Jacy jesteśmy

Od czasu do czasu przedrukowuje u siebie artykuły z Angory. Ostatnia, którą wciąż czytam pochodzi z osiemnastego listopada ubiegłego roku a w niej doskonały felieton Antoniego Szpaka

W Przenajświętszej Rzeczypospolitej wszystko podporządkowane jest polityce. Ona determinuje nasze życie. Jest wszechobecna. Nie da się od niej uciec. Polityka irytuje, denerwuje i podminowuje ludzi. To wyjątkowo silna trucizna. Nie ma nią skutecznego lekarstwa, uodparniającej szczepionki. Brak antidotum na tę zarazę sprawia, iż jesteśmy w dużej mierze uzależnieni od polityki. Dzień w dzień media aplikują nam jej sporą dawkę. Ta machina propagandowa mąci nam w głowach i nieustannie nas urabia. Społeczeństwo obywatelskie, za które się uważamy, staje się bezwolnym narzędziem w rękach bezwzględnych, cynicznych, partyjnych graczy. Polacy wbrew temu, o głoszą wybrańcy narodu, się są w tej grze podmiotem a przedmiotem. Bo tu nie o dobrał państwa i pomyślność obywateli idzie, tylko o interes partii, synekury dla towarzyszy. Politycy robią wszystko, co w ich mocy, żeby sobie nas całkowicie podporządkować i swobodnie nami manipulować. Dzięki tej partyjnej swołoczy, zwanej klasą polityczną, jesteśmy jak nigdy dotąd skłóceni i podzieleni. Żremy się i skaczemy sobie do gardeł. Obecnie wszystko jest problemem i powodem do ostrego sporu. Praktycznie nie możemy porozumieć się w żadnej sprawie. Nawet symbole, które wydawały się rzeczą świętą, nie do ruszenia, są podważane, kontestowane. Wszystko można wywrócić do góry nogami. Legendarni, sztandarowi bojownicy „Solidarności”, którym zawdzięczamy obalenie znienawidzonego ustroju, są dziś oceniani i zohydzani. Na piedestał pchają się ci, którzy w czasach antykomunistycznego sprzeciwu stali w drugim, trzecim szeregu. Byli mało znanymi i niewiele znaczącymi działaczami. Teraz, mając władzę, odreagowują kompleksy. Dowartościowują siebie i swoich koleżków. Piszą historie od nowa. Z zazdrości i zawiści, że to nie od nich bije blask sławy, starają się za wszelką cenę zdyskredytować zasługi prawdziwych bohaterów. Tych, bez których nie byłoby dzisiejszej suwerennej Polski! Nienawiść i zacietrzewienie biorą górę nad rozsądkiem i rozumem. A przecież nie o taką Polskę walczyła dziesięciomilionowa „Solidarność”! Śledząc historię, dzieje naszej ojczyzny, łatwo zauważyć, że jesteśmy godni podziwu w dniach walki, a żałośni w czasach pokoju. Bóg jeden wie, dlaczego my, Polacy, nie potrafimy budować normalnych, zdrowych, nietoksycznych relacji międzyludzkich. Zawsze znajdą się wsród wybrańców narodu jakieś kanalie chorobliwie żądne władzy, które, nie bacząc na nic, prowadzą nas na manowce. Dla swojej idee fixe rozwalą, zniszczą wszystko, co inni z trudem zbudowali. Ostatnie lata pozwalają zrozumieć, dlaczego Polskę nazywano chorym człowiekiem Europy, a Polaków nie dazono szacunkiem i poważaniem. Dlaczego doszło do rozbiorów i przeszło stuletniej niewoli. Niepomni nauk z historii ciagle jak skończeni idioci robimy sobie wrogów z najbliższych sąsiadów, zaś przyjaciół szukamy daleko za oceanem. Teraz też tak czynimy. Dla naszego, oczywiście, bezpieczeństwa pragniemy za wszelką cenę stać się frontowym państwem Ameryki! Paranoja! Takie jest obecnie mniemanie naszych polityków. I nic z durniami nie wskórasz. Oni natarli się szaleju i chcą lecieć jak ćmy do ognia.

My naród jak zawsze staniemy z boku i będziemy śledzili ten lot!

To cała i smutna prawda o nas. Niestety.

Źródło. Angora nr. 46 z 18 listopada 2018 roku. „Jak Ćmy” Antoni Szpak.

