Był sobie las

Był kiedyś las

W nim trawa po pas

I drzewa radosne

Nie tylko na wiosnę

Szumiące wesoło

I sarny wokoło

I zwierz wszelaki

Rodzące krzaki

I grzybów tysiące

A ptaki na łące

Śpiewały donośnie

Co dzień to głośniej

To solo, to chórem

A gdybyś chciał piórem

To ująć w papierze

To powiem ci szczerze

Dla mnie zbyt trudne

Bym piękno tak cudne

Opisać był w stanie

Próżne gadanie

I tak w symbiozie

W gorącu i w mrozie

Płynęło tu życie

Aż kiedyś o świcie

O wschodzie słońca

Dobiegła końca

Jak zbita szklanka

Owa sielanka

Bo przyszła szarańcza

Co wszystko wykańcza

Niszczy bezmyślnie

Zniknęły już liście

Ogarnął płacz drzewa

I ptak już nie śpiewa

Już nikt nie pamięta,

Że żyły zwierzęta

W tym leśnym kraju

Podobnym do raju

Zły król szarańczy

Swych tylko niańczy

Dzięki tej tłuszczy

Nie ma już puszczy

Zostały wyboje

I każdy o swoje

Walczy jedzenie

Zaszczute jelenie

Szukają strawy

Lecz nie ma już trawy

Rosnącej bujnie

Szarańcza czujnie

I ją zniszczyła

Gdy się bawiła

W rządzenie lasem

Pomyśl więc czasem

Krajanie drogi

Jak bardzo srogi

Los nam szykuje

Kto nie buduje

Lecz niszczy zawzięcie

On gorszym zwierzęciem

Niż ta szarańcza

Co wszystko wykańcza

Reklamy

Zamieszanie w Kaczystanie

W Kaczystanie

Zamieszanie

Prezes kombinuje

Jak tu uratować szuje

Partii członek

Jak skowronek

Umiłował loty

Jak sam prezes koty

Zmoczył nimi dupę

Bo całą chałupę

Zabierał na trasę

Nie za swoją kasę

Władza deprawuje

I chamstwem skutkuje

Teraz mu wypada

By się wyspowiadać

Myślisz pewnie komu?

Prezesowi w domu!!

Suweren za głupi

I go łatwo kupić

Jak nie loty, to nagrody

Bez narodu zgody

Przyłapani, się kajają

Lecz kasiory nie oddają

By ugłaskać nację

Wymyślili więc donacje

Tym co władzę popierają,

Ich wyborców wspomagają

I tak się zamyka koło

Złodziej w kraju ma wesoło

Wspólną kasę okradają

Tylko swoim ją oddają

Lecz to jest wyborców wina,

Że ta farsa rodem z kina

Wielu wciąż nie brzydzi

Chociaż każdy widzi

Głosuj więc idioto

Na chciwca co złoto

Ze stołu zlizuje

A tobie funduje….miskę ryżu.

Numer 666

Tak, tak to juz 666 wpis na moim blogu. Długo myślałem komu go poświecić ze względu na oczywiste korelacje. Tylko żartowałem, nie miałem złudzeń kto zasługuje na to wyróżnienie.

A któż to taki:

Ma wzrost byle jaki

Żałosnej postury

W głowie ma dziury

Wciąż tylko knuje

Na innych żeruje

I choć jest chu..ltajem

Trybuna udaje

Lud okłamując

I kraj nasz rujnując

Otoczon zbirami

Co ofiarami

Są swej chciwości

I własnej podłości

Z nimi wciąż szczuje

I lud swój buntuje

Wraz z innym hu..sytą

Z Torunia bandytą

Skumał się szczerze

Mówiąc pacierze

Pełne wrogości

Do wszelkiej inności

Znany z łupieżu

Na swym kołnierzu

Charakter ma czarny

I chłop zeń marny

Kobiet unika

Woli wybzykać

Lud ze swym krajem

Co mu się udaje

Ma przezwisk wiele

Dla jednych jest zerem

Dla innych cesarzem

Ci zrobią co każe.

Co dotknie, zepsuje

Strach nim kieruje

Bo wie, że chu…liganem

I marnym tyranem

Stał się dla wielu

Czy wiesz przyjacielu

O kim tu piszę?

