O podziałach słowo.

Nie ulega zapewne watpliwości, że jesteśmy podzieleni. Trochę to śmiechu warte, ale tylko stojąc z boku. Różnice światopoglądowe i zanik zdolności akceptacji jednych przez drugich i odwrotnie, mnie osobiście szokuje i irytuje. Granice absurdu sięgają wyżyn dotychczas nieznanych. Chłopo-rolniczy wschód nie bardzo nadąża za przemysłowym i nowoczesnym zachodem. A może to właśnie ta część Polski nie rozumie problemów wschodu? W miastach ludność, bez względu na to, w której części kraju, nie identyfikuje się z władzą. Odwrotnie na wsiach, gdzie to właśnie aktualnie rządzący zdają się dominować w miejscowej polityce. I to chyba jest właściwy podział: miasto przeciwko wsi, przemysł i średnia klasa przemysłowa przeciwko rolnictwu i chłopom. Dzieli nas rownież stosunek do religii, która dzięki zabiegom naszego kościoła stała się częścią gry politycznej. Na tej płaszczyźnie trudno zrozumieć i znaleźć jakiekolwiek trendy demograficzne. Tu rządzi zapewne ksiądz proboszcz lub wiecznie żywe pytanie związane z oczekiwaniami i ich realizacją przez sprawujących władzę. Polska chrześcijańska to tylko próżne hasło, bo mało kto dziś rozumie, nie mówiąc o postępowaniu, wartości chrześcijańskie. Nie wdając się w głębsze dyskusje, mam wrażenie, że rownież duchowieństwo ich nie rozumie, wymuszając na wiernych odpowiednie głosowanie.

Politycy podzielili Polskę na wschód od Wisły i na zachód od Wisły. To nie znaczy, że w tych enklawach dominuje tylko jedna orientacja bo przecież w obu częściach są miasta i wsie, mieszkają rolnicy i inteligencja, występuje ci bardziej pod wpływami kościoła i ci mniej dający sobie narzucić jego wolę. Obwinianie polityków to zatem spore uproszczenie. To my sami straciliśmy wolę porozumienia się i dajemy się prowadzić naszym wybrańcom. To my sami odrzuciliśmy dialog, po części wzorując się na jego braku na scenie politycznej, po części jednak sami w swojej ślepej wierze w jedynie własną słuszność zrezygnowaliśmy ze słuchania argumentów przeciwnika. Fakt naszej nieumiejętnosci w porozumieniu się jest tylko i wyłącznie na rękę tym, którzy do tego doprowadzili. Będą on podsycać antagonizmy między nami bo każda władza potrzebuje opozycji, a ta rządów, z którymi mogliby się nie zgadzać. Ani jednym ani drugim nie zależy albo wręcz byłoby nie na rękę, gdybyśmy umieli ze sobą rozmawiać i czarne nazywali czarnym a białe białym.

Jurek Owsiak w swoim wystąpieniu na jakiejś uczelni we Wrocławiu powiedział coś co bardzo przypadło mi do gustu. Chce on aby każdy z nas po zakończeniu nauki został zmuszony do opuszczenia Polski, bez prawa powrotu, na dwa lata. Kto chciałby wrócić wcześniej nie byłby wpuszczony. Wielu z nas brakuje wiedzy o świecie, doświadczenia w zakresie znajomosci innych kultur, sposobu ich życia. Taka wiedza odrzuca prymitywny nacjonalizm i powiększa horyzonty myślowe. Doskonały pomysł, bo w wielu rozmowach z moimi rodakami właśnie tego dystansu do samych siebie bardzo mi brakuje. Czy to znaczy, że ja wiem o wszystkim więcej i lepiej? Oczywiście, że nie, napewno jednak z tego powodu nikomu nie będę skakał do oczu.

