Pogoda dla bogaczy

Świat nie idzie w dobrym kierunku. Dysproporcje, konflikty, nienawiść, egoizm, hipokryzja plenią się z szybkością światła. W szczególnie przerażającym tempie pogłębiają się różnice w posiadaniu. Milionerzy to już średniacy. Elita to miliarderzy kontrolujący całe państwa za pomocą lobbystów.

Angora z 11 listopada ubiegłego roku podaje ich rozmieszczenie. Na koniec 2017 roku na świecie było 2158 miliarderów, których majątek stanowiło 8,9 biliona dolarów. Najwiecej z nich żyło w Ameryce Północnej czyli w Stanach i Kanadzie bo aż 631. Przeciętny majątek to nieco ponad 5 miliardów na twarz. W Europie rządzą Niemcy, kto by pomyślał, że to przegrana w II wojnie światowej nacja. Mieszka tam 123 miliarderów, którzy kontrolują 579 miliardów dolarów. W Wielkiej Brytanii żyje 54 miliarderów a dalej idą Włosi 43, Francją 40, Szwajcarią 36. W naszym kraju mamy ich sześciu i w 2017 roku ich majątek był szacowany na 13.8 miliarda zielonych. W Rosji było ich 101 a na Bliskim Wschodzie 52. W tej dziedzinie największe postępy poczyniły Chiny. W 2000 roku żył tam tylko jeden miliarder. W 2017 było ich już 318 a ich majątek szacowano na 1,12 biliona dolarów. W porównaniu z 2016 rokiem wzrost o 39 %. Gdy dołożymy do tego Tajwan, Hongkong i Makau to ilość chińskich miliarderów zwiększy się do 475. Na tym tle Japonią prezentuje się dość ubogo ze swoimi 35 miliarderami. Ponoć super bogaczy przybywa co roku, tak samo jak i super nędzy.

Najbogatsi oczywiście z nami nie podróżują. Ale już milionerów można spotkać na pokładach samolotów. Oni nie podróżują oczywiście w klasie ekonomicznej. Dla nich linie lotnicze mają klasę pierwszą. Taki bilet lotniczy to w zależności od dystansu minimum sześć tysięcy dolarów a jeśli ktoś leci z Chicago do Hongkongu to koszt biletu zbliżony jest do 70 tysięcy złotych. W najnowszych samolotach pierwsza klasa oferuje trzypokojowy apartament z salonem, sypialniane podwójnym łóżkiem i łazienkę z prysznicem. Z Abu Zabi do Nowego Jorku można się przelecieć za jedyne 32 funtów brytyjskich w jedną stronę. Nic tylko latać. W tych lotach dla krezusów przodują linie Emirates, British Airwais, Lufthansa, Singapore, Cathay Pacific, Air France i Qantas. LOT póki co stara się utrzymać na powierzchni.

Jeśli już stać nas na taki lot to na miejscu czeka na nas hotel a w nim apartament, o którym nikt nie wie bo jest on tylko dla ludzi z określonym, portfelem. The Retreat at the Blue Lagoon pod Rejkiawikiem to pięciogwiazdkowy hotel, który ma 62 ogólnie dostępne apartamenty i ten jeden tylko dla specjalnych gości. Jedna doba to jedyne 40 tysięcy polskich patroli. Masz człowieku za to trzykrotnie większą powierzchnie, dwa piętra, kuchnie, jadalnie, ukryty taras, saunę, spa, sypialnie z ogromnym łożem. Jest on przy tym usytułowany przy ukrytej części laguny, można więc pływać samemu i nie być przez nikogo widzianym. Apartament ma osobne wejście a niedaleko znajduje się lądowisko, można zatem z lotniska przeflancować się na miejsce helikopterem w kilka minut.

Wkrótce wybieram się w podróż. Wcisną mnie w klasę ekonomy bo przecież tacy podróżnicy jak ja to nie są ludzie tylko upierdliwi pasażerowie. Z nogami na szyi jakoś wytrzymam te osiem godzin. Najważniejsze, że na miejscu mam dach nad głową.

Źródło Angora Nr. 45, 11 listopada 2018.

Reklamy

Podział na klasy w Ekwadorze

Żeby do końca być szczerym na temat krainy arów i hektarów, czyli mojego obecnego miejsca zamieszkania postaram się teraz podzielić swoimi spostrzeżeniami na temat ludzi. To oni w znacznym, stopniu determinują nasze samopoczucie zwłaszcza gdy mieszkamy poza granicami swojej ojczyzny.

Będę oczywiście trochę generalizował ale to wynik moich doświadczeń. Nie znaczy zatem, że wszyscy są tacy sami, tak padło na mnie, ot co.

Ekwador podobnie jak większość krajów świata dzieli się na trzy klasy, bogaci średniacy i zjadacze chleba. Z bogatymi jest jednak inaczej niż w krajach uprzemysłowionych. Tutaj to nie są pojedynczy ludzie a raczej całe rodziny. To taka pozostałość systemu kolonialnego, kiedy jedna czy parę rodzin posiadało niemal całe państwo.

