Latanie na wesoło.

Ten blog rozpocząłem kierując się dwoma swoimi potrzebami. Ważniejsza oczywiście była ta aby nawiązać kontakty z innymi ludźmi i podzielić się z nimi swoimi spostrzeżeniami na różne tematy. Większość moich wpisów ma właśnie taki charakter. Są jednak i notki wynikające z potrzeby pozbycia się złych emocji. Opisanie i zdefiniowanie ich pozwala mi na rozliczenie się z nimi i o nich zapomnienie. Klawiatura przyjmie wszystko, zatem czemu nie.

Taki więc będzie charakter tego wpisu. Przy okazji zamknę temat mojej podróży do kraju.

Większość z nas w dobie internetu kupuje swoje bilety w wirtualnych agencjach podróżnych. Ja tak robię od lat. Mam parę tych, które zawsze sprawdzam. Niezależnie od tego przeglądam oferty innych biur, bo cena biletu dla mnie jest dość ważna. Tak się więc stało, że mój ostatni bilet zakupiłem na portalu pod nazwą Justfly. com, kierując się przede wszystkim ceną. Nie było zresztą w niej żadnych ograniczeń, które mogłyby mieć dla mnie jakieś znaczenie. Zanim jednak ja dokonałem zakupu, linie lotnicze, zapewne w poszukiwaniu większych zysków, wprowadziły do swojej oferty nową taryfę. Jest ich już tyle, że z niecierpliwoscią czekam na bilet w ofercie na stojąco. Nowa taryfa, cenowo zbliżona do ofert klasy ekonomicznej z ubiegłego roku, oferuje latanie bez bagażu. I tak zaczęła się moja przygoda. Nie świadom nowych rozwiązań, zjawiłem się na lotnisku z walizkami. Kto w końcu lata przez Atlantyk bez tychże? A tu masz babo placek. Sześćdziesiąt zielonych za mój bagaż i żony i możemy go zabrać. Musu nie ma, można go oddać odprowadzającym. Polska przecież od momentu upadku PRL-u zaopatrzeniowo nie różni się od innych państw. Zatem majtki, skarpety, podkoszulki to wszystko można już kupić na miejscu. Skalkulowaliśmy szybko i zdecydowaliśmy się pokryć koszt bagażu. Zapomniałem już o tym gdy potwierdzałem nasz odlot z Polski. No i masz, od nowa Polska Lusowa. Dwie walizki w cenie sześć dych zielonych jeśli chcemy je zabrać ze sobą. Cóż było robić? Przyzwyczaiłem się do swoich majtek a i Luśka lubi swoją bieliznę. Bilet tam i z powrotem kosztował nas w tym momencie o sto dwadzieścia dolarów więcej. Teoretycznie mogę mieć pretensje tylko do siebie. Zadam jednak ponownie pytanie: kto lata przez ocean, zwłaszcza gdy jest to podróż paromiesięczna, bez bagażu? No chyba tylko ci co mają prywatne samoloty i chaty po całym świecie, umeblowane, z szafą pełną ubrań. Ja się do nich jeszcze nie zaliczam, dlatego szuka qu…a jak najtaniej. To był komentarz przeznaczony do JustFly.com, może przeczytają. Chociaż nawet jeśli to zrobią, sądzę, że przy najbliższej okazji też będą chcieli mi wcisnąć coś co dobrze wyglada licząc na moją głupotę. Słuchajcie zatem gamonie z JustFly.com, od was już nigdy nic nie kupię. Odrazu poczułem się lepiej jak im mogłem tak nawrzucać.

