Skoro o filmach mowa.

Wielokrotnie wspominałem na tych stronach o mojej słabości do filmów. Oglądnąłem ich bez liku. Nie mam jakiegoś specjalnego gatunku, który przedkładam nad inne. Ostatnio jednak mocno wciągnęły mnie historie poparte faktami. Większość z nich jest oczywiście bardzo sfabularyzowana jednak sedno wydarzeń zostaje zachowane.

Jeśli nie film oparty na faktach to wtedy decyduje obsada. Mam kilku aktorów i aktorek, którzy mnie prawie nigdy nie zawiedli i gdy oni pojawia się w rolach głównych taki film kończy na mojej półce.

Staram się natomiast trzymać z dala od seriali. Trwają zbyt długo i pożerają mnóstwo czasu. Zdarza się jednak, źe od czasu do czasu i serial mnie wciągnie. Tak było z Ranczem, przed którego oglądaniem długo się broniłem. Okazał się jednak bardzo zabawnym portretem naszym własnym.

Wsród aktorów, którzy nieodmiennie nie zawodzili mnie, odmawiając występowania w podejrzanych produkcjach był Kevin Spacey. Doskonały aktor i prawdę mówiąc nie pamietam filmu, w którym on by grał i film okazał się niewypałem. To on był powodem, że zdecydowałem się odejść od swojej niechęci do seriali i dałem się wciągnąć w „House od Cards”. Nieprawdopodobna historia rozgrywająca się w Białym Domu. Kevin Spacey zagrał oszukanego polityka, który z chęci rewanżu niszczy po kolei wszystkich, którzy stanęli mu na drodze. Aż wreszcie on został prezydentem. Wyjątkowo podła postać. Aktor zanim zagrał, rozmawiał z wieloma waszyngtońskim politykami. Po tych rozmowach stwierdził, że sposób w jaki przedstawił swojego bohatera niewiele odbiega od charakterystyki tego co się dzieje za zamkniętymi drzwiami w Białym Domu i w amerykańskim parlamencie i senacie. Brud, syf, podchody, zniszczyć za wszelką cenę. To wszystko można zobaczyć w tym serialu. Jego żonę gra Robin Wright, równie chciwa i równie żądna władzy. Przez pięć sezonów to Spacey był centralną postacią. Gdzieś jednak właśnie w trakcie emisji piątej serii, Kevin popadł w problemy w życiu prywatnym. To, że jest gejem było już wiadomo. Nikt natomiast nie wiedział, że lubił się dobierać to swoich kolegów na planie bez ich przyzwolenia. No i sprawa się rypła. Spacey stał się balastem. Musiał też zniknąć z serialu, którego był częściowym producentem.

Szósty sezon zatem zaczął się ni stąd ni zowąd jego brakiem. Okazało się, że zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach. Tak czy inaczej to jego żona była teraz prezydentem USA. No i tu się zaczyna problem. Scenariusz tego sezonu to haniebna kopia z życia Michaela Corleone. On po odejściu swojego ojca przejmował władze nad mafią. Wyglądało na to, że jego rodzina jest u kresu i jego dni są policzone. Tymczasem Mike miał plan. W najmniej spodziewanym momencie usunął wszystkich swoich przeciwników i tych, którzy stali mu na drodze do bycia ojcem wszystkich ojców.

Identycznie robi Robin Wright. Tylko, że… to już po pierwsze było a po drugie do takiej roli trzeba być bezwzględnym i to widz musi widzieć. Bezwzględna ona była tylko, źe nie tak jak Spacey, którego każdy gest, każdy ruch sprawiał wrażenie, źe z tym człowiekiem lepiej być w dobrej komitywie.

No cóż świetny serial przez pięć sezonów, w szóstej odsłonie mnie zawiódł. Jeśli będzie siódma, w co wątpię to już beze mnie. Ale oglądać Kevina warto, bo facet pokazał świetne rzemiosło. Szkoda, że nie umiał trzymać rąk przy sobie.

