Książkowe perełki

Lubię dobre kino sensacyjne. Lubię też Matta Damona. Good Will Hunting to była jego, według mnie, najlepsza rola. Za scenariusz do tego filmu wspólnie z Benem Afleckiem dostał Oscara. Damon sprawdza się w wielu rolach. Dobry okazał się również jako James Bourne. Fajne sceny, dobra akcja. No co tu dużo mówić podobało mi się.

Podczas pobytu w kraju, mój szwagier zaproponował mi przeczytanie książkowej wersji. Czemu nie? Czasu miałem sporo. Poza tym takie porównanie książka versus film zawsze jest ciekawe. Zwycięsko z tego wyszedł sam aktor. Czytając nie mogłem pozbyć się jego widoku a każdej scenie. Pewnie jeśli kiedykolwiek zagra tą postać inny aktor w moich oczach jest na straconej pozycji. Film zapewne dostarcza przeżyć wizualnych jakich książka nie jest w stanie. Ta ostatnia natomiast przy różnego rodzaju opisach czy nawet wymianie zdań bije film na łeb. Wiele dialogów w trakcie oglądania filmów umyka uwadze ze względu na tempo akcji. W książce do tego można wrócić, szczególnie gdy czegoś nie do końca zrozumieliśmy lub gdy dialog albo zdanie wypowiedziane przez bohatera ma jakiś specjalne odniesienie na przykład do sytuacji aktualnej. Czytanie w tym kontekście ma olbrzymią przewagę nad obrazem kinowym.

Dla potwierdzenia mojej tezy postanowiłem przytoczyć fragment z książki, który, jeśli nawet został wypowiedziany, to uciekł mojej uwadze. A jest on wyjątkowo mocny i wyjątkowo aktualny. Tylko przeczytajcie:

Za kogo, do kurwy nędzy, pan się uważa? I jeżeli mój język pana obraża, to powiem panu, za kogo ja pana uważam. Jest pan siewcą, rzuca pan do ziemi ziarna, ale w pańskim przypadku są to ziarna zatrute. Rzuca pan je w czystą ziemię i zmienia pan ją w błoto. Pańskie nasiona to kłamstwa i oszustwa. Kiełkują w ludziach, przekształcając ich w rozgniewane i przerażone kukiełki, które tańczą na pociąganych przez pana sznurkach, tak jak każe im pański cholerny scenariusz! Powtarzam ty autokratyczny skurwysynu, za kogo, do kurwy nędzy, się uważasz?”

No i co wy na to? Gdybym chciał przemówić do pewnego prezesa to szanse na pobicie tego cytatu miałbym znikome albo wręcz żadne.

Nie będę się zatem silił na żadne mądrości bo i nie ma sensu.

Ten cytat dla ciebie prezesie.

Reklamy

Skoro o książkach pisałem

Od pewnego czasu męczy mnie pytanie, co jest lepsze książka czy film stworzony na jej podstawie? Kiedyś, dawno temu, przeczytałem Trylogie, Lalkę, Quo Vadis i obejrzałem ich ekranizacje. Upłynęło od tego czasu jednak sporo wody i dziś nie jestem w stanie zdeterminować co zrobiło na mnie większe wrażenie. Chociaż wydaje mi się, że Quo Vadis w wersji książkowej porwał mnie bardziej. Głowy bym sobie za to urwać jednak nie dał.

Ostatnio wpadła w moje ręce, zupełnie przypadkowo, książka Więźniowe Labiryntu, w oryginale znana jako Maze Runner. Film obejrzałem stosunkowo nie tak dawno. Byłem zatem ciekawy jak się on mam do wersji literackiej. Chłonę ostatnio książki tak jakbym je odkrył na nowo. Nie inaczej było i z tym tytułem. Ciężko będzie mi w tym przypadku jednoznacznie zdeterminować co bardziej mnie wciągnęło, film czy książka. Główna przyczyna takiego stanu rzeczy jest tłumaczenie. Ktoś kiedyś powiedział, że dobrze przetłumaczona książka to jest tak jakby była ona napisana przez osobę, która ją przełożyła. No właśnie. Czytałem tylko wersje w naszym języku. Nie znam zatem oryginału, który został ogłoszony bestsellerem.