Orzeł i kondor

Tradycyjnie przy pracach domowo-ogrodniczych do pomocy angażuje kogoś z lokalnych ludzi. Szukają oni często zajęcia, tak więc ze znalezieniem ochotnika nie mam większego problemu. Przyzwyczaiłem się jednak do Don Jose czy Pepe jak go to powszechnie nazywają, stąd czasami wolę poczekać jak jest on wolny niż zatrudniać kogoś na siłę. Nigdy nie jest tak, że coś musi być zrobione natychmiast. Nigdy też nie jest tak, że nie będzie nas w domu przez dłuższy okres. Czekam zatem na Don Pepe ze swoimi projektami czy pracami na zewnątrz. To prosty człowiek, który całe życie pracował fizycznie. Nie wiem jaka jest jego sytuacja finansowa i zbyt słabo znam tutejszy system emerytalny, dość jednak powiedzieć, że teraz na parę lat przed siedemdziesiątką Don Pepe ciągle dorabia sobie na dorywczych pracach. Patrzę na niego z podziwem gdy miesza beton czy dźwiga ciężkie kamienie. On jednak to lubi, przynajmniej takie odnoszę wrażenie, bo gdy nikt go nie zatrudnia, sam sobie wynajduje zajęcie naprawiając naszą sponiewieraną majowymi opadami drogę. Nie sądzę aby swoim życiu był poza Ekwadorem. Kiedy więc pracuje dla mnie stara się dowiedzieć jak najwiecej na temat Polonii, jak nazywają tutaj Polskę, zadając mi pytania na temat pogody, zarobków, wielkości kraju, ilości ludzi itd, itp. Mają łamaną hiszpańszczyzną staram się mu przybliżyć nasz kraj. Wiele z moich opowiadań wywołuje w nim zdziwienie, jak choćby możliwość temperatury poniżej zera.

Jako kibic sportowy mam trochę koszulek piłkarskich. Właśnie w związku z mistrzostwami świata w Rosji postanowiłem się wystroić w jedną taką identyfikującą mnie jako kibica naszej narodowej reprezentacji. Na piersiach mam zatem orła a na boku pionowy napis Polska. Nie mogło obyć się zatem bez pytań. Co bardziej zagorzali i starsi kibice pamiętają wiele nazwisk z kadry Orłów Górskiego. Dzisiejsi fanatycy futbolu identyfikują nas przede wszystkim z Lewandowskim. Don Pepe nie zna ani jego ani nikogo z naszych brązowych medalistów z mistrzostw świata w Niemczech. Zainteresował go natomiast orzeł na mojej koszulce. Chciał wiedzieć co to za ptaszysko. Próbowałem mu wyjaśnić w miarę swoich skromnych możliwości sens i znaczenie orła w naszej historii. Nie znałem jednak hiszpańskiego określenia dla tego ptaka. – Kondor, podpowiedział mi mój rozmówca, widząc na mojej twarzy zakłopotanie. Gdym nawet znalazł hiszpańską nazwę orła na tłumaczu Google, podejrzewam, że i tak niewiele by mu to powiedziało. -Prawie jak kondor, tylko dwa razy większy, odrzekłem więc, nie będąc do końca przekonanym czy nie przesadziłem zbytnio. Tak czy siak Polska jest większa od Ekwadoru, zatem i nasze ptaszysko musi być odpowiednio większe od symbolu Ameryki Południowej, starałem się uspokoić swoje sumienie. Mój rozmówca tylko pokiwał z uznaniem głową. Nie miał więcej pytań. Widać rozmiar orła zrobił na nim spore wrażenie.

Czerwone sukno.

