Świąteczne wspomnienia cz.2

Po niemal dwóch austryjackich latach wreszcie dobiłem do ziemi obiecanej, krainy mlekiem i miodem płynącej, wzoru demokracji, światowej potęgi. Dreams came true czyli marzenia się spełniły. Nie powiem, Stany w tamtych latach to był inny kraj. Dzisiaj pozostały po nim już tylko wspomnienia.

Chociaż wylądowałem na znanym większości Polonii nowojorskim lotnisku JFK to już następnego dnia znalazłem się w New Jersey. Tu przybywała większość moich rodaków sponsorowanych przez organizacje, która zdecydowała się pomóc i mnie. Był wrzesień, bardzo ciepły, zbliżała się jesień i amerykańskie Indian Summer coś na kształt naszej zlotej polskiej jesieni.

Grudzień jednak owego roku był wyjątkowo mroźny i śnieżny rownież. Święta nie zapowiadały się zbytnio atrakcyjnie bo ja tutaj a moi najbliżsi wciąż w Polsce. Zdążyłem jednak poznać bardzo wielu rodaków. Z wieloma z nich wciąż utrzymuję kontakt. Nie zostawili mnie samego. Tą wigilie też miło wspominam. Jednak to nie ona utkwiła mi tamtego roku najbardziej w pamięci.

Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Choinki oświetlone w centrach miast owszem ale drzewa przed domami, figurki na trawnikach, sceny religijne ustawione przed domem i to wszystko oświetlone, to był mój pierwszy raz. Jesli do tego dołożymy bardzo chłodną zimę, wszechobecny śnieg i drzewa pokryte szklistym szronem to jawi się niemal bajkowy obraz.

Ten pejzaż oczywiście szczególnie wieczorem sprawiał wrażenie ogólnej jedności. Amerykanie składając sobie życzenia często używają określenia Seasons Greetings. To określenie bardzo dobrze oddaje ich mentalność. Każda religia w okresie Bożego Narodzenia coś obchodzi i świętuje. Każdy to tam rozumie i szanuje. Marry Chrstmas to życzenia dla katolików a Seasons Greetings to dla wszystkich. Te zapalone światła i ornamenty przed domami opasane różnokolorowymi lampkami nie pozostawiły żadnych złudzeń. Oto dzisiaj świętujemy wszyscy bez względu na wyznanie. Tamto uczucie wspólnego święta było najsilniejsze. Potem zmieniły się Stany i wiele światełek znikło bądź wyraźnie zbladło.

I tak dotarłem do mojego aktualnego miejsca pobytu. Ekwador. Od razu muszę zaznaczyć, że to będą inne emocje. Po latach przeżytych w Polsce a potem na emigracji, jednak wsród Polaków, tutaj po raz pierwszy znaleźliśmy się w środowisku zupełnie obcym. Spotkaliśmy paru rodaków. To jednak nie to damo co Polonia czy duże skupisko krajan. Święta to w każdym kraju inna atmosfera no i mają one jednak, rownież i tutaj, charakter rodzinny. Znaleźliśmy się zatem trochę odizolowani i od naszego polskiego sposobu świętowania i z dala od rodziny. Tak więc i presja związana ze świetami znikła. Tutaj też po raz pierwszy zamiast śniegu pojawiło się słońce. Grudzień to jeden z cieplejszych miesięcy na tej półkuli. Inny klimat, inne emocje to wszystko powoduje, że święta dla nas są o wiele spokojniejsze.

Dla ludzi takich jak my najważniejszym dniem świątecznym tutaj jest wigilia. Tego dnia wraca do Ekwadoru Jezus Podróżujący. To jest wieloletnia tradycja związana z figurą syna bożego. Wykonał ja lokalny rzeźbiarz a potem wyruszyła ona w podróż po świecie. Była w Rzymie, w ziemi świętej. Została wreszcie poświęcona przez papieża. Po całorocznym podróżowaniu wraca do Ekwadoru 24 grudnia. W tym dniu w Cuence odbywa się tradycyjne Pase del Niño Viajero. Tysiące ludzi wraz z dziećmi poprzebieranych w biblijne postacie przemaszerują główna ulicą starego miasta Calle Simon Bolivar radując się powrotem zbawiciela do Ekwadoru. Roztańczony i rozśpiewany tłum bardzo przypomina nasze kiedysiejsze Święto Pracy, z tą różnicą, że tu nie ma żadnego obowiązku. Maszerują jednak wszyscy identyfikac się nie tylko z wiarą ale i z zakładem pracy, szczepem indiańskim czy przynależnością do innych organizacji. Maszerują ze wszystkim co mają, widzieliśmy nawet małego wystrojonego prosiaka. Na platformach samochodowych znajdują się sceny znane z Biblii. W tym roku jak podają media pochód trwał dziewięc godzin gromadząc grubo ponad sto tysięcy ludzi oglądających i maszerujących. Ta wlasnie uroczystość kojarzy mi się najbardziej z obchodami świąt tutaj. Braliśmy w niej udział dwukrotnie. Raz obserwując ją z poziomu ulicy drugi raz będąc zaproszonymi do znajomej, której apartament znajduje się na trasie przemarszu. To niesamowity widok. Wszechobecna radość, taniec, muzyka. Z balkonów obserwujący rzucają cukierkami szczególnie gdy maszerują dzieci.