Reklamy

Spięcia i pudełka czyli mózgowe różnice.

Kiedyś, bardzo dawno temu, oglądałem skecz na temat różnicy pomiędzy mózgami kobiet i mężczyzn. Często o nim myślę.

Rozmawiamy z moją dziewczyną na przykład na temat jakiegoś filmu. Nagle coś tam jej gdzieś połączyło się z pracą w ogródku i ni stąd ni zowąd rzecze coś do mnie w tym temacie. Ja wciąż tkwię w filmie i czuje się kompletnie zgubiony. Mało tego, zielonego pojęcia nie mam o czym ona teraz gaworzy.

Otóż to. Podobno męski mózg jest poukładany. Znajdują się w nim całe szeregi rożnych pudełek dokładnie opisanych. Jest pudełko dla sportu, rozrywki, filmów, sprzątania, kolegów, itd, itp. Mężczyzna lubi być w konkretnym momencie w konkretnym pudełku. Jeśli chce się zmienić temat, należy dać nam czas na zamknięcie jednego pudełka, otwarcie i przejście do kolejnego. Jesteśmy wtedy przygotowani na zmianę tematu.

Czy widzieliście kiedyś mapę dróg i autostrad jakiegoś kraju? Polecam. Tam te wszystkie drogi przecinają się gdziekolwiek i bez najmniejszego sensu. Ronda, krzyżówki, zjazdy, wjazdy. Totalny galimatias, chociaż logicznie poukładany.

Tak mniej więcej wyglada mózg kobiety. Tysiące myśli biegnie w tym samym czasie w rożnych kierunkach. Przecinają się, krzyżują, co jednak najgorsze walą z prędkością większa od światła. Teściowa, dzieci, dom, zakupy, mąż, obiad, praca, to wszystko biegnie w rożnych kierunkach powodując wielofunkcyjność w myśleniu tej boskiej istoty, za którą my istoty brzydkie nie jesteśmy w stanie nadążyć.

Od czasu do czasu dochodzi jednak do spięcia na tych krzyżówkach arterii myślowych. Takie spięcie jest najgorsze, bo pozostawia po sobie ślad w pamięci naszych dam. Możesz być pewien, że kiedyś niespodziewanie ci przypomni ten moment, który być może dla ciebie nie był ważny jednak w mózgu twojej dziewczyny tkwi, jakby to miało miejsce wczoraj a nie dwadzieścia lat temu.

Mężczyzna na liście swoich pudełek ma jedno, które uwielbia najbardziej. To mała skrzyneczka nazywa się „nic”. Chłopy uwielbiają w nim przebywać. Podobno najcześciej w tym pudełku są wędkarze. Stając z patykiem nad brzegiem rzeki, nie wiedzą kompletnie co się wokół nich dzieje. Podobno podłączono do jednego z takich czujniki życia. Wykazały one, że chłop powinien być martwy, a jednak żył.

My uwielbiamy to pudełko, ale jest ono najbardziej znienawidzonym przez nasze partnerki. To ono najcześciej kreuje spięcia w arteriach myślowych naszych dam. Dotrzeć do nas w tych momentach przecież niepodobna.

Będę kończył. Muszę opuścić pudełko „blog”. Czuję na sobie nic dobrego niewróżące spojrzenie. Wlaśnie zdałem sobie sprawę, źe mogę doprowadzić do kolejnego spięcia.

Po paru komentarzach zdecydowałem się na umieszczenie linku do tego skeczu, który jest po angielsku. Kto zatem „spikuje” polecam odrobine śmiechu.

Słów parę o Oscarach

Dziewięćdziesiąte pierwsze rozdanie Oscarów mamy za sobą. Pod względem oglądalności spektakl ten ustępuje jedynie finałowi futbolu amerykańskiego i przyciąga przed telewizory miliony widzów na całym świecie. W tym roku z racji meksykańskiej produkcji „Roma”, podejrzewam, że cały Meksyk i wiele państw Ameryki Łacińskiej jeszcze bardziej przykleiło się do odbiorników telewizyjnych.