Reklamy

Komu kura jajo zniesie?

Rozwaliłem się na fotelu na tarasie nastawiony kontemplacyjne. Pogoda rewelacyjna, drugie pokolenie w domu zatem za trzecim pokoleniem nie musimy wodzić oczami. Cecylia jest niezmordowana w poszukiwaniu nowych przygód. Interesuje ją oczywiście i przede wszystkim to co nie jest dla niej karma dla psów czyli nowy wynalazek do jedzenia, mycie zabawek w kiblu, wszystkie wtyczki w kontaktach, no koniec świata. Zostaliśmy przed tym ostrzeżeni i póki co nie zdążyła nas czymś zaskoczyć. Trzeba jednak być cały czas z oczami wokół głowy.

Nie dzisiaj jednak. Niedziela spokój mistrza, drugie pokolenie przejęło nadzór. Na zewnątrz piękności słoneczne i można oddać się łowieniu ryb, czyli w moim języku myśleniu o niczym. Zgarnąłem jednak urządzenie zwane komputerem i usiadłszy w cieniu parasola świdruje sytuacje na krajowym podwórku. Mamy dzisiaj wybory na nowych milionerów jak zawiadamia Wirtualna Polska. Pięć lat w Parlamencie Europejskim to ponoć zarobek rzędu czterech melonów oczywiście nie na czysto. Jak podaje jednak WP można więcej a nasi eurodeputowani są w tym względzie studnią pomysłów. W końcu ciężka praca musi zostać należycie wynagrodzona.

Wybierzemy pięćdziesięciu dwóch nowych przeświadczonych o swojej pożyteczności, w sumie jednak nierobów, żeby mogli się dorobić, nie garba oczywiście ale niezłej sumki na koncie. Będą z pełnym poświeceniem kontynuować prace na kształtem banana i ogórka, zastanawiać się co zrobić z tym cholernym ślimakiem, jak go przerobić żeby z niego wyszła jednak ryba. Pracy będzie fura.

Sale obrad zapewne będą świecić pustkami, za to kolejka do kasy w dni wypłat będzie jak za mięsem w czasach słusznie minionych.

Biją się zatem o te przywileje w całej Europie. Do przeciętnego Kowalskiego też dotarło, że dobrze byłoby iść na te wybory niech zarabia przynajmniej swój człowiek. Nikt oczywiście nie daje się nabrać na zatroskane przyszłością Europy miny tej nawiedzonej gawiedzi.

Patrzę osobiście z ciekawością na tę gonitwę Arabów czystej krwi. Nie mam pojęcia jak to się skończy ale widać, że strona rządowa może mieć problem. Frekwencja jest dwukrotnie wyższa co może świadczyć, że w rodakach rozbudziła się potrzeba zajęcia stanowiska po stronie lepszych lub gorszych. Wszystkie portale jak jeden mąż prześcigają się w doniesieniach z tego doniosłego momentu w naszej historii. Na Wirtualnej Polsce pokazują zdjęcia każdej z ważniejszych osób oddających swój głos. Trachnięto więc fotę Tuskowi, Kaczyńskiemu, Duda, Szydło, Kopacz, Trzaskowskiemu, Kuchcińskiemu, Wałęsie. Pod każdym obrazkiem umożliwiono komentowanie. Skorzystali z tego przede wszystkim miłośnicy polemiki wszelkiej, gotowi do wymiany zdań najlepiej z karabinem w ręku. W tym bezkrytycznym wyzywaniu polityków najbardziej dostało się Tuskowi. Ponad sto komentarzy, z których najłagodniejszy brzmiał: złodziej emerytur. Do Kopacz ktoś koniecznie chciał strzelać, Duda z żoną to Bezjajec z Niemową, Kaczyński czyli Napoleon z Żoliborza, który bez ochrony się nie rusza. To tylko namiastka skromna twórczości przeciwników konkretnego polityka. Co mnie zastanowiło to niechęć do Tuska. Obawiam się, że pod względem ilości wrogów jego pozycji może zagrozić tylko sam prezes. Nie wróży to specjalnie dobrze byłemu premierowi przed przyszłorocznymi wyborami prezydenckimi. No ale jeśli nie on to kto może stawić czoła szarańczy Kaczyńskiego?

