O tym jak nieloty wzniosły się i odleciały.

Z duszą na ramieniu zasiadałem wczoraj przed telewizornią aby obejrzeć kolejne spotkanie naszych piłkarzy od nogi. Po ostatnich występach, strach nijaki ściskał mnie w dołku. W ostatniej kolejce namordowaliśmy się solidnie wygrywając po bramce, którą należy zaliczyć na konto sił nadprzyrodzonych. Farfocle się zdarzają ale gol z Macedonią to był jakiś totalnie zdobyty przypadkiem w przypadkowej sytuacji.

Izrael natomiast strzela sporo bramek i do tej pory wygrywał raczej spokojnie i bezproblemowo. No i na tym właśnie polega piękno sportu, że potrafi zaskoczyć i jest trochę nieobliczalny.

Przecierałem zatem ze zdumienia oczęta moje nie bardzo wierząc w to co się działo na boisku. Ni stad ni zowąd piłka zaczęła się poruszać między naszymi piłkarzami całkiem przyzwoicie i celnie. Zaczęliśmy nawet stwarzać sytuacje pod bramką Mosze Dajana, czy jak mu tam, mam oczywiście na myśli ichniego bramkarza. Mogliśmy nawet strzelić bramkę na początku, zabrakło jednak trochę dokładności.

Aż przyszedł wreszcie ten moment, w którym Piątek z Lewandowskim prostopadle wymienili piłki. W to wszystko wmieszał się Kądzior i nasz Krzychu przywalił pod poprzeczkę nie do obrony i stało się prowadzenie dla naszych.

Czasami nasi komentatorzy w przypływie emocji robią z siebie trochę wariatów, muszę jednak przyznać, że gdy Piętek strzela gole w inne dni tygodnia niż właśnie piątek to i mnie przychodzą do głowy różne idiotyzmy, na przykład Piątek w poniedziałek. Tak właśnie było tym razem Krzychu kropnął jak z armaty w poniedziałek i był to jego pierwszy gol, ponoć, zdobyty w tym dniu tygodnia. Piątek strzela te bramki z dokładnością każdego meczu. Zdobył w ostatnich czterech właśnie cztery gole a dwa z nich były na wagę zwycięstwa. Mnie to bardzo raduje, bo choć mam sporo szacunku dla Robertina to on i jego wybranka z lekka mnie męczą swoją obecnością w przestrzeni publicznej. Nie ulega wątpliwości, że Lewandowski zapisze się na kartach naszej piłkarskiej historii złotymi zgłoskami. Wolałbym jednak odrobinę mniej megalomanii w jego przypadku. To jednak nie istotne na ten moment. Wreszcie to brzęczenie wszystkich o konieczności grania ofensywniej wpadło trenerowi Brzęczkowi do ucha i mam nadzieje, że już tam zostanie.

Wczoraj znowu była szansa na obejrzenie potencjału jaki drzemie w naszych kopaczach gały. Aby to trwało jak najdłużej.

Reklamy

Jak najszybciej zapomnieć

Mieszkając w USA straciłem kontakt z kopaną. Amerykanie to chyba jedyny kraj gdzie piłka nożna swoją popularnością ustępuje wielu innym dyscypliną. Długo nie mogłem zrozumieć bejsbola, czy ichniego futbolu a to przecież dyscypliny, które wywołują wśród tego narodu najwięcej emocji. Ja przecież odkąd pamietam byłem chłopakiem, który identyfikował z Paragonem, który strzelał gole dla swojego podwórka. A tu taka kicha. Nic tylko jakaś pała, którą należało trafić w białą piłkę podobną wielkością do tenisowej albo jakieś jajowate coś czym raz rzucają a innym razem z tym biegną niewiadomo gdzie i niewiadomo po co.

Jako chłop o zainteresowaniach sportowych wreszcie zgłębiłem tajniki amerykańskich widowisk boiskowych i zapomniałem nawet o piłce nożnej.