Z innych fascynujących przygód na trasie mojego powrotu spieszę donieść, źe było w sumie fajnie. Straty, poza kasą, objęły rownież walizkę podręczną, którą musiałem nadać na trasie z Rzeszowa do Monachium. Oddali mi ją bez rączki. Zachowali się przy tym bardzo fair, bo rączkę położyli obok walizki tak na wszelki wypadek na pamiątkę lotu chyba, naprawić tego bowiem się nie da. Lufthansa to takie fajne chłopy z poczuciem humoru. Ponieważ nie miałem nawet siły na jakiekolwiek kłótnie, w nagrodę wyznaczyli mnie do wyrywkowej kontroli bagażu. A, że ciągnąłem swoją walizeczkę i Luśki a na plecach jeszcze jeden bagaż, to rozpakowanie tego wszystkiego było super zabawą. Zaglądnęli też wyrywkowo do moich butów. Zaoferowałbym im striptease tyle, że czasu było mało. No i wreszcie dostało się mojemu bagażowi, temu za który musiałem zapłacić. Albo obsłudze w Monachium albo w Waszyngtonie moja walizka nie przypadła do gustu. Odebrałem ją w stolicy USA tylko na trzech kółkach. I tym razem to musiał być ktoś z poczuciem humoru bo kółko leżało tuż obok walizki. Też pewnie na pamiątkę. No i na koniec Newark, cel mojej podróży. Tu goście jeszcze chyba świętowali po ostro zakrapianej imprezie. Nasze walizy wywalili na karuzelę, na której miały znajdować się bagaże samolotu, który przyleciał z Minnesoty. Dobrze, że karuzele były obok, dzięki czemu zupełnie przypadkowo udało nam się je namierzyć.

No mówie wam fajnie było. Dawno się już tak dobrze nie ubawiłem. Tylko latać.

Reklamy

Niezwykły, zwykły dom.

Gdzieś tam przebywająca w krainie wiecznych łowów Babcia, tu na ziemi pozostawiła po sobie dom. Przypadł on, zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami rodzinnymi, wnukowi. Co on zdecyduje zależy już tylko od niego.

Spacerując ulicą pewnie ten dom niczym specjalnym się nie wyróżnia. Może poza szpicem anteny telewizyjnej, pamiętającej czasy dwóch programów. Nikt już nie ma takiej anteny, sięgającej niemal do nieba. Trzeba było tak wysoko ją zainstalować by można było odebrać sygnał. Przymocowana do komina ma się wciąż dobrze, chociaż niczemu już nie służy.

Otynkowana na szaro z zewnątrz dwupiętrowa konstrukcja sprawia wrażenie zmęczonej i domagającej się odrobiny zainteresowania. Minęło bowiem pare lat od ostatnich ulepszeń a dom jak dom zawsze jest coś do zrobienia koło niego. Ma już w granicach sześćdziesięciu lat a czasy, w których był budowany nie znały obecnych technologii.

Wnętrze też potrzebuje zainteresowania bo i tu ślad czasu odcisnął swoje piętno. Skrzypiące podłogi, zmarszczone linoleum, poblakłe ściany to tylko początek. Stosunkowo łatwy. Co zrobić ze zbyt stromymi schodami na piętro, zbyt wąskimi do piwnicy i garażu? Jak ją poprawić aby można się było wyprostować? Parter to kuchnia i dwa pokoje. Do tego łazienka z oknem wychodzącym na drzwi wejściowe, ku uciesze wścibskich i ciekawskich. Piętro już raz zostało przerobione ale i tu daleko od komfortu. Cokolwiek i ktokolwiek zdecyduje się tu coś robić, potrzeba będzie konkretnych nakładów.

Patrzę na ten dom i widzę te jego wszystkie słabości, ułomności i braki.

A jednak nie potrafię o nim zapomnieć. Mieszkałem tu niby tylko dwa lata. Były to jednak lata, które wbiły mi się mocno w pamięć.

To stąd wyjeżdżaliśmy do Urzędu Stanu Cywilnego a tydzień pózniej do kościoła. To tu rodzice nas błogosławili. To tu było moje pierwsze łoże małżeńskie. Tu powitaliśmy naszą córcię. To właśnie tutaj padły jej pierwsze słowa: mama, tata.

To tu, chociaż nie wewnątrz, uczyłem się „operować” kosą. W moich rękach było to narzędzie służące do wszystkiego z wyjątkiem koszenia trawy. Kosiłem jednak bo chciałem zaimponować teściowi. Pudło okrutne, ale przynajmniej dostarczyłem mu trochę zdrowia, bo śmiał się bezgraniczne obserwując moją walkę i z kosą, i z trawą.