W tym roku odpuściliśmy jednak oglądanie. Ten pierwszy raz pozostawił niezapomniane wrażenia. Każdy następny to jednak już swego rodzaju powtórka.

Może w przyszłym roku po rocznej przerwie znowu udamy się do Cuenki. Ten rok postanowiliśmy świętować w ciszy.

Świąteczne wspomnienia

Czy macie jakieś święta Bożego Narodzenia, które szczególnie utkwiły wam w pamięci? Przetrzątnąłem właśnie zakamarki moich wspomnień. Nie ma tych jedynych niezapomnianych świąt. Pamiętam natomiast niemal wszystkie te pierwsze, które wiązały się z pewnymi zmianami w moim życiu. I to będzie o nich właśnie.

Po naszym ślubie zamieszkaliśmy u moich teściów w Łańcucie. Wyrwany spod opieki mamy i taty miałem mieszane uczucia. Ale dla tej dziewczyny.. Pierwsze święta poza domem. To musiała być jedna z tych zim stulecia. Śnieg opanował całe miasto. Zimno było wręcz nieprzyzwoicie. Śnieg skrzypiał pod stopami. Wtedy posypywali jeszcze piaskiem a nie solą. Prawdziwa zima. W takich warunkach po wigilii udaliśmy się na pasterkę. Zawsze ta msza przemawiała do mnie bardziej niż poranne celebracje następnego dnia. Nastrój pasterki był wtedy bardzo specyficzny. Dla mnie to było coś specjalnie podniosłego. No i to przenikliwe zimno, którego jednak nie czuło się aż tak bardzo. Po bodaj półtorej godzinie gdy msza dobiegła końca stało się to co utkwiło w mojej pamięci. Oto na trąbach długich na kilka metrów zagrali obwieszczając nowinę niczym Wojski, miejscowi wirtuozi. Dźwięk był niesamowity i tak potężny, że nogi mi się w kolanach ugięły. A gdy już ich gra dobiegła końca to niczym właśnie to Wojskiego na rogu granie, miało się wrażenie, że oni wciąż grają choć to tylko echo grało. Byłem jeszcze na kilku pasterskich w Łańcucie. Ta pierwsza była jednak jedyna w swoim rodzaju.

Teraz kilka lat do przodu. Wlasnie opuściłem rodzinne stronę. Znalazłem się w Wiedniu. Zjechałem tam pod koniec listopada czyli miesiąc przed świetami. Pierwsze święta z dala od rodziny. Cieżko było. Jednak moje wspomnienie wiąże się z następnymi świetami. Mieszkałem wtedy razem bodaj chyba z dwunastoma osobami w wynajętym apartamencie. Ścisk panował w nim niemiłosierny. Tak zastały mnie tamte święta. Postanowiliśmy znowu udać się na pasterkę. Wyruszyliśmy na nią pewnie na godzinę przed jej rozpoczęciem. Komunikacja wiedeńska dochodziła niemal w każde miejsce. Trzeba było jedynie się trochę przesiadać. Ta wiedeńska pasterka to było już inne przeżycie. Pełny kościół ludzi ścisk w nim jakby za chwile miał nastąpić koniec świata i tylko to jedyne miejsce miała przetrwać. Nikt jednak na to nie zwracał uwagi. Nagle znaleźliśmy się wszyscy w innym miejscu. Polski kościół, polski ksiądz, polska mowa, polskie kolędy. Wtedy jeszcze instytucja ta nie była partyjnym komitetem i rzeczywiście nas poza granicami jednoczyła. To wtedy po raz pierwszy spotkałem się ze znakiem pokoju. Na hasło przekażcie sobie znak pokoju, ludzie jakby oszaleli. To nie były zwykle uściski dłoni. To było obejmowanie się, to była prawdziwa radość ze znalezienia się wsród swoich. Tego się nie da ani opisać ani opowiedzieć, to trzeba przeżyć.

Zrobiło się przydługo. Nie przepadam za niekończącymi się opowieściami. Odłożę zatem na potem moje pierwsze święta w USA i Ekwadorze.

O Panu Janku słowo

Odchodzą powoli, jeden po drugim aktorskie ikony moich czasów. Będzie się to niestety zdarzać coraz cześciej bo przecież to już ludzie z ósmym, dziewiątym a czasami nawet dziesiątym krzyżykiem na karku.