Wylądowaliśmy jednak w Ameryce Południowej, w kraju i na kontynencie gdzie ponoć z piłką młode chłopaki nawet sypiają. Widać to również w oprogramowaniu z telewizora, nic tylko gała od rana do późnej nocy. I do tego jeszcze ci nawiedzeni sprawozdawcy wrzeszczący jakby po każdej akcji miała paść bramka a jak już wreszcie ktoś zdobędzie gola to ci goście mała nie zejdą z tego świata wrzeszcząc przeraźliwie i długo goooooooooooooooool, albo dla odmiany golgolgolgolgolgol przez dobrą chwilę.

W ten sposób wróciłem na łono boiska piłkarskiego. Odkryłem nawet niespodziewanie, że Polska ma całkiem niezła pakę. Sporo naszych meczów nawet transmitowała telewizja ku mojemu zadowoleniu.

Paka jednak rozpadła się w ubiegłym roku w Rosji. Przyszedł nowy trener żeby zbudować coś nowego. Póki jednak co to mamy jedenaście bezgłowych kurczaków latających w różnych kierunkach tylko nie tam gdzie piłka. Jak my te mecze wygrywamy, nie mam zielonego pojęcia.

Skończył się właśnie kolejny występ gwiazd naszej rodzimej piłki, o dziwo znowu wygrany ale Bogiem a prawda najlepsza w tym meczu to była przerwa.

Oglądałem to widowisko, żałosne od początku do końca, w towarzystwie moich najbliższych znajomych. W przerwie kolega puścił nam rewelacyjne nagranie bluesa, które pozostanie w mojej pamięci. No i jeszcze z miłych rzeczy piwo i placki ziemniaczane. Resztę chce jak najszybciej zapomnieć. Zbędę ją zatem milczeniem.

Ech, gdzie się podziały Orły Górskiego, którzy w koszulkach i spodenkach rodzimej produkcji na Wembley zafundowali Waterloo wypasionym i zadufanym menom z Anglii, wprowadzając cały ich kraj w traumę, z której długo nie mógł się wydostać. Jerzy B. Ze swoją ekipą lepiej żeby na Wembley nie jechał, bo jestem pewny, że tym razem to my wypadlibyśmy w wiekuistą traumę.

Narodziny gwiazdy.

Nie, nie będzie o filmie, chociaż szczerze mówiąc chodziła mi po głowie notka na ten temat. Film oglądałem ale chciałem zobaczyć oryginał z Barbarą Streisand, żeby mieć porównanie. Niestety zbyt stary a zatem i ciężki do kupienia.

Jestem, odkąd pamietam, kibicem sportu. Dyscypliny, które oglądam zależą oczywiście od mojego miejsca zamieszkania. Ameryka Południowa zwariowana jest na punkcie piłki nożnej. Transmisji z tej dyscypliny sportu na kanałach publicznych nie brakuje każdego dnia. Oglądam mecze, szczególne te, w których występują nasi zawodnicy. Aktualnie pod względem popularności naszym najbardziej rozpoznawalnym zawodnikiem tutaj jest Krzysztof Piątek. Tak jest, już nie Lewandowski czy Milik lecz zawodnik AC Milan. Dzięki ilości zdobytych bramek nazywają go tutaj El Pistolero.

Muszę przyznać, że w trakcie pobytu w Stanach, gdzie piłka nożna nie jest aż tak popularna, odwykłem od rozgrywek w niej, bo bardziej interesowały mnie dyscypliny, którymi żyje przeciętny Amerykanin. Wsród nich jest oczywiście tenis. Jeden z najwiekszych turniejów przecież odbywa się w Nowym Jorku. Dzięki Agnieszce Radwańskiej wciągnąłem się w turnieje tenisowe. Jej sukcesy zapewne mocno spopularyzowały ten sport w naszym kraju. Potem zjawił się Janowicz ale wygląda na to, że zgaśnie szybciej niż rozbłysnął.