No cóż, biorąc powyższe pod uwagę, muszę przyznać, że trzy tomy owej bestsellerowej powieści potężnie mnie zmęczyły. Zastrzegam ponownie, że być może oryginał angielski nie jest aż tak słaby. Lubię i filmy i książki science fiction, ta jednak nie przemówiła do mnie. Głównym powodem było do znużenia powtarzające się określenie głównego bohatera jak chłopca, chłopczyka niemal. Nie wiem czy była jedna strona, na której nie pojawiłoby się to słowo. Ów dzieciak dokonuje czynów niemal niewyobrażalnie bohaterskich, przy czym przy każdej okazji umiera ze strachu, serce podchodzi mu do gardła, albo wreszcie brzuch przewraca mu się do góry nogami. I znowu prawie każda strona zawiera identyczne emocje.

Nie widać tego w filmie. Powiem więcej, nie tylko nie widać ale nawet nie da się zauważyć, że główny bohater niemal zginał ze strachu conajmniej setkę razy. Dość dobrze pamietam pierwszą zekranizowaną część tej trylogii. Z filmami jednak często tak bywa, że kolejne odcinki nie są już tak dobre. Pewnie i tak było w moim przypadku bo jakoś nie bardzo pamietam część drugą i trzecią. Mając jednak przeczytanie książki za sobą wrócę do filmu jak tylko dotrę do domu. Obejrzę raz jeszcze i zdecyduję. Póki co jeden do zera dla książki.

Moje ku pamięci.

Każdego roku o tej porze, jak media długie i szerokie układają one dla nas listę pod nazwą In Memoriam. A na niej największe znamienitości, które pożegnały naszą planetę i przeniosły do innego wszechświata. Z przerażeniem i smutkiem przeglądam owo zestawienie bo wielu z tych ludzi to przecież idole mojej młodości. Wspaniali aktorzy, nie mylić z celebrytami, którzy odcisnęli swoje piętno na moim sposobie odbierania sztuki filmowej. To pokolenie powoli odchodzi z godnością bez pchania się na „ścianki”.

Gdy w ubiegłym roku odszedł Witold Pyrkosz, uświadomiłem sobie, że to ostatni Janosik. Gdzieś tam już niemal wszyscy czekali na niego. Kręcą zatem kolejne odcinki serialu, choć już nie ku naszej uciesze, to ku radości tych, którzy wraz z nimi przenieśli się w bezkres wieczności. Bawią i rozśmieszają ich wszystkich do łez, tak jak to robili z nami podczas swojej ziemskiej wycieczki.

Gdzieś tam obok nich w innym teatrze Ketling, Wołodyjowski i Zagłoba przy gąsiorku miodu pitnego deliberują na temat wojny z Tatarami rozsyłając wici i zwołując swoje chorągwie.

Gdzieś tam kobieta pracująca poucza inżyniera Karwowskiego na tematy wszelkie od chłodzenia koniaku po miłosne zauroczenie. Maliniak utrudnia mu życie na budowie a Wardowski, dyrektor Zjednoczenia, wpada na okresowe niezaplanowane wizyty piętnując marnotrawstwo materiałów. Teść zapewne uczy naszego niezapomnianego inżyniera jak posługiwać się bronią na polowaniu. Dołączył do nich ostatnio inżynier Gajny, czas już przecież był aby ktoś zajął się jakością wody gdzieś tam w tym równoległym świecie.

Nie mam watpliwości, że i talent kapitana Klossa w tamtym wymiarze jest wykorzystywany dla dobra ogółu w walce ze złem.

Nie wiem jak jest tam odbierany pokrętny Nikodem Dyzma ale czy można mieć do niego pretensje, że wykorzystał nadążającą się sytuacje. Pozwoliła mu na to naiwność i ślepota otaczających go ludzi.

Mam nadzieję, że nie ma już płota pomiędzy posesjami Kargula i Pawlaka a oni i bez niego powodują we wszystkich niekontrolowane wybuchy śmiechu. Jakże mogłoby być inaczej?

