Moja Wielkanoc

Nie przepadam specjalnie za świętami tymi na wiosnę i tymi grudniowymi. Dla kogoś żyjącego poza granicami kraju nastrają one zawsze trochę nostalgicznie. Każdy naród obchodzi je trochę po swojemu, serwując swoje dania czy pielęgnując swój sposób celebrowania uroczystości.

Okazuje się, że w Ekwadorze ważniejszy jest piątek niż niedziela. To właśnie ten dzień ma wydźwięk najbardziej rodzinny.

Przeglądałem przewodniki po Ekwadorze. Ze zdumieniem stwierdziłem, że święty tydzień chociaż celebrowany jest na terenie całego kraju już od Palmowej Niedzieli to jednak jedynie piątek jest dniem wolnym od pracy w całym Ekwadorze. Co ciekawsze wiele uroczystości jest specyficzne tylko dla określonych miejs. Inaczej świętują w Quito, inaczej w Guayaqui i jeszcze inaczej w Cuence. Zupełnie inne podejście do tych świąt mają natomiast rolnicy, którzy w tym okresie zachęcają swoje pola i sądy do wydania jak największej ilości plonów.

W największych miastach odbywają się oczywiście wszelkiego rodzaju procesje a największa z nich ma miejsce w stolicy kraju Quito. Obserwuje ją ponad ćwierć miliona mieszkańców miasta i turystów. Przebrani w purpurowe stroje z kapturami pątnicy mają symbolizować grzeszników. Zgodnie z tradycją powinni maszerować tak z łańcuchami u stóp w nadziei na odkupienie. Grzeszne panie natomiast rownież ubrane w purpurowe stroje przemieszczają się w tej procesji na bosaka.

Opisuję to bazując na przewodnikach. Sam tego nie widziałem bo to wymagałoby wycieczki do Quito czyli kilku dni. Jakoś ciśniecie się w takim tłoku do mni nie przemawia.

W Cuence podobno w czwartek ma miejsce tradycja odwiedzania siedmiu kościołów. W piątek natomiast odbywa się wielkanocna procesja. Po niej a może przed nią Ekwadorczycy konsumują tradycyjną zupę pod nazwą fanesca. I tu znowu składniki różnią się w zależności od regionu, jednak musi w niej być dwanaście rożnych ziaren, rożnych zbóż symbolizujących dwunastu apostołów. Inne dodatki to juz kwestia miejsca i wyobraźni.

To wlasnie w piątek ta zupa jest serwowana a całe rodziny biorą udział w celebracji świetego tygodnia. Sobota to najcześciej zabawy i kiermasze na terenie miast i miasteczek by w niedziele złapać trochę oddechu przed zbliżającym się poniedziałkiem, który jest już zwykłym dniem roboczym.

Nie ma w tym wszystkim święconki. Nie ma tez żuru, do którego tak jestem przyzwyczajony. To znaczy na naszym stole był tyle, że bez wędliny bo ta tutaj niewiele mawspolnego z tym do czego jestem przyzwyczajony. Okazało się zatem, że przejście na lekki wegetarianizm przydalobsie w tym momencie.

Nostalgie zabiliśmy natomiast serialem „Daleko od Szosy”, którego obejrzenie wypełniło nam wieczory całego tygodnia. Poczuliśmy się na łonie rodziny. No nie tak całkiem ale chociaż trochę. Reszty dopełnił skype.

Reklamy

Ameryka to taki dziwny kraj cz.II

Ameryka to taki dziwny kraj. W zasadzie nie ma ona własnej historii podobnej do krajów europejskich. Powstała przecież jako zlepek rożnych narodowości. Ludzie tu przybywali by rozpocząć nowe zycie ze wszystkich stron świata. Tych przybyszów już nie ma. Pozostali natomiast ich następcy czy spadkobiercy. Ta nowa generacja aczkolwiek coraz bardziej czująca się jak prawdziwy Amerykanin wielokrotnie jednak kultywuje tradycje swoich przodków, którzy przybyli tu z Irlandii, Włoch, Polski, Chin, Indii i wielu innych krajów. Każdy z nich ma swoje święta obchodzone przez przez nich z dziada pradziada. Nawet w ramach tej samej religii chrześcijańskiej święto Bożego Narodzenia obchodzone jest inaczej. Dziewczyna mojego młodszego syna pochodzi z domu irlandzkiego. Jej rodzice identyfikują się z katolikami a jednak wigilii nie robią. Dopiero w następnego dnia spożywają uroczysty obiad. Mnogość kultur i wyznań w takiej ilości chyba nigdzie nie jest tak spotykana. Nauczyło to zapewne ludzi przez te wszystkie lata żyć wspólnie, akceptować inność i tolerować rożne przekonania.