Sukcesy naszej zawodniczki doprowadziły do wysiewu kolejnych talentów. Ostatnie niepowodzenia Radwańskiej i niespodziewane zakończenie kariery byłyby ciężkie do strawienie dla każdego kibica gdyby nie nowa fala utalentowanych graczy. W samą porę cała ich plejada wypływa na wielkie wody. Dzisiaj po raz pierwszy od niepamiętnych czasów nasza zawodniczka zagra w finale turnieju tenisowego. I nie będzie to żadna z sióstr Radwańskich ale Iga Światek. Śledzę jej osiągnięcia od pewnego czasu. Jako juniorka wygrała bodaj Wimbledon. W tym roku wkracza na zawodowe korty i juz po czterech miesiącach grania doszła właśnie do finału poważnego turnieju w Szwajcarii. Szczerze mówiąc byłem mocno już zmęczonymi tenisem wokół Agnieszki Radwańskiej. Tym bardziej cieszy mniej sukces młodej Igi z Warszawy. A zatem umarł król, niech żyje król. No nie do końca, powinno być umarła królowa niech żyje królowa. Prawdę mówiąc król Janowicz też chyba już się nie podniesie, niech więc żyje król Hurkacz a może Majchrzak, bo obaj ci zawodnicy mają predyspozycje do przejęcia tronu po krzykliwym Janowiczu.

Siatkarscy cudotwórcy

Oryginalnie mój pobyt w ziemi ojców miał się rozpocząć w połowie października. Dobrze jednak było przyjechać o te pare dni wcześniej. Dobrze było na żywo oglądać niesamowite wyczyny polskich siatkarzy. Wreszcie dobrze było być w tych dniach wsród naszych kibiców tej dyscypliny sportu.

Powiem szczerze, że po przegranych z Argentyną a potem z Francją, nie wierzyłem w wyjście naszych z grupowej drugiej rundy. Bez względu na to czy Serbia oddała na pierwszy mecz czy nie, udowodniliśmy drugim meczem, że jesteśmy lepsi od nich w następnym spotkaniu. Potem już było tylko coraz lepiej. Kiedy jednak okazało się, że naszym półfinałowym przeciwnikiem będą Amerykanie, znowu miałem chwile zwątpienia. Jankesi w ostatnich meczach bili nas przecież na potęgę. Biorąc dodatkowo pod uwagę, że nasz najlepszy siatkarz nie słynął z mocy mentalnej, nie mogłem wręcz uwierzyć w to co się w tym meczu stało. To właśnie Bartosz Kurek był dominującym zawodnikiem i to on przechylił szalę zwycięstwa na nasza stronę. Po tym zwycięstwie nie miałem watpliwości, że z Brazylią damy sobie radę. Na wygranie bez straty seta jednak nie liczyłem. Sport w najlepszym wydaniu pokazał na czym powinien on polegać. Wzloty i upadki, potem znowu wzlot ku końcowemu sukcesowi. Niesamowite i nieprawdopodobne.

Siatkówka to jednak nie dyscyplina sportu o zasięgu piłki nożnej. Z popularnością tej ostatniej, żaden inny wysiłek sportowy nie może się niestety równać. Żenujące są zatem fakty w sprawie nagród finansowych dla naszych piłkarzy, którzy skompromitowali się na mundialu w porównaniu z tym co dostali obrońcy tytułu mistrzów świata. Dla mnie to wstyd i hańba, że zawodnicy kopanej w ogóle dostali cokolwiek. Dziwny jest w tym zakresie świat sportu. O wysiłku i dokonaniach w nim decydują ciągle sponsorzy czyli reklamodawcy a tych niekoniecznie interesuje ranga zawodów, bardziej popularność i zasięg danej dyscypliny. Niestety Ameryka Południowa, pewnie poza Brazylią nie interesuje się siatkówką. Szkoda, bo to byłyby dodatkowe pieniądze za prawa do transmisji co pewnie przełożyłoby się na lepsze nagrody dla najlepszych zawodników i drużyn turnieju. Inna sprawa, źe chyba sternicy światowego związku siatkówki nie robią wystarczająco dużo dla jej popularyzacji.