To tu zjeżdżaliśmy z dzieciakami, razem ze szwagra rodziną by pod wieczór udać się do kart. A graliśmy zawzięcie i bez pamięci w ferbla, którego nauczył nas teściu. Zawsze przed grą zaklinał nas abyśmy grali ostrożnie czyli na małe stawki. Sam potem podkręcał tempo.

To wreszcie tu miały miejsce wszystkie święta bożego narodzenia z niezapomnianą kuchnią teściowej. Szczerze mówiąc w ich tradycji był biały barszcz z grzybami a ja z domu barszczu czerwonego z uszkami. Nic to, bo wypieki teściowej nie miały równych sobie.

Zwykły dom. A jednak niezwykły. Tyle, że tylko dla mnie.

Słowo o babci

Dzisiaj będzie wspomnieniowo. Nie może być inaczej, bo to choć smutny, to dzień specjalny i taka sama data.

Dokładnie rok temu moja teściowa opuściła nas i z ekspresu „życie” wysiadła na stacji wieczność. Wsiadła do tego pociągu w marcu dwudziestego czwartego roku ubiegłego stulecia, by dobić do ostatniego przystanku, na tej drodze zwanej życiem, dokładnie rok temu.

Nigdy nie lubiłem słowa teściowa. Jest w nim coś pejoratywnego, wynikającego zapewne z tysiąca kawałów na ten temat. Uogólniamy i generalizujemy, taka nasza natura. Tymczasem teściowa teściowej nierówna. Będę zatem używał określenia babcia bo zdaje mi się mieć odrobine więcej ciepła, na które moja teściowa zasłużyła.

Babcia niewątpliwie była „charakterna” o silnej osobowości. Ale jakże może być inaczej. Jako szesnastolatka znalazła się na Syberii, wcześniej doświadczając okrucieństw zbrodni znanej pod określeniem Wołyń. Widziała na własne oczy to wszystko co starał się na pokazać film na ten temat. Bazując na jej opowiadaniach to film nie do końca pokazał barbarzyństwo tych zdarzeń.

Potem siedem lat w przenikliwym mrozie, wykonując prace ponad swoje siły i możliwości. Pomimo tego zawsze powtarzała, że więcej zła doznała od ukraińskich sąsiadów niż ruskich strażników. Niezbyt to brzmi politycznie poprawnie, babcia jednak mówiła to co czuła.

Wróciła do kraju, którego istnieniu dzisiejsza władza zaprzecza, w czterdziestym siódmym roku. Jak wszyscy po wojnie wzięła się i ona do odbudowy. Nie wiedziała przecież wtedy, że to ją zakwalifikuje do gorszego sortu. Napewno gdyby się tego spodziewała to i tak by wszystko zrobiła po swojemu. Potem jak to w każdym życiu, przyszła rodzina i dzieci.

Postanowili wybudować dom gdy dziewczyna mojego życia była jeszcze dzieckiem. Budowali go razem z dziadkiem sami. Oczywiście mieli paru fachowców ale gros pracy w budowę, to praca ich własnych rąk. Luśka, czyli żona, mówi, że sami wypalali cegły. Niepojęte.

Nie była zachwycona moim pojawieniem. Dzisiaj nawet się nie dziwię. Byliśmy po drugim roku studiów. Obawiała się zatem, że Luśka ich nie skończy. Skończyła i to w terminie. Zdążyła nawet zostać matką w międzyczasie. Wtedy nikt nie pytał o pięćset plus.

Tęskniła za nami gdy wyjechaliśmy ale jak to ona zacisnęła zęby i pogodziła się z faktem, odwiedzajac nas za wielkim stawem wielokrotnie.

Dobiła w całkiem niezłym zdrowiu do dziewięćdziesiątki. Byliśmy wtedy w kraju i razem to świętowaliśmy przy okazji wydając naszą córcię. Długo odmawiała pomocy, bo taka właśnie była.