A na zewnątrz pogoda zniewala i wręcz domaga się nicnierobienia. Kury też odmówiły kooperacji w sprawie jaj. Nawet czereda psów z niechęcią rusza zadami i woli z łapami do góry oddać się słodkiemu lenistwu. Im dobrze, polityka im lata koło…….

Skoro o filmach mowa.

Wielokrotnie wspominałem na tych stronach o mojej słabości do filmów. Oglądnąłem ich bez liku. Nie mam jakiegoś specjalnego gatunku, który przedkładam nad inne. Ostatnio jednak mocno wciągnęły mnie historie poparte faktami. Większość z nich jest oczywiście bardzo sfabularyzowana jednak sedno wydarzeń zostaje zachowane.

Jeśli nie film oparty na faktach to wtedy decyduje obsada. Mam kilku aktorów i aktorek, którzy mnie prawie nigdy nie zawiedli i gdy oni pojawia się w rolach głównych taki film kończy na mojej półce.

Staram się natomiast trzymać z dala od seriali. Trwają zbyt długo i pożerają mnóstwo czasu. Zdarza się jednak, źe od czasu do czasu i serial mnie wciągnie. Tak było z Ranczem, przed którego oglądaniem długo się broniłem. Okazał się jednak bardzo zabawnym portretem naszym własnym.

Wsród aktorów, którzy nieodmiennie nie zawodzili mnie, odmawiając występowania w podejrzanych produkcjach był Kevin Spacey. Doskonały aktor i prawdę mówiąc nie pamietam filmu, w którym on by grał i film okazał się niewypałem. To on był powodem, że zdecydowałem się odejść od swojej niechęci do seriali i dałem się wciągnąć w „House od Cards”. Nieprawdopodobna historia rozgrywająca się w Białym Domu. Kevin Spacey zagrał oszukanego polityka, który z chęci rewanżu niszczy po kolei wszystkich, którzy stanęli mu na drodze. Aż wreszcie on został prezydentem. Wyjątkowo podła postać. Aktor zanim zagrał, rozmawiał z wieloma waszyngtońskim politykami. Po tych rozmowach stwierdził, że sposób w jaki przedstawił swojego bohatera niewiele odbiega od charakterystyki tego co się dzieje za zamkniętymi drzwiami w Białym Domu i w amerykańskim parlamencie i senacie. Brud, syf, podchody, zniszczyć za wszelką cenę. To wszystko można zobaczyć w tym serialu. Jego żonę gra Robin Wright, równie chciwa i równie żądna władzy. Przez pięć sezonów to Spacey był centralną postacią. Gdzieś jednak właśnie w trakcie emisji piątej serii, Kevin popadł w problemy w życiu prywatnym. To, że jest gejem było już wiadomo. Nikt natomiast nie wiedział, że lubił się dobierać to swoich kolegów na planie bez ich przyzwolenia. No i sprawa się rypła. Spacey stał się balastem. Musiał też zniknąć z serialu, którego był częściowym producentem.

Szósty sezon zatem zaczął się ni stąd ni zowąd jego brakiem. Okazało się, że zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach. Tak czy inaczej to jego żona była teraz prezydentem USA. No i tu się zaczyna problem. Scenariusz tego sezonu to haniebna kopia z życia Michaela Corleone. On po odejściu swojego ojca przejmował władze nad mafią. Wyglądało na to, że jego rodzina jest u kresu i jego dni są policzone. Tymczasem Mike miał plan. W najmniej spodziewanym momencie usunął wszystkich swoich przeciwników i tych, którzy stali mu na drodze do bycia ojcem wszystkich ojców.

Identycznie robi Robin Wright. Tylko, że… to już po pierwsze było a po drugie do takiej roli trzeba być bezwzględnym i to widz musi widzieć. Bezwzględna ona była tylko, źe nie tak jak Spacey, którego każdy gest, każdy ruch sprawiał wrażenie, źe z tym człowiekiem lepiej być w dobrej komitywie.

No cóż świetny serial przez pięć sezonów, w szóstej odsłonie mnie zawiódł. Jeśli będzie siódma, w co wątpię to już beze mnie. Ale oglądać Kevina warto, bo facet pokazał świetne rzemiosło. Szkoda, że nie umiał trzymać rąk przy sobie.

Dlaczego psy szczekają?