Tradycyjnie sukces ma wielu ojców. Powyłazili oni ze swoich nor niczym komary na żer. Szafując nagrodami i pustymi frazesami ogrzewali się w słońcu mistrzów świata. Żeby nikt mi nie mówił o tendencyjności, muszę powiedzieć, że tak było i cztery lata temu. Wydaje mi się jednak, że wtedy powaga urządu prezydenta nie była aż tak bardzo nadszarpnięta jak to ma miejsce teraz. To właśnie zaproszenie od osoby pierwszego obywatela powinno nobilitować naszych zawodników. Tymczasem stało się odwrotnie, to ich obecność w tym wizerunkowo sponiewieranym towarzystwie nobilitowała tak prezydenta, jak i rownież premiera. A potrzebują tego jak mało kto.

Brawo Naomi.

Od minionej soboty trwa w mediach dyskusja na temat finału US Open kobiet. Mecz o mistrzostwo mężczyzn przeszedł bez echa, odbył się i tyle. Lubię tenis i wolę go w wydaniu kobiet. Pewnie jestem seksistą, według mamy o nazwisku Serena Williams. A ja po prostu wolę go dlatego, że zwycięzca, w przeciwieństwie do mężczyzn, tutaj jest mało przewidywalny. Są faworytki oczywiście ale to mało w tej chwili znaczy. Era sióstr Williams powoli dobiega końca co powoduje, że każda zawodniczka może wygrać najsilniej obsadzony turniej. I to mi właśnie odpowiada. Z nadzieją patrzę na falę naszych zdolnych tenisistek z Igą Świątek na czele, która zapewne już wkrótce minie w rankingach przemęczoną tenisem Agnieszkę Radwańską.

W Nowym Jorku przedstawicielka tej nowej fali mocno wlazła za skórę niezwykłej przegrywać, zwłaszcza w finale, Serenie Williams. Zawodniczka z kraju kwitnącej wiśni, o dziwo tego samego koloru skóry co jej przeciwniczka, nie pozwoliła na zbyt wiele gasnącej gwieździe tenisa amerykańskiego, a tej krew się musiała mocno gotować w żyłach. Nerwy wreszcie puściły gdy została upomniana o niedozwoloną pomoc trenera z trybun. Nawiasem mówiąc to jakaś paranoja, że w trakcie meczu tenisista nie może otrzymywać wskazówek od swojego trenera. To chyba jakiś debilny przeżytek tylko w tej dyscyplinie sportu. Tak czy inaczej, przepis jest przepisem. Status gwiazdy i gra przed własną publicznością, według Sereny, powinien dawać jej tylko jej zrozumiałe przywileje. Wydarła się zatem na „bezczelnego” sędziego oskarżając go o rożne różności z seksizmem, rasizmem, złodziejstwem na czele. Ona, matka córki, którą stara się wychowywać w poszanowaniu najwyższych wartości, nie mogła się na takie zachowanie arbitra zgodzić. Sytuacja wyglądała wręcz groteskowo, zwłaszcza, że do udziału włączył się patriotyczny tłum kibiców, wygwizdując niewinnego arbitra. Gwoli bycia fair, nie dziwię się kibicom, zapewne w każdym innym kraju sytuacja byłaby podobna gdyby sędzia ukarał faworytkę tłumów. Zastanawiam się jednak na kogo by buczeli kibice gdyby sytuacja się odwróciła i to Japonka opluwała by sędziego stekiem wyzwisk? Tłum rządzi się jednak swoim prawami, do których zapewne nie należy obiektywizm. Tak było, tak jest i tak będzie.

Serena została ukarana za swoje zachowanie co powinno świadczyć, że jednak było ono conajmniej niestosowne jeśli nawet nie chamskie. I co z tego? Do głosu doszły „mądre głowy” o znanych nazwiskach, stając murem po stronie tego czego bronić się nie powinno czyli pospolitego chamstwa. Koronnym ich argumentem jest przymykanie oczów na męskie chamstwo wsród tenisistów. Może i to ma miejsce. Czy to jednak może być usprawiedliwieniem zachowania Amerykanki? Mądre głowy nie mają nic przeciwko męskiemu pluciu pod warunkiem, że będzie na to przyzwolenie kobietom. Miast domagać się wyrugowania chamstwa z kortu tenisowego bez względu na płeć zawodników, wolą równouprawnienie. Seksizm i rasizm to dzisiaj bardzo mocne karty jeśli nie najmocniejsze w całej talii poprawnie politycznych zachowań. Nawet jeśli bronią tak karygodnych zachowań jak to Sereny Williams z sobotniego finału.