Zwykle przed samym widowiskiem, większość filmów nominowanych wcześniej już oglądałem. Tym razem jednak było inaczej. Widziałem tylko parę z nich.

Hollywood jest bardziej niż przewidywalny w ostatnim czasie. Zasadniczo nie musiałem niczego oglądać by w większości kategorii wytypować zwycięzców. Akademia przyznająca wyróżnienia, przestała się chyba kierować jakimikolwiek przesłankami merytorycznymi, w zamian wsłuchując się w nastroje polityczne i społeczne. Tak właśnie było w tym roku.

Od wielu lat Afroamerykanie narzekają na brak ich filmów i aktorów w palecie wyróżnionych. Słyszałem nawet stwierdzenia, że Oscary to ostatni bastion rasizmu w USA. Gdy więc w rolach drugoplanowych pojawiły się nominacje dla czarnoskórych, stawiałem zdecydowanie na ich zwycięstwo. Sami sprawdźcie kto wygrał. Powiem jednak, że Mehershala Ali w filmie Green Brook bardzo mi się podobał. Jest on uznanym aktorem a jego najbardziej znana rola to lobbysta Remi z głośnego serialu House of Cards. Czy był lepszy od pozostałych aktorów, nie wiem, bo pozostałych filmów nie oglądałem.

Nie oglądałem „Romy” więc ciężko będzie mi się na jej temat wypowiadać. Z mojego doświadczenia wiem, że Hollywood jest zwykle przeciwko Waszyngtonowi. Nie lubią i obecnego prezydenta. Jego pomysł budowania muru na granicy z Meksykiem zapewne pomógł bardzo „Romie” w ilości nominacji jak również otrzymanych statuetek. Stąd „Zimna Wojna” stała na przegranej pozycji. W kategoriach, w których konkurowała o wyróżnienie przegrała właśnie z „Romą”.

Były to chyba najsłabsze Oscary jakie oglądałem w ostatnim czasie, pod każdym względem. Brak prowadzącego, brak wielkich gwiazd, podejrzane nominacje, wyjątkowo nieudane widowisko próżności. Na tym tle rzeczywiście „Bohemian Rhapsody” błyszczała wyjątkowo jasno. Jednak i ten film został pokonany pod względem ilości Oscarów przez „Romę”, która w sumie zgarnęła aż cztery wyróżnienia.

Najlepszym filmem okazał się „Green Book” chociaż wszyscy stawiali na „Bohemian Rhapsody”. I tu znowu mamy do czynienia z efektem ostatnich krytyk względem Akademii. Oglądałem oba filmy i oba zrobiły na mnie duże wrażenie. Oba opowiadają tą samą historie. I jeden i drugi film oparty był na faktach. Mnie bliżej do historii wokalisty Queen-u. Główny bohater „Green Brook” to ciemnoskóry pianista, który musi zmagać się z segregacją rasową na trasie swoich koncertów. Presja była wielka i moim zdaniem jurorzy jej nie udźwignęli.

W kinie chyba następuje zmiana warty. Z bardziej znanych aktorów nie było nikogo. „Zimna Wojna” nie była jedynym polskim akcentem. W „In Memoriam” przypomniano zmarłego w listopadzie w ubiegłem roku wybitnego operatora Witolda Sobocińskiego.

I to już tyle z tej wyjątkowo nieudanej imprezy.

Książkowe perełki

Lubię dobre kino sensacyjne. Lubię też Matta Damona. Good Will Hunting to była jego, według mnie, najlepsza rola. Za scenariusz do tego filmu wspólnie z Benem Afleckiem dostał Oscara. Damon sprawdza się w wielu rolach. Dobry okazał się również jako James Bourne. Fajne sceny, dobra akcja. No co tu dużo mówić podobało mi się.

