Uzależniony.

Z twarzą głupią swym wyrazem

Stoi Jędrek przed obrazem.

Wpatrzon w niego w uniesieniu

Ręce wznosi w uwielbieniu

Na obrazie pana swego widzi

I choć Jędrkiem on się brzydzi

Ten go sławić będzie zawsze

Nawet gotów jest się zaprzeć

Swej rodziny oraz wiary

I uwierzyć w kocie czary

A maszkarze z malowidła

W zadek z chęcią by bez mydła

Wlazł i chętnie tam zamieszkał

Choć to dupa rzezimieszka

Czy ludowi zatem dziwić się wypada,

Że w człowieku, który kraj okrada

Widzi swego w nim patrona

I za niego gotów byłby skonać?

Z powyższego mi wynika,

Że kraj łatwo jest wybzykać

Zwłaszcza gdy masz w Belwederze

Prymitywne nader zwierze

Co to przeszło przez tresurę

Nawet nie wie, źe jest szczurem

Takie były początki

Lecz już po chwili,

A dzisiaj

Kulisy nominacji

I znowu Antoni

Jędrka pogonił

Pogroził mu palcem,

Że przy nim on malcem

Co tylko udaje,

Że jest buhajem

Choć nawet w oborze

Niewiele może

Wie o tym Tosiek

I ma go w nosie

Już raz go olał

I do przedszkola

Wysłał Jędrusia

By się wysiusiał

Wszyscy się śmiali

I duzi, i mali

Że miast być wodzem

Przy Antka nodze

Jak pies warował

I za nim się chował

Gdy się połapał,

Że wyszedł na capa

Zaczął coś szczekać,

Żeby nie zwlekać

Odwołać dziada

Bo wojsku zagłada

W oczy zagląda

Gdy on go dogląda.

Z zemstą w swym głosie

Odszedł więc Tosiek

Cierpliwie czekając

By powracając

Przeczołgać Jędrka

Niech jego ręka

Znów go wyniesie

Po życiu w lesie

I dopiął swego

Antek dlatego

Że ma układy

Nie od parady

Zna też prezesa

Co robi za biesa

Wlazł mu do ucha

I z Sejmu fucha

Się mu dostała

A z Jędrka wała

Obaj zrobili

Gdy targu dobili

Rzecz niepojęta

Miast prezydenta

Mamy partacza,

Który wyznacza

Dna coraz nowe

I czynem i słowem

Dajmy kopniaka

Masy są chciwe

Zazdrosne i mściwe

Więc wybierają

Tych co im dają

Darmowe życie

I kasę na picie

Wie o tym złodziej

Niby dobrodziej

Co szuka poparcia

Bo mało mu żarcia

I sam jest chciwy

Zazdrosny i mściwy

Wespół z masami

Chce rządzić nami

I pewnie będzie

Póki narzędziem

Lud w jego rękach

Budżet już pęka

Kochane masy

Juz wkrótce kasy

Dla was zabraknie

Bo pan co kradnie

Myśli o sobie

Wmawiając tobie,

Że jest odwrotnie

Ostanie spodnie

Przegrywasz ludzie

Wierząc obłudzie

Kłamcy i łgarza

Co ciągle powtarza

Jak lud jest głupi

Że dał się kupić

Pustym sloganom.

Tym zimnym draniom

Co nas skłócili

I przeciwstawili

Dajmy kopniaka

Na drogę ziemniaka

I pięćset złotych

I niech do roboty

Zmuszeni zostaną

Gdy władać przestaną

I poczytajcie jeszcze to.

http://netinfo24.pl/2019/10/11/prezydent-nowej-soli-odpalil-bombe-jego-wpis-wywolal-poploch-w-pis-tak-ostro-jeszcze-nie-bylo/

Datki i zwierzęta z klatki

Nie bój się wolności ludu

To jeden z największych cudów

Jaki otrzymaliśmy ostatnio

By żyć w pokoju i dostatnio

Nie bądź jak ciemne masy,

Które wszystko zrobią dla kasy

Nawet swą wolność oddadzą

Serce i dusze sprzedadzą

Pieniądze nie trwają wiecznie

Niewolnictwo zaś bezsprzecznie

Czy znacie zoologiczne ogrody?