Dziś pożegnał naszą rzeczywistość i przeniósł się do krainy wiecznych łowów Jan Kobuszewski, niewątpliwie jeden z najbardziej popularnych aktorów komediowych. Był duszą wielu kabaretów. Wyczytałem gdzieś na internecie, że swoim talentem komediowym dorównywał samemu Chaplinowi.

Głównie zasłynął swoimi rolami w kabaretach Dudek i Olgi Lipińskiej. Genialny komik z zawsze specyficznym wyrazem twarzy, który wywoływał we mnie spontaniczny śmiech.

Przyszło mu tworzyć i grać swoje role w czasach i miejscu gdzie zawód wcale nie był równoznaczny z byciem celebrytom. Aktorzy tamtych czasów to nie ta sama parada próżności dzisiejszej śmietanki, która poza parciem na szkło, w wielu przypadkach, niczym innym nie może się pochwalić.

Tamci aktorzy żyli podobnie do nas przeciętnych zjadaczy chleba. Wykonywali swój zawód nie dla pieniędzy, lecz przede wszystkim dlatego, że to była ich pasja. Być może ci najbardziej popularni i rozpoznawalni mieli z tego powodu jakieś przywileje jednak generalnie rzecz biorąc standard ich życia nie odbiegał aż tak od naszego jak to ma się dzisiaj. Nie chce przez to powiedzieć, że to coś złego. Człowiek o wyjątkowym talencie na jakiekolwiek niwie powinien czerpać z tego określone korzyści finansowe. Mam jednak wrażenie, że dzisiaj nawet beztalencia żyją lepiej niż ikony tamtych czasów.

Z tej całej palestry wielkich aktorów z czasów PRL-u jakoś nikt nie przychodzi mi do głowy, kto spędzałby większość czasu na ściankach i darmowych imprezach związanych z propagowaniem jakiegoś nowego produktu. Za pieniądze oczywiście.

Jan Kobuszewski pożegnał nas dobijając do osiemdziesiątego piątego roku życia. Czytam w dzisiejszym informacjach, że i on borykał się z problemami finansowymi podczas swojej choroby. I zrobiło mi się jeszcze bardziej smutno panie ministrze kultury od siedmiu boleści. Na tym poprzestanę bo człowiek, o którym dziś piszę to uśmiech na mojej twarzy a ta druga osoba to grymas żalu i przygnębienia.

Ciekaw jestem z jakiej roli pamiętacie Jana Kobuszewskiego najbardziej? Mi mocno utkwił ze sceny w Czterdziestolatku, gdzie grał niespełnionego sportowca. Chlejesz pan – mówił do inżyniera Karwowskiego. Bo widzisz pan ja chleje. A potem – pamiętasz pan Zdzisława Kierzkowskiego? To ja … z nim biegałem. Panie jak ja kocham te naftę.

Panie Janku, choć my płaczemy to Bóg pęka dzisiaj ze śmiechu.

Językowe pułapki

Po szalonych amerykańskich latach, które poświeciliśmy na dorabianie się i inwestowanie w dzieci, musieliśmy odrobine pomysleć o sobie. Stany niewątpliwie pozwoliły nam stanąć na nogi. Jednak tempo życia odbiła się na wielu aspektach naszej codzienności. Fatalne godziny pracy połączone z długimi do niej dojazdami konsumowały niemal cały dzień.

Kiedy rozpoczynaliśmy naszą amerykańską przygodę koszty utrzymania były bez porównania niższe niż pod jej koniec. Galon paliwa kosztował poniżej dolara. Pracy dla tych co chcieli też było sporo. Nigdy nie chciałem pracować wsród krajan. Nie dlatego, że mialem jakieś polskie fobie. Główna przyczyny to chęć zgłębienia języka.

Oczywiste było dla mnie, że tylko znając angielski będę w stanie wyrwać się z gatunku prac zarezerwowanych dla przyjezdnych. Mając solidne podstawy językowe, dość szybko udało mi się w miarę poprawnie „spikować”. Doskonale jednak pamietam mój pierwszy wypad, wspólnie z o trzy pobytowe miesiące starszym ode mnie krajanem, do supermarketu na moją pierwszą randkę z zakupami. Już sam sklep zrobił na mnie spore wrażenie. Nie ze względu na zaopatrzenie. Do olbrzymiego wyboru wszelkiego rodzaju różności zdążyłem przyzwyczaić się w trakcie mojego dwuletniego pobytu w Austrii. Pathmark, bo tak się nazywał ów supermarket, był po prostu przepastny. Nie mam zdolności przestrzennych i nigdy nie potrafię dobrze określi wielkość czegoś w metrach czy innych jednostkach miary. To „bydle” było wielgachne i praktycznie można było w nim kupić wszystko na potrzeby utrzymania. Można by go porównać do dzisiejszego Tesco z tym, że Pathmark, żadnych rowerów, elektroniki, odzieży nie oferował. Jedynie wyżerka, higiena, środki czystości, karma dla zwierząt. A mimo to był zawalony towarami po brzegi.