Podczas pobytu w kraju, mój szwagier zaproponował mi przeczytanie książkowej wersji. Czemu nie? Czasu miałem sporo. Poza tym takie porównanie książka versus film zawsze jest ciekawe. Zwycięsko z tego wyszedł sam aktor. Czytając nie mogłem pozbyć się jego widoku a każdej scenie. Pewnie jeśli kiedykolwiek zagra tą postać inny aktor w moich oczach jest na straconej pozycji. Film zapewne dostarcza przeżyć wizualnych jakich książka nie jest w stanie. Ta ostatnia natomiast przy różnego rodzaju opisach czy nawet wymianie zdań bije film na łeb. Wiele dialogów w trakcie oglądania filmów umyka uwadze ze względu na tempo akcji. W książce do tego można wrócić, szczególnie gdy czegoś nie do końca zrozumieliśmy lub gdy dialog albo zdanie wypowiedziane przez bohatera ma jakiś specjalne odniesienie na przykład do sytuacji aktualnej. Czytanie w tym kontekście ma olbrzymią przewagę nad obrazem kinowym.

Dla potwierdzenia mojej tezy postanowiłem przytoczyć fragment z książki, który, jeśli nawet został wypowiedziany, to uciekł mojej uwadze. A jest on wyjątkowo mocny i wyjątkowo aktualny. Tylko przeczytajcie:

Za kogo, do kurwy nędzy, pan się uważa? I jeżeli mój język pana obraża, to powiem panu, za kogo ja pana uważam. Jest pan siewcą, rzuca pan do ziemi ziarna, ale w pańskim przypadku są to ziarna zatrute. Rzuca pan je w czystą ziemię i zmienia pan ją w błoto. Pańskie nasiona to kłamstwa i oszustwa. Kiełkują w ludziach, przekształcając ich w rozgniewane i przerażone kukiełki, które tańczą na pociąganych przez pana sznurkach, tak jak każe im pański cholerny scenariusz! Powtarzam ty autokratyczny skurwysynu, za kogo, do kurwy nędzy, się uważasz?”

No i co wy na to? Gdybym chciał przemówić do pewnego prezesa to szanse na pobicie tego cytatu miałbym znikome albo wręcz żadne.

Nie będę się zatem silił na żadne mądrości bo i nie ma sensu.

Ten cytat dla ciebie prezesie.

Skoro o książkach pisałem

Od pewnego czasu męczy mnie pytanie, co jest lepsze książka czy film stworzony na jej podstawie? Kiedyś, dawno temu, przeczytałem Trylogie, Lalkę, Quo Vadis i obejrzałem ich ekranizacje. Upłynęło od tego czasu jednak sporo wody i dziś nie jestem w stanie zdeterminować co zrobiło na mnie większe wrażenie. Chociaż wydaje mi się, że Quo Vadis w wersji książkowej porwał mnie bardziej. Głowy bym sobie za to urwać jednak nie dał.

Ostatnio wpadła w moje ręce, zupełnie przypadkowo, książka Więźniowe Labiryntu, w oryginale znana jako Maze Runner. Film obejrzałem stosunkowo nie tak dawno. Byłem zatem ciekawy jak się on mam do wersji literackiej. Chłonę ostatnio książki tak jakbym je odkrył na nowo. Nie inaczej było i z tym tytułem. Ciężko będzie mi w tym przypadku jednoznacznie zdeterminować co bardziej mnie wciągnęło, film czy książka. Główna przyczyna takiego stanu rzeczy jest tłumaczenie. Ktoś kiedyś powiedział, że dobrze przetłumaczona książka to jest tak jakby była ona napisana przez osobę, która ją przełożyła. No właśnie. Czytałem tylko wersje w naszym języku. Nie znam zatem oryginału, który został ogłoszony bestsellerem.