Na tym tle Naomi Osaka, pogromczyni gniewnej tenisistki ze Stanów, wyglądała jak jakiś dziwoląg, wykonując tradycyjny japoński ukłon pod każdego adresem z Sereną Williams na czele, choć ta niewątpliwie bezkrytycznie zgnoiła ten wielki dzień w jej karierze. Brawo Naomi.

Kto się cieszy z wpadki Niemiec?

Na temat Niemiaszków i ich występów na Mundialu nie miałem w planie żadnego pisania. Skoro jednak dali dupy, jak to powiedział Artur Boruc o naszym występie po mistrzostwach Europy w Polsce i na Ukrainie, postanowiłem zająć stanowisko w temacie. Z drugiej strony nie miałem wyjścia, bo w ostatnim swoim artykule na temat naszej reprezentacji wyśmiałem ją jako jedyną z rozstawionych drużyn, która po fazie grupowej została zmuszona do pakowania walizek. Ja i moja wielka gęba okazaliśmy się oszustami bo oto niespodziewanie nasi zachodni sąsiedzi postanowi zadać kłam mojej wypowiedzi. Na nic zdały się próby utrzymania ich szans na dalszy awans przez naszego najlepszego sędziego, który w meczu ze Szwedami nie widział ich ewidentnego faulu w polu karnym. Pokonanie tych ostatnich okazało się niewystarczające. Goście z Manszaftu, po tym meczu widzieli siebie już w kolejnej rundzie, sądząc źe z Koreą jedyną niewiadomą będzie ilość strzelonych przez nich bramek. Nie tylko nie strzelili żadnej ale stracili dwie, nawet jeśli ta druga była konsekwencją pierwszej. W równolegle rozgrywanym meczu Szwedzi zdominowali Meksyk i wyglądało, że to właśnie ta ostatnia drużyna, pomimo dwóch zwycięstw będzie zmuszona się pakować. Szkoda było mi Meksykanów, zwłaszcza, że mój zięć właśnie stamtąd pochodzi. Cała nadzieja na dalszy ich awans była zatem w zawodnikach z Azji. No i stał się cud w ostatnich minutach spotkania. Dobrze, że prowadzący spotkanie Niemców arbiter, w przeciwieństwie do naszego sędziego, zdecydował się na użycie systemu VAR przy pierwszym golu, bo przecież oryginalna decyzja bocznego nie uznawała bramki dopatrując się spalonego. Nie było go na szczęście moje, Meksykanów i Koreańczyków. Muszę zatem zwrócić honor naszym zawodnikom, bo przecież będą wracać do domu w doborowym towarzystwie. Chociaż ani Niemcy ani my ni zasłużyliśmy na grę w następnej rundzie to szkoda mi trochę tej okazji. Osobiście bowiem nie pamietam takiej sytuacji aby w jakichś mistrzostwach czy nawet eliminacjach, w których graliśmy w jednej grupie z Manszaftem, na końcu rozgrywek byliśmy przed nim. To się mogło stać tutaj. To jednak wina Senegalu, który nie chciał nam dać d…y.

Kto się zatem najbardziej cieszy z wpadki Niemiec? Jestem niemal pewien, że tym kimś jest Sandra Wagner, zmienniczka Berty Lewandowskiej w Bayernie. Ona to bowiem popłakała się na wieść o braku powołania do drużyny narodowej. Dobrze, że Berta była pod ręką pocieszając skwaszoną Sandrę. Nawiasem mówiąc Berta też pewnie wolałaby zostać w domu, gdyby wiedziała co z nami zrobią Kolumbijczycy i Senegalczycy. Wagner pewnie dzisiaj już nie płacze i pewnie nie żałuje braku nominacji. Może spokojnie chodzić po ulicach nie kryjąc się przed kibicami.