Kto obecnie rządzącym najbardziej leży na żołądku, stoi w gardle, jest kamieniem w prezesa bucie? Idę o zakład, że po ostatnich wydarzeniach na stu zapytanych wszyscy zgodnie odpowiedzą – Jerzy Owsiak.

Nigdy głębiej się nie zastanawiałem nad powodem tej nagonki na prezesa WOŚP. Drażni ich, bo coś robi. Znaleźli więc Przystanek Woodstock jako powód tej ich niechęci. Nigdy tam nie byli, nic nie widzieli, jednak wiedzą wszystko. Raz jakiś nadgorliwy policjant usłyszał „kurwa” ze sceny wykrzyknięte przez Jurka i to wystarczyło żeby mu wytoczyć sprawę. Na przystanku często zatrzymują się księża, którzy nigdy nie powiedzieli nic złego o imprezie a wręcz odwrotnie, czuli wspaniałą atmosferę.

Dla cnotliwych i bogobojnych wyznawców Radia Maryja, impreza ocieka seksem. W narkotycznym uniesieniu każdy śpi z każdym, chodzą na golasa i jeden Pan Bóg wie do jakich jeszcze bezeceństw tam dochodzi. Najwięcej o tym wiedzą pewna posłanka, biegła w sprawach seksualnych i ojciec dyrektor specjalista od palenia, też dokładnie niewiadomo czego ale na narkotykach się zna jak nikt inny.

Zarzucili więc WOŚP jakieś powiązania finansowe z Przystankiem i uczepili się ich niczym łysy grzebienia. Nic nie szkodzi, że kontrole nic nie znalazły, skoro toruński pyszałek miał sen znaczy się prawda to jest.

Od momentu obalenia poprzedniego systemu jeszcze żaden rząd nie miał takich sukcesów na polu niszczenia autorytetów. Gnoją, plują, rzucają oszczerstwa bez względu na to czy mają, czy nie mają dowodów. Skompromitowali się pluciem na Donalda Tuska podczas jego ponownego wyboru. Plują na Wałęsę, choć już nawet nie zachodzi potrzeba bo każdy ma już na temat byłego prezydenta wyrobione zdanie. Żadne teczki i dodatkowe dokumenty prawdziwe czy nie, nic już nie zmienią. Tym poniżaniem Wałęsy odnieśli odwrotny skutek, bo jego popularność teraz wzrasta miast maleć. Sponiewierali Rzeplińskiego i wszystkich innych sędziów Trybunału. To samo zrobili z prezes Sądu Najwyższego. Oczernianie autorytetów wychodzi im równie dobrze jak Pietrzakowi ośmieszanie PZPR-owskiej nomenklatury. Szkoda, że pan Jan nie dostrzega żadnych paraleli miedzy tym z czego szydził a tym czego obecnie broni.

Na placu pozostał już tylko Owsiak. Próbują, szukają, knują, podkopują. Nie lubią gościa. Koniec, kropka.

Kiedyś przechodziłem koło ujadającej po drugiej stronie płotu małej suni. Szczekała w obronie swojego terytorium. Ponoć psy tak mają. Szczekają bardziej ze strachu w nadziei, że odgonią intruza.

Otóż to. To ujadanie władzy to zwykły strach. Owsiak to wciąż autorytet, który jak zechciałby „zaszczekać” mógłby pociągnąć całe rzesze ludzi. Narazie tylko się broni. Gdyby jednak zechciał przejść do ataku to swoją pozycją mógłby całkiem realnie zagrozić tym wszystkim przywiązanym do swoich stołków.

Jerzy Owsiak póki co nie jest zainteresowany polityką. Gdyby jednak wpadł mu taki pomysł do głowy to wtedy…..To ich przeraża, powoduje brak snu, doprowadza to całe kółko wzajemnej adoracji do trwogi. Nie mają innego planu. Odmawiają mu wszystkiego o co poprosi w nadziei, że go zajadą i zniechęcą. Omal im się to udało.

Jurek jednak odszczeknął i wyglada, że nie zamierza przestać.