Ostatnie czternaście lat swojego życia była sama. Czuła się najlepiej u siebie, wsród sąsiadów, z którymi razem budowali swoje domy. Aż przyszedł ten feralny dzień we wrześniu cztery lata temu. Rozległy udar zmienił jej życie w jeszcze większy koszmar od tego, który już przeżyła. Gdy staliśmy przy niej na intensywnej terapii, lekarz radził nam się z nią żegnać. Widać to nie miał być jednak ten dzień. Choć już nigdy nie powiedziała słowa i nie była w stanie nic zrobić o własnych siłach to była z nami jeszcze przez trzy lata. Była w innym świecie. Nie wiedzieliśmy ile i czy cokolwiek rozumie. Kiedyś jednak mocno zezłoszczony na coś co mi wypadło z rąk warknąłem do siebie „do dupy”. Babcia wybuchnęła takim śmiechem, że zdaliśmy sobie sprawę, że gdzieś tam walczy ze swoimi słabościami. Taka została w mojej pamięci.

Pójdę już, by zapalić świeczkę.

https://www.youtube.com/watch?v=yFXs2XSloEA&feature=share

Bo pamięć jest najważniejsza

Unoszący się zapach wosku czy to parafiny i igieł sosnowych a może z jodły to moje najodleglejsze wspomnienia Wszystkich Świętych. Świeczki w szklanych różnokolorowych obudowach rozkładaliśmy na grobach a wieniec z gałęzi drzewa iglastego zawieszało się na krzyżu, do którego przymocowana była tabliczka z informacjami o pochowanym. Grób to był na ogół kopczyk, czasami obetonowany dookoła, czasami nie. Zapewne były i grobowce, tego jednak moja pamięć nie utrwaliła. Znakomita większość tych miejsc to był właśnie krzyż i kopczyk. Zarastał taki nagrobek zielskiem wszelkiego rodzaju przez cały rok by mógł być oczyszczony czy wyplewiony parę dni przed samym świętem. By ponownie zarosnąć z przyjściem wiosny i lata. Wciąż czuję ten charakterystyczny zapach palących się świeczek i igliwia z wieńców. Widzę księdza przemieszczającego się między grobami z kropielnicą wraz ze swoimi ministrantami. Było coś podniosłego w całej tej uroczystości do tego stopnia, źe każdy z nas chciał mieć kogoś na cmentarzu.

Główna uroczystość miała miejsce na chwile przed zapadnięciem zmierzchu co dawało dodatkowy efekt świetlnej łuny palących się zniczy. Podobieństwo grobów i ich niemal identyczna dekoracja dawała swego rodzaju poczucie jedności. Oto bowiem zebraliśmy się tutaj by oddać cześć tym, którzy udali się do krainy wiecznych łowów. Tam wszyscy byli równi tak jak te rozświetlone ich groby. Nie czułem specjalnego smutku być może właśnie dlatego, że owa kraina miała coś ciepłego w swoim przesłaniu. Być może jednak samo powaga i znaczenie tego święta jeszcze do mnie nie docierały.

Nie ma już takich miejsc i takich grobów. Nie ma już iglastych wieńców i kolorowych świeczek. Dzisiejszy cmentarz ta marmurowo-granitowe blokowisko. W dniu święta zmarłych, obrzucone stertą sztucznych i prawdziwych kwiatów, obłożone zniczami o przeróżnych kształtach i kolorach. Czy w dzisiejszym czasach wciąż chodzi o pamięć czy to już tylko rytuał podtrzymywany przez producentów wszelkich ozdób nagrobnych? Komercjalizm zżera pamięć, zżera uczucia udając troskę schowaną za świeczką czy innym ornamentem.

Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz. Ja będę skremowany by pozostać częścią ziemskiego prochu. Nie zależy mi na cmentarnym „mieszkanku”. Liczy się tylko pamięć tak długo jak ona trwać będzie.

Czterdzieści lat minęło.

