ubiegłym roku pożegnaliśmy teściową, a teraz jej dom i miasto. Będziemy tu wracać ale już tylko na groby. A i te pożegnaliśmy na bliżej nieokreślony czas.

Mój ostatni spacer przekształcił się w jedno wielkie „do widzenia”. Pożegnałem zatem wszystkie ulice, drogi, przejścia dla pieszych, ścieżki w parku, staw i kaczki wciąż po nim pływające. Uśmiechnąłem się po raz ostatni do drzew w parku i pomachałem do zamku Potockich, który przechodzi generalny remont. Udaliśmy się na cmentarz zapalić jeszcze jedną świeczkę bo pewnie w przyszłym roku nie uda nam się tego zrobić. Nie mówie napewno lecz prawdopodobnie. Wszystkie te chwile były trochę przygnębiające. To jednak nic w porównaniu z żegnania się z rodzicami. Ten moment zawsze przyprawia mnie o palpitacje serca.

Mamcia i tatku, bo tak się do nich odnoszę, to szczególni ludzie w moim życiu. Nie jestem pewnie, z małymi wyjątkami, w tym odosobniony. Nie wierzę w ludzi bez wad. Tak jest i z moimi rodzicami. Czas jednak ma tą właściwość, że wielu z nas zapomina o niesympatycznych momentach, a z jeszcze większa siłą pamięta się te momenty przyjemne. Moi rodzice to rocznik trzydziesty drugi i trzydziesty trzeci. Mają więc już swoje lata. Na każdy mój wyjazd mają to jedno zdanie, które stracą mnie w otchłań beznadziejności: to nasz ostatni raz. Czuje ogarniający mnie bezwład i z reguły moja podróż to podwójna katorga. Tak też było i tym razem. Dotarłem do celu mojej podróży nią wykończony i mentalnie rozbity. Aż do momentu gdy poczułem na swoim ramieniu czyjaś rękę. To był Krystian mój młodszy syn. Koło się zamknęło, nastąpiło powitanie.

Wczoraj i dzisiaj

Lubię gdy moje dni mają swój rytm zsynchronizowany z moimi potrzebami. Czytam zatem gdy mam ochotę czytać, oglądam gdy mam ochotę oglądać czy piszę gdy mam na to właśnie ochotę.

Nuda mnie nie zżera bo wasze jest coś do zrobienia a jeśli nie, to mogę oddać się moim drobnym przyjemnostką.

Gdy jednak zbliża się godzina druga, zakładam swoje kamasze, kurtkę, czapkę i wychodzę na mój niemal dwugodzinny spacer. Mam swoją trasę a na niej park z małym stawem pełnym kaczek.

Te dwie godziny to mój czas dla siebie. Nic nie słyszę, nikogo nie widzę, czasami nawet gadam do siebie. W trakcie tych spacerów powstają myśli, które stają się potem motywem mojego blogowego wpisu.

Nie inaczej było dzisiaj. Święta i ich atmosfera atakują mnie ze wszystkich stron. Nie czuję tego samego w Ekwadorze. Być może ze względu na lato, które tam właśnie panuje o tej porze roku. Być może dlatego, źe obchodzimy je ostatnio w bardzo skromnym gronie co nie wymusza na nas przechodzenia przez tą całą kawalkadę czynności związanych z ich przygotowaniem.

Ile to już lat minęło od moich ostatnich świąt w Polsce? Takie pytanie zakiełkowało w mojej głowie dzisiaj podczas mojego sam na sam ze sobą.

Liczę raz, liczę drugi, jakoś nie wydawało mi się, źe to aż tyle. No owszem byłem w kraju wielokrotnie ale jeśli dobrze pamiętam to nigdy w grudniu a zatem i nigdy w okresie świąt.

To był listopad 1987 gdy wyruszyłem na podbój świata. Najpierw do Wiednia, potem New Jersey by dotrzeć do Cuenki. Opuściłem trzydzieści dwa polskie grudnie, to więcej niż połowa mojego ziemskiego żywota.

Te pierwsze były zdecydowanie najtrudniejsze. Pompa mocno krwawiła. Sam wsród obcych. Z marzeniami jednak, których materializacja nawet nie zaczęła się krystalizować. Nie było skypów, whattsapów, nie wspominając o telefonach komórkowych. Jedyna możliwość kontaktu była z budki telefonicznej na kartę. Trzeba było się spieszyć z tym co się chciało powiedzieć bo karta wygasała w przyspieszonym tempie. A tyle było do powiedzenia. Dusza wyrywała się klaty rozum jednak twardo stawiał sprawę: teraz albo nigdy. Wybrałem teraz chociaż z bardzo mieszanymi uczuciami.

