Trzysta sześćdziesiąt stopni.

Wielokrotnie już pisałem o mojej drodze bitej do autobusu, skąd dojeżdżamy do Cuenki. W ubiegłym tygodniu pogoda nam dopisała. Pomyślałem sobie, źe wybiorę jeden z punktów drogi i trzasnęła pare fotek z tego miejsca dookoła.

Oto co z tego wyszło.

W tą stronę wracamy do domu. Po lewej skały.

A to już przeciwna strona ze stromym zboczem

Widok na góry po przeciwnej stronie rzeki

Droga musiała by wycięta na zboczu. Powyżej ściętych skał znowu zielono.

A pod rodzę natknęliśmy się na konika. Maja spore zastosowanie tutaj.

Reklamy

Na drodze.

Nasza droga do autobusu to taka alejka pośród drzew. Liczy sobie ona około pięć kilometrów. W początkowej fazie drzewa znajdują się po obu stronach. Po przejściu około kilometra zaczynają się pastwiska. Teren się bardziej wyrównuje stąd został zaadoptowany na potrzeby bydła. Jednak po przejściu kolejnych dwóch kilometrów wszystko się zmienia. Znowu po jednej ze stron pojawia się przepaść a po drugiej skalista grań, która został obcięta na potrzeby wykonania drogi.

Dojście do autobusu zajmuje nam mniej więcej godzinę. Ponieważ odwiedzamy Cuenkę ostatnio raz w tygodniu to jest to świetny spacer. Bez pośpiechu. Krajobraz miejscami przy pogodnym niebie zapiera oddech w piersi. Powietrze, jak to w górach, w trakcie naszej porannej wyprawy jest dość chłodne o każdej porze roku. Gdy jednak wracamy ociepla się i jest bardzo komfortowo na każdej wysokości. W sumie te pięć kilometrów to różnica około pięciuset metrów w wysokości nad poziomem morza.

Droga powrotna jest oczywiście bardziej wymagająca. Trzeba się teraz wspiąć. Gdy jednak nigdzie się nam nie spieszy i czas nie odgrywa żadnej roli, to można się wspinać, pod warunkiem, że zakupów nie mamy na plecach. Na powrót z zakupami mamy zawsze dwie opcje. Pierwsza to nasz taksówkarz z Cuenki, którego koszt to piętnaście dolców. Druga to nasz pracowity Pepe, który zjeżdża po nas do przystanku autobusowego a potem wywozi nas do góry. W tym przypadku musimy dojechać autobusem z Cuenki z naszymi zakupami. Trochę to uciążliwe ale oszczędzamy całą dychę, bo wyjazd z Pepe kosztuje nas piątkę. Kogo zatrudnimy, często decyduje o tym pogoda i wielkość zakupów.

Moja autostrada

A przy niej różnorodność

Na skałach też coś rośnie.

I jeszcze taki drzewko z widoczkiem

W drodze przez Andy

Jednym z największych niedostatków Cuenki jest brak lotniska. Znaczy się jest krajowe ale jedyne połączenie jakie ma to jest z Quito stolicą Ekwadoru. To połączenie byłoby nawet dobre gdyby nie trzeba było w w Quito długo czekać na lot do Stanów. Latamy zatem z Guayaquil, do którego dojeżdżamy taksówką. Koszt jej jest niższy niż dwóch biletów lotniczych do stolicy, zatem ma to sens. Jedyną uciążliwością jest fakt, że w ten sposób nasza podróż wydłuża się o około czterech do pięciu godzin. A człowiek im „młodszy” tym bardziej niecierpliwy.

Gdy wracamy to również przelatujemy do Guayaquil. To jest port nad Pacyfikiem. Lądujemy zatem na poziomie oceanu. Po około półtorej godziny jazdy zaczynamy się wspinać w Andy. W najwyższym punkcie zwanym Trzy Krzyże osiągamy wysokość ponad cztery tysiące sto metrów. Od tego momentu zjeżdżamy w dół do Cuenki, która znajduje się na wysokości dwa i pół tysiąca metrów nad poziomem morza.

Zwykle lądujemy około północy. Widoki w górach są zatem żadne. Zdarzyło na, się jednak pare razy pokonać ta trasę za dnia. Wielokrotnie tonęliśmy we mgle a pogoda na zewnątrz zmieniała się z godziny na godzinę.