To co ja mam to pewnie skromne kieszonkowe członków owych rodów. To oni w sporej mierze determinują politykę aczkolwiek w coraz mniejszym stopniu. Swoistą grupą są oczywiście politycy. Przeciętnie inteligentny Ekwadorczyk sam przyzna, że największą bolączką tego państwa jest korupcja. Nie ma zatem w tym zakresie zbytnich różnic. Obecny prezydent ściga swojego poprzednika bo coś tam podobno wykrył. Dodam tylko, że obaj byli członkami tej samej partii i kiedyś obecny był wiceprezydentem czyli zastępcą tego, którego teraz ściga. Taka zabawa dużych chłoptasiów w dorosłych mężczyzn.

Rząd wie, że jest niedoskonały, stąd aby zapewnić sobie jednak nieomylność na wszystko, ponoć, powtarzam ponoć, nie można go krytykować w mediach. Politycy mogą sobie nawzajem wytykać brudy, krytyka medialna natomiast musi mieć swoje granice.

Z racji swoich możliwości finansowych moje kontakty ograniczają się przede wszystkim do klasy średniej i do zwykłych zjadaczy chleba. Średniacy mają w tym gronie sporą przewagę bo mówią po angielsku w przeciwieństwie do dolnych warstw społecznych. Wolę jednak te ostatnie bo to dzięki nim mój hiszpański robi postępy. Średniacy wolą ulepszać swój angielski i tu już mamy konflikt interesów. Robię za nauczyciela a sam niewiele od nich mogę się nauczyć. Ci na dole gwiżdżą na angielszczyznę i wymagają ode mnie hiszpańskiego. No i jak ich nie lubić? Przecież ja chce być poliglotą i szprechać to znaczy hablować w paru językach w tym w iberyjskim przede wszystkim. Mojej córki teściowie tylko hablają i póki co nijak z nimi nie mogę się dogadać. Idzie jednak ku lepszemu. Mamy dorywczego pracownika który używa tylko castelliano czyli hiszpańskiego i on robi za mojego nauczyciela. Problem tylko w tym, że jak mówią moi sąsiedzi, hiszpański Don Pepe to niekoniecznie nawet ekwadorska odmiana tylko taki lokalny żargon. Będzie zatem ciekawie, bo z tym mam największą styczność. Dodatkowo gość jest głuchy jak pień prawie i często muszę powtarzać mu coś kilka razy zanim wreszcie jesteśmy na tej samej stronie. Kiedyś słuchała nas jego córka. Nie pamietam już szczegółów ale wyszło jakoś tak, że ja mówiłem o pogodzie a on przyznał, że jego krowa ostatnio daje mniej mleka. Córka warknęła powalającym śmiechem a ja zgodziłem się na mniej mleka jutro. Trzeba wiedzieć, że Don Pepe dostracza nam świeże mleko wydojone ledwie parę minut temu. Oprócz tego Jose czyli Pepe jest naszą złotą rączką do prac na zewnątrz. Osiem godzin czegokolwiek od pracy na grządkach po budowanie muru z kamieni to dwie dychy zielonych. Da się zatem wytrzymać.

Lubię te moje z nim rozmowy, mają one swój klimat i nigdy nie wiem do czego doprowadzą.

Ludzie z tej warstwy z racji swoich dochodów mało, jeśli gdziekolwiek, gdzie byli, jeszcze mniej widzieli. W swoich poglądach dość prości i szczerzy do bólu. Polska dla mojego Pepe to kraj gdzieś na końcu świata gdzie trzeba lecieć zapewne kilka tygodni. Wypytuje mnie jednak często jak to w tej Polsce ludzie żyją, czy jest podobnie, jak jest drogo takie tam najbardziej przyziemne pytanka wynikające przede wszystkim z jego życiowego doświadczenia.

To tyle o ludziach z dołu. O średniakach następnym razem.

Czas budowy.

Czas start. Dom za pół roku. My w tym czasie ciągle pracowaliśmy gdzieś tam daleko od miejsca budowy. Musieliśmy zdać się na naszego architekta i budowlańca w jednej osobie. Ustaliliśmy warunki przelewów, które miały następować po zakończeniu kolejnej fazy budowy. Postępy miały być poparte zdjęciami.

Nie było to oczywiście najszczęśliwsze rozwiązanie ale w tym konkretnym momencie nasze opcje były mocno ograniczone. Słyszeliśmy sporo opowieści o wirtualnych budowach, takich, które powstawały tylko na podstawie zdjęć z innych placów budów by wyciągnąć pieniądze od inwestorów. Czuliśmy jednak, że naszym ludziom możemy zaufać.

Nasz plan działał. Otrzymywaliśmy zdjęcia co jakiś czas, pokazujące postępy. W zamian my przesyłaliśmy kolejny raty. Zdjęcia nie pozostawiały żadnych zastrzeżeń co do budowy i jej miejsca. Nasi znajomi jakby przeczuwali nasze obawy zatem każda fotografia zawierała również panoramę okolicy.

Budowa niestety przedłużyła się, co nie do końca było winą architekta. Pora deszczowa skutecznie ograniczała jego działalność w związku z czym harmonogram musiał ulec korekcie. Nam to nawet pasowało, bo zaplanowaliśmy nasz przyjazd, znając tutejsze realia, z dwumiesięcznym opóźnieniem. Mimo to budowa w dalszym ciągu trwała.