Daj się usłyszeć

O kapocie i głupocie

Postanowiłem dać Wam chwile odpocząć od moich ekwadorskich opowieści i pomęczyć Was chwile moimi rymowankami.

Natenczas Jaro

Chwycił swą szarą

Zimową kapotę

Co jego biedotę

Podkreślać miała

Egzamin zdała

Owa kapota

Bo ludu głupota

Jest bezgraniczna

I równie cyniczna

Jak człek ów mały

Co dla swej chwały

Mędrca udaje

W rządzeniu krajem

Zbudź się ciemnoto

Pod tą kapotą

Oszust się kryje

Co dla nas szyje

Dług ponad miarę

Który za karę

Płacić będziemy

Gdy po nim na ziemi

Jak po Stalinie

Pamięć przeminie

Krystyny i Beaty dziewczyny taty.

Czy pamiętacie Rudiego Schubertha i Wały Jagiellońskie? Czepiła mnie się ostatnio Monika, dziewczyna ratownika jak rzep psiego ogona. Nie szło się od niej odczepić. Jej ciało opalone, niczym nie osłonione stało mi przed oczami jako żywe. Uciekłem zatem w swój tekst tej piosenki. I mam spokój.

Przy okazji na chwile coś innego niż Ekwador.

Przed sejmem tłum jest gapiów, to fani są światłości

Wrzaski głośne podnoszą na widok jej jasności

I w amok wszystkich wprawia, gdy swe wygina kości

A jak się już porusza, portki chłopom wybrzusza

Krystyno ach Krystyno Jarkową tyś dziewczyną

Pół sejmu ciagle marzy, że coś się zdarzy

Twa tusza wszystkich wzrusza a strój porusza

Gdy w talii się napinasz, Krystyna, Krystyna, Krystyna

Pewnego razu w parlamencie, poseł co był zwierzęciem

Spotkał się z nią na stronie i dostał w skronie

Marszałek miał baczenie, ostatnie swoje tchnienie

Wydał parlamentarzysta, z życia już nie skorzysta

Krystyno ach Krystyno Jarkową tyś dziewczyną

Pół sejmu ciagle marzy, że coś się zdarzy

Twa tusza wszystkich wzrusza a strój porusza

Gdy w talii się napinasz, Krystyna, Krystyna, Krystyna

Uwaga, uwaga, tu mówi prezes

Posłowie w ławach rządowych

Do Afryki jest bliżej z lotniska w Radomiu

Poseł z częścią nogi w nazwisku, proszę mnie nie drażnić

Powtarzam, proszę mnie nie drażnić. Prosiłem

Won mi teraz z partii.

Gdy sesja się skończyła, sala już uwierzyła

Krystyna to nie Monika, nikt jej nie będzie bzykał

I mieć jej nigdy nie będzie, Jarosław jest wszędzie

A gdy ktoś się odważy, to łotra się usmaży

Beato ach Beato, Jarek kocha cię za to

Żeś była jego wieszczem i kimś tam jeszcze

On kocha twoją broszkę choć już znoszoną troszkę

Boć on jak tata, Beata, Beata, Beata

https://youtu.be/i4iUFoO-G74

Życie codzienne.

Życie codzienne

Jest bezimienne

Rano się budzisz

Trochę marudzisz

Gdy zegar dzwoni

Jeszcze się bronisz

Lecz po próżnicy

Głos połowicy

Z łóżka wygania

I do śniadania

Wzywa łagodnie

Wciągasz więc spodnie

Sen z oczu zmywasz

Przed sobą skrywasz

Że powtarzalność

Morduje witalność

I z tego powodu

Nie czujesz głodu

Z domu wybiegasz

Sobie przyrzekasz,

Że czas na zmianę

Inaczej się staniesz

Kolejnym robotem

Zniszczonym gruchotem

Bez uczuć i woli.