Znalazłem pare zdjęć z jednego z naszych powrotów. Chmury i słońce na horyzoncie robiły niesamowite wrażenie. Osadzie sami.

Niebo wyglądało bardzo groźnie.

Ale to co było w oddali napawało optymizmem

W sumie widok był niesamowity i nic więcej.

A koło domu już było normalnie.

Powrót na autostradę

Ostatnie dni nie należały do najlepszych. Wiadomości napływające ze Stanów wstrząsnęły nami. Slogany typu – życie toczy się dalej, odejście to część życia – w takich momentach jakby stawały się bezuczuciowymi frazesami, które wymyślił ktoś, kto nie wie o czym mówi.

Choć brzmią one pusto, nie ma innego wyjścia. Trzeba iść do przodu. Otaczająca nas przyroda wpływa kojąco. Taki sam efekt ma również i cisza, i spokój jaki panuje w naszej dolinie. Takie otoczenie z dala od zgiełku pozwala na wyciszenie i rozmowę z samym z sobą.

Oczywiście jeśli nie ma nic do zrobienia w ogródku. A tam pracy nigdy nie brakuje. Zawsze na ten fakt narzekam. Wczoraj jednak to dodatkowo pozwoliło mi odwrócić uwagę od przytłumiających myśli.

Wracam zatem dziś w moim blogu na moją niecierpiąca słabości autostradę oferując kolejną porcje fotek.

W dole most nad strumykiem, który pokazywałem ostatnio. Ta różnica poziomów ma miejsce na odległości około stu stu pięćdziesięciu metrów.

Stopień posiadania w Ekwadorze jest bardzo rożny. To nie jest żaden standard ale i tak ludzie żyją.

Jako jedni z niewielu wciąż nie posiadamy samochodu🙂

I jeszcze jeden widok na dolinę z jakiegoś miejsca na „autostradzie”.

Autostrada do domu

Wielokrotnie opisywałem moją autostradę do domu. Ekwador to kraj na dorobku. W większych miastach jak Cuenca widać powiew nowoczesności ale na peryferiach to już zupełnie inna sprawa. Im dalej od miast tym oczywiście gorzej.

Jeszcze ponad dziesięć lat temu nie było drogi łączącej Cuenkę z Guayaquil, największym miastem Ekwadoru. Droga już istnieje dzięki czemu skrócił się dojazd do lotniska o połowę. Cuenca również się zmienia. Odrestaurowano sporo budynków w historycznej części miasta.

Główne drogi przypominają już szlaki komunikacyjne. Jednak te boczne, jak nasza do domu to wciąż drogi bite. Są one przejezdne oczywiście ale po sezonie deszczowym są przeorane spływającą wodą, która tworzy na nich rynny ściekowe.

Nie będę już więcej rozpisywał się na temat tej autostrady. Niech zdjęcia z widokami z niej przemówią za mnie.

To póki co strumyk, potem z tego zrobi się rzeka.

Stąd jeszcze kilometr może półtora.

Im wyżej, tym widok w dolinę lepszy

Tam w dole między zboczami płynie rzeka.

Tak krajobraz wyglada przez cały rok. W następnym wpisie pokaże jeszcze pare zdjęć jeśli was te zainteresują.

Dziewięćset kilometrów w dwadzieścia godzin

Drogę z Quito do Cuenki, nie w całości ale w sporej mierze stanowi tak zwana Aleja Wulkanów. Wiele z nich pozostaje czynnych chociaż nie wykazują żadnej aktywności od dłuższego czasu. Najbliżej stolicy Ekwadoru znajduje się Cotopaxi, którego szczyt sięga niemal pięciu tysięcy dziewięciuset metrów. Wdrapywaliśmy się na niego razem z Luśką i przewodnikiem podczas naszego pierwszego pobytu w Ekwadorze, aż nie do wiary, ale to było już dziewięć lat temu. Nie była to zbyt przyjemna wspinaczka bo zbocze pokryte jest jakimś wulkanicznym popiołem i wspinaczka po nim powoduje, że się cofa, pewnie pół kroku na każdy krok do przodu. Umordowaliśmy się okrutnie. Z parkingu dla samochodów mieliśmy przejść około trzysta metrów do schroniska. Poddaliśmy się po stu metrach mając naszej języki na wierzchu jak zdyszane psy. Chcąc przytoczyć jakaś ciekawostkę na temat tego „pagórka”, rzuciłem okiem na Wikipedię i ku mojemu kompletnemu zaskoczeniu okazało się, że ostatnia erupcja tego wulkanu miała miejsce już po naszej przeprowadzce do tego równikowego kraju bo w sierpniu 2015 roku trwając do stycznia następnego roku. Właśnie z tego względu był on zamknięty dla zwiedzania, dziwne gdyby nie był. Jak mówi Wikipedia od października ubiegłego roku znowu można się na niego wspinać. Mnie tam specjalnie do tego nie spieszno, wspinam się przecież dwa razy w tygodniu do domu i to mi w zupełności wystarczy.