Nie mogliśmy, z uwagi na nasze zobowiązania za wielką wodą, pozostać do zakończenia. Ono przesuwało się coraz bardziej, co nie robiło nam wielkiej rolnicy bo na tym etapie nie byliśmy gotowi na przeprowadzkę.

W trakcie tego pobytu postanowiliśmy jednak urządzić tradycyjną parapetówkę. Tutaj to wyglada inaczej. Zaprasza się bowiem nie tylko znajomych ale również wszystkich robotników budowlanych, którzy brali udział w realizacji naszego przedsięwzięcia. Mam wrażenie, ze w sumie było mniej więcej sześćdziesiąt osób. Impreza ta nazywa się tutaj Łasipaczana. Nie znam pisowni, więc to jej fonetyczny wygląd. Ma ona dwa cele do spełnienia. Pierwszy to podziękowanie robotnikom za trud włożony w budowę. Drugi to oczywiście uwolnienie miejsca od wszystkiego co złe. Stąd wszyscy robotnicy muszą być zaproszeni bo ten niezaproszony mógłby rzucić na nas jakiś urok. Nie tyle na nas co oczywiście na nasz dom.

Impreza nie mogła się odbyć bez alkoholu. Miałem wreszcie przyjemności poznać ichnią wódkę pod nazwą Zhumir. Robi się to na bazie trzciny cukrowej, zatem jest lekko słodkawe. Ma swoje czterdzieści oczek ale ponieważ jest słodkie to ich aż tak bardzo nie czuć. Mieszają to z colą co powoduje, że się to świetnie pije niczym soczek. Zwala z nóg niespodziewanie, o czym sam się przekonałem. Dotrwałem do końca biesiady, mocno jednak “zmęczony”.

Po zakończeniu imprezy wszyscy już wiedzieli co to znaczy „na zdrowie”, a ja poznałem hiszpański odpowiednik czyli Salud.

No to na zdrowie i salud.

Drugi kubeł zimnej wody.

Ten tekst zdecydowałem się napisać jako polemikę do notki Blogerki Caffe pod tytułem „A dzisiaj kubeł zimnej wody”, link poniżej.

W komentarzu do powyższej publikacji, poprosiłem autorkę o umożliwienie napisania mi odpowiedzi, bo nie chciałem zajmować zbyt wiele miejsca w tej przestrzeni. Dzięki Caffe za zgodę. Jeszcze raz zaznaczam, chciałbym żeby to była polemika czyli prezentacja poglądów i nic więcej.

A zatem do meritum.

Temat, który poruszamy to temat rzeka. W tym konkretnym przypadku osobiście wiedzę dwa aspekty, na które chce się wypowiedzieć. W swoim tekście autorka podaje kwotę jaką wydają na reklamę firmy produkujące medykamenty bez recepty i suplementy diety. Cyfra rzeczywiście powala. Żeby jednak wyrobić sobie do tej kwoty prawidłowy stosunek, ja osobiście chciałbym wiedzieć ile pieniędzy wydają firmy farmaceutyczne na wszelkiego rodzaju promocje swoich leków, dostępnych tylko na receptę. Ile kasy idzie na bonusy dla lekarzy, którzy często ponad lek lepszy dla pacjenta, przepisują coś na czym zarabiają więcej. Ile szmalu idzie na tych wszystkich sprzedawców kręcących się po klinikach i zachęcających ordynatorów do stosowania ich leków, oczywiście nie za darmo.

Medycyna i lecznictwo wywołują dzisiaj wiele kontrowersji. W dobie tak olbrzymiego postępu w tej dziedzinie, osobiście zwalają mnie z nóg kwoty niektórych zabiegów. Czy to jeszcze jest lecznictwo, czy już tylko opieka nad uprzywilejowanymi. Co ma zrobić pacjent, który musi czekać latami w kolejce na swój zabieg? Dlaczego wiele szpitali wybiera procedury, które bardziej im się opłacają z finansowego punktu widzenia? Czy to wciąż jest lecznica czy fabryka ukierunkowana na zysk? Co ma robić chory, gdy go się traktuje w ten sposób? Ano szukamy alternatyw. Suplementy w tym kontekście, to pierwsza rzecz, która przychodzi wielu do głowy. Stąd też pojawiają się wszelkiego rodzaju alternatywni lekarze stosujące naturalne, i nie tylko, medykamenty. Daleki jestem od dawania rad. Testuje wiele rzeczy na sobie . Jedne się sprawdzają inne nie. Nie będę reklamował tych, które mi pomogły i zniechęcał do tych, które mnie zawiodły. W moich podróżach po alternatywnych lekarzach widziałem pacjentów, którzy byli zachwyceni wynikami leczenia, które mi niewiele dały. I odwrotnie.

Odbiegłem jednak od tematu. Nie ukrywam, że jestem zwolennikiem medycyny alternatywnej, dlatego bronię jej tutaj. Przede wszystkim jednak z powodu zbyt powierzchownego przytoczenia jej wydatków na reklamę. Ta kwota może się okazać śmieszna gdybyśmy mogli ją porównać z kosztami wszelkiego rodzaju promocji i lobbingu jakie ponoszą firmy farmaceutyczne.