Jak Bill wygrał wybory

George Carlin był jednym z najlepszych komediantów scenicznych jakich słuchałem. Jego skecze chociaż bogate w słownictwo popularnie zwane wulgarnym, miały to do siebie, że nie były zbytnio politycznie poprawne. Prawdziwe za to. Często mówił o życiu w Ameryce, o politykach, o głupocie. Nie owijał w bawełnę, o ludziach z nadwagą mówił grubasy, tłuściochy, jednak tylko w kontekście ich skłonności do fast foodu. W jednej ze swoich humoresek mówił, że widząc dwoje takich grubasów z hamburgerami w rękach przyglądał im się ze zdziwieniem a umysł jego zawładnęła tylko jedna myśl; czy to jest fizycznie możliwe aby ci ludzie mogli mieć sex. Był doskonały w swoich spostrzeżeniach, stąd wiele rzeczy adresowanych do publiczności jemu przechodziło płazem, bo ośmieszał oczywistą głupotę.

Mi mocno utknęła jedna z jego historyjek, która niewątpliwie jest prawdziwa do dzisiaj. Bill Clinton ubiegając się o reelekcję miał za przeciwnika republikanina Boba Dole. Był on starszy i próbował wykorzystać ten fakt ukazując siebie jako człowieka z zasadami.

Politycy oczywiście zawsze starają się ocieplić swój wizerunek, kłamiąc przy tym jak najęci. Ludzie zatem coraz rzadziej w te banialuki wierzą. George Carlin tak właśnie widział Boba Dole’a, jako kłamcę odnoszącego się do wartości, w które wierzy tylko powierzchownie. Parodiując jedno z jego wystąpień, w którym padały słowa o szczerości, oddaniu, rodzinie i innych zbrukanych przez polityków wartościach, dostrzegł oczywistą próbę ocieplenia wizerunku. Ludzie oczywiście przejrzeli to na wylot zgodnie przyznając, że ten kandydat jest „full of shit” czyli, że nie jest szczery i, że próbuje im sprzedać gówno tyle, że ładnie opakowane.

Bill Clinton obrał zgoła inną taktykę. Według George’a walił prosto z mostu i nie udawał. Mówił, że nie zamierza nic zmienić, że bardzo kocha to waszyngtońskie szambo, że Ameryka mało go obchodzi, że tak naprawdę paplanie się w tym gówienku sprawia mu wielką przyjemność. Tu George przystanął naśladując publikę, która niby to miała słuchać wystąpienia swojego kandydata. Słuchali w osłupieniu i w pełnym zdumieniu, że wreszcie ktoś jest z nimi szczery i niczego nie udaje.

Kto wygrał wybory nie będę przypominał. Bill dotrzymał słowa oferując Monice „cygara”. Zrewolucjonizował pojęcie sexu oralnego, którego nie zaliczył do stosunku. Nazwał go po prostu niestosownym zachowaniem. Swój chłop, szczery do bólu. Jak tu nie lubić takiego, konkludował kabareciarz.

Mowię wam szczerze.

Mówię wam szczerze,

Że śmiech mnie bierze

Na tych bałwanów

Co chcą waćpanów

Przed nami zgrywać

I siebie nazywać

Głosem narodu

Be żadnych powodów

Mówię wam szczerze

Ja w to nie wierzę,

Że jedna czwarta

Jest tego warta

Aby trzy ćwierci

Przestały się wiercić

Żądając posłuchu

Nie tylko w duchu

Mówię wam szczerze,

Że tutaj pacierze

Choć nie zawadzą

To nic nie poradzą

By przyszłą jesienią

Tych co się mienią

I rządzą krajem

Przegnać nahajem

Mówię wam szczerze

Nie pod pręgierzem

Tu trzeba czynów

By do kretynów

Zaliczyć się nie dać

I kraju nie sprzedać

Jeśliś poważny

Każdy głos ważny

Mądrości książkowe.

Amok czytania trwa w najlepsze. Zostało mi nieco ponad cztery tygodnie i trzeba będzie powoli przygotowywać się do powrotu a tu jeszcze tyle książek.

Absurd otaczających mnie wydarzeń powoduje, że przestałem zwracać uwagę na wiele rzeczy traktując je jako normę czy może standard.

Niespodziewanie jedna z pozycji, którą niedawno skończyłem, swoimi urywkami w sposób genialny zdefiniowała ten absurd lepiej niż sam bym potrafił.

„Szachista” Waldemara Łysiak, bo niej tu mowa, traktuje o próbie zamachu na Napoleona. Miał on mieć miejsce, uwaga..13 grudnia, roku pańskiego 1806 w Szamotułach. Ile w tym jest prawdy, to akurat w tym momencie nie jest istotne. Żeby zrozumieć cytaty, którymi zamierzam się posłużyć, muszę rzec odrobine na temat fabuły.