Ubiegłoroczna „Angora” w kilku swoich numerach przedrukowywała fragmenty książki Roberta Krasowskiego pod tytułem „Czas Kaczyńskiego. Polityka jako wieczny konflikt. Historia polityczna III RP. Lata 2005-2010”. Autor, w moim przekonaniu, w miarę obiektywnie pokazuje sylwetki braci Kaczyński i Donalda Tuska, co widać szczególnie w kontekście obecnie trwającej wojny. Nie ulega watpliwości, że to co się stało w opisywanym czasie pomiędzy oboma politykami nigdy nie znajdzie pokojowego rozwiązania. Niestety w swoją prywatną, wzajemną niechęć uwikłali nie tylko swoje partie ale i całe społeczeństwo. Patrząc na to wszystko z perspektywy czasu jest oczywiste, że rownież Donald Tusk nie jest bez winy za doprowadzenie do aktualnych wydarzeń. Zarówno on jak i jego przeciwnicy cierpieli i mam wrażenie, że cierpią dalej na przerost ambicji i dla zniszczenia siebie nawzajem gotowi są poświecić cały kraj. Z książki wynika, że w tamtych latach była szansa na współpracę obu partii, której nie chciał przed wszystkim obecny przewodniczący RE. Kulisy rozgrywek pomiędzy zwaśnionymi stronami wydają się być przedstawione dość rzetelnie. Kaczyńscy w końcowym efekcie ponieśli klęskę, której Tusk nie potrafił wykorzystać, zniechęcając swoją polityką do siebie tą cześć społeczeństwa , która dzisiaj stoi murem za Jarosławem. Chociaż nie musiał, bo bracia sami sobie rzucali kłody pod nogi, to jednak swoim zachowaniem ignorował ich obu poniżając na każdym kroku. Już wtedy było wiadome, że jakiekolwiek porozumienie nie było możliwe, a co gorsze jak pokazuje dzień dzisiejszy, taka opcja nawet nie wchodzi w aktualnie w grę. Smoleńsk oczywiście przepełnił czarę goryczy, która przerodziła się w ślepą nienawiść i chęć zemsty w umyśle Jarosława Kaczyńskiego. Dziś zatem kiedy on w kraju rozdaje karty, otoczony ślepą służbą, nie zamierza poprzestać na słowach. Mając poparcie dużej części wyborców, którzy w swojej nienawiści do Tuska są równie ślepi, będzie parł do jego zniszczenia za wszelką cenę. Śledzę to co się aktualnie dzieje z przerażeniem. Gdzieś, w tym całym systemie zwanym demokracją,  popełniono błąd zezwalając jednej opcji politycznej na bezceremonialne decydowanie o całym kraju. System wyborczy nie powinien zezwalać i umożliwiać konkretnej partii posiadania większości w parlamencie, zmuszając w ten sposób adwersarzy do współpracy i szukania kompromisów dla dobra, co oni tak dumnie nazywają, ojczyzny. Ktoś, kiedyś nie pomyślał, że władza może dostać się w ręce chorych egocentryków, bez skrupułów, wyzutych  z uczuć, dla których słowo kraj znaczy tyle samo co dla Bogusława Radziwiłła, czyli czerwone sukno. Oto jak nasze zalety opisał w Potopie Henryk Sienkiewicz, słowami powyższego szlachcica skierowanymi do Kmicica:

Jest, panie kawalerze, zwyczaj w tym kraju, iż gdy kto kona, to mu krewni w ostatniej chwili poduszkę spod głowy wyszarpują, ażeby się zaś dłużej nie męczył. Ja i książę wojewoda wileński postanowiliśmy tę właśnie przysługę oddać Rzyczypospolitej. Ale że siła drapieżników czyha na spadek i wszystkiego zagarnąć nie zdołamy, przeto chcemy, aby choć część, i to nie lada jaka, dla nas przypadła. Jako krewni, mamy do tego prawo” i dalej „Rzeczpospolita to postaw czerwonego sukna, za które każdy ciągnie”.

Nie inaczej jest dzisiaj. Ciągną więc każdy w swoją stronę ku uciesze tych, którzy nic z tego nie mają, ale samo patrzenie sprawia im przyjemność, nie widzieć dlaczego.

Amerykańskie uzależnienie.