Polska ma swój dzień w Nowym Jorku, kiedy to organizuje Paradę Puławskiego, Irlandczycy celebrują Świetego Patryka. Podejrzewam, że podobnie ma się sytuacja z innymi narodami. Sam kiedyś uczestniczyłem w jakimś święcie greckim. Zjechało ich się pare setek a punktem kulminacyjnym był pokaz umiejętności w tańczeniu Zorby. Taka jest właśnie specyfika Ameryki, choć są obywatelami tego kraju, gdzieś tam głęboko czują się Grekami, Irlandczykami Polakami czy Włochami.

Są jednak dwa dni w roku kiedy każdy bez względu na pochodzenie jest tylko Amerykaninem i nikim więcej. Pierwszy z nich to oczywiście czwarty lipca, dzień uzyskania niepodległości. To święto obchodzą wszyscy jak kraj długi i szeroki. Stany w tym dniu stają się ojczyzną wszystkich jej mieszkańców. Nikt nikomu nie organizuje kontr parady. Independence Day jest tylko jeden dla wszystkich.

Drugim takim dniem, tym razem o charakterze bardziej religijnym, jest Święto Dziękczynienia. Obchodzi się je w ostatni czwartek listopada a nam kojarzy się najbardziej z indykiem. To właśnie ten ptak uratował ludzie przed głodem i on jest w tym dniu synonimem tego święta. Indyk w tym dniu jest na każdym stole. Innych potraw się nie serwuje bo byłoby to niezgodne z przesłaniem tego dnia. W dobrych czasach pracownicy dostawali od swoich bossów tego ptaka w prezencie a sklepy oferowały dwa indyki w cenie jednego. Ten ostatni czwartek jest rownież ponad wszystkimi podziałami, wszyscy są jednym narodem bez względu na język jakim posługują się świątecznym stole. Obchodziliśmy i my ten dzień z należnym jemu szacunkiem.

Następnego dnia Ameryka wpada w szał zakupów bo oto ma miejsce Black Friday. Ten dzień został wkomponowany w życie innych krajów bo to było możliwe ku ucieszy właścicieli sklepów. Święto Dziękczynienia i indyk tego jednak nie da się skopiować gdzie indziej tak jak Świąt Bożego Narodzenia w Polsce.

Wczoraj i dzisiaj

Lubię gdy moje dni mają swój rytm zsynchronizowany z moimi potrzebami. Czytam zatem gdy mam ochotę czytać, oglądam gdy mam ochotę oglądać czy piszę gdy mam na to właśnie ochotę.

Nuda mnie nie zżera bo wasze jest coś do zrobienia a jeśli nie, to mogę oddać się moim drobnym przyjemnostką.

Gdy jednak zbliża się godzina druga, zakładam swoje kamasze, kurtkę, czapkę i wychodzę na mój niemal dwugodzinny spacer. Mam swoją trasę a na niej park z małym stawem pełnym kaczek.

Te dwie godziny to mój czas dla siebie. Nic nie słyszę, nikogo nie widzę, czasami nawet gadam do siebie. W trakcie tych spacerów powstają myśli, które stają się potem motywem mojego blogowego wpisu.

Nie inaczej było dzisiaj. Święta i ich atmosfera atakują mnie ze wszystkich stron. Nie czuję tego samego w Ekwadorze. Być może ze względu na lato, które tam właśnie panuje o tej porze roku. Być może dlatego, źe obchodzimy je ostatnio w bardzo skromnym gronie co nie wymusza na nas przechodzenia przez tą całą kawalkadę czynności związanych z ich przygotowaniem.

Ile to już lat minęło od moich ostatnich świąt w Polsce? Takie pytanie zakiełkowało w mojej głowie dzisiaj podczas mojego sam na sam ze sobą.

Liczę raz, liczę drugi, jakoś nie wydawało mi się, źe to aż tyle. No owszem byłem w kraju wielokrotnie ale jeśli dobrze pamiętam to nigdy w grudniu a zatem i nigdy w okresie świąt.