Oprowadza mnie mój przewodnik i tłumaczy co jest co. Nie będę ukrywał, że wielu z tych rzeczy nie byłbym w stanie zidentyfikować. Wreszcie to był przecież mój pierwszy raz. Środki finansowe też miałem ograniczone do kartek żywnościowych, które zapewniał nam wszystkim nasz sponsor przez pierwsze trzy miesiące. Trzeba było zdrowo się gimnastykować, żeby się utrzymać. Stąd z dużą dozą zaufania wsłuchiwałem się w rady mojego znajomego. Chciałoby się i to, i tamto. Kartki jednak limitowany też produkty, które mogłem sobie kupić. Na ten przykład alkohol w tym koszyku dozwolonych produktów się nie mieścił.

Chodzimy zatem miedzy regałami i półkami. Przede wszystkim konserwy, zupki, które zalewane gorącą wodą nagle stawały się „wysokokalorycznym” pożywieniem. To wszystko było najtańsze. Grzanki z gąbczastego chleba, jakiś ser żółty, który koło prawdziwego żółtego sera nie miałby prawa nawet stanąć, ale tani.

Wsród konserw wpadła mi w łapy puszka z czymś tam w środku a na niej napis, że to turkey. Chciałem błysnąć swoim intelektem przed moim przewodnikiem, niech sobie q..wa nie myśli, że ja z jakieś wiochy zabitej deskami. -Żarcie z Turcji sprowadzają – zagaiłem. Nigdy nie zapomnę jego uśmiechu. – Nie to nie jest turecki import, turkey po angielsku to też indyk, a ta konserwa to z indyczego mięsa. O żesz ty, w mordę jeża, no to rzeczywiście błysnąłem tyle, że nie intelektem.

Dziennik telewizyjny, kto pamięta?

Dobry wieczór państwu. Ze studia dziennika telewizyjnego wita państwa Jacek OdrąbięRękę. A oto najważniejsze wydarzenia dnia.

Pierwszy sekretarz komitetu centralnego partii towarzysz Jarosław Mały przebywał w godzinach rannych na spacerze z kotem. W przechadzce ulicami Żoliborza towarzyszyli mu członkowi najwyższych władz państwowych w osobach prezydenta Andrzeja Żyrandola, premiera Mateusza MiskaRyżu, marszałka Senatu Stanisława PracaDlaIdei oraz marszałka Sejmu Marka LatamzRodziną. Celem spaceru było zapoznanie się z aktualnymi bolączkami mieszkańców dzielnicy czemu służyły wymiany zdań z przygodnie napotkanymi mieszkańcami osiedla. Na Placu dla Kotów pierwszy sekretarz wygłosił krótkie przemówienie do licznie zebranej publiczności. Potępił w nim dotychczasowe działania aktualnego prezydenta miasta Rafała ZdradzieckaMorda. Zapoznał również mieszkańców z pracami specjalnej komisji przy Komitecie Centralnym, mającej na celu wytkniecie nieprawidłowości w trakcie wyborów prezydenckich w mieście, zapewniając, że wkrótce poznamy prawdę. Towarzysz Mały zachęcił również do wysłuchania konferencji prasowej przewodniczącego powyższej komisji, członka Biura Politycznego, zastępcy członka komitetu centralnego, szefa departamentu prawdy objawionej towarzysza Antoniego MgłaBrzozowa.

W godzinach popołudniowych Pierwszy Sekretarz Partii Towarzysz Jarosław Mały specjalnym samolotem udał się na otwarcie Zakładów Naturalnych Nawozów Rolniczych w miejscowości PodPiSdowo. W podróży towarzyszyli mu przedstawiciele najwyższych władz państwowych z prezydentem i premierem na czele. Na lotnisku żegnali pierwszego sekretarza marszałkowie Seantu i Sejmu towarzysze Stanisław PracaDlaIdei i Marek LatamzRodziną.

Po dwóch godzinach lotu delagacja dotarła do specjalnie wyboduwanego na tę okazje portu lotniczego w miejscowości Brzeszcze. Tu członkowie władz zostali powitani przez najwyższe władze wojewódzkie wraz z eurodeputowaną Beatą PrzegrywamGlosowania, która jest rownież honorowym prezesem okolicznego koła gospodyń wiejskich.

Pierwszy sekretarz wygłosił krótkie przemówienie, dziękując zebranym za przybycie i ich oddanie w patriotycznym rozwoju ojczyzny.

Bezpośrednio z lotniska delegacja udała się do Zakładów Produkcji Nawozów Rolniczych w PodPiSdowie, oddalonym zaledwie o kilka kilometrów od Brzeszcz. Tam już czekał na nich aktyw partyjny wraz z zespołem głównego wynalazcy nowego rodzaju nawozów naturalnych z ludzkich odchodów profeserorem Janem KornikSzyszką na czele.