Podczas gdy w naszym kraju zapanowała wsród rządzących euforia związana z wizytą prezydenta wolnego świata, w Wielkiej Brytanii głowią się jak wymigać się z zaproszenia pana Trumpa do ich ojczyzny. Nie cieszy się on tam zbyt wielką popularnością w związku ze sposobem w jaki potraktował premier tego kraju oraz Majora Londynu. Najchętniej cofnęli by zaproszenie, na co nie chce  zgodzić się królowa. Najprawdopodobniej dojdzie do wizyty ale już dzisiaj można założyć, że będzie ona miała charakter bardziej kurtuazyjny niż jakikolwiek inny. Donald Trump traci rownież popularność we własnym kraju uwikłany w coraz to większą ilość konfliktów, które sam sprowokował swoją nadpobudliwością. Sprawa odwołania szefa FBI zaczyna nabierać tempa i jakie może mieć konsekwencje trudno dzisiaj przewidzieć. Przesłuchiwany przez specjalną senacką komisje James Comey potwierdza, że prezydent wywierał na niego naciski i podpowiadał co powinien zrobić z niewygodnym dla niego śledztwem dotyczącym powiązań z Rosją jego współpracowników. Zgodnie z badaniami opinii publicznej w USA więcej ludzi dzisiaj jest za odwołaniem prezydenta z jego stanowiska niż tych, których sympatią wciąż się cieszy, a to dopiero piąty miesiąc sprawowania przez niego władzy. Nie zjednał sobie rownież przyjaciół wycofując się z porozumień paryskich dotyczących emisji gazów cieplarnianych. O ile jest to zrozumiałe, że Europa poczuła się oszukana jego decyzją o tyle fakt, że niektóre stany USA zdecydowała się wbrew decyzji prezydenta przestrzegać zapisy paryskie świadczy o coraz bardziej malejącej jego popularności we własnym kraju. Przyjeżdża zatem do nas polityk, z którym niewielu chce rozmawiać a jeżeli już muszą to tylko z powodu kraju, który reprezentuje. My natomiast pękamy z dumy, ze pojawi się u nas zanim odwiedzi Francje i Niemcy. Uzależnienie naszych władz od amerykańskiego „powietrza” budzi niesmak i zdziwienie. Ślepa wiara w dobro płynące z naszego służalczego stosunku do Ameryki nie podniesie naszego wizerunku ani na świecie, ani tym bardziej w Europie. W Portoryko zakończyło się właśnie referendum na temat przyłączenia tego kraju do Stanów. Większość opowiedziała się za, upatrując w byciu kolejnym stanem USA więcej korzyści niż strat. Oby się nie przeliczyli. Podobny stan umysłu reprezentują nasze władze, które w świecie coraz bardziej zdominowanym przez antyamerykański sentyment nie przestają patrzeć w tamtą stronę niemal ze ślepa pobożnością. Zachowując się jak poddani Wuja Sama tak też będziemy traktowani. Póki co piejmy z radości, że będziemy gościć tzw lidera wolnego świata. To nic, że on tyle ma wspólnego z wolnym światem co Putin z demokratyczną Rosja. W celu podniesienia doniosłości tej wizyty proponuje Apel Smoleński w trakcie uroczystości powitalnych. Czy on coś z tego zrozumie? Wątpię.  

Natenczas Wolski……

Natenczas Saryusz chwycił na taśmie przypięty

Swój unijny znaczek trochę stary i pogięty
Machając nim przed wszystkich oczami
Śledził urzędasów wzrokiem jakby chciał ich zganić 
Po czym wypełnił powietrzem płuca swoje
Jak muzyk posługujący się obojem 
I wrzasnął z całej siły w niebogłosy
Aż wszystkim na głowie stanęły włosy
A głos jego był straszny, chociaż trochę niski
Postawił na baczność delegatów wszystkich
„Jam jest kandydatem rządu polskiego
Macie głosować na Saryusza – Wolskiego”
I zaklął przy tym bardzo okrutnie
Dając do zrozumienia, że nie czas na spory i kłótnie 
Bo Warszawa niczym pępek w środku Europy leży
I ze zdaniem jej rządu liczyć się należy 
I gdy tak po sali echo głos jego niosło
Strach i napięcie wsród obecnych rosło
W budynku w tym czasie nie było Tuska
Bo on na zewnątrz z Angelą w basenie się pluskał
A że potęga jej głosu też była nie byle jaka
To i owszem wybrali, choć nie z Warszawy, to jednak Polaka 
I na nic zdały się groźby polskiej premierowej 
Do bojkotu całych obrad już prawie gotowej
Bo jakiekolwiek w polityce odgrażanie mało znaczy
Gdy większość krajów bardziej chce współpracy
Której przyrzeczenia  w Saryuszowym głosie zabrakło
Miast więc głos jego mocy nabrać, bardzo szybko zblaknął
Dotarł jednak do Warszawy gdzie wszystkim się zdawało,
Że grzmi jeszcze a to echo się już tylko śmiało.
Wieszczu drogi, wybacz mnie kiepskiemu poecie,
Że ukradłem Twoje rymy opisując śmiecie