To była nasza pierwsza podróż tym odcinkiem drogi. Rozłożony na tylnym siedzeniu przyglądałem się po kolei wynurzającym i znikającym kolejnym szczytów wulkanicznych pagórków. Na naszej trasie znajdowały się dwa miasta zaliczane do najwiekszych tego państwa: Ambato i Riobamba. O ile z Quito droga do tej drugiej miejscowości robi bardzo pozytywne wrażenie, momentami bowiem w jedną stronę są cztery linie, o tyle z Riobamba do Cuenki to już zupełnie inna historia. W okolicach Riobamba znajduje się Chimborazo, wulkan, którego ciekawostką jest fakt, że jego szczyt, mierzony od środka naszej planety znajduje znajduje się od niego najdalej, dalej nawet niż szczyt Everestu. To jest wulkan podobno juz nieczynny, ale kto go tam wie, skoro matka natura w ostatnich latach płata nam tyle niespodzianek. „Zdechlak” ten to niespełna sześć tysięcy trzysta metrów i podobnie jak w przypadku Cotopaxi jest on częścią parku narodowego. I tu rownież pare lat temu wspinaliśmy się cała rodzinką łącznie z dzieciakami. Udało mi się dotrzeć na wysokość pięciu tysięcy metrów. Luśka polazła sto metrów wyżej, gdzie usytulowane jest jeziorko czy może nawet jezioro. Skoro jednak pływać nie można to dla mnie mało opłacalny byłby to trud. Inna sprawa, że na tej wysokości woda niezbyt do takiej aktywności się nadaje.

Przyglądałem się otaczającemu krajobrazowi z tylnego siedzenia, nie czując się najlepiej po wciąż dokuczającym mi przeziębieniu. Od Riobamba droga zmieniła się kompletnie, bardziej już przypominając to co widzę na codzień. Ekwador to wciąż kraj na dorobku, infrastruktura drogowa każdego roku się polepsza, miejscami jest ona jednak „ciężkostrawna”. Byliśmy już w podróży pewnie z osiemnaście godzin od momentu wyjazdu z domu. Nagle Javier, nasz kierowca, zatrzymał się na środku drogi. Na zewnątrz było już ciemno a po naszej linii w najlepsze ktoś zabrał się do wyprzedzania sporej kolumny samochodów. Nikt go nie chciał wpuścić, zatem kontynuował wyprzedzanie, aż dłużej tego nie mógł robić bo właśnie my stanęliśmy mu na drodze. Na szczęście zatrzymał się tuż przed nami oczekując na możliwość powrotu na swój pas ruchu. Niestety to jest dość normalne w Ekwadorze. Przepisy ruchu drogowego, podwójne ciagle linie, wszelkiego rodzaju znaki drogowe to tylko takie nieistotne bzdury na drodze, które nikogo nie obowiązują i do niczego nie zoobowiązują. Przed nami stał autobus z pasażerami, którego kierowca gdzieś się spieszył wyprzedzając na podwójnej ciągłej i do tego pod górkę. Pewnie sadził, jak kierowcy naszych VIP-ów, że jemu tak wolno. Tym razem obyło się bez kolizji ale uczucie nie było zbyt przyjemne.

Po nieco ponad dwudziestu godzinach, w tym piętnastu jazdy dotarliśmy do domu. Przejechaliśmy prawie dziewięćset pięćdziesiąt kilometrów dla trwającego około pół godziny spotkania, które okazało się nikomu niepotrzebne. Gdyby jednak nie było głupich przepisów, rozporządzeń, ustaw, nakazów to gdzie by pracowała ta banda rządowych nierobów?

Głupota ma się dobrze.