I sekretarz ponownie wygłosił przemówienie dziękując za oddanie i poświęcenie członkom kolektywu partyjnego przy budowie kombinatu. Głos zabrali rownież prezyden Andrzej Żyrandol i premier Mateusz MiskaRyżu.

Profesor Jan Kornik-Szyszko w krótkim wystąpieniu podziękował pierwszemu sekretarzowi za jego wkład i patronat przy budowie zakładów nowej generacji nawozów.

Z ramienia kościoła obecny był arcybiskup, generał połowy Leszek Koniak Gwóźdź, który dokonał poświęcenia kombinatu.

I sekretarz wyraził zaniepokojenie otaczającym go niemilym zapachem. Okazało się jednak, że w całej Polsce ruszyły punkty pobierania surowca do produkcji nawozu. Naród z oddaniem ruszył do owych punktów gdzie surowiec został odpowiednio przesortowany i teraz wagony z nim stają na bocznicach w oczekiwaniu na rozpoczęcie produkcji. Po tym wyjaśnieniu w następnej kolejności w podniosłej atmosferze odbyło się przekazywanie surowca przez członków delegacji w specjalnie na ten cel przygotowanych toaletach.

O godzinie 19 pierwszy sekretarz towarzysz Mały dokonał przecięcia wstęgi i oficjalnie ruszyła produkcja. Pierwsza produkcja zostanie przekazana bezpłatnie kołu gospodyń wiejskich z Brzeszczy.

Zaraz po głównym wydaniu dziennika zapraszamy państwa na obszerną transmisję z uroczystości uruchomienia Zakładów Naturalnych Nawozów Rolniczych w PodPiSpdowie. Z uwagi na ograniczone ramy czasowe nasze relacja skoncentrował się na najważniejszych punktach tego ważnego dla kraju wydarzenia. Mając na uwadze jego doniosłość, na terenie całego kraju został wydany zakaz nadawania audycji na wszystkich innych kanałach od godziny dwudziestej do odwołania. W tym czasie TVP będzie towarzyszyć i transmitować przebieg pobytu delegacji w PosPiSdowie aż do wyprodukowania pierwszego worka nawozu.

Dziękujemy państwu za uwagę. Żegna państwa Jacek OdrąbięRękę. Oddaje głos do naszego wozu transmisyjnego w PodPiSdowie. Dobranoc.

Karciane przekręty.

Karty kredytowe, karty debetowe, kto dzisiaj nie korzysta z tego dobrodziejstwa. Lekko, łatwo i przyjemnie. Nie trzeba gotówki no i jak to mówią plastik przyjmie wszystko. Nawet tutaj w Ekwadorze, kraju uważnego za trzeci świat ta technologia ma się całkiem dobrze. Z kart kredytowych wyleczyłem się jeszcze w Stanach. Jednak debetowa wciąż jest przeze mnie używana.

Żyjemy jednak w czasach, w których technologia pobudza rozwój mniej sympatycznych zjawisk utrudniających życie przeciętnemu Kowalskiemu. Kradzież danych osobowych, haseł do kont bankowych, haseł kart kredytowych to już dla wielu cwaniaków niezły i łatwy kawałek chleba. Wbijając swój kod karty debetowej trzeba patrzyć w lewo i prawo czy ktoś nie stoi zbyt blisko. To również może okazać się niewystarczające. Trzeba być pewnym, że na klawiaturze nie znajduje się nic podejrzanego bo już coś tam kładą co umożliwia kradzież kodów. Nawet nie używanie karty lecz samo tylko jej noszenie przy sobie może się okazać fatalne w skutkach. Ktoś już wymyślił czytnik, który niczym fale rentgenowskie potrafi prześwietlić zawartość naszego portfela a potem, hulaj dusza piekła nie ma.

W Stanach wielokrotnie zdarzały mi się przypadki zakupów, które pojawiały się na moich kartach kredytowych, a o których nie mieliśmy zielonego pojęcia. Na szczęście takie niespodzianki dość łatwo można było wyreklamować. Karta wtedy zostawała zablokowana i otrzymywało się nową. Zdarzyło mi się raz, że zanim jeszcze karta do mnie dotarła już ktoś ją użył a ja w pierwszej kolejności dostałem rachunek na całkiem niezła sumę. I tym razem jednak udało mi się wyreklamować fałszywy zakup.