Przywykłym do doli

Dnia codziennego

Choć nie chcesz tego

Sił już brakuje

Bezwolnie kupujesz

Na życie rozpiskę

Patrząc na miskę

Wczorajszej zupy

Gdy do chałupy

Wracasz po pracy

Jak inni rodacy

Dość masz myślenia

Swoje pragnienia

Odkładasz na potem

By sen co złotem

Jest w takiej chwili

Się nie pomylił

I ciałem zawładnął

Nadchodząc nareszcie

On w swoim geście

Da zapomnienie

I czas na wytchnienie

Spoczynek dla głowy

Bo jutro dzień nowy.

Handlarz duszami

Wyszedł Tadek przed kaplice

By odświeżyć mózgownice

Od myślenia łeb mu pęka

Wielka zżera go udręka

Bo mu kasy wciąż brakuje

Gdy wydatki swe sumuje

Zanim wkroczył na ulicę

Spojrzał jeszcze na tablice

Gdzie bezdomni się wpisują

Ile jutro mu darują

Lecz i tutaj brak jest datków

Wyssał wszystko z babć i dziadków

Już nie może na nich liczyć

Bo gotowi go rozliczyć

Wpadł na pomysł zatem przedni

Do pomocy wciągnie biednych

Ich jest w kraju wielka siła

Na nich partia się wybiła

Ta co teraz dzieli groszem

Więc pieniędzy pełne kosze

Niechaj ślą mu i to szybko

On ich przecież złotą rybką

Biedni to jest moc Tadkowa

Oni boją się tak jego słowa

Że głosować będą jak im każe

On im za to niebo podaruje w darze

Bo potrafi on handlować

Straszyć oraz szantażować

Jeśli szukasz dusz handlarza

Do Torunia cię zapraszam

Dobra piosenka o niedobrych ludziach.

Domyślam się, że sprofanowałem ten utwór. Ale nich tam skoro już sobie go po swojemu przetłumaczyłem

Wiem, wiem nie jest to modlitwa

Wiem, wiem rządzi nami sitwa

Wiem, wiem na jej czele stoi

Wiem, wiem człowiek co się boi

Wiem, wiem czego nie rozumie

Wiem, wiem chowa się za tłumem

Wiem, wiem swoich małych ludzi

Wiem, wiem po co ma się trudzić

Władzę mają same trutnie

Okłamując nas okrutnie

Cechą dla nich wspólną jest głupota

Jak nie kretyn to znowu idiota

Prześcigają się w swojej tępocie

Aby w tyłek wleźć pewnej miernocie

Która chce być wielkim wodzem

Niszcząc wszystko na swej drodze

Wiem, wiem Jaro rządzi w kraju

Wiem, wiem Rysiek jest na haju

Wiem, wiem Krycha je na sesjach

Wiem, wiem żarcie to jest jej obsesja

Wiem, wiem marszałków jest dwoje

Wiem, wiem obaj to opoje

Wiem, wiem Tosiek pali skręty

Wiem, wiem przez co jest nadęty

Władzę mają same trutnie

Okłamując nas okrutnie

Cechą dla nich wspólną jest głupota

Jak nie kretyn to znowu idiota

Prześcigają się w swojej tępocie

Aby w tyłek wleźć pewnej miernocie

Która chce być wielkim wodzem

Niszcząc wszystko na swej drodze

Wiem, wiem Witold świat odkrywa

Wiem, wiem w San Escobar bywa

Wiem, wiem u nas wykpiwany

Wiem, wiem tam jest dobrze znany

Wiem, wiem Janek rządzi w lesie

Wiem, wiem czasem coś przyniesie

Wiem, wiem przyszedł raz z kopertą

Wiem, wiem i stał się legendą

Władzę mają same trutnie

Okłamując nas okrutnie

Cechą dla nich wspólną jest głupota

Jak nie kretyn to znowu idiota

Prześcigają się w swojej tępocie

Aby w tyłek wleźć pewnej miernocie

Która chce być wielkim wodzem

Niszcząc wszystko na swej drodze

Wiem, wiem sądy nie istnieją

Wiem, wiem ludzie z kraju wieją

Wiem, wiem bezprawie kraj toczy

Wiem, wiem otwierają oczy

Wiem, wiem od gór aż po morze

Wiem, wiem Bóg nam więc pomoże

Wiem, wiem bowiem Jarku w niebie

Wiem, wiem dość już mają Ciebie.