Co nas nie zabije to nas wzmocni. Po trzydziestu dwóch lat będzie to moja pierwsza wigilia w ojczyźnie. Cieszy mnie fakt bycia znowu razem z rodzicami. Jednak nie czuje tak jak czułem wtedy. I tak pomyślałem sobie, źe pewnie się zmieniłem. Nie ulega watpliwości. Jest jednak drugi aspekt, który dzisiaj na moim spacerku mnie uderzył. Boże Narodzenie to niewątpliwie święta bardzo rodzinne. Niezależnie od tego kiedyś były one rownież swoistą manifestacją jedności nas tutaj w kraju i szczególnie nas emigrantów żyjących gdzieś tam w rożnych zakątkach świata. Dzisiaj już tego nie czuję. Może tylko ja.

Trzy dowcipy.

Zachęcony pozytywnym oddźwiękiem po historyjce z karniszem postanowiłem ponownie zabić zasłyszanymi żartami.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Pewnego dnia zostałam zaproszona na wyjście z koleżankami. Obiecałam mężowi, że będę w domu o północy.

Godziny mijały i nagle okazało się, że jest 3 w nocy. Trochę wypita ruszyłam do domu. Gdy tylko weszłam do środka zegar z kukułką zaczął wybijać godzinę. Zakukał 3 razy. Zorientowałam się, że mój mąż pewnie się obudzi, więc zakukałam jeszcze 9 razy. Byłam z siebie bardzo duma, że wpadłam na tak genialny pomysł. Mimo iż byłam totalnie nawalona, potrafiłam dojść do tego, że 3 kuknięcia plus 9 kuknięć równa się 12 – północ!

Następnego ranka mąż spytał się, o której wróciłam. Powiedziałam, że o północy. Nie wydawał się być zdenerwowany. Pomyślałam, że mi się upiekło. Wtedy jednak powiedział:

– „Potrzebujemy nowego zegara”.

Gdy zapytałam dlaczego, stwierdził:

Widzisz, dziś w nocy, kukułka zakukała 3 razy, potem – nie wiem jak to zrobiła – krzyknęła ‚O kurwa!’ Znów zakukała 4 razy, zwymiotowała w korytarzu, zakukała jeszcze 3 razy i padła na podłogę ze śmiechu. Kuknęła jeszcze raz, nadepnęła na kota i rozwaliła stolik w salonie. A potem, powaliła się koło mnie i kukając ostatni raz – puściła głośnego bąka i szybko zaczęła chrapać…”

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Wnuczek na stole w pokoju zostawi buteleczkę z pigułkami LSD.

Gdy wrócił do domu buteleczka zniknęła. Spytał babci czy jej nie widziała.

Na to babcia z miną mocno spiętą i oczami rozbieganymi i z miotłą w rękach

A co ty mi zawracasz głowę jakimiś pigułkami kiedy po mojej kuchni smok szaleje.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Pytanie do nauczycieli: po czym się drapiecie.

Prawidłowa odpowiedź

Nauczycielki po przerwie

Nauczyciele po dzwonku.

Nienawiść i pogarda

W tegoroczne święta będziemy gośćmi. Nie znaczy to jednak, że nic nie przygotujemy na tą okazje w sensie jakiejś potrawy. Znaczy to jednak, że obejdzie mnie wiele obowiązków przedświątecznych. Na ten przykład choinka. Jej ubieranie nie należy do moich przyjemności. Zawsze te wredne światełka się zaplątują i odkręcenie tego draństwa, źle wpływa na mój stosunek do całego świata, który i tak działa mi nerwy. A potem jeszcze trzeba znaleźć tą jedną żarówkę, która się spaliła i przez nią dwadzieścia pięć innych się nie świeci. Koniec świata, jak mówił Pawlak.

W tym roku mnie to obejdzie. Dzięki czemu mogę żyć w świecie literatury wszelakiej. Wpadła mi w ręce ostatnio książka, wywiad Joanny Podsadeckiej z ks. Janem Kaczkowskim pt: „ Dasz Radę”.

Sporo słyszałem na jego temat. To jeden z tych księży, który swoim życiem zasłużył sobie na mój szacunek. Nie ze wszystkimi jego poglądami się zgadzam. Gdyby jednak kościół chociaż w przybliżeniu kierował się tym czy w swojej wierze kierował się ksiądz Kaczkowski to nasza ziemia byłaby napewno lepszym miejscem.

Jedno z pytań i odpowiedź na nie polecam wszystkim hierarchom kościoła ze szczególnym uwzględnieniem obłąkanego pseudo duchownego z Torunia.

Czy nie razi, Cię zawłaszczanie religii przez polityków?