I jeszcze serialowa „Lalka”. Być może gdzieś tam w tym bezkresie, Wokulskiego miłość do panny Izabeli Łęckiej spotkała się z jej wzajemnością ku zadowoleniu pana Ignacego Rzeckiego.

Gdzieś tam odgrywają rownież swoje role niezapomniany Hetman Sobieski i jedyny w swoim rodzaju wręcz kultowy Czereśniak.

To tylko kilku genialnych twórców swoich ról, którzy przyszli mi na myśl. Nie sposób spamiętać ich wszystkich.

Zamykam oczy i widzę ich wszystkich. I aż się nie chce oczów otwierać.

Trzy filmy.

Wsród producentów i wytwórni filmowych zapanowała ostatnio moda na filmy oparte na faktach autentycznych. Niemal każdy film, który ostatnio wpadł mi w ręce był albo jakąś prawdziwa historią, albo nią inspirowany. Miałem zatem możliwość obejrzenia kroniki wydarzeń dotyczącej życia Tonyi Harding, Andrei Bocelli i JK Salingera. Dwa pierwsze były oparte na autoportretyzowanych opowieściach głównych bohaterów o samych sobie, podczas gdy trzeci był scenariuszem napisanym przez osobę z zewnątrz. Po obejrzeniu wszystkich tych filmów nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że opowiadanie o samym sobie jest dość ciężkie i wymaga sporego dystansu do samego siebie. Udało się to w moim przekonaniu Tonyi Harding, kompletnie natomiast rozczarował w tym zakresie film o znanym śpiewaku operowym. Podejrzewam, że z całej tej trójki to jego nazwisko jest zapewne najbardziej rozpoznawalne przez przeciętnego człowieka. Tonya bez ogródek mówi o swoim życiu i karierze łyżwiarskiej, czasami nawet sposób zabawny bardzo charakterystyczny dla humoru amerykańskiego. Znając realia czasowe filmu bardzo łatwo było mi tą historię zrozumieć i zaakceptować jako prawdziwą bez większych retuszy. Odwrotne uczucie odniosłem po obejrzeniu historii Bocellego. Nie mam wątpliwości co do prawdy na temat jego życia, brakuje w nim jednak bardziej krytycznego spojrzenia na samego siebie. Niewątpliwie utrata wzroku to przeżycie, z którym jest ciężko się pogodzić. Jeśli się jednak opowiada o sobie to trzeba wyzbyć się emocji dotyczących swoich problemów. Te emocje czuje się w tym filmie w każdej scenie co powoduje, że staje się on zbyt cukierkowy i definitywnie przeretuszowny. W tym kontekście film o amerykańskim pisarzu, którego prawdę mówiąc bardzo mało znam, wypadł wręcz rewelacyjnie. Ciekawa historia, ciekawy człowiek, ciekawy scenariusz sprawiły, że pewnie sięgnę po jedną z jego książek żeby mieć swoje prywatne zdanie na jego temat. Inna sprawa, że ważną częścią filmu jest rownież aktorstwo. Aktor aktorowi nierówny jak zapewne reżyser reżyserowi. Tu rownież film o Andrei Bocellim odstaje od pozostałych. Obawiam się jednak, że było to bardziej wynikiem schematu jaki narzucił producentom artysta niż ich własnych umiejętności. Jeśli ktoś widział te filmy to ciekawy byłbym jego opinii.

Hasła bez pokrycia

Scena pierwsza:

Dwóch bandytów rozmawia miedzy sobą. „To archiwum ma taką siłę rażenia, że…”. Na to drugi: „ czy w tym kraju są jeszcze jacyś przyzwoici ludzie?”. W odpowiedzi słyszy: „polityka i przyzwoitość to dwie rzeczy, które nie chodzą w parze”

Scena druga:

Dwóch pracowników służb przestrzegania prawa rozmawia w samochodzie.

„Zostało juz tylko jedno słowo, w które jeszcze wierze – sprawiedliwość” rzecze pierwszy. „Jest jeszcze jedno słowo, które dla mnie coś znaczy-mówi drugi- prawo”.