Honor to nie towar. Vamos Argentina.

I stałem się kibicem Argentyny. Jej mecz z Nigerią, którego stawką był awans do kolejnej rundy mundialu miał w sobie wszystko o czym może marzyć przeciętny kibic sportu. Najpierw prowadzenie Argentyny dające im awans, potem wyrównanie Nigeryjczyków, premiujące ich wyjściem z grupy by wreszcie w końcówce meczu biało-niebiescy strzelili zwycięskiego gola premiującego ich dalszą grą w rosyjskich mistrzostwach. Presja związana ze stawką meczu jakoś nie związała nikomu nóg a wręcz odwrotnie, wyzwoliła we wszystkich zawodnikach pokłady energii o jakiej nasze orły mogą tylko pomarzyć. Obie drużyny pokazały nieprawdopodobny charakter i wole zwycięstwa. Argentyna wyszła z tego pojedynku na tarczy, chociaż mogło być odwrotnie, bo i Nigeria miała swoje szanse. Miałem możliwość zobaczyć wszystko to czego oczekiwałem od wybrańców Nawałki, walki do końca o każdą piłkę, o każdy metr boiska. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Świetny mecz, któremu pod względem dramaturgii mógł dorównać jedynie mecz Szwedów z Niemcami, chociaż spotkanie Iranu z Portugalią mogło zakończyć się wręcz sensacyjnie. Na tym tle nasza ekipa nie tylko wypadła blado lecz wręcz kompromitująco słabo. Dostają zatem, nasze gwiazdy, cięgi w mediach. Kto żyw nie zostawia suchej nitki na bezpłciowych zawodnikach znad Wisły. Zasłużyli sobie na tą krytykę zarówno oni jak i Nawałka, który pewnie po mistrzostwach będzie już tylko byłym trenerem. I słusznie bo to w końcu on był odpowiedzialny za przygotowanie drużyny i powołanie najlepszych zawodników. Preferowanie z uporem maniaka niegrających w swoich klubach gwiazd mogło przynieść rezultaty tylko na mistrzostwach podwórkowych. Wzięcie do Rosji kumpla naszego kapitana, który w swoim klubie z Gdańska rownież zawodzi świadczy tylko o tym jak wiele do powiedzenia w reprezentacji ma Robert Lewandowski. I powinien, tyle że nie w kwestii powołań. Na koniec jeszcze słowo o nim właśnie. Nie należę do jego najzagorzalszych kibiców o czym już pisałem na tych stronach. Jego brak samokrytyki to już nie ego ale super ego. Pretensje ma do całego świata, do klubu z Monachium, do agenta, do kolegów z reprezentacji i do Bóg wie jeszcze kogo. Rozumiem, że jak się zarabia takie pieniądze i jest się rozchwytywanym przez reklamodawców to ciężko jest być zmotywowanym do dawania z siebie wszystkiego w każdym meczu. Zawodnik z numerem dziewięć zawiódł na całej linii i pod każdym względem. Dziwi mnie zatem, że wciąż ktoś chce z nim rozmawiać o przyczynach naszych niepowodzeń znając z góry jego odpowiedź; ot poza nim nie ma w tej drużynie jakości. Mało to honorowe i dodatkowo degradujące pozostałych, w końcu kolegów, z drużyny.

Honor, w czwartek mają zagrać o niego nasze gwiazdy z reprezentacją Japonii. Honor to jednak nie towar, jak raz się go straciło to odzyskać go nie można. Żadne zwycięstwo i w żadnych rozmiarach nie zmieni faktu, że w naszej grupie zajmiemy ostatnie miejsce. Nie zmieni to również faktu, że odpadniemy w tej fazie rozgrywek jako jedyna rozstawiona drużyna…nawet jeśli z „honorem” wygramy.

Zakurzone ciało.