Całe cztery dychy dzisiaj mija od dnia, w którym przestałem być stanu wolnego. Znaliśmy się z Luśką nieco ponad rok, przy czym randkowaliśmy mniej niż rok. Wtedy rownież i pod tym względem było inaczej. Nikt nie kalkulował co się bardziej opłaci. Nawet gdyby młodym chodziły po głowie jakieś inne rozwiązania, to zapewne szanowni rodzice by każdemu je szybko wybili z głowy. Takie to były czasy. Może trochę i szare w kolorach ale sentyment do nich zostanie bez względu na nową „historię” układaną pospiesznie pod dyktando paru nawiedzonych hipokrytów, którzy plując we własne gniazdo, oskarżają o to innych.

Nasze wesele do skromnych, na tamte czasy nie należało, daleko mu jednak było to tego co ma miejsce dzisiaj. Ponad sto osób zjechało na nasze zaślubiny niemal z całej Polski. Wujkowie, ciotki, kuzyni, kuzynki, bliżsi i dalsi znajomi, koledzy i koleżanki, do wyboru do koloru a i tak nie wszyscy byli w stanie z rożnych względów dojechać. Byliśmy po drugim roku studiów i to właśnie najmniej podobało się naszym rodzicom, którzy widzieli nas najpierw kończących studia a potem podejmujących tego rodzaju decyzje. Wyjścia jednak nie mieli, zaakceptowali zatem naszą decyzję.

Padliśmy zatem przed nimi na kolana owego pięknego sierpniowego dnia w oczekiwaniu na ich błogosławieństwo. Nie obyło się bez łez rodzicielek bo przecież oddają swoje dziecko w czyjeś ręce. Tak to chyba mają wszystkie mamy. Parę lat temu oddawaliśmy naszą córę i Luśce oczka się mocno „pociły”. Circle of life jak to wyśpiewywali na Lion King.

Po błogosławieństwie, do kościoła bo ślub cywilny to był tylko papier bez znaczenia, prawdziwy to był ten kościelny. Jeszcze przysięga małżeńska, obrączki na palce i powieźli nas windą do nieba. Co prawda koń do tańca nie zamiatał ogonem ale Mandelson zagrany na organach kościelnych przy wyjściu ze świątyni jeszcze do dzisiaj brzmi mi w uszach.

Po wyjściu życzenia, uściski, całusy od gości. Nikt nic fałszywie nie odśpiewał tylko wszyscy stanęliśmy do wspólnego zdjęcia. Kolejna winda to spacer do fotografa by uwiecznić ten jedyny i specjalny dzień w naszym życiu.

I znowu piechotą do PTTK-u, w którym wynajęliśmy salę. Na progu rodzice z chlebem i solą i dwoma kieliszkami, jeden z wódką drugi z wodą. Który mi się trafił, sam już nie pamietam. Jeszcze toasty, pierwszy taniec i wreszcie można było czmychnąć do domu i przebrać się w wygodniejsze „stroje”.

Zabawa trwała do wczesnych godzinnych rannych, jedzenia nie zabrakło, ba starczyło na poprawiny.

Noc poślubna rownież była jedyna w swoim rodzaju…nie dla nas, bo w naszym łożu małżeńskim dochodzili do siebie wymęczeni goście.

Czterdzieści lat minęło, jak to Andrzej Rosiewicz śpiewa w kultowym serialu a jakby wczoraj to było. Pamietam wszystko. Jakże mógłbym zapomnieć skoro sam tam byłem i wino piłem.

Sylwestrowe wspominki.