To był listopad 1987 gdy wyruszyłem na podbój świata. Najpierw do Wiednia, potem New Jersey by dotrzeć do Cuenki. Opuściłem trzydzieści dwa polskie grudnie, to więcej niż połowa mojego ziemskiego żywota.

Te pierwsze były zdecydowanie najtrudniejsze. Pompa mocno krwawiła. Sam wsród obcych. Z marzeniami jednak, których materializacja nawet nie zaczęła się krystalizować. Nie było skypów, whattsapów, nie wspominając o telefonach komórkowych. Jedyna możliwość kontaktu była z budki telefonicznej na kartę. Trzeba było się spieszyć z tym co się chciało powiedzieć bo karta wygasała w przyspieszonym tempie. A tyle było do powiedzenia. Dusza wyrywała się klaty rozum jednak twardo stawiał sprawę: teraz albo nigdy. Wybrałem teraz chociaż z bardzo mieszanymi uczuciami.

Co nas nie zabije to nas wzmocni. Po trzydziestu dwóch lat będzie to moja pierwsza wigilia w ojczyźnie. Cieszy mnie fakt bycia znowu razem z rodzicami. Jednak nie czuje tak jak czułem wtedy. I tak pomyślałem sobie, źe pewnie się zmieniłem. Nie ulega watpliwości. Jest jednak drugi aspekt, który dzisiaj na moim spacerku mnie uderzył. Boże Narodzenie to niewątpliwie święta bardzo rodzinne. Niezależnie od tego kiedyś były one rownież swoistą manifestacją jedności nas tutaj w kraju i szczególnie nas emigrantów żyjących gdzieś tam w rożnych zakątkach świata. Dzisiaj już tego nie czuję. Może tylko ja.

Nienawiść i pogarda

W tegoroczne święta będziemy gośćmi. Nie znaczy to jednak, że nic nie przygotujemy na tą okazje w sensie jakiejś potrawy. Znaczy to jednak, że obejdzie mnie wiele obowiązków przedświątecznych. Na ten przykład choinka. Jej ubieranie nie należy do moich przyjemności. Zawsze te wredne światełka się zaplątują i odkręcenie tego draństwa, źle wpływa na mój stosunek do całego świata, który i tak działa mi nerwy. A potem jeszcze trzeba znaleźć tą jedną żarówkę, która się spaliła i przez nią dwadzieścia pięć innych się nie świeci. Koniec świata, jak mówił Pawlak.

W tym roku mnie to obejdzie. Dzięki czemu mogę żyć w świecie literatury wszelakiej. Wpadła mi w ręce ostatnio książka, wywiad Joanny Podsadeckiej z ks. Janem Kaczkowskim pt: „ Dasz Radę”.

Sporo słyszałem na jego temat. To jeden z tych księży, który swoim życiem zasłużył sobie na mój szacunek. Nie ze wszystkimi jego poglądami się zgadzam. Gdyby jednak kościół chociaż w przybliżeniu kierował się tym czy w swojej wierze kierował się ksiądz Kaczkowski to nasza ziemia byłaby napewno lepszym miejscem.

Jedno z pytań i odpowiedź na nie polecam wszystkim hierarchom kościoła ze szczególnym uwzględnieniem obłąkanego pseudo duchownego z Torunia.

Czy nie razi, Cię zawłaszczanie religii przez polityków?

Razi mnie, kompletnie się z tym nie zgadzam. Kościół nie jest ani lewicowy, ani prawicowy, powinien być Chrystusowy. Jest skandalem i obłudą granie na przykład wizerunkiem Chrystusa do swoich doraźnych, bardzo krótkowzrocznych celów. Im mocniejszy sojusz tronu z ołtarzem, tym gorzej dla ołtarza. Nie ma nic gorszego dla kościoła niż sytuacja, gdy staje uprzywilejowany. Kościół najlepiej się rozwija, kiedy jest minimalnie prześladowany. Gdy w czasach komuny spotykały go ze strony państwa różne nieprzyjemności, społeczeństwo stało za nim murem. Kiedy jednak społeczeństwo zobaczy, że duchowieństwo korzysta z przywilejów, które mu zostały niepotrzebnie przyznane, może się pojawić problem. Polacy są przekorni, pamietajmy.