O wodzu, ludzie i murzynkach

Wódz Wielki Jaro nad Wisłą mieszka

Białą ma skórę ten nasz koleżka
Uczy swych kumpli przez całe ranki
Ze swej ideologicznej pierwszej czytanki
A gdy do domu po pracy wraca
Tam swego kota rownież nawraca
A kot się chowa gdzie tylko może
„Przed tą nauką uchowaj mnie Boże”
„Już wolę jak pies na mnie szczeka”
Z tą myślą pod tapczan ucieka
Skąd pana swego wciąż obserwuje
Aż ten się zmęczy, co spowoduje, 
Że wyjść będzie można z ukrycia
Gdy wódz na tapczan padnie bez życia 
I gdy tak Jaro na łóżku leży
Śmieje się z siebie nie mogąc uwierzyć 
Że kot mądrzejszy od ludu stada,
Który to wszystko co on doń gada
Jak oczywistą prawdę przyjmuje
A on ją tylko parafrazuje 
I ani trochę go to nie brzydzi
Bo skoro lud wodza weń widzi
To znaczy, że lubi te jego wywody
Choć im brak sensu i dużo w nich wody
Więc uczęszczają na jego lekcje
Ci co do władzy mają projekcje
I każdy z nich na blachę kuje
To co wódz wielki im podyktuje
A on tak już ich zmanipulował
Że na ich karkach jego jest głowa 
Ta rymowanka początek w Afryce miała
Bo na wierszyku o Bambie się wzorowała
I chociaż Polska to nie Afryka
To niczym Bambo Jaro tu bryka
Tyle, że Bambo to postać bajkowa
A Jaro choć za plecami innych się chowa
Istnieje w naszej rzeczywistości 
I sam juz nie wiem czy śmiać się, czy złościć.
I pozostaje mi mieć tylko nadzieje, 
Że lud wreszcie oprzytomnieje
I całe to towarzystwo pogoni
Byśmy mogli zapomnieć o nich  
I znowu wielką rodziną się stali
Żyjąc w spokoju bez animozji i żali.
Na motywach Murzynek Bambo, Juliana Tuwima

Znasz li ten kraj w Europie

Niemcy kiedyś kraj ów zaatakowali

Teraz niby przyjaciółmi się ostali

Francja z Anglia pomoc obiecały
I słowa nie dotrzymały
Rosja z okupacji kraj ten wyzwoliła
Zaraz potem swe porządki wprowadziła
Przez co zaliczana jest do wrogów
W przeciwieństwie do zachodnich bogów
Ukraina za nim nie przepada
Choć udaje, że tak nie wypada
Litwa trzymać się z daleka woli
Bo historia ciągle tamtą władze boli
Choć po drugiej stronie morza Szwecja
Szwedom bliższa zda się Grecja
Rządu oraz ludzi z Białorusi
Do przyjaźni z tym sąsiadem nikt nie zmusi
Czesi i Słowacy niby obojętni
Bo biedniejsi, mniej majętni
Kogokolwiek w Europie o ten kraj zapytasz
Każdy mimowolnie się za głowę chwyta
Bo tym krajem rządzą chciwe wrony
W centrum, z lewej oraz prawej strony
Rządzić nie umieją, pierwsi za to w oskarżaniu
I poprzedniej władzy błędów wytykaniu
Co jest dobrem a co złem, nikt juz tutaj nie wie
Politycy wymieszali wszystko niczym garnki w zlewie.
Naród cały skołowany chodzi
Ludzie starsi oraz ci co jeszcze młodzi
Kazdy myśląc, drapie się po głowie
„Z czym dzisiaj wyskoczą szanowni posłowie”
Władza tutaj w Stany dzisiaj zapatrzona
I na kraje w Europie obrażona
Mało kto traktuje dziś ten kraj poważnie
Jaka nazwa tego kraju? A to Polska właśnie.