Tam miast na łonie przyrody

Żyją zwierzęta zniewolone

Swej wolności pozbawione

Latami tak były tresowane,

Źe nie potrafią już żyć same

Bo wolność jest umysłu stanem

I nie będziesz już swym panem

Gdy zdasz się na swego tresera

On w środkach nie będzie przebierał

Byś trwał w nieświadomości,

Że już nie żyjesz na wolności

Temu służą właśnie rządowe datki

Byś myślał żeś nie zwierz z klatki

Gdy tymczasem jesz z pańskiej ręki

Zawodząc, dzięki ci panie, dzięki

A gdy pan ów wszystkich nas zniewoli

Miską ryżu i szczyptą soli

Najeść nam się będzie kazał

I nie będzie wtedy zważał

Na nasze wolności pragnienie

Ono już tylko wspomnieniem

I archaicznym słowem

Co zaśmieca każdą głowę

W naszych umysłach pozostanie

Bo każde tak się kończy branie

Przywilejów od oszusta

Że gdy państwowa już jest pusta

Kasa, budżetem również zwana

To choć byś padał na kolana

Przed tym swoim panem

Teraz jesteś zwykłym chamem

Bo pan dając coś tobie

Przede wszystkim myśli o sobie

I gdy wolność mu swą sprzedawałeś

Niewolnikiem jego się stałeś

Na wzór znanego wszystkim jelenia

Któremu zakazano myślenia

Był sobie las

Był kiedyś las

W nim trawa po pas

I drzewa radosne

Nie tylko na wiosnę

Szumiące wesoło

I sarny wokoło

I zwierz wszelaki

Rodzące krzaki

I grzybów tysiące

A ptaki na łące

Śpiewały donośnie

Co dzień to głośniej

To solo, to chórem

A gdybyś chciał piórem

To ująć w papierze

To powiem ci szczerze

Dla mnie zbyt trudne

Bym piękno tak cudne

Opisać był w stanie

Próżne gadanie

I tak w symbiozie

W gorącu i w mrozie

Płynęło tu życie

Aż kiedyś o świcie

O wschodzie słońca

Dobiegła końca

Jak zbita szklanka

Owa sielanka

Bo przyszła szarańcza

Co wszystko wykańcza

Niszczy bezmyślnie

Zniknęły już liście

Ogarnął płacz drzewa

I ptak już nie śpiewa

Już nikt nie pamięta,

Że żyły zwierzęta

W tym leśnym kraju

Podobnym do raju

Zły król szarańczy

Swych tylko niańczy

Dzięki tej tłuszczy

Nie ma już puszczy

Zostały wyboje

I każdy o swoje

Walczy jedzenie

Zaszczute jelenie

Szukają strawy

Lecz nie ma już trawy

Rosnącej bujnie

Szarańcza czujnie

I ją zniszczyła

Gdy się bawiła

W rządzenie lasem

Pomyśl więc czasem

Krajanie drogi

Jak bardzo srogi

Los nam szykuje

Kto nie buduje

Lecz niszczy zawzięcie

On gorszym zwierzęciem

Niż ta szarańcza

Co wszystko wykańcza

Zamieszanie w Kaczystanie

W Kaczystanie

Zamieszanie

Prezes kombinuje

Jak tu uratować szuje

Partii członek

Jak skowronek

Umiłował loty

Jak sam prezes koty

Zmoczył nimi dupę

Bo całą chałupę

Zabierał na trasę

Nie za swoją kasę

Władza deprawuje

I chamstwem skutkuje

Teraz mu wypada

By się wyspowiadać

Myślisz pewnie komu?

Prezesowi w domu!!

Suweren za głupi

I go łatwo kupić

Jak nie loty, to nagrody

Bez narodu zgody

Przyłapani, się kajają

Lecz kasiory nie oddają

By ugłaskać nację

Wymyślili więc donacje

Tym co władzę popierają,

Ich wyborców wspomagają

I tak się zamyka koło

Złodziej w kraju ma wesoło

Wspólną kasę okradają

Tylko swoim ją oddają

Lecz to jest wyborców wina,

Że ta farsa rodem z kina

Wielu wciąż nie brzydzi

Chociaż każdy widzi

Głosuj więc idioto

Na chciwca co złoto

Ze stołu zlizuje

A tobie funduje….miskę ryżu.

Numer 666

Tak, tak to juz 666 wpis na moim blogu. Długo myślałem komu go poświecić ze względu na oczywiste korelacje. Tylko żartowałem, nie miałem złudzeń kto zasługuje na to wyróżnienie.

A któż to taki:

Ma wzrost byle jaki

Żałosnej postury

W głowie ma dziury

Wciąż tylko knuje

Na innych żeruje

I choć jest chu..ltajem

Trybuna udaje

Lud okłamując

I kraj nasz rujnując

Otoczon zbirami

Co ofiarami

Są swej chciwości

I własnej podłości

Z nimi wciąż szczuje

I lud swój buntuje

Wraz z innym hu..sytą

Z Torunia bandytą

Skumał się szczerze

Mówiąc pacierze

Pełne wrogości

Do wszelkiej inności

Znany z łupieżu

Na swym kołnierzu

Charakter ma czarny

I chłop zeń marny

Kobiet unika

Woli wybzykać

Lud ze swym krajem

Co mu się udaje

Ma przezwisk wiele

Dla jednych jest zerem

Dla innych cesarzem

Ci zrobią co każe.