Razi mnie, kompletnie się z tym nie zgadzam. Kościół nie jest ani lewicowy, ani prawicowy, powinien być Chrystusowy. Jest skandalem i obłudą granie na przykład wizerunkiem Chrystusa do swoich doraźnych, bardzo krótkowzrocznych celów. Im mocniejszy sojusz tronu z ołtarzem, tym gorzej dla ołtarza. Nie ma nic gorszego dla kościoła niż sytuacja, gdy staje uprzywilejowany. Kościół najlepiej się rozwija, kiedy jest minimalnie prześladowany. Gdy w czasach komuny spotykały go ze strony państwa różne nieprzyjemności, społeczeństwo stało za nim murem. Kiedy jednak społeczeństwo zobaczy, że duchowieństwo korzysta z przywilejów, które mu zostały niepotrzebnie przyznane, może się pojawić problem. Polacy są przekorni, pamietajmy.

Ten wywiad dotyka wielu zagadnień i jak już wspomniałem nie ze wszystkim się zgadzam. Uzasadnienia takiego a nie innego poglądu księdza na omawiany temat nie mają jednak charakteru, że tylko on ma racje, bardziej wynikają z jego wiary i przemyśleń.

W książce ks. Jan Kaczkowski zacytował wiersz, który wydaje mi się wart zastanowienia, bez względu na przekonania.

Każdy Twój wyrok przyjmę twardy

Przed mocą Twoją się ukorzę

Ale chroń mnie, Panie, od pogardy

Przed nienawiścią strzeż mnie Boże

Wszak Tyś jest niezmierzone dobro

Którego nie wyrażą słowa

Więc mnie od nienawiści obroń

I od pogardy mnie zachowaj

Co postanowisz niech się ziści

Niech się wola Twoja stanie

Ale zbaw mnie od nienawiści

I ocal mnie od pogardy, Panie

Autorem wiersza jest Nataniel Tenenbaum. Niby takie oczywiście. A jednak.

U nas tak się tym przejęli, że aż stworzyli Instytut Pogardliwej Nienawiści.

Zemsta doskonała

Być może ta opowiastka jest znana. Ja jednak przeczytałem ją po raz pierwszy. A, że mi się spodobała to i na bloga sobie ją przeflancowałem.

Pewna kobieta, krótko po rozwodzie, spędziła pierwszy dzień smutna, pakując swoje rzeczy do pudeł i walizek, a meble do wielkich skrzyń. Drugiego dnia przyszli i zabrali jej rzeczy i meble. Trzeciego dnia usiadła na podłodze pustej jadalni, włączyła spokojną muzykę, zapaliła dwie świece, postawiła półmisek z dwoma kilogramami krewetek, talerz kawioru i butelkę zimnego białego wina i przystąpiła do konsumpcji, aż już więcej nie mogła. Gdy skończyła jeść, w każdym pokoju rozmontowała pręty karniszy, pozdejmowała z końców zatyczki i do środka włożyła połowę krewetek i sporą porcję kawioru, po czym ponownie umieściła zatyczki na końcach karniszy. Potem zrezygnowana cicho wyszła i pojechała do swojego nowego lokum. Gdy mąż wrócił do domu, wprowadził się z nowymi meblami i z nową dziewczyną. Przez pierwsze dni wszystko było idealne. Jednak z czasem dom zaczął śmierdzieć. Próbowali wszystkiego! Wyczyścili, wyszorowali i przewietrzyli cały dom. Sprawdzili, czy w wentylacji nie ma martwych myszy i wyprali dywany. W każdym kącie powiesili odświeżacze powietrza. Zużyli setki puszek sprayów odświeżających. Nawet wykosztowali się i wymienili wszystkie drogie dywany. Nic nie działało. Nikt nie przychodził do nich w odwiedziny, robotnicy nie chcieli pracować w domu, nawet służąca się zwolniła. W końcu były mąż kobiety i jego dziewczyna zdesperowani musieli się wyprowadzić. Po miesiącu nadal nie mogli znaleźć nikogo, kto zechciałby kupić cuchnący dom. Sprzedawcy nie chcieli nawet odbierać ich telefonów. Zdecydowali się wydać ogromną sumę pieniędzy i kupić nowy dom. Eks-małżonka zadzwoniła do mężczyzny w sprawach rozwodu i zapytała go, co słychać. Odpowiedział, że dobrze, że sprzedaje dom, ale nie wyjaśniając jej prawdziwej przyczyny. Wysłuchała go ze spokojem i powiedziała, że bardzo tęskni za domem, i że porozmawia z prawnikami, aby uporządkować sprawy w papierach w taki sposób by odzyskać dom. Mężczyzna, sądząc, że jego eks nie ma najmniejszego pojęcia o smrodzie, zgodził się odstąpić jej dom za jedną dziesiątą rzeczywistej ceny, o ile ona podpisze umowę tego samego dnia. Przystała na to i w ciągu godziny dostała od niego papiery do podpisania. Tydzień później mężczyzna i jego dziewczyna stali w drzwiach starego domu, patrząc z uśmiechem, jak pakowano ich meble i wsadzano na ciężarówkę, by zabrać je do nowego domu…łącznie z karniszami.

Źródło: http://www.wiesz.net.pl