Mam wrażenie, że z wiekiem atrakcyjność zabaw sylwestrowych maleje. Na dobrą sprawę noc jak każda inna, tyle że na drugi dzień trzeba zmienić kalendarz, bo ten stary już nie ma zastosowania. Uczestniczyłem w trakcie swojego życia w bardzo wielu tego typu imprezach. Najdroższa za dwieście zielonych od pary a najtańsza, jeśli dobrze pamietam, dwie dychy zorganizowana przez członków polonijnej parafii. Z tej najbardziej kosztownej mam same złe wspomnienia. Miał ją prowadzić legendarny Piotr Kaczkowski z radiowej trójki. Nie tylko, że nie prowadził to organizatorzy kompletnie zawiedli pod każdym względem. Marne było jedzenie, kiepska muzyka i żeby dokończyć dzieła zniszczenia, na stołach stały bukiety kwiatów, za które pod koniec zabawy kazano nam zapłacić. Doszło do sporej awantury przy naszym stoliku, która była wynikiem miernej rozrywki. Dobrze za to wspominam kościelne zabawy. Były to na ogół imprezy zrzutkowe, to znaczy, płaciliśmy bilety za wynajem sali i każdy coś tam przygotowywał. Organizacja jednak spoczywała na paru osobach, które były odpowiedzialne za kuchnie a potem za posprzątanie sali. Nic dziwnego, że one miały z tego powodu najmniej sylwestrowej rozrywki. Pamietam sylwestra w polskiej knajpie, która znajdowała się w mieście w sporej części zamieszkałym przez polonusów. Tu jedzenia było w nadmiarze ale bawić się nie było sposób bo wpuszczono więcej ludzi niż to miało sens. Wpadaliśmy na siebie w tańcu często depcząc po piętach sąsiedniej parze. Niektórzy to rozumieli, inni jednak mocno szczerzyli zęby ze złości. Pamietam imprezy zakładowe w PRL-u, które miały to coś specjalnego, bo dyrekcja w tym dniu była jakaś łatwiej przystępna. Najlepszym jednak był ten najbardziej kameralny. Jeden z moich kuzynów, dusza towarzystwa, zorganizował go u siebie. Bawiliśmy się w pokoju stołowym a wsród uczestników, chociaż mieliśmy tylko naście lat, los sprawił, że znalazło się wiele osób, które pózniej związał węzeł małżeński. Wtedy jednak mieli innych partnerów. Nie pamietam specjalnie muzyki, zapadł mi jedynie w pamięć wtedy wielki przebój The Osmonds pod jakże znamiennym tytułem „Puppy Love” czyli szczenięca miłość. Podkochiwałem się w koleżance z klasy, czego ona jednak kompletnie nie zauważała, rozrywając moją młodą pompę na tysiące krwawiących części. Może zatem te sylwestrowe wygibusy mają w sobie coś specjalnego gdy ma się naście lat, a wszystko jest jedną wielką przygodą? Z drugiej strony czasy nam się mocno skomercjalizowały co zabiło i zabija ducha beztroskiej zabawy.

Fifty, fifty.

Podpatrując dzisiejszy lot Alicji, niespodziewanie uświadomiłem sobie, że oto w tych dniach obchodziłem całkiem okrągłą rocznicę opuszczenia Polski. To był listopad 1987 zaraz po andrzejkach, na których jeszcze byłem obecny u Jolanty i Jerzego. Już wtedy wiedziałem, że to mój ostatni dzień w kraju i miałem zamiar pożegnać się ze wszystkimi obecnymi. Jakoś się tak jednak nie stało i nie pamietam czy było to za sprawą „odrobiny” napojów wyskokowych, czy po prostu tak wyszło. Następnego dnia miało się odbyć chyba ostatnie referendum w dziejach Polski Ludowej. Jego pytania były wyjątkowo podchwytliwe, wymuszające jedynie słuszne głosowanie. Pewnie tego nikt już dzisiaj nie pamięta a i ja sam treści owych pan nie mógłbym tu przytoczyć gdyby nie niezastąpiony internet. Tu mają wszystko, zatem pozwolę sobie przytoczyć treści owych pytań. 

1. Czy jesteś za pełną realizacją przedstawionego Sejmowi programu radykalnego uzdrowienia gospodarki, zmierzającego do wyraźnego poprawienia warunków życia, wiedząc, że wymaga to przejścia przez trudny dwu-trzyletni okres szybkich zmian?

2. Czy opowiadasz się za polskim modelem głębokiej demokratyzacji życia politycznego, której celem jest umocnienie samorządności, rozszerzenie praw obywateli i zwiększenie ich uczestnictwa w rządzeniu krajem?