Co dotknie, zepsuje

Strach nim kieruje

Bo wie, że chu…liganem

I marnym tyranem

Stał się dla wielu

Czy wiesz przyjacielu

O kim tu piszę?

Daj się usłyszeć

O kapocie i głupocie

Postanowiłem dać Wam chwile odpocząć od moich ekwadorskich opowieści i pomęczyć Was chwile moimi rymowankami.

Natenczas Jaro

Chwycił swą szarą

Zimową kapotę

Co jego biedotę

Podkreślać miała

Egzamin zdała

Owa kapota

Bo ludu głupota

Jest bezgraniczna

I równie cyniczna

Jak człek ów mały

Co dla swej chwały

Mędrca udaje

W rządzeniu krajem

Zbudź się ciemnoto

Pod tą kapotą

Oszust się kryje

Co dla nas szyje

Dług ponad miarę

Który za karę

Płacić będziemy

Gdy po nim na ziemi

Jak po Stalinie

Pamięć przeminie

Krystyny i Beaty dziewczyny taty.

Czy pamiętacie Rudiego Schubertha i Wały Jagiellońskie? Czepiła mnie się ostatnio Monika, dziewczyna ratownika jak rzep psiego ogona. Nie szło się od niej odczepić. Jej ciało opalone, niczym nie osłonione stało mi przed oczami jako żywe. Uciekłem zatem w swój tekst tej piosenki. I mam spokój.

Przy okazji na chwile coś innego niż Ekwador.

Przed sejmem tłum jest gapiów, to fani są światłości

Wrzaski głośne podnoszą na widok jej jasności

I w amok wszystkich wprawia, gdy swe wygina kości

A jak się już porusza, portki chłopom wybrzusza

Krystyno ach Krystyno Jarkową tyś dziewczyną

Pół sejmu ciagle marzy, że coś się zdarzy

Twa tusza wszystkich wzrusza a strój porusza

Gdy w talii się napinasz, Krystyna, Krystyna, Krystyna

Pewnego razu w parlamencie, poseł co był zwierzęciem

Spotkał się z nią na stronie i dostał w skronie

Marszałek miał baczenie, ostatnie swoje tchnienie

Wydał parlamentarzysta, z życia już nie skorzysta

Krystyno ach Krystyno Jarkową tyś dziewczyną

Pół sejmu ciagle marzy, że coś się zdarzy

Twa tusza wszystkich wzrusza a strój porusza

Gdy w talii się napinasz, Krystyna, Krystyna, Krystyna

Uwaga, uwaga, tu mówi prezes

Posłowie w ławach rządowych

Do Afryki jest bliżej z lotniska w Radomiu

Poseł z częścią nogi w nazwisku, proszę mnie nie drażnić

Powtarzam, proszę mnie nie drażnić. Prosiłem

Won mi teraz z partii.

Gdy sesja się skończyła, sala już uwierzyła

Krystyna to nie Monika, nikt jej nie będzie bzykał

I mieć jej nigdy nie będzie, Jarosław jest wszędzie

A gdy ktoś się odważy, to łotra się usmaży

Beato ach Beato, Jarek kocha cię za to

Żeś była jego wieszczem i kimś tam jeszcze

On kocha twoją broszkę choć już znoszoną troszkę

Boć on jak tata, Beata, Beata, Beata

https://youtu.be/i4iUFoO-G74

Życie codzienne.

Życie codzienne

Jest bezimienne

Rano się budzisz

Trochę marudzisz

Gdy zegar dzwoni

Jeszcze się bronisz

Lecz po próżnicy

Głos połowicy

Z łóżka wygania

I do śniadania

Wzywa łagodnie

Wciągasz więc spodnie

Sen z oczu zmywasz

Przed sobą skrywasz

Że powtarzalność

Morduje witalność

I z tego powodu

Nie czujesz głodu

Z domu wybiegasz

Sobie przyrzekasz,

Że czas na zmianę

Inaczej się staniesz

Kolejnym robotem

Zniszczonym gruchotem

Bez uczuć i woli.

Przywykłym do doli

Dnia codziennego

Choć nie chcesz tego

Sił już brakuje

Bezwolnie kupujesz

Na życie rozpiskę

Patrząc na miskę

Wczorajszej zupy

Gdy do chałupy

Wracasz po pracy

Jak inni rodacy

Dość masz myślenia

Swoje pragnienia

Odkładasz na potem

By sen co złotem

Jest w takiej chwili

Się nie pomylił

I ciałem zawładnął

Nadchodząc nareszcie

On w swoim geście

Da zapomnienie

I czas na wytchnienie

Spoczynek dla głowy

Bo jutro dzień nowy.