Pomysłowość złodziei jest dość ciężka jednak do przewidzenia. Wspominałem przed chwila o czytnikach kart kredytowych. Przypomniała mi się sytuacja ze stroną oferującą tanie bilety lotnicze. Rzeczywiście w porównaniu z innymi oni byli tańsi o minimum sto dolarów a czasami nawet więcej. Jak tłumaczyli, oferowali te bilety taniej tylko dlatego, że kupujący je musiał zdeponować gotówkę na ich konto bankowe. Takie działanie pozwało im na oszczędności operacyjne. Niby ma sens. Zanim jednak sam dałem się nabrać rozpytałem znajomych o ich doświadczenie. Wszyscy, którzy używali ową agencje zawsze otrzymywali potwierdzenia, bilety i ich podróż przebiegała bez problemów. Skoro tańsi, skoro nikt nie krzyczy, kupiłem i ja. I mnie się również udało szczęśliwie wylecieć i powrócić. Byłem chyba jednym z ostatnich. Okazało się bowiem, że owa agencja kupowała bilety używając skradzionych kart kredytowych. Płacili nimi a sami żądali gotówki, która natychmiast po wpłacie przez klienta wybierali. Udawało im się to dość długo, przede wszystkim dlatego, że ich proceder polegał na sprzedaży biletów super tanich w ostatniej chwili. Nikt przecież nie sprawdzał rachunku z karty kredytowej pomiędzy rachunkami. Te zwykle mają miejsce raz na miesiąc. Zatem jeśli ktoś kupił bilet po zamknięciu bieżącego okresu rozliczeniowego i przed otrzymaniem przez posiadacza nowego rachunku mógł mówić o szczęściu.

Nic nie może jednak wiecznie trwać. Kolejni znajomi kupili bilety ze znacznym wyprzedzeniem. Widać rachunek dotarł do właściciela karty przed ich wylotem. Tem unieważnił transakcje a linie lotnicze skasowany bilety. Znajomi pojawili się na lotnisku no i zaczęło się. Hotele popłacone, nastrój wakacyjny tylko nie ma jak dolecieć na miejsce przeznaczenia. Nic nie pomogły tłumaczenia. Niewiedza w tym przypadku zresztą mało kogo obchodzi. Trzeba było kupować nowe bilety. A ceny były powalające. Przestrzegli jednak nas wszystkich, dzięki czemu nie jeden z nas prawdopodobnie umilkł lotniskowych niespodzianek.

Na marginesie. Jak zwykle w rym przypadku po plecach dostał przeciętny naiwniak. Wiem, wiem za to trzeba płacić. Jednak jest w tym coś okrutnego. Złodziej zniknął z kasą, banksterzy nie zapłacili liniom, linie wycofały bilety a ten co chciał zaoszczędzić sfinansował całe to doborowe towarzycho. Żyć nie umierać.

Powrót do Wielkiej Dziury

Do Wielkiej Dziury czyli Grand Canyon wróciłem w 2012 roku. Tym razem w towarzystwie przyjaciół z kraju. W planie naszej wycieczki po zachodniej części Stanów był miedzy innymi ów kanion na myśl, o którym odrazu zaczynały bolec mnie nogi. Zobaczyć jeszcze raz, ok to mogę, zejść na dół, nie dziękuje.

Dwoje z moich znajomych podjęli się jednak wyzwania. Oni byli jednak przygotowani na trudy i wiedzieli co ich czeka. Zaczęli wiec skoro świt i to trasą, którą ja wracałem. Na dole zafundowali sobie odpoczynek. Wrócili późnym wieczorem, gdy na zewnątrz już było ciemno. Jak rzekłem, byli przygotowani mieli nawet latarki na wypadek nocy. Tak czy inaczej i dla nich był to spory wysiłek, który w przypadku dziewczyny skończył się odciskami.

Wielka Dziura robi rzeczywiście niesamowite wrażenie, szczególnie o wschodzie, gdy słońce powoli odkrywa bezdenną jej czeluść. Kolory skał zmieniają się z minuty na minutę. Wcale mnie nie dziwi uznanie tego cudu natury za jeden z najwspanialszych.

Z perspektywy bardzo się cieszę, że mogłem zobaczyć Grand Canyon i duma mnie rozpiera, że byłem na samym dole. Dzielę się zatem zdjęciami z tego drugiego pobytu choć wiem, że one i tak nie oddadzą tego co oko tylko może docenić.

Nieoczekiwane spotkania.

Moja droga do Ekwadoru wiodła prze Austrię i Stany. Spotkałem na niej wielu ziomków. Niektóre z tych spotkań były zdecydowanie zaskakujące. I to o nich będzie mowa.

Jakoś po roku pobytu nad Dunajem, udało mi się wreszcie zyskać zaufanie Austriaka, który zdecydował się powierzyć mi role brygadzisty w dwuosobowej grupie. Mój podwładny był lepszym fachowcem, tylko, że z niemieckim u niego było całkiem niedobrze. W przeciwieństwie do mnie. Dogadywaliśmy się jednak wzorowo aż do jego wyjazdu.