Kraj w ruinie

Kłamstwo, jak mówi stare porzekadło ma krótkie nogi. Wszyscy pamiętamy jak to po objęciu władzy Prawo i Sprawiedliwość z nieukrywaną „troską” dawało ludziom znać w jak to beznadziejnej sytuacji gospodarczej był nasz kraj. Kompletna ruina do, której oczywiście doprowadziło osiem lat rządów poprzedniej koalicji. Ciągnący się w nieskończoność audyt tylko potwierdził rozrzutność poprzedników i ich kompletny brak troski o dobro kraju. Miliardy złotych przepadły niewiadomo gdzie i niewiadomo jak. Nie inaczej było z audytem po prezydencie Komorowskim. Poginęły rzeczy, kancelaria sprzeniewierzyła wszystkie pieniądze, ze prawie ich zabrakło na uposażenie nowego prezydenta. Inaczej miało być za nowej władzy. Tyle, źe to inaczej to były puste słowa bez pokrycia. Zaraz po objęciu władzy pan Terlecki stwierdził, że eliminowanie stanowisk w administracji państwowej byłoby na obecnym etapie niewskazane i mogłoby tylko pogłębić kryzys. Niczego oczywiście eliminować nie zamierzali bo głodnych do koryta w ich ugrupowaniu tak jak i w każdym innym nie brakuje. Nikt nawet nie obraził się na pana Terleckiego bo każdy juz wie, że przeciętny polityk to zwykły kłamca, który będąc w opozycji krytykuje i wytyka a będąc po drugiej stronie barykady robi dokładnie to samo. Kraj w ruinie to hasło, które przewijało sie w wystąpieniu każdego pisowskiego dygnitarza. Przy każdej okazji podkreślali w jak fatalnej kondycji odziedziczyli kraj. No i po co to było wytykać? Dzisiaj do każdego chyba dotarło, że kraj nie jest aż tak bardzo zrujnowany skoro stać nas na podwyżki dla PiS eztabliszmentu i to podwyżki nie jak dla emerytów czyli parę złotych na miesiąc. Podwyżki rzędu kilku tysięcy złotych na głowę przepracowanych polityków. Nawet pani premier poczuła się zazenowana skala podwyżek a szanowny prezes podobno o mało nie dostał wylewu. Skąd się wzięły te pieniądze tak niespodziewanie? Przecież nikt mi nie wmówi,  że nasz super oszczędny rząd wypracował to w ciagu tych kilku miesięcy bycia u władzy. Dodatkowo skala podwyżek miała odzwierciedlać sytuacje gospodarcza kraju a raczej wzrost rozwoju. Wychodzi mi na to, ze chyba nasz kraj nie był w aż takiej ruinie jak to rządzący chcieli abyśmy widzieli. Mało mnie interesuje, że projekt został odrzucony. Jestem pewny, że nikt by tego nie zaproponował gdyby nie było funduszy. Skoro są to znaczy, ze albo kraj nie był w takiej strasznej sytuacji albo to jakieś toruńskie czary. Może ktoś zna odpowiedz na to pytanie. I jeszcze jedno spostrzeżenie. Przez tyle lat żony prezydentów stały u boków swoich mężów nie pobierając z tego tytułu wynagrodzenia. Co nagle się stało, że pani Agacie się ono należy? Nie dość, że funkcja prezydenta w naszym systemie nie ma żadnego uzasadnienia to jeszcze będziemy płacić wynagrodzenie jego żonie. I to nas właśnie doprowadzi do ruiny. To jest właśnie bezkrytyczne szastanie pieniędzmi podatników. W międzyczasie sztandarowy projekt partii rządzącej o obniżeniu wieku emerytalnego musi poczekać do października przyszłego roku. Funduszy na ten cel póki co nie ma i pewnie w przyszłym roku nie będzie bo przecież kraj jest w ruinie. 

Jeszcze raz Niemcy na drodze

Już za parę godzin reprezentacje Polski i Niemiec wyjdą na murawę. Niemcy zweryfikują nasze oczekiwania. Piłka nożna pochłonęła cały piłkarski świat. Internet pełen jest sprawozdań. Kto ma tylko coś do powiedzenia na temat mistrzostw czy piłki nożnej dzieli się swoimi uwagami. A do powiedzenia ma coś prawie każdy. Pojawiają się rownież komentarze na blogach. Fajnie się czyta przemyślenia każdego sympatyka, fajnie się czyta rownież tych, którzy ukazują inny aspekt sportu. Sport rzeczywiście pozwala nam zapomnieć o dolegliwościach dnia powszedniego. Dzisiaj liczy się tylko jedno: jak ograć Niemców. Ktoś nawet w związku z tym wystosował list otwarty do Pana Boga. Autor doszedł do zabawnej konkluzji sprowadzającej się do boskich preferencji. Ewidentnie z przykładów przytoczonych wynika, że stwórca do tej pory sprzyjał naszym zachodnim sąsiadom. Przykładów popierających tą teza przytoczono wiele. Ja ze swojej strony muszę dodać jeszcze jeden. Mistrzostwa świata w piłce nożnej w Niemczech w 1974 roku. Byliśmy rewelacją mistrzostw. Nasza drużyna pokonywała kolejne przeszkody grając najlepszy w naszej historii futbol. Do wejścia do finału potrzebne nam było zwycięstwo nad …..Niemcami. Nie byliśmy bez szans, bo mieliśmy szybkich skrzydłowych, świetnych pomocników i pewna obronę a w bramce obrońca dwóch karnych niefarbowany lis z miasta Łodzi. I co? I przyszło nam grać na basenie. Nad Frankfurtem przeszło oberwanie chmury. Stadion przypominał basen a nie miejsce, na którym gra się w kopaną i to o awans do finału. Mecz nie powinien się odbyć. Odbył się niestety a na wodzie lepsi okazali się Niemcy ze zmorą polskich obrońców Gerdem Mullerem i zmorą polskich napastników Seppem Mayerem. Mam nadzieje, że nasz stwórca pamięta o tej dziejowej niesprawiedliwości.