No cóż, biorąc powyższe pod uwagę, muszę przyznać, że trzy tomy owej bestsellerowej powieści potężnie mnie zmęczyły. Zastrzegam ponownie, że być może oryginał angielski nie jest aż tak słaby. Lubię i filmy i książki science fiction, ta jednak nie przemówiła do mnie. Głównym powodem było do znużenia powtarzające się określenie głównego bohatera jak chłopca, chłopczyka niemal. Nie wiem czy była jedna strona, na której nie pojawiłoby się to słowo. Ów dzieciak dokonuje czynów niemal niewyobrażalnie bohaterskich, przy czym przy każdej okazji umiera ze strachu, serce podchodzi mu do gardła, albo wreszcie brzuch przewraca mu się do góry nogami. I znowu prawie każda strona zawiera identyczne emocje.

Nie widać tego w filmie. Powiem więcej, nie tylko nie widać ale nawet nie da się zauważyć, że główny bohater niemal zginał ze strachu conajmniej setkę razy. Dość dobrze pamietam pierwszą zekranizowaną część tej trylogii. Z filmami jednak często tak bywa, że kolejne odcinki nie są już tak dobre. Pewnie i tak było w moim przypadku bo jakoś nie bardzo pamietam część drugą i trzecią. Mając jednak przeczytanie książki za sobą wrócę do filmu jak tylko dotrę do domu. Obejrzę raz jeszcze i zdecyduję. Póki co jeden do zera dla książki.

Moje ku pamięci.

Każdego roku o tej porze, jak media długie i szerokie układają one dla nas listę pod nazwą In Memoriam. A na niej największe znamienitości, które pożegnały naszą planetę i przeniosły do innego wszechświata. Z przerażeniem i smutkiem przeglądam owo zestawienie bo wielu z tych ludzi to przecież idole mojej młodości. Wspaniali aktorzy, nie mylić z celebrytami, którzy odcisnęli swoje piętno na moim sposobie odbierania sztuki filmowej. To pokolenie powoli odchodzi z godnością bez pchania się na „ścianki”.

Gdy w ubiegłym roku odszedł Witold Pyrkosz, uświadomiłem sobie, że to ostatni Janosik. Gdzieś tam już niemal wszyscy czekali na niego. Kręcą zatem kolejne odcinki serialu, choć już nie ku naszej uciesze, to ku radości tych, którzy wraz z nimi przenieśli się w bezkres wieczności. Bawią i rozśmieszają ich wszystkich do łez, tak jak to robili z nami podczas swojej ziemskiej wycieczki.

Gdzieś tam obok nich w innym teatrze Ketling, Wołodyjowski i Zagłoba przy gąsiorku miodu pitnego deliberują na temat wojny z Tatarami rozsyłając wici i zwołując swoje chorągwie.

Gdzieś tam kobieta pracująca poucza inżyniera Karwowskiego na tematy wszelkie od chłodzenia koniaku po miłosne zauroczenie. Maliniak utrudnia mu życie na budowie a Wardowski, dyrektor Zjednoczenia, wpada na okresowe niezaplanowane wizyty piętnując marnotrawstwo materiałów. Teść zapewne uczy naszego niezapomnianego inżyniera jak posługiwać się bronią na polowaniu. Dołączył do nich ostatnio inżynier Gajny, czas już przecież był aby ktoś zajął się jakością wody gdzieś tam w tym równoległym świecie.

Nie mam watpliwości, że i talent kapitana Klossa w tamtym wymiarze jest wykorzystywany dla dobra ogółu w walce ze złem.

Nie wiem jak jest tam odbierany pokrętny Nikodem Dyzma ale czy można mieć do niego pretensje, że wykorzystał nadążającą się sytuacje. Pozwoliła mu na to naiwność i ślepota otaczających go ludzi.

Mam nadzieję, że nie ma już płota pomiędzy posesjami Kargula i Pawlaka a oni i bez niego powodują we wszystkich niekontrolowane wybuchy śmiechu. Jakże mogłoby być inaczej?

I jeszcze serialowa „Lalka”. Być może gdzieś tam w tym bezkresie, Wokulskiego miłość do panny Izabeli Łęckiej spotkała się z jej wzajemnością ku zadowoleniu pana Ignacego Rzeckiego.