Zamach mieli przeprowadzić Anglicy. Aby on się mógł udać musieli po drodze przepłacić parę osób rożnej narodowości. Na czele spisku stał jednak jeden z nich. Dociera powoli do swoich kontaktów ale za każdym razem ma z nimi problemy. Wreszcie tak odzywa się do jednego z nich:

Zastanawiam się, dlaczego od początku tej gry napotykam co krok na skurwysynów, którzy winni mi pomóc, a nie chcą, chociaż wzięli za to pieniądze!”

I w odpowiedzi słyszy.

Widocznie gra jest brudna, drogi panie, po prostu. Nie znam jej, ale jestem domyślny. I może jeszcze dlatego, że na tym pięknym świecie o wielkie stawki grają tylko skurwysyny. Pozostali żrą placki na śniadanie, obiad i kolację popijając wodą. Że nie wiesz o tym, to twoja sprawa panie, ale winneś wiedzieć, że jesteś bezsilny”.

Po czym dodał jeszcze:

Wy Anglicy, macie dużo złota, z pomocą którego mieszacie się do naszych spraw jako sprzymierzeńcy we wspólnej walce przeciwko Bonapartemu. Jeśli potrafi mnie pan przekonać, że czynicie to bezinteresownie, oddam tedy mój serwis za darmo”.

Czy coś się zmieniło? Chyba tylko technologia, która dzisiaj jeszcze więcej umożliwia. Brud w polityce i partacze, którzy się w niej zagnieździli powoduje we mnie uczucie bezsilności. Wygląda na to, że żrę placki na śniadanie, obiad i kolację. Wolę jednak to niż być jednym z nich.

Druga cześć wypowiedzi kojarzy mi się w Wielkimi Braćmi niosącymi „bezinteresowną” pomoc uciskanym narodom.

W tym momencie przyszła mi do głowy trzecia część „Ojca Chrzestnego”. W nim Michael Corleone próbuje wreszcie zalegalizować swoją działalność wchodząc w spółkę z Watykanem. Niestety i tam mu szło jak po grudzie. Powiedział wtedy, że im wyżej dociera w swojej pogoni za byciem legalnym tym bardziej wpada w szpony oszustów wszelkiej maści.

Smród, syf, szambo. Czy to się da zmienić? Wątpię.

Koryto

Zębami zgrzyta

Każdy bandyta

Gdy do koryta

Inny bandyta

Zębami zgrzyta

Bo przy korycie

Beztroskie jest życie

Nagrody i picie

Odda więc życie

By trwać przy korycie

Gdy ktoś go spyta

To każdy bandyta

Jak zepsuta płyta

Żałośnie zazgrzyta:

„Ja nie dla koryta”.

Lecz już o świcie

Jest przy korycie

Tam płacz i wycie,

Że nawet na picie

Nie starcza bandycie

I tak przy korycie

O chlebie i „życie”

Każdemu bandycie

Upływa życie

Świadcząc niezbicie

Ja ciężkie jest tycie.