Pewnego dnia wracaliśmy zmordowani z pracy wiedeńskim metrem. Rozmawialiśmy o niczym. Robotnicza pogawędka nie mogła obejść bez popularnej łaciny. Jedziemy zatem dość ostro wplatając w konwersacje parę ozdobników, z których qurwa była najłagodniejszym. Naprzeciw nas siedzi urocza starsza od nas kobieta. Nie specjalnie się nam przyglądała. Nic więc nie wskazywało na to, co miało nastąpić za chwile. Właśnie dojeżdżaliśmy do stacji, na której wysiadała. Spojrzała na nas i uroczo rzekła. „Jak pięknie słyszeć ojczystą mowę, gdyby jeszcze tych qurw było mniej”. Po czym znikła pozostawiając nas w kompletnym osłupieniu.

Jakoś pod koniec ubiegłego wieku, dzięki córce, która wybrała sobie wyższa szkołę na drugim końcu Stanów zdecydowaliśmy się odwiedzić słynny Wielki Kanion. Zjechaliśmy do niego już późnym wieczorem. Musieliśmy zatem czekać do rana aby ocenia jego wielkość. No i rzucił nas na kolana. Gdzieś wedle dziesiątej rano udaliśmy się do sklepu z pamiątkami. Ku naszemu zdziwieniu w obsłudze pracowało paru studentów z Polski w ramach wymiany. Rozmawiamy z jednym z nich. Pytam o zejście na sam dół kanionu. Zdecydowanie mi odradza bo jest już zbyt późno i możemy nie dać rady wrócić. Wiedziałem, że albo dziś, albo wcale bo na drugi dzień jechaliśmy dalej. Przesadza, pomyślałem. Razem z moim męskim przychówkiem ruszyliśmy na podbój wielkiej dziury. Jakoś po trzech godzinach dotarliśmy do dna i dotknęliśmy brudnej rzeki Kolorado. Odpoczęliśmy z piętnaście minut i wio z powrotem. Wybraliśmy krótszą trasę. Jako troskliwy ojciec zaopatrzyłem nas w butelki na wodę o pojemności jednej trzeciej litra. W drodze na dół były postoje, na których był dostęp do wody. Nowa trasa, krótsza jednak takich miejsc nie miała. Na szczyt mieliśmy do pokonania jakieś siedem mil czyli około jedenastu kilometrów. W nogach mieliśmy już dziewięć mil czyli piętnaście kilometrów. Na dnie wypełniliśmy nasze butelki i wystartowaliśmy jakoś pare minut po drugiej. Słońce rypało niemiłosiernie. Dość szybko zostaliśmy bez wody. Schodzący jednak na dół parokrotnie dzielili się z nami życiodajnym płynem. Wspinaczka wydawała się nie mieć końca. Ponownie zostaliśmy prawie bez wody i zaczęło zmierzchać. Na przeciw nas ktoś schodzi na dół aby spędzić noc nad rzeką. Pytam jak daleko do góry. Pewnie ze cztery mile. Dziewucha spojrzała na nas i pyta czy to cała woda jaką mamy. Niestety. Zaoferowała nam pomoc jak to kobieta. Towarzyszył jej chłopak, który do tej pory nie odzywał się. Gdy jednak dziewczyna wyszła z wodną ofertą, nagle przemówił w ich rodzinnym języku. A tym językiem był polski. Spytał czy aby dobrze robi, bo im może zabraknąć. Jakież było jego zaskoczenie gdy ja przemówiłem w tym samym języku. Wodę dostaliśmy. Wygramoliliśmy się z kanionu po dziewięciu godzinach wspinaczki. Moje nogi nadawały się do wymiany. Padliśmy na asfalt parkingowy jak nieżywi. Na górze była już woda, którą dopiero teraz doceniłem. A z innych ciekawostek, okazało się, że wybór krótszej trasy spowodował, że znaleźliśmy się jakieś pięć kilometrów od naszego hotelu. Bała północ. Udało nam się zamówić taksówkę. Jak przywitała mnie moja życiowa partnerka….pominę milczeniem.

Słowo o moim mieście

Z każdym swoim kolejnym pobytem niemal nie poznaje swojego miasta. Zmienia się ono w tempie błyskawicznym. Wioski, które graniczyły z Rzeszowem już są jego częścią.

Pierwszy raz przyjechałem tu i już pozostałem, wtedy z woli rodziców w 1972 roku. Z jednego końca na drugi koniec miasta można było przejść na piechotę. Dzisiaj jest to niemożliwe. Jeszcze za moich czasów powstało tutaj mnóstwo osiedli mieszkaniowych. Aktualnie deweloperzy wykorzystują każdy skrawek wolnej ziemi aby coś tam postawić w formie budownictwa wielorodzinnego. Jeszcze w ubiegłym roku moi bliscy znajomi mieszkali na obrzeżach miasta ciesząc się odrobiną ciszy i spokoju. To już nieaktualne. Ta okolica zmieniła się nie do poznania. Naprzeciwko ich domu wkomponowano kolejny rząd szeregówek a przy drogach dojazdowych do ich osiedla powstają nowe domy wielorodzinne.