Czy można być oryginalnym w swoim komentarzu, po takim meczu? Czy można napisać coś czego ktoś nie napisał? Osobiście nie sądzę. Wiadra pomyj zapewne wyleją się dziś i jutro na naszą reprezentacje. Nikt, w najgorszych snach, nie wyobrażał sobie takiego scenariusza. Przed zakończeniem potyczek grupowych możemy się pakować, nie mając najmniejszych szans na wyjście z grupy. Dwa lata temu ci sami zawodnicy zachwycali na boiskach Francji. Nie pojmuję zatem komentarza kapitana naszej drużyny, że to było wszystko na co nas aktualnie stać. Nagle zapomnieliśmy jak się gra w piłkę nożną? Nigdy nie byłem wielkim zwolennikiem gwiazdy Lewandowskiego. Nie ujmując nic z jego osiągnięć, drażni mnie u niego wyjątkowy brak skromności. W tym aspekcie Robert Lewandowski przypomina mi Ronaldo, którego ego nie ma sobie równych. Niestety jeśli chodzi o umiejętności to monachijska gwiazda jeszcze wiele musi się uczyć od Portugalczyka. Ten zdobył już cztery bramki na mistrzostwach, z których dwie padły po wykreowanych przez siebie samego sytuacjach. Nasz kapitan, oceniając nasz występ powinien zacząć od siebie, nic szczególnego bowiem nie pokazał. To nie był ten sam zawodnik, który podczas mistrzostw Europy podrywał kolegów do walki. Tym razem zniżył się do ich poziomu. Dwa lata temu nasi piłkarze byli kupowani niemal na pniu, przez najlepsze kluby Europy. Czy po tych mistrzostwach ktoś będzie chciał nasze gwiazdy z Paryża, Monachium czy Neapolu. Mam poważne watpliwości.

Niemal każde rano zaczynam od prysznica. To taki rytuał, który pozwala mi na powrócenie ze świata snów do świata dnia bardziej rześkim i z otwartymi szeroko oczami. Nie inaczej było dzisiaj. Po meczu naszych gwiazd poczułem jednak nieodpartą ochotę zmycia z siebie pyłu, napewno nie gwiezdnego, niesmaku jaki opanował moje ciało. I choć nie czułem się brudnym to spływająca po mnie woda okazała się balsamem dla mej „przykurzonej” skóry.

Gorzej z duszą. Ona będzie potrzebowała czasu na zapomnienie.

Orły czy ptaszyska?

Z niecierpliwoscią i umiarkowanym optymizmem oczekiwałem pierwszego występu na mundialu Orłów Nawałki. Nie jestem ani znawcą, ani analitykiem piłki nożnej. Ot zwykły kibic, rzekłbym nawet przeciętny miłośnik sportu pod każdą postacią. Kiedy jednak gra drużyna narodowa, odzywają się zupełnie inne emocje. Mocno identyfikuję się z krajem mojego pochodzenia. Być może właśnie dlatego dzisiejsze spotkanie to nie tylko kubeł zimnej wody ale wyjątkowo gorzka pigułka do przełknięcia. Nikt nie lubi przegrywać. Taka jest jednak natura sportu; żeby ktoś wygrał, ktoś przegrać musi. Moja gorycz nie wynika zatem z porażki ale ze stylu w jakim do niej doszło. Przez większość meczu miałem wrżenie, że pewien zawodnik drużyny z Paryża ufundował wszystkim swoim kolegom reprezentacyjnym po kożuchu, z miłości do których jest znany. Ci natomiast zapomnieli je zostawić w szatni i wystąpili w nich na boisku. Męczyli się zatem niemiłosiernie, bo na zewnątrz pogoda była letnia, sądząc po trybunach, na których kibice zasiedli ubrani w krótki rękawek. Miałem nadzieję, że po przerwie zrzucą z siebie ten nadmiar garderoby, dzięki czemu odzyskają chociaż odrobinę świeżości. Nic z tych rzeczy. Widać wmawiany nam brak zaufania do ruskich zwyciężył ze zdrowym rozsądkiem bo nikt nie chciał zostawić krychowiakowego prezentu w szatni. Męczyłem się i ja przed telewizorem, wierząc w przebudzenie. Nie nastąpiło, niestety. Z drużyny, która jeszcze dwa lata temu czarowała na stadionach Francji, pozostały już tylko nazwiska a z orłów jakieś niemrawe ptaszyska, które sprawiały wrażenie jakby znalazły się na boisku zupełnie przypadkowo. Orły Górskiego nie schodziły poniżej pewnej przeciętnej. To co zobaczyłem dzisiaj trudno nazwać lotem bardziej przypominało to czołganie się po ziemi bez żadnej idei. Zawiedli wszyscy. Zawód to jednak zbyt słabe słowo w tym konkretnym przypadku, pewnie żenada byłaby tu lepszym określeniem. Najsmutniejsze w tym wszystkim jednak jest to, że wybrańcy trenera wyglądali zupełnie bez formy, co nie napawa zbyt wielkim optymizmem przed kolejnymi meczami. „Piłka jest okrągła, a bramki są dwie” i „dopóki piłka w grze wszystko jest możliwe” jak mawiał nasz nieodżałowanej pamięci trener Górski. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko wierzyć w te dwa zdania, bo przecież brzydkie kaczątko zmieniło się w pięknego łabędzia, co jednak zajęło mu chwilę czasu. Jest zatem szansa, że dzisiejsza chmara smutnych ptaków, poderwie się jednak do lotu i zmieni się w drapieżne orły. Nawet jeśli jedna na milion to jest to wciąż szansa.