Gdzieś tam odgrywają rownież swoje role niezapomniany Hetman Sobieski i jedyny w swoim rodzaju wręcz kultowy Czereśniak.

To tylko kilku genialnych twórców swoich ról, którzy przyszli mi na myśl. Nie sposób spamiętać ich wszystkich.

Zamykam oczy i widzę ich wszystkich. I aż się nie chce oczów otwierać.

Trzy filmy.

Wsród producentów i wytwórni filmowych zapanowała ostatnio moda na filmy oparte na faktach autentycznych. Niemal każdy film, który ostatnio wpadł mi w ręce był albo jakąś prawdziwa historią, albo nią inspirowany. Miałem zatem możliwość obejrzenia kroniki wydarzeń dotyczącej życia Tonyi Harding, Andrei Bocelli i JK Salingera. Dwa pierwsze były oparte na autoportretyzowanych opowieściach głównych bohaterów o samych sobie, podczas gdy trzeci był scenariuszem napisanym przez osobę z zewnątrz. Po obejrzeniu wszystkich tych filmów nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że opowiadanie o samym sobie jest dość ciężkie i wymaga sporego dystansu do samego siebie. Udało się to w moim przekonaniu Tonyi Harding, kompletnie natomiast rozczarował w tym zakresie film o znanym śpiewaku operowym. Podejrzewam, że z całej tej trójki to jego nazwisko jest zapewne najbardziej rozpoznawalne przez przeciętnego człowieka. Tonya bez ogródek mówi o swoim życiu i karierze łyżwiarskiej, czasami nawet sposób zabawny bardzo charakterystyczny dla humoru amerykańskiego. Znając realia czasowe filmu bardzo łatwo było mi tą historię zrozumieć i zaakceptować jako prawdziwą bez większych retuszy. Odwrotne uczucie odniosłem po obejrzeniu historii Bocellego. Nie mam wątpliwości co do prawdy na temat jego życia, brakuje w nim jednak bardziej krytycznego spojrzenia na samego siebie. Niewątpliwie utrata wzroku to przeżycie, z którym jest ciężko się pogodzić. Jeśli się jednak opowiada o sobie to trzeba wyzbyć się emocji dotyczących swoich problemów. Te emocje czuje się w tym filmie w każdej scenie co powoduje, że staje się on zbyt cukierkowy i definitywnie przeretuszowny. W tym kontekście film o amerykańskim pisarzu, którego prawdę mówiąc bardzo mało znam, wypadł wręcz rewelacyjnie. Ciekawa historia, ciekawy człowiek, ciekawy scenariusz sprawiły, że pewnie sięgnę po jedną z jego książek żeby mieć swoje prywatne zdanie na jego temat. Inna sprawa, że ważną częścią filmu jest rownież aktorstwo. Aktor aktorowi nierówny jak zapewne reżyser reżyserowi. Tu rownież film o Andrei Bocellim odstaje od pozostałych. Obawiam się jednak, że było to bardziej wynikiem schematu jaki narzucił producentom artysta niż ich własnych umiejętności. Jeśli ktoś widział te filmy to ciekawy byłbym jego opinii.

Hasła bez pokrycia

Scena pierwsza:

Dwóch bandytów rozmawia miedzy sobą. „To archiwum ma taką siłę rażenia, że…”. Na to drugi: „ czy w tym kraju są jeszcze jacyś przyzwoici ludzie?”. W odpowiedzi słyszy: „polityka i przyzwoitość to dwie rzeczy, które nie chodzą w parze”

Scena druga:

Dwóch pracowników służb przestrzegania prawa rozmawia w samochodzie.

„Zostało juz tylko jedno słowo, w które jeszcze wierze – sprawiedliwość” rzecze pierwszy. „Jest jeszcze jedno słowo, które dla mnie coś znaczy-mówi drugi- prawo”.