Rzeszów dzisiaj zbliża się albo już przekroczył trzysta tysięcy mieszkańców i w takim tempie już wkrótce będzie tu mieszkać w granicach pół miliona ludzi.

Zmienia się również centrum, w którym wiele starych budynków odnowiono no i ograniczono tam ruch. Wszyscy, raczej powinienem powiedzieć niemal wszyscy, chwalą sobie aktualnego prezydenta miasta, który sprawuje te funkcje po raz kolejny. Jedynie zwolennicy aktualnej władzy jakoś go przetrawić nie mogą. Pomimo, że Podkarpacie uważane jest za ich bastion, Rzeszów pozostaje w rękach człowieka spoza ich kółka różańcowego.

Rzeszów, jak pewnie wiele polskich miast ma swój symbol. Jest nim nim Pomnik Czynu Rewolucyjnego. On sam stoi kością w gardle miejscowemu IPN-owi i wszystkim nawiedzonym dobrej zmiany. Cześć miast, w której stoi zmieniła się pod każdym względem, jedynie on przetrwał. Nazwy ulic pozmieniano, istniejący po skosie, kiedyś ekskluzywny, hotel Rzeszów, zburzono i w jego miejscu postawiony nowy jeszcze bardziej ekskluzywny hotel z obecnie jedna z największych galerii w mieście. Okolice pomnika nie należą już do miasta, bo zostały zreprywatyzowane i oddane kościołowi. Ów monument stoi tuż przed oknami wojewody, który chyba tez dostaje boleści każdego ranka spoglądając na niego. Robi wszystko co może aby usunąć to „okropieństwo”. Póki co bezskutecznie. Pomnik wciąż tkwi i mam nadzieje, że ludność miasta nie ugnie się pod naporem głupoty.

Nie będę bronił go z uwagi na wartości artystyczne i przyczynę dla, której został postawiony. Obrońcy jego, proponują wiele kompromisów, jednak przeciwnicy, podobnie jak Jontek Dochodzeniowiec w Warszawie, który marzy o zdewastowaniu Pałacu Kultury, chcieliby go zrównać z ziemią. Nikt nie wie jaki będzie koniec tej farsy. Jest to bezwzględny symbol miasta i bez niego Rzeszów zapewne pozostanie Rzeszowem jednak już nie dla mnie.

Lubię tu wracać i wracać jeszcze chwile będę, zwłaszcza, że w okresie letnim uruchomiono bezpośredni lot ze Stanów do Jasionki, która jest lotniskiem miasta. Trochę drogo to wychodzi, jednak bezprzesiadkowy lot ma olbrzymie plusy. Tu wciąż mieszkają moi rodzice i najbliższa moja rodzina.

Tu na studiach poznałem Luśkę. Takich wspomnień mam oczywiście więcej. Zawsze jednak gdzieś w tle jest ten górujący nad centrum komunikacyjnym miasta pomnik.

Nigdy nie pojmowałem procesu niszczenia pamiątek rodem z PRL – u.

Dalej nie pojmuję.

Pomnik w tle

Widziany z innej strony

Rzeszowski rynek, pod którym znajduje się trasa turystyczna.

Symbol polskiego bluesa był rzeszowianinem.

Jedna z ulic odnowionego centrum

Trochę humoru na weekend

Ostatnie humoreski z mjej poczty elektronicznej od znajomych przypadły do gustu. Skoro tak to znalazłem jeszcze parę dowcipasów ze szkolnych zeszytów.

Przez kilkadziesiąt lat Polska nie pokazywała się na mapie, bo była rozebrana.

     ***

Aleksander Wielki był dlatego sławny, bo założył wielkie reformy.

    ***

Działalność tajnych związków kończyła się ścinaniem członków.

    ***

Gaudenty wziął kropidło, zakropił mu oczy i członkiem uderzył w czoło.

    ***

Krzyżacy mordowali, palili i gwałcili starców, kobiety i dzieci.

    ***

Car, idąc do celu, opierał się na mordzie.

    ***

Emilia Plater była pułkownikiem o kobiecych piersiach widocznych spod munduru.

   ***

Kajetan Koźmian przez 25 lat gładził swój język.

   ***

Hanka i Wasylek kochali się tak bardzo, że ona się utopiła, a on umarł z głodu.

   ***

Jagna na szczęście nie była długo chora, wkrótce zmarła.

   ***

Liczne wypadki spowodowane są także przez dzieci. Te ostatnie powstają

     przez niedbalstwo, nieostrożność lub podczas zabawy. Chyba rodziców

   ***

Lis był chytry a pod spodem biały.

   ***

Krasicki zawsze wesoły i uśmiechnięty zmarł w roku 1801.

   ***

Na skutek żałoby swojej matki Iwona urodziła się 5 lat po śmierci ojca.

   ***

Obok grobów smutnych i zaniedbanych stały groby tętniące życiem.

   ***

Ludzie pierwotni mieli narządy z kamienia.