Aspekt drugi notki Caffe to reklama. Ta dziedzina i mnie napawa obrzydzeniem. Niestety wyglada na to, że od tego już nie ma ucieczki. Firmy reklamujące wszelkiego rodzaju badziewie zarabiają na tym krocie. To oczywiście nie jest ich wina ale nas samych, którzy ulegają psychozie wszelkiego rodzaju nowinek, wyprzedaży czy innym specjalnym promocjom. I w tym kontekście chciałbym mieć możliwość porównania kosztów reklamy suplementów z na przykład z kosztami reklamy specyfików … upiększających. Kremy nawilżające, odmładzające, spulchniające, likwidujące, na pryszcze, na zmarszczki, pod oczy, na szyje. Albo szampony do włosów, suchych, tłustych, na łupież, żeby błyszczały, lśniły w słońcu, nie kleiły się po wymyciu. Perfumy, dezodoranty, kremy do golenia i po goleniu, pachnidła. Ile kasy idzie na reklamę wszelkiego rodzaju wódeczności i napojów alkoholowych, promocje mody z próżnymi celebrytami w roli głównej. Że nie wspomnę o samochodach i cudownych napojach, jak choćby Pepsi czy Coca Cola, których właściwości już znamy a oni i tak pakują fortuny w reklamę.

Te miliardy wydane przez firmy produkujące suplementy mogłyby wiele dobrego zrobić ale te tryliony wydawane przez światowych graczy w rożnych gałęziach i dziedzinach mogłyby zlikwidować jeśli nie wszystkie to napewno większość problemów całej ludzkości.

Świat niestety jest brutalny i ma w poważaniu głodujących. Mnie też to wkur…ia.

https://blogcaffe.wordpress.com/2019/02/15/a-dzisiaj-kubel-zimnej-wody-and-now-a-dash-of-cold-water/

Tramwaj, dom i zgadywanki

Cuenca już od ponad czterech lat to jeden wielki plac budowy. Gdy bodaj w 2013 roku ogłoszono śmiały plan konstrukcji linii tramwajowej, opinie były bardzo podzielone. Ciekawe, że turystom ta idea bardzo przypadła do gustu, w przeciwieństwie do miejscowych. Ci drudzy znając tutejsze realia pewnie wiedzieli od samego początku, że termin skończenia inwestycji to opowiastka wyssana z palca miejscowych polityków. Takiego doświadczenia nie mieli rzecz jasna ci, którzy się tutaj osiedlili w związku z czym ich wiedza na temat terminów oddania czegoś tam do użytku była oczywiście ograniczona. Cuenkanie rzeczywiście mieli racje. Planowany trzyletni okres zakończenia budowy przedłużył się juz o dwa lata i ma mieć miejsce w tym roku a konkretnie w listopadzie. Jak zwykle opóźnienia w tej części świata na ogół wynikają z gdzieś tam rozpływających się pieniędzy. Sądzę, że to nie tylko problem Ekwadoru bo państwowe pieniądze rzeczywiście mają wielu chętnych, niekoniecznie mających dobre chęci, stąd zapewne wstępne kalkulacje tego typu zamierzeń finansowanych przez państwo powinny być pewnie o kilkadziesiąt procent większe. W kolejce po nagrody stoją często nawet ci, którzy nie wiedzą nic ani na temat inwestycji, ani na jakikolwiek temat. Nieprawdaż pani premier? Nie inaczej sprawy miały się z cuenkańską linią tramwajową. Pieniędzy zabrakło jeszcze przed skończeniem połowy inwestycji. Podobno źle dokonano obliczeń, ale co bardziej światli mieszkańcy Cuenki wiedzą, że przeleciały one przez dziurawe kieszenie miejscowej władzy. Budowa zatem trwa i wyglada rzeczywiście na to, że w tym roku doczekamy się jej końca. Dwie główne ulice starego miasta powoli zaczynają wracać do użytku. Cieszy to szczególnie właścicieli wszelkiego rodzaju małych sklepików od restauracyjek począwszy a na pamiątkach skończywszy. Dla mnie największą udręką instalacji linii tramwajowej były ciagle zmieniające się trasy autobusów. Pozamykane ulice powodowały, że nigdy nie miałem pewności czy dojadę do celu, czy też pan kierowca będzie zmuszony gdzieś skręcić i już więcej nie wróci na trasę, którą powinien jechać. Ot taka nowa gra loteryjna: zgadnij gdzie jedziemy. To nawet było fajne bo poznałem nowe zakamarki miasta. Mniej mnie jednak to bawiło gdy wracałem do domu bo i tym razem autobus zatrzymywał się dość często w innym miejscu oferując mi kolejną zabawę, tym razem pod tytułem zgadnij gdzie się dzisiaj zatrzymuję. Wygląda jednak na to, że będę miał to już za sobą a miasto coraz bardziej zaczyna przypominać mi miejsce, które tak bardzo przypadło mi do gustu kiedyś tam, całkiem niedawno temu. I tylko moja „willa” zdaje się nie pojmować, że mam dość wszelkiego rodzaju zgadywanek szczególnie z zakresu „zgadnij co dzisiaj nie będzie działać”. Jak to jednak mówią, koło domu zawsze jest coś do zrobienia. Będę się musiał chyba z tym pogodzić.