Ten wywiad dotyka wielu zagadnień i jak już wspomniałem nie ze wszystkim się zgadzam. Uzasadnienia takiego a nie innego poglądu księdza na omawiany temat nie mają jednak charakteru, że tylko on ma racje, bardziej wynikają z jego wiary i przemyśleń.

W książce ks. Jan Kaczkowski zacytował wiersz, który wydaje mi się wart zastanowienia, bez względu na przekonania.

Każdy Twój wyrok przyjmę twardy

Przed mocą Twoją się ukorzę

Ale chroń mnie, Panie, od pogardy

Przed nienawiścią strzeż mnie Boże

Wszak Tyś jest niezmierzone dobro

Którego nie wyrażą słowa

Więc mnie od nienawiści obroń

I od pogardy mnie zachowaj

Co postanowisz niech się ziści

Niech się wola Twoja stanie

Ale zbaw mnie od nienawiści

I ocal mnie od pogardy, Panie

Autorem wiersza jest Nataniel Tenenbaum. Niby takie oczywiście. A jednak.

U nas tak się tym przejęli, że aż stworzyli Instytut Pogardliwej Nienawiści.

Niezwykły, zwykły dom.

Gdzieś tam przebywająca w krainie wiecznych łowów Babcia, tu na ziemi pozostawiła po sobie dom. Przypadł on, zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami rodzinnymi, wnukowi. Co on zdecyduje zależy już tylko od niego.

Spacerując ulicą pewnie ten dom niczym specjalnym się nie wyróżnia. Może poza szpicem anteny telewizyjnej, pamiętającej czasy dwóch programów. Nikt już nie ma takiej anteny, sięgającej niemal do nieba. Trzeba było tak wysoko ją zainstalować by można było odebrać sygnał. Przymocowana do komina ma się wciąż dobrze, chociaż niczemu już nie służy.

Otynkowana na szaro z zewnątrz dwupiętrowa konstrukcja sprawia wrażenie zmęczonej i domagającej się odrobiny zainteresowania. Minęło bowiem pare lat od ostatnich ulepszeń a dom jak dom zawsze jest coś do zrobienia koło niego. Ma już w granicach sześćdziesięciu lat a czasy, w których był budowany nie znały obecnych technologii.

Wnętrze też potrzebuje zainteresowania bo i tu ślad czasu odcisnął swoje piętno. Skrzypiące podłogi, zmarszczone linoleum, poblakłe ściany to tylko początek. Stosunkowo łatwy. Co zrobić ze zbyt stromymi schodami na piętro, zbyt wąskimi do piwnicy i garażu? Jak ją poprawić aby można się było wyprostować? Parter to kuchnia i dwa pokoje. Do tego łazienka z oknem wychodzącym na drzwi wejściowe, ku uciesze wścibskich i ciekawskich. Piętro już raz zostało przerobione ale i tu daleko od komfortu. Cokolwiek i ktokolwiek zdecyduje się tu coś robić, potrzeba będzie konkretnych nakładów.

Patrzę na ten dom i widzę te jego wszystkie słabości, ułomności i braki.

A jednak nie potrafię o nim zapomnieć. Mieszkałem tu niby tylko dwa lata. Były to jednak lata, które wbiły mi się mocno w pamięć.

To stąd wyjeżdżaliśmy do Urzędu Stanu Cywilnego a tydzień pózniej do kościoła. To tu rodzice nas błogosławili. To tu było moje pierwsze łoże małżeńskie. Tu powitaliśmy naszą córcię. To właśnie tutaj padły jej pierwsze słowa: mama, tata.

To tu, chociaż nie wewnątrz, uczyłem się „operować” kosą. W moich rękach było to narzędzie służące do wszystkiego z wyjątkiem koszenia trawy. Kosiłem jednak bo chciałem zaimponować teściowi. Pudło okrutne, ale przynajmniej dostarczyłem mu trochę zdrowia, bo śmiał się bezgraniczne obserwując moją walkę i z kosą, i z trawą.

To tu zjeżdżaliśmy z dzieciakami, razem ze szwagra rodziną by pod wieczór udać się do kart. A graliśmy zawzięcie i bez pamięci w ferbla, którego nauczył nas teściu. Zawsze przed grą zaklinał nas abyśmy grali ostrożnie czyli na małe stawki. Sam potem podkręcał tempo.