Na nic zdały się próby przełożenia rozmowy imigracyjnej Luśki. Połamany, przetrącony, żeby nie wspomnieć o niewyspaniu, o pierwszej nad ranem zaległem na tylnym siedzeniu próbując nadrobić poprzednią nieprzespaną noc. Plan był prosty; zaliczyć spotkanie z urzędasami i zaraz po nim w drogę powrotną. Samej jazdy tam i z powrotem należało liczyć około piętnastu godzin. Javier, nasz kierowca, wyglądał gotowy i wypoczęty na ten rajd. Nie zwlekając zatem wyruszyliśmy. Z wrażeń turystycznych z drogi do Quito mogliśmy kompletnie zrezygnować bo przecież poruszaliśmy się w godzinach nocnych. Poza tym próbowałem wymusić na sobie chociaż odrobine snu. Ten jednak nie chciał przychodzić bez względu na pozycje jaką przybierałem na tylnym siedzeniu. Szlag mnie trafiał z tego powodu bo czułem się coraz bardziej zmęczony. Zasnąć się zatem nie udało. Dodatkowo hektolitry wypitej witaminy c przed podróżą, teraz domagały się częstych postojów.

Na miejsce naszego spotkania dotarliśmy na dwie i pół godziny przed czasem, czyli ni w to, ni w owo, bo w sumie zbyt mało czasu żeby cokolwiek zobaczyć. Zdecydowaliśmy się zatem czekać w okolicach budynku, przy okazji nasz kierowca mógł sam teraz rozłożyć się w samochodzie i nabierać siły przed drogą powrotną. Quito to taka kicha bardzo długa i jednocześnie wąska. Ku memu zdziwieniu okazało się, że leży ono wyżej niż Cuenca bo na wysokości prawie trzech tysięcy metrów czyli o całe pięćset metrów wyżej. To właśnie w okolicach stolicy Ekwadoru przebiega równik stąd zapewne temperatura była wyższa. Zdjąłem zatem z siebie zatem podkoszulek, nie chcą się przegrzać. Zaraz jednak musiałem po niego wracać. Okazało się bowiem, że stoimy w jakimś dziwnym korytarzu. Na jednym jego końcu słonecznie, na drugim zaś wieje niczym na Grenlandii bo i sam wiatr był stosunkowo zimny. Schowaliśmy się zatem w budynku, w którym mieliśmy odbyć naszą rozmowę kwalifikacyjną. Gmaszysko wielkie i przestronne ale tylko na parterze dla obywateli. Wyższe piętra musowo zajmować musieli jacyś wybrańcy ludu, do których dostępu bronili strażnicy. Godzina naszej rozmowy okazała się picem na wodę. Dobrze, że nasza prawniczka poleciła innemu prawnikowi z Quito aby się nami zaopiekował. W przeciwnym razie ile by to wszystko trwało, Bóg raczy wiedzieć. Żaden z urzędasów nie miał dla nas czasu. Zlecili zatem przeprowadzenie rozmowy z nami, uwaga….naszemu opiekunowi. Zasadniczo to nie była nawet rozmowa tylko konieczność wypełnienia formularza osobno dla mnie osobno dla Luśki, których porównanie miało świadczyć o tym, że pozostajemy w związku małżeńskim. Jeszcze jedna urzędnicza głupota, mająca chyba tylko na celu potwierdzenie zasadności utrzymania na państwowym garnuszku niezłej rzeszy bezdusznych biurokratów. Po wypełnieniu owych kwestionariuszy musieliśmy je podpisać i tu swoją obecnością zaszczyciła nas przepracowana pani, która miała z nami niby rozmawiać ale jakoś nie bardzo miała na to ochotę. Wszystko to zajęło piętnaście w porywach do dwudziestu minut i byliśmy gotowi do drogi powrotnej. Ponad siedem godzin jazdy w jedną stronę dla dwudziestu minut wątpliwej potrzeby rozmowy. No cóż głupota ma się dobrze na całym świecie.