Płatni patrioci

Niejednokrotnie na moim blogu wypowiadałem się na temat zasadności istnienia chyba najbardziej poronionej instutucji hucznie zwanej Instytutem Pamięci Narodowej. Nie mam watpliwości, że pracują tam historycy szkoleni przez wielkiego znawcę naszych dziejów Antoniego z Macierewiczów. Ostatnio dotarło do mnie, że i marszałek senior szanowny pan Terlecki to też historyk. I on zapewne wtrącił swoje pięć groszy w zakresie przekazania wiedzy obiektywnie prawdziwej na temat przeszłości peerelowskiej naszego państwa, przegranym życiowo pracownikom instytutu. Z tak rzetelnym przygotowaniem historycznym, ruszyli ci naprawiacze życiorysów pokrzywdzonych do grzebania w papierach, by zdecydować kto przeklęty a kto wyklęty, komu się należy określenie patriota a komu zdrajca. Patrioci i wyklęci to oczywiście ci, którzy poświęcili swoje życie walce z władzą robotniczo-chłopską, czyli przeklętymi zdrajcami. Śmiem przypuszczać, że każdy podejmował świadomą decyzje, po której stronie barykady chce stanąć. Wyklęci patrioci włączyli zatem o wolną i lepszą Polskę, nie bacząc na nieprzyjemności z tym związane. Robili to przecież dla dobra ojczyzny, bo tak ma przecież każdy patriota. Wolność wreszcie dotarła nad Wisłę, oczywiście zgodnie z patriotów najlepszą wiedzą dzięki nim. Korzystają z niej zatem pełnymi garściami, odbijać sobie przy okazji na swoich przeciwnikach, za wszystko co tylko można, w tym za swoje nieudane życie. Chełpią się tym swoim patriotyzmem zawsze tam gdzie nie ma on większego znaczenia. Po pewnym czasie doszedłem do wniosku, że te niedobre „komuchy” musiały mnie uczyć złego pojęcia tego słowa. Spojrzałem zatem na jego definicję. 

Patriotyzm (łac. patria,-ae = ojczyzna, gr. patriotes) – postawa szacunku, umiłowania i oddania własnej ojczyźnie oraz chęć ponoszenia za nią ofiar i pełną gotowość do jej obrony, w każdej chwili. Charakteryzuje się też przedkładaniem celów ważnych dla ojczyzny nad osobiste, a także gotowością do pracy dla jej dobra i w razie potrzeby poświęcenia dla niej własnego zdrowia lub czasami nawet życia.

Takiej właśnie definicji uczyli mnie w peerelu. Widocznie musiano ją zmienić w IPN, o czym nie wie jeszcze Wikipedia. W owym instytucie Prześmiewców Najaranych, doszli do wniosku, że dla tych wyklętych patriotów za ich świadome patriotyczne decyzje, często kończące się wyrokiem skazującym, teraz należy się odszkodowanie w formie kasiory. Oddani byli zatem ojczyźnie za srebrniki a nie z miłości do niej? Jan Maria Rokity właśnie wygrał ponad sto tysięcy zlociszy za swoją bezprzykładną walkę o wolność ojczyzny. Że to z naszych podatków, bo przecież system, który go więził nie istnieje, to nieistotne. Kolejni patrioci wyciągają łapy po blisko pięć stów dodatku za swoje cierpienia dla ojczyzny. Ile może być tych wyklętych patriotów? Dziesięć, dwadzieścia tysięcy? To pewnie i tak zawyżona liczba. I wychodzi mi na to, że to te dwadzieścia tysięcy własnoręcznie obaliło system i dało nam wolność, za co trzeba ich teraz wynagrodzić. Reszta protestujących i strajkujących, których były miliony to matoły, które schowały się za plecami prawdziwych dzielnych bojowników o wolność. A może to jednak było odwrotnie? Może to jednak banda przegranych cwaniaków schowała się za plecami strajkujących, już wtedy traktując ich jak mięso armatnie? Kto wie czy było tak, skoro czas powoli zaciera ślad, jak o chłopcach z tamtych lat z pewnej piosenki. IPN nie ma jednak złudzeń, że to miliony matołów wyjechało na plecach paru tysięcy prawdziwych patriotów miłujących……no właśnie co dokładnie? 

Szmal i kopana.