Pojawił się rownież poradnik dla pań, dla których sport jest obojętny, jak przetrwać ten miesiąc z partnerami, którzy żyć będą przez najbliższe trzydzieści dni w innym świecie. Sporo ciekawych spostrzeżeń, no cóż drogie panie raz na cztery lata mozna się poświecić a jak Polska zdobędzie mistrzostwo Europy szczodrości partnerom nie zabraknie, mogę to niemal zagwarantować. 
I tak sobie pomyślałem: ja to mam dobrze, żona w Polsce, ja tutaj. Pilot należy do mnie i mój jest ten kawałek podłogi, na którym stoi telewizor. I tylko tęskno mi za moją panią.
Mam jednak nadzieje, że polscy piłkarze wynagrodzą mi dzisiaj i dokopią Niemcom a potem Ekwador zwycięży Amerykańców, chociaż w tym przypadku moje sympatie nie są aż tak jednoznaczne jak w przypadku naszego meczu we Francji.
Dzisiaj w mojej poczcie e mailowej otrzymałem złota myśl, którą traktuje jako dobry omen przed naszym spotkaniem. Oto ona: „Kultywowany strach staje sie coraz mocniejszy, kultywowana wiara pozwala osiągnąć nieosiągalne”
Tak wiec do boju biało – czerwoni wszyscy w was wierzymy. 

 

Wizyta w kraju i refleksje po powrocie

Zbliża się powoli miesiąc odkąd wyjechaliśmy z Polski. Postanowiłem chwile odczekać zanim podzielę się moimi refleksjami z pobytu w kraju. Miesiąc to spory odcinek czasu, sądzę zatem, że wszystko się już we mnie ugruntowało a i emocje trochę opadły i dystans do wszystkiego bardziej się zobiektywizował. Polska się zmienia, zaprzeczyć temu byłoby bardzo trudno. Nie chcę jednak pisać na temat zmian a bardziej na temat tego co mnie najbardziej denerwuje. Myślałem początkowo o ustaleniu pewnej kolejności chronologicznej rzeczy wkurzających mnie, porzuciłem jednak ten pomysł. Kolejność zatem jest kompletnie przypadkowo.

Zacznę zatem od kompletnego braku obiektywizmu w stosunku do PRL. Zanim jednak rozwinę ten wątek muszę powiedzieć, że to wlasnie poprzedni system spowodował moja rozłąkę z krajem. Nie zależnie od tego stać mnie na dostrzeżenie w nim pewnych plusów, bo przecież nie wszystko było aż tak ohydne jak to przedstawiają nawiedzeni walczący o wolność. Ta nagonka i upodlanie ludzi, którzy budowali w tym okresie Polskę jest bardziej niż prymitywna. Nie jestem w stanie zrozumieć skąd się bierze ta bezgraniczna nienawiść IPN i temu podobnych instytucji do tego okresu naszej historii. Nie był to napewno okres najlepszy ale na zawsze pozostanie częścią naszej historii i wypadałoby o tym pamietać i odnieść się do niego i do ludzi w nim żyjących chociaż z minimalną dozą szacunku. Tymczasem to tylko opozycja i wyklęci zdają się zdobywać powszechne uznanie. Polityka to jedna wielka ohyda. Dzisiejsi politycy w obronie swojej władzy i wpływów niewiele różnią się w swoim zaślepieniu o słuszności ich racji od tych z poprzedniego systemu. Nelson Mandela po zdobyciu władzy w RPA nie robił żadnych lustracji, nie przeglądał akt, nie szukał haków. Ten mądry człowiek uznał, że dobro państwa wymaga współpracy wszystkich. Rozliczył przestępców ale nie zniszczył struktur państwa. Może by tak wyciągnąć z tego jakieś wnioski.