Hiszpański syndrom.

Jako fanatyka sportu napawa mnie obrzydzeniem gdy sędziowie mają niewątpliwy wpływ na wynik zawodów. Właśnie dobiegło końca spotkanie Ligi Mistrzów pomiędzy Bayernem i Realem. Nie pojmuje co się dzieje z arbitrami, często najwyższej klasy, na terenie Hiszpanii. Już w ubiegłym roku mecz pomiędzy Barceloną i PSG zakończony dyskusyjnym zwycięstwem Katalończyków pozostawił po sobie wielki niesmak. Tydzień pózniej z łagodności arbitra skorzystał Real. Nie inaczej sprawy mają się w tym roku. W poprzedniej rundzie bałwan z gwizdkiem w ostatniej minucie dopatrzył się karnego dla Realu. Jeśli nawet doszło do złamania przepisów i niedozwolonego kontaktu to biorąc pod uwagę dramaturgię meczu i fakt, że to była jego końcówka, za to konkretne przewinie odgwizdanie rzutu karnego było nie tylko głupią decyzją ale rownież wypatrzyło wynik meczu. Kretyńska decyzja sprawiła, że zawodniczy Juventusu i jego kibice mieli prawo czuć się oszukani. A jak było dzisiaj? Wszyscy chyba widzieli. Marcelo zagrywa ręka w polu karnym i nic. Ramos powala Lewandowskiego rownież w polu karnym i nic. Tutejsi komentatorzy, którzy zdecydowanie faworyzują kluby hiszpańskie, oglądając powtórki owych zagrań sami przyznawali, że w obu sytuacjach należał się Bawarczykom rzut karny. Nic z tego, sędzia chwilowo oślepł. Zastanawia mnie po co wprowadza się system VAR, wokół którego jest tyle szumu jeśli cymbał odmawia jego użycia. Nie jestem specjalnym fanem Bayernu i prawdę mówiąc drużyna, która popełnia tak karygodne błędy dając w prezencie dwie bramki zespołowi kalibru Real Madryt, pewnie nie zasługuje aby awansować dalej. Niezależnie od tego sposób w jaki Real przeszedł dalej powoduje u mnie odruch wymiotny. Po co grać te mecze? Może lepiej już na samym początku ustalić, że Real ma wygrać całe rozgrywki i święto lasu. Drużyna z Madrytu po raz trzeci z rzędu zameldowała się w finale rozgrywek Ligi Mistrzów. Jest to niewątpliwy sukces. Szkoda jednak, że zarówno w ubiegłym jak i w tym roku sposób w jaki tam dotarli nie ma nic wspólnego z fair play i w pełni zasłużonymi zwycięstwami.