To wreszcie tu miały miejsce wszystkie święta bożego narodzenia z niezapomnianą kuchnią teściowej. Szczerze mówiąc w ich tradycji był biały barszcz z grzybami a ja z domu barszczu czerwonego z uszkami. Nic to, bo wypieki teściowej nie miały równych sobie.

Zwykły dom. A jednak niezwykły. Tyle, że tylko dla mnie.

Niespodziewane zaproszenie cz.II

Puk, puk zastukałem delikatnie do drzwi. Nade mną zapaliła się lampa ruchowa, nie wiem czy to na skutek pukania czy może moich nerwowych ruchów. Nikt jednak nie otwierał. Dzwonek na drzwiach nie działa a między częścią mieszkalną w wrotami wejściowymi są jeszcze jedne drzwi stąd być może trudno usłyszeć delikatne pukanie. Puk, puk trochę mocniej, lecz znowu nic. Hm, pot trochę zrosił moje czoło. Niech tam zastukam jeszcze raz trochę mocniej. Bang, bang tym razem odniosło skutek, ku mej nieskrywanej radości. Córka gospodarzy pojawiła się uśmiechnięta w korytarzu i na powitanie dostałem uścisk, po którym od razu zrobiło się cieplej na duszy. Stół był już nakryty lecz, być może to jakaś ich tradycja, syn gospodarzy czytał jakąś modlitwę w trakcie, której co jakiś czas reszta uczestników powtarzała te same słowa. Oprócz oczywiście mnie, z uwagi na „rozległą” znajomość języka, oraz najmłodszej uczestniczki biesiady dwuletniej Mariny, która niczym żywe srebro zmieniała miejsce swojego pobytu w tempie trudnym do nadążania. Po skończeniu czytania, nastąpiło wspólne „Ojcze Nasz”, którego treść choć mi znana w naszym języku, gdzieś się ulotniła z głowy właśnie wtedy gdy była najbardziej potrzebna. Zaraz potem życzenia z tym, że bez opłatka. Choinka choć sztuczna to dekoracyjnie jak nasza, tylko jakoś brakowało pod nią prezentów. Nie wypadało pytać czy to normalne. Już po chwili rozpoczęła się wieczerza, której głównym daniem był indyk. Sałata, ryż i tutejsze szparagi dopełniały resztę specjałów. Trochę ptaszysko mnie zaskoczyło, bo wiem, że nie ma zbyt wiele wspólnego z tutejszą kuchnią. Okazało się, że jest to zapożyczenie ze Stanów. W którymś momencie tak się spodobały mieszkańcom Ekwadoru amerykańskie obchody święta Dziękczynienia, że przeflancowali indora na świąteczny stół. Być może świadczył on o amerykańskim śnie o „bogactwie”? Być może. Wypytywali mnie o nasze dania świąteczne, no ale jak im wytłumaczyć pierogi, uszka, barszcz, żur z grzybami i inne nasze delicji w ich języku? Miast zatem tłumaczyć postanowiłem zwalić ten problem na szanowną małżonkę, odgrażając się wigilią w naszym domu kiedyś w przyszłości. Zaproszenie zostało przyjęte. Gospodarz sięgnął po gitarę, a że świetnie na niej gra i ma wielkie serce do muzyki lokalnej, dane mi było ponownie posłuchać kilku utworów. Przy okazji dowiedziałem się, że „El condor paso” to ludowa ekwadorska pieśń, niestety gospodarz słów nie znał, a ja gdzieś zapodziałem tekst Karela Gotta, hahahaha. Jeszcze po kawałku ciasta i lampce wina i pożegnałem moich sąsiadów dziękując za zaproszenie. Z ich posesji widać mój dom. I nie znam ważniejszego od niego miejsca na tym świecie. Bez względu gdzie on jest, tak ma chyba każdy.