Jak tu na tak postawione, mające na celu dobro ojczyzny, pytania odpowiedzieć nie. Oczywiście była to ostatnia próba władzy ludowej aby utrzymać się przy sterach, które wymykały im się z rąk, dzięki oczywiście patriotycznej i pełnej zaangażowania postawie takich tuzów naszej dzisiejszej sceny politycznej jak choćby Jaro zwany królem Wszechpolski, Zbychu jedyny sprawiedliwy, Złotousta Krycha czy choćby niewiadomo komu oddany Stachu Prokurator. Nikt o nich wtedy oczywiście nie słyszał, czekali na swoje pięć minut kiedy sytuacja już się wyjaśniła. Tak czy inaczej ja nie czekałem i w dniu referendum odpaliłem mojego krążownika szos, znanego jako Fiat 126p i pożegnałem kraj nad Wisłą nie bardzo wiedząc czego oczekiwać. Taki był początek. Tak się zatem złożyło, że właśnie pare dni temu moja egzystencja to tak zwane fifty/fifty, pięćdziesiąt procent życia to Polska a drugie pięćdziesiąt to świat od Austrii przez Stany do Ekwadoru. Widać nie lubię siedzieć na jednym miejscu, może zatem….kto wie.

Stacja wieczność

Na ten dzień nikt z nas nie czeka, chociaż wiemy, że jest on nieunikniony. Sekret naszego życia polega na tym, że każdego dnia czyjeś się zaczyna, czyjeś kończy. Dla tych i ich rodzin, którzy dzisiaj właśnie rozpoczęli swoją ziemską wędrówkę jest to dzień niewątpliwie radosny pełen szczęścia i nadziei. Na przeciwnym biegunie tych emocji znajdują się dzisiaj ci, którym przyszło zakończyć swój pobyt wsród nas i przenieść się do krainy wieczności. Chociaż dla nich ten dzień może być wybawieniem z udręk, chorób i innych nieszczęść jakie ich spotkały w trakcie czy pod koniec życia, to tak się nie dzieje z ich rodziną. Swoim odejściem pozostawiają bliskich w nieopisanym bólu. Od ponad trzech lat moja teściowa walczyła z udarem, który w ciagu paru sekund zmienił jej życie w to co wielu nazwałoby udręką. I dla niej tak zapewne było. Nie miała na to wpływu, przyjęła zatem to tak jak mogła najlepiej godząc się z przeznaczeniem. Z pokorą znosiła swoje cierpienie, z którego wybawienie nadeszło dzisiaj. Pociąg z jej życiem, który rozpoczął swą podróż w marcu tysiąc dziewięćset dwudziestego czwartego roku dotarł dziś dwudziestego ósmego listopada dwa tysiące siedemnastego roku do stacji wieczność. Chociaż życie jej nie rozpieszczało, nigdy się jednak nie żaliła i taką chcę ja zapamiętać. Mówią, że człowiek powinien pozostawić po sobie coś materialnego zanim odejdzie. To nieprawda, jej cząstka pozostanie na zawsze w nas wszystkich, którzy mieliśmy możliwość ją poznać.