Deszcz, droga i rzeka

Maj to miesiąc, którego w Ekwadorze nie lubię i chyba go tutaj lubić nie będę. I pomyśleć, że miesiąc ten gdzieś tam skąd pochodzę uchodzi za czas kiedy wszystko wraca powoli do życia po zimie. Półkula północna ukradła mi słońce, zostawiajac zachmurzone niebo, które niemal każdego dnia ktoś tam na górze otwiera wylewając na nas wiadra deszczu. Z naturą nie można się porozumieć, robi co chce nie zwracając uwagi na nasze potrzeby. Deszcz jest potrzebny ale w nadmiarze więcej powoduje szkody niż przynosi pożytku. Na przykład na mojej drodze do cywilizacji, którą przemierzam dwa razy w tygodniu. Przyzwyczaiłem się do niej i praktycznie mój zegar tygodniowy kręci się wokół tych „spacerów”, które dają mi możliwość cofnięcia się w czasie. Dawno temu rodzice zostawiali nas u swoich rodziców, gdzieś tam równie daleko od cywilizacji a warunki jakie tam miałem jako żywo przypominają mi moją obecną trasę do miasta. To właśnie maj doprowadził, że owe „camino” jak go tutaj nazywają zmieniło się w gąbczasty grunt, który nie jest w stanie przyjąć więcej wody. I pomyśleć, że gdzieś tam w świecie panuje susza i ludzie modlą się chociaż o pare kropli deszczu. Z naturą nie ma jednak porozumienia. Akceptuje więc jej wybryki i nie zamierzam rezygnować z moich wypraw. Lubię tą drogę pomimo spłukanych nadmiarem opadów kamieni z niej wystających i szczerzących swe kanciaste zęby. Lubię ją na przekór kałużom wody, które powodują, że moje obuwie na jej końcu często wymaga przeczyszczenia go z brunatnej mazi, zwanej błotem. Nic nie szkodzi, bo koło przystanku rośnie sporo trawy, która na ten moment zastępuje mi szczotkę do butów. Lubię ten pięciokilometrowy odcinek za ciszę, za spokój przerywany jedynie gniewnym pomrukiem rzeki, która gdzieś tam wije się poniżej. A gdy wracam z mojego wypadu do miasta i gdy wreszcie dopadam domu po pot wyciskającej wspinaczce, padam na na fotel na moim patio. Zamykam oczy wsłuchując się w kojący szum rzeki, która przetacza swe wody gdzieś niedaleko. I chociaż o dach uderzają krople deszczu, już mi to nie przeszkadza.