Nie będę ukrywał, że na ten moment czekałem, może nie z utęsknieniem ale, napewno z niecierpliwością. Wznowienie rozgrywek piłkarskich to jeszcze jeden element wypełnienia czasu. Od momentu wyjechania z Polski ta dyscyplina sportu mało zajmowała moją uwagę z uwagi na słabe nią zainteresowanie w Stanach. Tam króluje oczywiście football amerykański, koszykówka, baseball oraz w mniejszym stopniu hokej. Sportowe programy telewizyjne w Ekwadorze to oczywiście w pierwszej kolejności piłka nożna. Nie mniej jednak i tutaj są kibice typowych dla Stanów dyscyplin sportowych. Toteż transmitują z północy wszystko z wyjątkiem hokeja bo akurat jazda na łyżwach i pogoń za krążkiem nie bardzo przemawia do przeciętnego ekwadorskiego kibica. Podejrzewam, że ma to związek z występowaniem lodowisk na równiku, co powoduje, że hokej jest czymś kompletnie abstrakcyjnym nawet dla najzagorzalszego oglądacza sporu. Pochłania ich tutaj zatem tutaj przede wszystkim piłka. Wróciłem zatem i ja do kopanej po blisko dwudziestu latach. Oglądanie samo w sobie nie sprawia mi jednak żadnej przyjemności. Nie interesuje mnie ani tutejsza liga, ani ligi z zachodniej Europy. Sport dla mnie wiąże się z emocjami a te mają miejsce tylko wtedy gdy identyfikuję się z jakimś krajem lub drużyną. Zdaje sobie sprawę, że klubowa gała w naszym kraju nie stoi na najwyższym poziomie, jednak tylko nasze krajowe podwórko wywołuje we mnie takie emocje, które powodują, że poziom jest sprawą drugorzędną. Dlatego cieszy mnie wznowienie rozgrywek i cieszy mnie rownież fakt rozpoczęcia eliminacji w Lidze Europy i Lidze Mistrzów. W obu ligach na tym etapie rozgrywek jesteśmy wciąż potęgą chociaż zdarza się nam przegrywać jak choćby dzisiaj Lechowi Poznań. Mogło być kompromitująco, udało się jednak zachować twarz i szanse na awans do kolejnej rundy. Nie mam oczywiście możliwości oglądania meczów na żywo bo grające w tej fazie rozgrywek drużyny niewiele mówią tutejszemu kibicowi. Transmisje zaczną się od meczów w grupach i mam nadzieję, ze znajdzie się w nich pare ekip z naszego kraju. Śledzę jednak relacje na żywo na Onecie lub Wirtualnej Polsce. Wynik meczu to oczywiście główna przyczyna ale czytam rownież wpisy kibiców, którzy umieszczają je w trakcie relacji. Uwidaczniają się wtedy wielkie emocje a kibice nie szczędzą słów od wyzwisk po siódme niebo. Dostało się dzisiaj Lechowi za przegrywanie 3:0 by w końcówce większość doszła do wniosku, że nie wszystko stracone bo Poznaniakom udało się strzelić dwa gole i mecz skończył się wynikiem 3:2. To była wyjątkowo śmieszna huśtawka nastrojów. Padło wiele gorzkich słów pod adresem klubu z Poznania. Niestety pieniądz zdominował sport, w tym rownież kopaną. Kluby mając możliwość zarobienia na sprzedaży zawodnika nie patrzą na potrzeby przeciętnego kibica ale przede wszystkim na bilans zysków i strat. Nie mamy szans w obecnym systemie na nawiązanie równorzędnej walki z bogatymi klubami i jeśli to się nie zmieni to wkrótce piłka przestanie być sportem, który wciąż dominuje na świecie. Być może na szczeblu reprezentacji da się jeszcze utrzymać zainteresowanie kibica ale już na poziomie klubów brak dużej ilości równorzędnych drużyn i przewidywalność może spowodować spadek zainteresowania. Cieszy mnie bardzo, że zauważył to rownież nowy prezydent UEFA, Aleksander Cerafin, który uważa, ze należy wprowadzić limity pieniędzy wydawane na zarobki zawodników. Jedna jaskółka wiosny nie czyni ale dobrze, że się o tym zaczęło mowić. Póki co tym, którzy przeżyli dzisiaj zawód związany z porażką Lecha w Norwegii pozwolę sobie przypomnieć, że w poprzedniej rundzie eliminacyjnej odpadł Glasgow Rangers, a wyeliminował go klub z …..Luksemburga. Jeszcze kilkanaście lat temu było to nie do pomyślenia. Ot jak bardzo pieniądze  zmieniły geografię piłki nożnej.

Kiedyś a dzisiaj

Po kompromitacyjnej porażce przyszło opamiętanie. Kandydat na stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej wysunięty przez polski rząd, po snach o potędze, rozbudził się w szarzyźnie życia codziennego. Może nawet by się tym wszystkim aż tak nie przejął gdyby nie fakt, że jego miesięczny czek przez to całe fiasko rownież się skurczył. Zasiadający do tej pory w dwóch komisjach europejskich z ramienia swojej partii pan Wolski został z obu wykluczony i przeniesiony do innego ciała unijnego. Portretujący się na Rejtana obrońca polskich interesów twierdzi, że spodziewał się reperkusji swojego postępowania. Podobno nawet nie chciał ale musiał jakby to określił nasz były już prezydent. Oczywiście na jego decyzje nie miały wpływu rozgrywki wewnątrz jego poprzedniej partii lecz osobisty brak zgody na załatwianie spraw polskich poza granicami naszego kraju. Tak czy inaczej z komisji do spraw zagranicznych i komisji do spraw konstytucyjnych pozostały tylko wspomnienia. Teraz niedoszły przewodniczący znalazł się w komisji do spraw petycji. To takie ciało, w którym prostują banany i zastanawiają się czy pomidor to owoc czy warzywo. Jakby na sprawę nie patrzyć to w porównaniu z poprzednimi komórkami te przenosiny muszą oznaczać relegację. I tak właśnie to traktuje nowy zwolennik ideologii pisowskiej. Wyczytał jednak, źe pozbawienie go poprzednich stanowisk może być nielegalne zgodnie z jakimś tam artykułem regulaminu Parlamentu Europejskiego i będzie się odwoływał do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. I tak sobie myśle; jak to się czasy zmieniają: kiedyś porażka w stosunku 27:1 uznana byłaby za klęske, dzisiaj twierdzą, źe to zwycięstwo, sukces i bohaterstwo. Kiedyś tak ośmieszony „bohater” uniósłby się honorem i wycofał z życia publicznego, dzisiaj nie tylko tego nie zrobi a wręcz przeciwnie pójdzie do sądu w charakterze pokrzywdzonego a tych, którzy z niego szydzą oskarży o hipokryzję. W tym ostatnim punkcie trudno z panem Wolskim się nie zgodzić bo cała ta polityczna mafia to banda hipokrytów od Tuska zaczynajac na Kaczyńskim kończąc. 