Feliz Navidad czyli Wesołych Świąt

Kolejne święta spędzamy w innym klimacie. Nie mam tu na myśli tylko strefy geograficznej, bardziej chodzi mi o atmosferę. Ekwador nie różni się zbytnio od Stanów czy Polski. Tu rownież Boże Narodzenie jest świętem rodzinnym. Mam jednak wrażenie, że jego przeżywanie ma charakter bardziej radosny. Punktem kulminacyjnym jest oczywiście uroczysta parada i przemarsz główną ulicą wszystkich ludzi, którzy chcą pokazać coś związanego z narodzeniem naszego zbawiciela. Nie ma to jednak charakteru procesji, w której główną postacią jest ksiądz czy inny przedstawiciel kościoła. Jest to spontaniczna manifestacja rożnych organizacji, warstw i grup kulturowych mająca na celu nie tylko identyfikowanie się z wiarą ale rownież przedstawienie swojej specyficznej kultury. Maszerować będą zatem Indianie ubrani w swoje plemienne stroje tańcząc w rytm swoich instrumentów. Maszerować będą szkolne grupy artystyczne tańcząc i śpiewając. Można będzie zobaczyć platformy samochodowe, na których znajdować się będą inscenizacje historii związanych z przyjściem na świat syna Bożego. Będzie dużo muzyki, dużo tańca, dużo śpiewu i radości. Poprzebierane dzieciaki za różne postacie biblijne, uśmiechnie a jednocześnie zabawnie poważne będą stanowić największą grupę maszerujących. Z okolicznych okien obserwujący będą rzucać słodycze by podkreślić wdzięczność dzieciakom i rodzicom za wkład włożony w przygotowanie imprezy. No właśnie, cały ten spektakl to radosna impreza, w której kościół bardzo mało jest widoczny jeżeli w ogóle. Nie wiem czy taki był generalny zamysł tej parady czy przedstawiciele lokalnego kościoła zdecydowali się nie ingerować w jej przebieg, wiem jednak, że ludzie uczestniczą w tym z dobrej woli bez względu na podziały czy przynależność grupową. Głównym i bezsprzecznie najważniejszym punktem parady jest przeniesienie rzeźby małego Jezusa, wykonanej przez nieznanego artystę w 1823 roku i poświęconej w 1961 przez papieża Jana XXIII. Jak wieść niesie ów wędrujący Jezus wraca do Cuenki w każdą wigilie Bożego Narodzenia bo tu został stworzony i stad „wyemigrował” do ziemi świętej i Rzymu gdzie został poświęcony. Cuenkańskie „Pase del Niño” jest największą tego typu imprezą w całej Ameryce Łacińskiej, będzie trwało w granicach dziewięciu godzin gromadząc około pięćdziesiąt tysięcy uczestników. Co roku podobno obserwuje tą paradę ponad dwieście tysięcy turystów z rożnych stron świata. I my planujemy wypad do Cuenki aby jeszcze raz obejrzeć to wspaniałe widowisko. Nie ma jednak takiej możliwości abyśmy mogli obserwować je do końca. Musimy wracać do domu gdzie wspólnie z naszymi znajomymi planujemy usiąść do stołu zapoznając ich jednocześnie z naszą tradycją i specyfiką wigilii, na której nie zabraknie naszych potraw. 

Feliz Navidad czyli Wesołych Świąt. 