Lecz dla narodu

Umarłby z głodu

Tramwaj, dom i zgadywanki

Cuenca już od ponad czterech lat to jeden wielki plac budowy. Gdy bodaj w 2013 roku ogłoszono śmiały plan konstrukcji linii tramwajowej, opinie były bardzo podzielone. Ciekawe, że turystom ta idea bardzo przypadła do gustu, w przeciwieństwie do miejscowych. Ci drudzy znając tutejsze realia pewnie wiedzieli od samego początku, że termin skończenia inwestycji to opowiastka wyssana z palca miejscowych polityków. Takiego doświadczenia nie mieli rzecz jasna ci, którzy się tutaj osiedlili w związku z czym ich wiedza na temat terminów oddania czegoś tam do użytku była oczywiście ograniczona. Cuenkanie rzeczywiście mieli racje. Planowany trzyletni okres zakończenia budowy przedłużył się juz o dwa lata i ma mieć miejsce w tym roku a konkretnie w listopadzie. Jak zwykle opóźnienia w tej części świata na ogół wynikają z gdzieś tam rozpływających się pieniędzy. Sądzę, że to nie tylko problem Ekwadoru bo państwowe pieniądze rzeczywiście mają wielu chętnych, niekoniecznie mających dobre chęci, stąd zapewne wstępne kalkulacje tego typu zamierzeń finansowanych przez państwo powinny być pewnie o kilkadziesiąt procent większe. W kolejce po nagrody stoją często nawet ci, którzy nie wiedzą nic ani na temat inwestycji, ani na jakikolwiek temat. Nieprawdaż pani premier? Nie inaczej sprawy miały się z cuenkańską linią tramwajową. Pieniędzy zabrakło jeszcze przed skończeniem połowy inwestycji. Podobno źle dokonano obliczeń, ale co bardziej światli mieszkańcy Cuenki wiedzą, że przeleciały one przez dziurawe kieszenie miejscowej władzy. Budowa zatem trwa i wyglada rzeczywiście na to, że w tym roku doczekamy się jej końca. Dwie główne ulice starego miasta powoli zaczynają wracać do użytku. Cieszy to szczególnie właścicieli wszelkiego rodzaju małych sklepików od restauracyjek począwszy a na pamiątkach skończywszy. Dla mnie największą udręką instalacji linii tramwajowej były ciagle zmieniające się trasy autobusów. Pozamykane ulice powodowały, że nigdy nie miałem pewności czy dojadę do celu, czy też pan kierowca będzie zmuszony gdzieś skręcić i już więcej nie wróci na trasę, którą powinien jechać. Ot taka nowa gra loteryjna: zgadnij gdzie jedziemy. To nawet było fajne bo poznałem nowe zakamarki miasta. Mniej mnie jednak to bawiło gdy wracałem do domu bo i tym razem autobus zatrzymywał się dość często w innym miejscu oferując mi kolejną zabawę, tym razem pod tytułem zgadnij gdzie się dzisiaj zatrzymuję. Wygląda jednak na to, że będę miał to już za sobą a miasto coraz bardziej zaczyna przypominać mi miejsce, które tak bardzo przypadło mi do gustu kiedyś tam, całkiem niedawno temu. I tylko moja „willa” zdaje się nie pojmować, że mam dość wszelkiego rodzaju zgadywanek szczególnie z zakresu „zgadnij co dzisiaj nie będzie działać”. Jak to jednak mówią, koło domu zawsze jest coś do zrobienia. Będę się musiał chyba z tym pogodzić.

Śpiewać może każdy.

Stajemy się coraz bardziej uzależnieni od elektroniki. Świat się komputeryzuje w tempie trudnym do wyobrażenia. Dzięki temu o wielu rzeczach możemy dowiedzieć się w znacznie szybszym tempie. Przepływ informacji odbywa się niemal natychmiastowo. Powstaje coraz więcej rożnego rodzaju serwisów, które umożliwiają nam dostęp do wiadomości z wielu dziedzin codziennego życia. Z racji moich zainteresowań, będąc na komputerze, lubię poprzeglądać „starocie”, które ktoś tam kiedyś tam umieścił na YouTube. Często uda mi się znaleźć coś o czym już zapomniałem o co ma tak silną wymowę, że nie sposób nie podrapać się po łepetynie ze zdziwienia. To mi się zdarzyło pare dni temu. Niespodziewanie zaproponowano mi posłuchania „Śpiewać może każdy” w wykonaniu Jerzego Stuhra. Wykonał on ten utwór na festiwalu w Opolu równo czterdzieści lat temu. Wiem, że wiele osób zna tą piosenkę i ja ją znam, z tym, że gdzieś mi uleciała. Sposób jej wykonania przez pana Jerzego nie pozostawia wątpliwości co do podtekstu tego utworu. Jeśli jednak podłożymy w miejsce lat siedemdziesiątych dzisiejsze czasy to mam wrażenie, że ta śmieszna piosenka jest jeszcze bardziej aktualna. 

https://youtu.be/ENvAmLuj5ko

 

Jeśli śpiewać może każdy, to i zapewne każdy może być politykiem. O losach naszego kraju decyduje 561 polityków, których talent nawet nie dorównuje piosenkarskim możliwościom Jerzego Stuhra. A jednak 460 posłów, 100 senatorów i prezydent, przeświadczeni o swoich talentach, chcą determinować w jaki sposób każdy z nas ma żyć. Szczęka mi opadła i wciąż znajduje się w stanie totalnego osłupienia bo morał z tej śmiesznej piosenki dla mnie jest taki, że ona wcale nie jest……..śmieszna. Zwłaszcza dzisiaj.