To dialogi z trzeciego sezonu „Ekstradycji”, którą nie tak dawno obejrzałem sobie ponownie. Poprzednio miałem tylko trzeci sezon, który bez poprzednich dwóch nie dawał szans zrozumienia całej intrygi. Mam już całość. Serial powstał w latach 1994-1996. Czasy chyba najbardziej dzikiej walki o władze i wpływy. Po ponad dwudziestu latach niewiele uległo zmianie. Pojawiły się niby nowe partie ale to tylko fasady, za którymi działają ci sami „przyzwoici” ludzie, którzy dzisiaj walkę o władze i wpływy toczą z jeszcze większą zawiścią, bezwzględnością i brutalnością. Co gorsza pluralizm poglądów pragnie zastąpić jedynie słuszną ideologią. Przyzwoitość, prawo i sprawiedliwość zastąpiły słowa buta, chciwość, nietolerancja, kłamstwo i hipokryzja. Panoszą się te nowe atrybuty władzy na każdym jej szczeblu. I chociaż piszę o Polsce to tendencja ta nie ogranicza się tylko do naszego kraju. Tak się dzieje i w Stanach, i w Ekwadorze. Celem tej walki juz dawno przestało być dobro danego kraju a stała ochrona własnego partykularnego interesu i wpływów. Następca bowiem może pozbawić tego wszystkiego tych co przegrali. Czy wcześniej czy pózniej i w naszym kraju nastąpi rozliczenie kaczyzmu a kościół będzie musiał krytycznie spojrzeć na rydzykizm. Kult jednostki nie ma racji bytu w krajach demokratycznych. Kaczystowska ideologia wzoruje się na systemach totalitarnych zastępując je jedynie nazewnictwem i wyssanymi z palca swoimi bohaterami. Póki co masy na to pozwalają, zadowalając się resztkami z pańskiego stołu. Masy zawsze jest łatwo kupić i nimi sterować używając retoryki o niesprawiedliwości dziejowej i społecznej. Rozumie to kaczystowski główny ideolog umiejętnie wplatając w swoje wystąpienia elementy wiary. Pomaga mu w tym toruński wyznawca pieniądza, umiejętnie wykorzystując siłę wiary w narodzie i ludzki strach przed potępieniem. Bóg w wydaniu miłosiernym nie sprawdza się na potrzeby dzisiejszych rządzących. Wolą go w wydaniu bezwzględnego sędziego, którego należy się bać miast sławić jego dobroć. Ślepa wiara to zła wiara o czym zaczynają mowić co bardziej odważni księża. Ile czasu musi upłynąć aby ślepe masy to zrozumiały? Nie mam na to pytanie odpowiedzi.

Kontynuacja sceny drugiej: „znam jeszcze jedno słowo, które jest chyba najważniejsze – przyjaźń”.

Prawo, sprawiedliwość, przyzwoitość to dzisiaj hasła bez pokrycia. Została nam tak naprawdę tylko przyjaźń.

Taka Polska Ameryka.