Dawnych czasów wspomnień czar

Gdy tak spojrzę wstecz na moje przypadki, to wychodzi mi, że chyba niewiele ludzi przeprowadzało się równie często. Jako dziecko nie miałem oczywiście wpływu na decyzje rodziców. Potem jako dorosły, rożne przypadki powodowały, kolejne zmiany zamieszkania, włącznie z przeprowadzkami interkontynentalnymi. Nysa to moje rodzinne miasto i z nim wiąże się większość moich nastoletnich dni. Co ciekawe ów gród nad Nysą Kłodzką nie miał żadnych historycznych związków ani z rodziną rodzicielki, ani z rodziną ojca. Po wojnie ludzie się przemieszczali i tak w tamte okolice trafili jacyś bliżsi i dalsi powinowaci moich rodziców. Mieszkając zaledwie do końca szkoły podstawowej w Nysie , i tu zdążyliśmy zmienić miejsce zamieszkania. Ilekroć rozmowa z moją rodzicielką zejdzie na temat tamtych czasów, zawsze pojawia się w niej niezadowolenie z powodu wyprowadzki. Szczególnie obecnie, sądzi ona, że gdybyśmy tam pozostali to być może i ja byłbym w Polsce. Starsi ludzie mają to do siebie, że chcieliby mieć swoje dzieci pod ręką, a mnie tymczasem wygnało w świat. Czasu cofnąć się nie da, po Nysie pozostały już tylko wspomnienia. Niespodziewanie, parę lat temu, dzięki Naszej Klasie, udało mi się nawiązać kontakt z kolegami i koleżankami z podstawówki. Mieliśmy nawet zjazd i być może będą następne. Dobrze było wrócić na stare śmiecie. Dobrze było ich wszystkich zobaczyć i przemaszerować jeszcze raz znanymi ulicami. Czasu jednak nie było zbyt wiele, a moje wspomnienia to przede wszystkim podwórko, na którym spędzałem cały wolny czas. W okresie wakacji naszym ulubionym miejscem było kąpielisko miejskie. Dzisiaj mówią na to basen, lecz w Nysie to było miejsce wyjątkowe. Ów przybytek położony był już na peryferiach miasta, stąd mógł on zajmować relatywnie spory obszar. Niecodzienność tego kąpieliska polegała na jego wyglądzie. Otóż nie był to basen typu betonowy prostokąt. Miał on bardziej wygląd stawu, tyle że woda w nim była filtrowana a zatem zawsze była czysta. Kąpielisko było w kształcie owalnym i sądzę, że jego długość była pewnie w granicach stu metrów, a szerokość pewnie z pięćdziesiąt. Po jednej stronie do wody wchodziło się po betonowej nawierzchni, i tu głębokość wody zmieniała się dosyć gwałtownie. Z drugiej strony można było się czuć jak nad morzem, bo cała długość była wysłana typowym piaskiem plażowym. Z tej strony wejście do wody było bardzo łagodne. Tu bawiło się większość dzieci, których plac zabaw był ograniczony belkami, za którymi mogły one przebywać tylko w obecności rodziców. Spędzaliśmy więc na nim większość wakacyjnych dni, podczas gdy rodzice byli w pracy. Długo miałem problemy z nauką pływania. Chcąc jednak uczestniczyć w zabawach z kumplami nie było innego wyjścia jak rzucić się na głęboką wodę, co w końcu uczyniłem łykając jej pokaźne rozmiary. Opłaciło się jednak, bo wreszcie mogłem wziąć udział w rozrywkach na głębokiej wodzie z zabawą w ganianego na czele. Specyficzna uroda tego miejsca i to co tam przeżyliśmy jako podwórkowa grupa, to chyba najfajniejsze wspomnienia z tamtych czasów. To tu poznałem mojego kolegę z klasy z moją pierwszą „narzeczoną” a on mi ja potem odbił. Co gorsza pożyczyłem jej zeszyt ze zdjęciami Winnetou, którego już nigdy mi nie oddała a trzeba wiedzieć, że mój zbiór był dość pokaźny i wszyscy wtedy te fotosy zbierali. Cóż młodzieńcze zakochania bywały dosyć bolesne. Po latach będąc na wycieczce po Stanach ze znajomymi z Polski, okazało się, że takich jak ja, dzieci Winnetou, jest wciąż wiele. Wojtek podobnie jak ja znał wszystkie główne postacie książek Karola Maya, co zapewne ułatwiło nam wzajemne poznanie. Mając trochę po dziurki w nosie, naszych polityków i generalnie polityki, pomyślałem sobie, czemu nie spisać tych dni, które niekoniecznie były aż tak jednokolorowe, jak ma dzisiejsze zabarwienie słowa komuna. Zatem pozdrawiając wszystkie blade twarze z Wojtkiem na czele, z krainy Inków polecam się pamięci czytelników.