Świąteczne zapiski z Ekwadoru

Tegoroczne święta były naszymi drugimi świetami spędzonymi w naszym nowym kraju. Ekwador pomimo faktu, że uważany jest za kraj katolicki to jednak sposób spędzania świąt bożonarodzeniowych różni się od tego , do którego jesteśmy tak przyzwyczajeni. Dla nas pogoda i temperatura na zewnątrz przekraczająca dwadzieścia stopni powodowała, że nie czuliśmy atmosfery świąt tak jak to ma miejsce czy w Polsce, czy w Stanach. Cuenca była wystrojona świątecznie i wyczuwało się specjalną atmosferę  jednak brak prawdziwej choinki, tak obecnej w Polsce we wszystkich miastach, ograniczał uczucie świąt. Co roku ma jednak miejsce rzecz, która przypomina i uzmysławia wszystkim, że oto nadchodzi Boże Narodzenie. Po raz pierwszy miałem okazje to zobaczyć w ubiegłym roku i byłem ciekaw czy ubiegłoroczna atmosfera będzie równie podniosła. Dwudziestego czwartego grudnia a więc w dzień naszej wigilii w największych miastach Ekwadoru odbywają się pochody celebrujące narodzenie odkupiciela. Cuenca uważana jest za miasto, w którym te pochody są najbardziej okazałe. Główna ulica starego miasta zamienia się w aleję przez którą przetacza się tysiące uczestników poprzebieranych za różne postacie biblijne i nie tylko. W pochodzie biorą bowiem rownież udział grupy związane z kulturą Indian, prezentując swoje tańce i stroje. Wszystko to pełne jest kolorów, radości i wyczuć można trochę podniosłą i radosną atmosferę. Parada ta to nie tylko pochód, to rownież platformy samochodowe , na których prezentowane są postacie z początków chrześcijaństwa to rownież zaprzęgi konne i nieprzebrane ilości dzieci przebrane za aniołki, dzieciątka Jezus czy świętą Marię. Pase del Niño bo pod taką nazwą znana jest owa tradycja rozpoczęła się na początku lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia kiedy to do Ekwadoru powróciła statua dzieciątka Jezus z Rzymu poświęcona przez samego papieża. Parada rozpoczyna się na ogół około dziesiątej rano i trwa do piątej popołudniu a czasami dłużej i jest jedną z większych atrakcji turystycznych Cuenki. Szacuje sie, że w owym widowisku bierze udział do pięćdziesięciu tysięcy ludzi. Nie mogliśmy obejrzeć całego przedstawienia jako, że sami organizowaliśmy wieczór wigilijny w naszym domu, na który zaprosiliśmy znajomych, a do którego przygotowywaliśmy się już od paru dni. Bo wigilia po polsku to nie tylko tradycyjne potrawy ale to rownież porządki i sprzątanie domu od którego jak każdego roku próbowałem się wymigać niestety jak każdego roku bezskutecznie. Naszymi gośćmi było małżeństwo ekwadorsko-wenezuelskie i bratnia dusza ze Słowacji nasz sąsiad Milan. Milan zdeklarował się „zmajstrować” choinkę, bo był to podziurawiony kołek z wbitymi w miejsce dziur gałęziami ekwadorskiej sosny. Trochę ozdób, światełka i drzewko wyglądało jak prawdziwa choinka. Był też opłatek i życzenia co było nowością dla naszych gości i jednocześnie spotkało się z ich nieukrywanym uznaniem i szacunkiem.