Kiedy w 1993 roku na ekrany kin wchodził film „Uprowadzenie Agaty” mnie już w Polsce nie było. Sporo słyszałem na temat tej komedii, nie miałem okazji jednak jej obejrzeć. Co się odwlecze to nie uciecze. Z ostatniej wyprawy do kraju przywiozłem wreszcie kasetę DVD i pare dni temu wreszcie się spełniło i obejrzałem ów film. Nie będę opowiadał treści bo pewnie wszystkim jest bardzo dobrze znana.  Sądzę rownież, że wielu wie, iż obraz ten był inspirowany ucieczką ze swoim chłopakiem córki ówczesnego marszałka Sejmu Andrzeja Kerna. Wykorzystał on wtedy swoją funkcje w celu jej odnalezienia. Nie znam szczegółów ale nie oto chodzi. W filmie „uprowadzoną” jest córka posła, którego gra Jerzy Stuhr. W odzyskaniu jej pomaga mu minister spraw wewnętrznych odtwarzany przez Janusza Rewińskiego. Obsadzenie go w tej roli to majstersztyk, bo w portretowaniu głupoty ten aktor, moim zdaniem, nie ma sobie równych. Chcąc się dowiedzieć czegoś więcej na temat oryginalnych wydarzeń pogmerałem trochę na internecie. Okazuje się, że ówczesny marszałek Andrzej Kern był członkiem partii o nazwie Porozumienie Centrum, a jej liderem był…uwaga, gromowładny Jarosław. Producentem był Lew Rywin a reżyserem Marek Piwowski, obaj TW peerelowskiej służby bezpieczeństwa. Andrzej Kern, po filmie zrezygnował z kandydowania do Sejmu kolejnej kadencji. To takie ciekawostki na marginesie. Wczoraj na FB, ktoś przypomniał o urodzinach Seweryna Krajewskiego, który był twórca muzyki do tego filmu. Ponieważ jeden z utworów wydał mi się bardzo aktualny, postanowiłem przywołać na moim blogu i film i ten konkretny utwór. Link do utworu pochodzi z YouTube i jest wycinkiem z filmu. Nie wiem czy pan Seweryn napisał więcej do niego zwrotek, mam jednak nadzieje, że nie bo obserwując posunięcia naszego monarchy trudno oprzeć się wrażeniu, że ta piosenka mocno siedzi mu pod sufitem. Posłuchajcie sami. 

https://youtu.be/FmHcdwKFhnc

Kto jest bardziej ludzki.

Moje filmoteka rośnie jak na drożdżach. Sporo filmów udało mi się przywieźć z Polski. Lwia cześć moich zbiorów to jednak zakupy dokonane tutaj. Jednym z ostatnich filmów, który obejrzałem to ostatnia cześć sagi o Planecie Małp. Jest to już kolejny film, w którym jego twórca, pokazując konflikt ludzi z innymi stworzeniami, tym ostatnim przypisuje więcej cech humanitarnych niż tym, od których to słowo pochodzi, czyli nam. Nie będę się rozpisywał nad wątkiem filmu czy jego wartościami. Nie ulega watpliwości, że w porównaniu do pierwszych produkcji, technika i efekty specjalne poszły tak daleko do przodu, że nawet nie sposób tego obrazu porównać z pierwszym filmem z tej serii. Film swoją wymową przypomina mi „Avatar”. Patrząc na oba obrazy pierwsze pytanie, które mi się nasunęło było: jak daleko ludzkość odeszła od podstawowych wartości, takich jak poczucie wspólnoty, wzajemny szacunek czy pragnienie pokoju, skoro twórcy tych filmów nadają te cechy innym stworzeniom tak jakby dla człowieka te uczucia były czymś obcym? Czyżby to była tylko tęsknota pojedynczych ludzi, bo reszta z nas zdziczała i bliżej jej do świata, który nazywamy zwierzęcym? W obu filmach jesteśmy ukazani jako agresorzy, bezwzględni nie tylko wobec innych istot ale rownież wobec siebie samych. Ani małpy z „Planety Małp” ani członkowie plemienia Na’vi z „Avatara” nie są idealni, bowiem i wsród nich zdarzają się jednostki złe, jednak jako całość, jako plemię prezentują zasady, od których my odeszliśmy w imię partykularnych interesów. Nie jesteśmy istotami zdolnymi do życia w pokoju i pewnie w konsekwencji to my doprowadzimy do katastrofy na naszej planecie. Ilość konfliktów na całym świecie, każe mi sądzić, że jest to tylko kwestią czasu. Staczamy się po równi pochyłej omamieni wiarą w nieomylność coraz bardziej brutalnych polityków, nie zauważając ich inklinacji do postawienia nas w stan wojny. Wielu ludzi to już zauważa, wielu jednak tkwi w jakimś permanentnym śnie, z którego nie mogą się obudzić. Jeśli pozostała w nich, w nas jakaś cząstka człowieczeństwa, która jest w jakimś stanie letargu to polecam obejrzenie obu filmów bo czas się budzić póki nie jest za późno.