Żyjąc z góra dwadzieścia pięć lat w USA sporo się napatrzyłem i sporo zrozumiałem jeśli chodzi o ich styl życia. Amerykanizowanie Polski i wzorowanie się na rozwiązaniach zza wielkiego stawu uważam, za przedsięwzięcie wyjątkowo chybione. Powiem więcej, jeśli chodzi o historie to Amerykanie nie mają żadnej w porównaniu z naszym krajem. Co ma historia do tego? Ano historia kształtuje przyzwyczajenia kulturowe, nawyki, poczucie humoru, styl bycia można by mnożyć. Bezkrytyczne adaptowanie rozwiązań zza oceanu to brak wizji i szacunku dla naszej własnej kultury. To lizusostwo i wazeliniarstwo w stosunku do kraju, którego nawet nie stać na zniesienie wiz dla narodu, który przyczynił się do zdobycia ich niepodległości to prymitywizm nie mieszczący się w moich kategoriach rozumowania.

Mój pobyt w Polsce spowodowany był koniecznością opieki nad członkiem rodziny. Dzięki temu miałem możliwość przyjrzeć się naszej służbie zdrowia. Nie pozostaje mi nic innego jak prosić stwórcę mojego aby nie pozwolił mi na koniec życia korzystać z dobrodziejstw tych którzy czelność mają nazywać się lekarzami w naszym kraju. Korzystałem juz z opieki lekarskiej i w Ekwadorze, i w Stanach. Bezczelność z jaką nasi medycy domagają się gratyfikacji jest chyba nigdzie indziej nie spotykana. Są to oczywiście moje spostrzeżenia wynikające ze sposobu w jaki traktowano matkę mojej żony. Ludzie starsi traktowani są bez chociażby minimum empatii ze strony personelu. Stosując alternatywne metody leczenia osiągnęliśmy daleko lepsze efekty od szpitala, który twierdził, że miejsce teściowej jest juz w innym wymiarze. Jest to smutna generalizacja, która napewno nie dotyczy wszystkich lekarzy. Dodam jeszcze tylko na koniec, że wielu z tych lekarzy, którzy stanęli na drodze mojej teściowej to bardziej księgowi niż niosący pomoc wyznawcy Hipokratesa.
To co zrobiono z polskim szkolnictwem na przestrzeni ostatnich dwudziestu pięciu lat jest tylko potwierdzeniem ślepej nienawiści do minionego systemu. Ośmioklasowa szkoła podstawowa, liceum, technikum, szkoły zawodowe i wyższe uczelnie to zdało egzamin i funkcjonowało bardzo dobrze. Tylko, że….korzenie miało nie takie jak potrzeba. Zrujnowano kompletnie i dokładnie do gruntu cały system i program i stworzono coś w czym nikt albo prawie nikt nie może się odnaleźć. I zgodnie z zapowiedzią prezesa będziemy wracali do poprzednich rozwiązań . Trzeba było dwadzieścia pięć lat, żeby to zrozumieć. Tylko czy na to pozwolą bracia zza wielkiej wody, których tak chętnie słuchamy.
Tolerancja, o której tak chętnie się mówi w naszym kraju to puste słowo bez żadnego pokrycia. Dzięki staraniom polityków udało im się podzielić nas na tyle kategorii, że prawie już nikt nie wie kim jest. Patrioci i zdrajcy, katolicy i niewierzący, mordercy i pro life, złodzieje i ludzie pracy, rząd i opozycja, prezydent i premier, związkowcy i pracodawcy, platformersi i pisowcy i sam wszechmogący Bóg by się tego wszystkiego nie doliczył. Wszyscy chcą dobrze dla Polski tyle, że po swojemu i tylko po swojemu. Każda z tych opcji toleruje tylko swoje poglądy inne uważając za nic nie warte. Bez porozumienia i kompromisów niczego im się nie uda zbudować ale będą próbować choćby do ostatniej kropli krwi bo durna wiara w swoje racje odebrała wszystkim zdolność trzeźwego myślenia. Nie będę tu już wspominał destrukcyjnej roli kościoła w tym zakresie, który miast nieść ukojenie duszy upolitycznia się coraz bardziej. Chciałbym wierzyć, że uda się to zmienić. Póki co nie widać nawet światełka w tunelu.
Są to moje prywatne spostrzeżenia, kogoś ktoś nie żyje tu na codzień ale spędził wystarczajaco dużo czasu aby wyrobić sobie jakiś pogląd. Domyślam siė, że będą rożne opinie na tematy przeze mnie tu poruszone. Z chęcią ich zatem wysłucham.