Pieniądze, podatki, urzędnicy.

Staliśmy się wszyscy niewolnikami pieniędzy. Niektórzy z nas z uwagi na swoje potrzeby, inni bo zadłużeni, jeszcze inni bo wierzą, że pieniądze przynoszą szczęście. Są wsród nas i tacy, którzy uważają, ze można za nie kupić wszystko toteż nie przebierając w środkach chcą ich mieć jak najwiecej. Niewolnikami pieniądza stały się rownież całe państwa, niektóre z nich zadłużone w międzynarodowych funduszach na całe pokolenia. Banki kontrolują już nie tylko nasze życie ale i gospodarki wielu narodów. Stały się one państwem w państwie, poza wszelka kontrolą dyktując rządom swoje warunki. Wszyscy zatem jesteśmy na łasce i nie łasce tych krwiożerczych instytucji. Podobno bankom też zdarza się bankrutować, co znam z amerykańskiej rzeczywiści tyle, że jeśli szanowny prezesunio wyciąga ze swojej instutucji milionowe wynagrodzenia to wcale mnie nie dziwił taki stan rzeczy. Nie inaczej ma się sytuacja w polityce. Pchają się do niej najgorsze kanalie, które nie wiele osiągnęły w życiu za to teraz mogą pokazać swoją wielkość. Gdyby tak wszystkie stanowiska państwowe były funkcjami społecznymi ilu z tych pseudo patriotów wciąż chciałoby by je piastować? Obawiam się, że jeśli jeden procent by się zdecydował to i tak byłbym bardzo zaskoczony. Pieniądze, wpływy i chore ambicje to główne powody, dla których ten najgorszy motłoch pcha się na świeczniki, użalając się potem nad sobą jak to oni ciężko pracują. Pieniądze niestety na drzewach nie rosną i trzeba je w jakiś sposób wygospodarować nie tylko na swoje potrzeby ale i na potrzeby ludu bo ten inaczej może o rządzących zapomnieć w następnych wyborach. Najlepsza metodą zdobywania kasy przez rządy są oczywiście podatki. Wszystko co tylko możliwe należy obłożyć nimi a jak pieniędzy wciąż brakuje to wymyślić co i kogo jeszcze ukarać za to, że żyje. Kiedyś widziałem listę podatków naliczanych w Stanach i tego było kilka stron. Ja rozumiem, że aby państwo funkcjonowało potrzebne są wpływy do budżetu tylko, że odpływy z niego nie zawsze mają swoje uzasadnienie. Koszt utrzymania rządu, prezydenta i dwóch izb parlamentu to w moim przekonaniu brak wyobraźni sprawujących władze. Czy jednak ktoś myśli, że oni zgodzą się na likwidacje jednej z tych bezsensownych instytucji? Mowy nie ma bo przecież gdzie by poupychani swoich bliższych i dalszych znajomych. I tu mam problem z podatkami,  i choć rozumiem ich potrzebę to tylko wtedy gdy pieniądze są wydawane w racjonalny sposób. Jeżeli jednak są trwonione na nierobów i zwykłych pyskaczy to i ja takich podatków nie chce płacić. Nie inaczej jest i w Ekwadorze . Mało te rzeczy mnie interesowały ostatnio jednak dotknęły i mnie. Nowa ustawa imigracyjna to nic innego jak tylko próba wyłudzenia pieniędzy od tych, którzy chcieliby się tutaj osiedlić. Bezsensowne procedury, kompletnie głupie wymagania papierkowe połączone z wciąż wyrastającymi opłatami każą mi sądzić, że w tym wszystkim chodzi bardziej o pieniądze niż o pomoc i ułatwianie procedur dla tych, którzy chcą się tutaj osiedlić. Niestety wiem z doświadczenia, że urzędy imigracyjne to droga przez mękę. Pracują tam najgłupsi z najgłupszych dla, których litera prawa znaczy więcej niż zdrowy rozsądek. Dano im władzę i zamierzają ją wykorzystać aby udowodnić, że są kimś będąc jednocześnie nikim. Rozumiem, że z obcokrajowca lepiej się wyciąga pieniądze i prawdę mówiąc nie w tym cały problem. Gdyby bowiem podwyższono opłaty i jednocześnie uproszczono procedury byłbym to w stanie zaakceptować. Niestety politycy lubią komplikować prawo i pewnie dlatego dziesięciu sędziów w określonej sprawie wyda dziesięć kompletnie rożnych opinii. W końcowym efekcie wszystko i tak sprowadza się do pieniędzy i jak ich wyciągnąć najwiecej. Tylko czy trzeba to robić za wszelka cenę?