Z Cusco do Puno czyli droga nad jezioro Titicaca

Zwiedzanie Cusco i okolic było ostatnim etapem naszej wycieczki w tą cześć Peru. Czas na jezioro Titicaca. Nasz program przewidywał, że tą trasę pokonamy autobusem turystycznym. Wyruszyliśmy zatem w niemal czterystu kilometrową podróż z samego rana a z nami jeszcze piętnastu innych turystów w większości spoza Peru. Nasza przewodniczka była młodą dziewczyną, która chociaż nigdy nie była w kraju anglojęzycznym bardzo dobrze władała tym językiem. Na pokładzie autobusu znajdowali się jednak turyści, którzy znali tylko hiszpański zatem zmuszona była opowiadać na przemian używając obu języków. Na trasie mieliśmy sześć przystanków związanych przede wszystkim z ruinami  inkaskimi. Naszym punktem docelowym było oczywiście jezioro ale miastem, do którego mieliśmy dotrzeć było Puno, z którego wyruszają wszystkie wycieczki w podróż po jeziorze od strony Peru. Droga nam się specjalnie nie dłużyła bo przystanki w trakcie podróży były ciekawym urozmaiceniem. Czterysta kilometrów dało nam rownież możliwość poznania Peru z perspektywy drogi. Od momentu wyruszenia z Cusco wspinaliśmy się w górę, jezioro Titicaca jest bowiem położone na niemal czterech tysiącach metrów nad poziomem morza i jest największym akwenem wodnym na tej wysokości. Nasze przystanki były związane zwykle z czymś szczególnym. Mieliśmy zatem możliwość obejrzenia mostu wiszącego nad miejscową rzeką a zbudowanego z lian i drzewa. Obok niego wybudowano inny most z typowego kamienia charakterystycznego dla tej okoliczny. Mogliśmy przejść po tej huśtającej się konstrukcji co było swego rodzaju atrakcją. Kolejny przystanek to jeden z najstarszych kościołów w tej okolicy. Wybudowany przez jezuitów przejęty przez dominikanów by wreszcie stał się ponownie własnością jezuitów. Sporo ciekawych opowiadań, którymi raczyła nas bardzo dobrze przygotowana przewodniczka. Następny postój to ruiny w miasteczka, które było na granicy rożnych plemion Inków. Miasto to miało charakter spichlerza, do którego na wypadek klęsk żywiołowych obie grupy etniczne odkładały produkty. Obowiązywał swego rodzaju podział bo to co rosło u jednych nie rosło u drugich uzupełniając się nawzajem. Inkowie rozumieli potrzebę współpracy i obowiązywały w ich świecie normy, które nakazywały dbanie o sąsiadów ale i rownież o dobro ogółu. Mam wrażenie, że naszym politykom przydałby się powrót w tamte czasy. W najwyższym punkcie trasy mogliśmy dojrzeć szczyt pokryty lodowcem. Wraz z wspinaczką krajobraz za szyba zmieniał się z każdym kilometrem by na wysokości czterech tysięcy metrów przypominać już typowo górski z minimalną ilością karłowatych drzew i krzaków. Nie to jednak uderzało najbardziej. Ta cześć Peru zdecydowanie odbiega zamożnością od miejsca, z którego wyruszaliśmy rano. Puno i Juliaca oba miasta liczące ponad dwieście tysięcy mieszkańców oddalone są od siebie o około godzinę jazdy. Puno to port nad jeziorem a Juliaca to miasto, w których wybudowano lotnisko dla tej okolicy bo leży ono w przeciwieństwie do Puno na w miarę równym terenie. Oba miasta są jednak bardzo zaniedbane i w ich budowie nie widać żadnej wizji. Obecny prezydent Peru Pedro Pablo Kuczyński przyrzekł doinwestować te tereny. Co z tego wyjdzie czas pokaże bo największa bolączką Peru jest korupcja. Po ponad dziesięciu godzinach jazdy dobiliśmy do hotelu i chociaż mieliśmy jeszcze w planie spacer to jednak zdecydowaliśmy się pozostać i odpocząć. Na drugi dzień wychodząc z hotelu pani z recepcji oznajmiła, że ma dla nas prezent. Trochę zdziwieni patrzyliśmy na nią jak na kosmitę ale wkrótce wszystko się wyjaśniło. Dzień wcześniej Alicja obchodziła urodziny. Licząc na to, że wyjdziemy na zewnątrz przygotowano dla niej prezent. Zawiedliśmy jednak ich oczekiwania nie wychodząc, stąd prezent od hotelu dzień pózniej. Nie będę ukrywał, że było szczególnie mojej małżonce bardzo miło. A przed nami wyprawa na jezioro.

Droga przez życie

Na końcu drogi tej, zwanej życiem,

I nie jest to wcale moje odkrycie,
Znajduje się góra do nieba wysoka
A za nią miasto jakby w obłokach
I żyją tam tylko szczęśliwi ludzie,
Którzy po życia całego trudzie
Osiągnąwszy szczyt owej góry
Dotarli tutaj omijając gradowe chmury.
Ta góra to nasza wiara w wartości
Te chmury to nasze słabości
Nikt z nas nie jest od nich wolny
Walczyć z nimi każdy z nas jest zdolny 
Gdy mamy dużo, jeszcze więcej chcemy
„Dość” powiedzieć sobie nigdy nie umiemy
Zapatrzeni w materialne wartości
Zapominamy o skromności
Na dobre uczynki czasu nam brakuje
Komu to zresztą dzisiaj smakuje?
Żyć w zgodzie z prostymi prawami
Nie dać się zgubić ani omamić
Wsród wilków człowiekiem pozostać
Czyż tak trudno jest temu sprostać?
Nie ma na to prostej odpowiedzi
Jest jednak pewne, że chodzenie do spowiedzi
Po czym popełnianie tych samych grzechów 
Nie jest nawet panu Bogu do śmiechu.
Potknąć się jest ludzką rzeczą
Żadne dowody temu nie przeczą
Bo upadki wpisane są w życie każdego
Czy to biednego, czy bogatego
A kiedy czas na refleksję przychodzi
Że choć upadek nam nie zaszkodził
To wnioski z niego wyciągnąć należy
Żeby już dalej tak bardzo nie grzeszyć
Bo jeśli o wartościach zapomnimy
To miast się odnaleźć, całkiem się zgubimy
Miasto ludzi szczęśliwych na każdego czeka
Jesli chcesz trafić do niego to nie zwlekaj
I wejdź na drogę, która prowadzi do niego 
Bo nie ma w tym nic niezwykłego
Że idąc tą drogą przed siebie
Masz większe szanse znaleźć się w niebie.