Swieta w Ekwadorze, Nowy Rok w Meksyku

Święta  Bozego Narodznia spędziliśmy  w tym roku po raz pierwszy w Ekawadorze. Byliśmy oczywiście ciekawi jak je spędzają przeciętni ludzie. Okazuje się że chociaż Ekwador jest krajem z przewagą  religii rzysmko- katolickiej sposób spėdzania świąt  różni się od naszego. Główną różnicą jest fakt że święta, aczkolwiek mają character rodzinny, to spotkanie te są bardziej traktowane jako przyjėcia z podtekstem religijnym. Ilość prywatek w których biorą udzial ludzie jest bardzo duża i uzależniona od kręgu znajomych. Jedną z takich imprez zoorganizowala znajoma Amerykanka a głównym punktem spotkania byla obserwacja pochodu bożonarodzeniowego. Pochód ten zgromadzil podobno okolo piėćdziesiąt tysięcy uczestników. Cuenca slynie z największej tego typu imprezy w Ekwadorze a większość pochodu jest transmitowana przez telewizje na żywo. Uczestnicy przebierają się za rœżne postacie zwiazane z religią katolicką I tak przebrani maszerują wzdłuż jednej z głównych ulic Cunki którą jest Simon Bolivar. Nasza gospodyni jest włascicielką  apartamentu przy tej ulicy z widokiem na nią tak więc mieliśmy pełny  przegląd sytuacji oraz wszystkiego co się działo. Widowisko było jedyne w swoim rodzaju. Ludzie poprzebierani za postacie historyczne wraz z dziecmi, ktore w wiekszosci byly aniolkami spacerowali wzdluz ulicy sowicie dzielac wszystkich gapiow zyczeniami swiatecznymi. Konie, powozy, platformy samochodowe na ktorych umieszczone byly zywe szopki bozonarodzeniowe to tylko czesc tego wielkiego przedstawienia. Ludzie rowniez maszerowali w strojach reprezentujacych ich przynaleznosc do grup etnicznych w tym przypadku Indian. Swiateczni odmalowani dumni, pogodni oraz roztanczeni w rytm swojej muzyki tak, ze trudno bylo od nich oderwac oczy. Muzyka i rytmy nakladaly sie na siebie bowiem kazdy chcial cos pokazac, kazdy chcial cos zatanczyc I zaprezentowac cos specjalngo na ta okazje. Widowisko rozpoczelo sie o godzinie 11 rano jak dlugo trwalo nie wiem bo po trzech godzinach ogladania musiałem zrezygnowac aby zdążyć na wlasna wigilie. Pierwsza taka noc w kraju gdzie nie ma sniegu a temperature za oknem jest powyzej plus pietnastu stopni. Dziwne uczucie. Myslami bylismy z naszymi dziecmi z ktorymi udalo nam sie zamienic pare slow dzieki skypowi. Myslami bylismy z nasza rodzina w Polsce z ktora przezylismy tyle niezapomnianych wigilii.  Stół wigilijny dzielił z nami Milan, wczesniej poznany Slowak, ktory podobnie jak my postanowil osiedlic sie w Ekwadorze I zostal naszym sasiadem. Wigilia minela w milej atmosferze a cztery dni pozniej bylismy juz w Meksyku a dokladnie Meridzie stolicy stanu Yukatan. To wlasnie tutaj osiedlila sie nasza corka ze swoim mezem. Merida podobie jak Cuenca oraz wiekszosc miast w Ameryce Południowej to historia podboju tego kontynentu przez Hiszpanow. Merida zostala zalozona 6 stycznia przez Francisco Montejo. Akurat nasz pobyt nalozyl sie z obchodami zalozenia miasta dzieki czemu moglismy uczestniczyc w niezliczonej ilosci roznego rodzaju przedstawien, pokazow, koncerow i temu podobnych imprez. Sam Nowy Rok spedzilismy z corka orza w gronie jej znajomych wsrod ktorych byli ojciec z synem z Polski. No moze nie z Polski w sensie przejazdu ale Polacy z pochodzenia. Syn poznal dziewczyne w Meridzie I zdecydowal sie zostac. Mozliwosc rozmawiania po polsku gdzies na koncu swiata z ludzmi, ktorych dopiero co sie poznanlo dodawala calej tej scenerii dodatkowej atrakcyjnosci. Swietowalismy nadejscie Nowego Roku na dachu domku, ktory corka wynajmuje z mezem. Na zewnatrz bylo grubo powyzej plus dwadziescia stopni. Ponownie dosc dziwne uczucie biorac pod uwage, ze wiekszosc imprez noworocznych spedzilismy w miejscach gdzie temperature byla albo ponizej zera, albo w jego okolicach. Wytrwalismy pewnie gdzies do pierwszej nad ranem obserwujac wszech obecne sztuczne ognie poczym poddalismy sie zmeczeniu i udalismy sie na zasluzony odpoczynek. Amelia, nasza corka sluzyla nam za przewodnika po Meridzie I Yuaktanie przez ponad dwa tygodnie naszego pobytu. Bylem I wciaz jestem pod wrazeniem tak I miasta jak I calego stanu. Odwiedzilismy miasta z ruinami po Majach, wybrzeze zatoki meksykanskiej, male miasteczka w okolicach Meridy I musze przyznac ze wielkie jakies biedy nie udalo mi sie zobaczyc. Merida ze swoim zabytkowym centrum zrobila na nas bardzo pozytywne wrazenie. Dalo sie zauwazyc ogromna ilosc turystow a ilosc ludzi kreujacych wrecz tlok po godzinie dziesiatej wieczorem wprawial wrecz w zduminie. Mniejsze I wieksze restauracyjki zapraszjace przechodniow, drobni handlarze oferujacy swoje towary wszystko to o tak poznej godzinie. Po czesci bylo to spowodowane obchodami powstania miasta ale rowniez I temperature sprzyja nocnemu zycia. O tej godzinie wieje chlodny wiaterek a temperature wciaz utrzymuje sie powyzej dwudziestu stopni. Izamal ze swoimi ruinami po Majach oraz klasztorem, ktory odziedzil Jan Pawel II podczas swojej pielgrzymki do Meksyku, Valladolid z restaurowanym centrum oraz zabytkowym klsztorem otoczony przez niezliczona ilosc naturalnych zapadlisk wypelnionych woda I sluzacych jako miejsca do plywania oraz Uxmal z jednym z trzech na swiecie muzeum czekolady to tylko skromna czesc tego co widzielismy.  Meksyk zrobil na nas bardzo korzystne wrazenie dodatkowo mozliwosc spedzenia kilku tygodni z corka I jej mezem bylo dla nas rowniez bardzo wazne. Wszedzie dobrze w domu najlepiej totez wracalismy do Ekwadoru wypoczeci ale z duza doza tesknoty za domem.