Sport, piłka nożna i pieniądze.

Z przerażeniem, niedowierzaniem a wręcz obrzydzeniem czytam wypowiedzi Karla – Heinza Rummenigge na temat zmian w rozgrywkach Ligi Mistrzów. Domyślam się, że nie on jest autorem tych pomysłów ale jest ich gorącym zwolennikiem. Europejska centrala piłkarska nosi się z zamiarem wycofania najlepszych drużyn klubowych z gier eliminacyjnych. Ma to na celu uniknięcie meczów typu Legia – Borussia czy Barcelona – Celtic. Pomysł zaiste genialny. Znowu cała kasa popłynie w tym samym kierunku a dysproporcje pomiędzy klubami jeszcze bardziej się powiększą. Już dzisiaj gołym okiem widać, że debilni urzędnicy z centrali piłkarskiej zachowują się niczym oderwani od realiów życia codziennego politycy. Ich kretyńskie decyzje doprowadziły do upadku wielu zasłużonych dla piłki klubów, że wspomnę tu chociażby o wyżej wymienionym Celticu, który nie jest w stanie konkurować z klubami niemieckimi, angielskimi czy hiszpańskimi. Co się stało z potęgą Ajaxu, Feyenordu, Anderlechtu, świetnych kiedyś klubów portugalskich, szwedzkich czy francuskich? Dzisiaj nawet kiedysiejsze kolosy jak Milan, Inter czy Roma mają kłopoty z nawiązaniem równorzędnej walki z hiszpańskimi czy niemieckimi potentatami. Piłka nożna powoli staje się sportem eksluzywnym, do którego będą miały wstęp wzbroniony piłkarscy rzemieślnicy z peryferii. Zarobki gwiazd przyprawiają o zawrót głowy a budżety potęg piłkarskich juz wkrótce będą większe niż dochód narodowy niejednego państwa. Durna i kretyńska polityka centrali dała się nawet zauważyć podczas niedawnych mistrzostw Europy. Oglądając poczynania Szwajcarów i Belgów zastanawiałem się ilu rodowitych piłkarzy grało w tych reprezentacjach. Totalna paranoja i kupa farbowanych lisów jakby nazwał to Jan Tomaszewski. Mam wrażenie, że zło rozpoczęło się w momencie zdjęcia limitów ograniczających ilość obcokrajowcow mogących grać w jednej drużynie. Kiedyś pozwalano na trzech, dzisiaj jest jak w tym porzekadle: hulaj dusza piekła nie ma. Niby handel żywym towarem to coś paskudnego tyle, że nie w piłce nożnej. Handlują kim się da i jak się da. Zawodnicy mają w poważaniu kontrakty byle wydusić więcej kasy. I tak kręci się ta karuzela chciwców zabijając przy okazji piękno sportu. W Stanach jest podobnie z tą jednak różnicą, że tam zrozumieli, ze sport musi być albo sprawiać wrażenie, że wszyscy mają równe szanse. Aby te szanse wyrównać wprowadzono limity klubowych zarobków. Bez względu na dyscyplinę kluby nie mogą wydawać na zawodników powyżej określonego limitu. Jeśli jakiś klub ten limit przekroczy to musi zapłacić podatek od luksusu, który idzie na potrzeby klubów o mniejszych możliwościach finansowych. Futbol amerykański poszedł o jeszcze jeden krok dalej. Ustalając terminarz rozgrywek na następny sezon kojarzy ze sobą drużyny z dywizji, które w poprzednim sezonie były wsród najlepszych a dywizje słabsze grają miedzy sobą. W fazie play off i tak słabsi odpadną ale w trakcie sezonu mecze są za to zacięte i pełne emocji. W Stanach pieniądze też zabijają ducha sportu ale właściciele drużyn rozumieją potrzebę zainteresowania kibica czego osobiście nie widzę u włodarzy europejskiej piłki. Piłka nożna w Europie przypomina mi pranie brudnych pieniędzy. Kwoty jakimi dysponują potentaci futbolowi i sama centrala nie przekładają się na zyski ze sprzedaży biletów. To przede wszystkim sprzedawanie się różnym sponsorom i reklamowanie ich produktów, to sprzedaż praw transmisyjnych stacjom, które swoje dochody zawdzięczają reklamom firm sponsorujących kluby. W ten sposób ciężkie pieniądze płyną wciąż w tym samym kierunku niczym w piramidzie finansowej, bogaci stają się bogatsi. Uwielbiam sport bo zawsze sprawiał wrażenie, że w nim wszystko jest możliwe. Problem w tym, że sport dzisiaj stał się instytucją zorganizowaną pełną działaczy, którzy sport traktują jak dojną krowę. Właśnie dlatego ludzie pokroju Karla – Heinza Rummenigge powodują u mnie odruch wymiotny. Niestety jest ich coraz więcej.