To dialogi z trzeciego sezonu „Ekstradycji”, którą nie tak dawno obejrzałem sobie ponownie. Poprzednio miałem tylko trzeci sezon, który bez poprzednich dwóch nie dawał szans zrozumienia całej intrygi. Mam już całość. Serial powstał w latach 1994-1996. Czasy chyba najbardziej dzikiej walki o władze i wpływy. Po ponad dwudziestu latach niewiele uległo zmianie. Pojawiły się niby nowe partie ale to tylko fasady, za którymi działają ci sami „przyzwoici” ludzie, którzy dzisiaj walkę o władze i wpływy toczą z jeszcze większą zawiścią, bezwzględnością i brutalnością. Co gorsza pluralizm poglądów pragnie zastąpić jedynie słuszną ideologią. Przyzwoitość, prawo i sprawiedliwość zastąpiły słowa buta, chciwość, nietolerancja, kłamstwo i hipokryzja. Panoszą się te nowe atrybuty władzy na każdym jej szczeblu. I chociaż piszę o Polsce to tendencja ta nie ogranicza się tylko do naszego kraju. Tak się dzieje i w Stanach, i w Ekwadorze. Celem tej walki juz dawno przestało być dobro danego kraju a stała ochrona własnego partykularnego interesu i wpływów. Następca bowiem może pozbawić tego wszystkiego tych co przegrali. Czy wcześniej czy pózniej i w naszym kraju nastąpi rozliczenie kaczyzmu a kościół będzie musiał krytycznie spojrzeć na rydzykizm. Kult jednostki nie ma racji bytu w krajach demokratycznych. Kaczystowska ideologia wzoruje się na systemach totalitarnych zastępując je jedynie nazewnictwem i wyssanymi z palca swoimi bohaterami. Póki co masy na to pozwalają, zadowalając się resztkami z pańskiego stołu. Masy zawsze jest łatwo kupić i nimi sterować używając retoryki o niesprawiedliwości dziejowej i społecznej. Rozumie to kaczystowski główny ideolog umiejętnie wplatając w swoje wystąpienia elementy wiary. Pomaga mu w tym toruński wyznawca pieniądza, umiejętnie wykorzystując siłę wiary w narodzie i ludzki strach przed potępieniem. Bóg w wydaniu miłosiernym nie sprawdza się na potrzeby dzisiejszych rządzących. Wolą go w wydaniu bezwzględnego sędziego, którego należy się bać miast sławić jego dobroć. Ślepa wiara to zła wiara o czym zaczynają mowić co bardziej odważni księża. Ile czasu musi upłynąć aby ślepe masy to zrozumiały? Nie mam na to pytanie odpowiedzi.

Kontynuacja sceny drugiej: „znam jeszcze jedno słowo, które jest chyba najważniejsze – przyjaźń”.

Prawo, sprawiedliwość, przyzwoitość to dzisiaj hasła bez pokrycia. Została nam tak naprawdę tylko przyjaźń.

Taka Polska Ameryka.

Kiedy w 1993 roku na ekrany kin wchodził film „Uprowadzenie Agaty” mnie już w Polsce nie było. Sporo słyszałem na temat tej komedii, nie miałem okazji jednak jej obejrzeć. Co się odwlecze to nie uciecze. Z ostatniej wyprawy do kraju przywiozłem wreszcie kasetę DVD i pare dni temu wreszcie się spełniło i obejrzałem ów film. Nie będę opowiadał treści bo pewnie wszystkim jest bardzo dobrze znana.  Sądzę rownież, że wielu wie, iż obraz ten był inspirowany ucieczką ze swoim chłopakiem córki ówczesnego marszałka Sejmu Andrzeja Kerna. Wykorzystał on wtedy swoją funkcje w celu jej odnalezienia. Nie znam szczegółów ale nie oto chodzi. W filmie „uprowadzoną” jest córka posła, którego gra Jerzy Stuhr. W odzyskaniu jej pomaga mu minister spraw wewnętrznych odtwarzany przez Janusza Rewińskiego. Obsadzenie go w tej roli to majstersztyk, bo w portretowaniu głupoty ten aktor, moim zdaniem, nie ma sobie równych. Chcąc się dowiedzieć czegoś więcej na temat oryginalnych wydarzeń pogmerałem trochę na internecie. Okazuje się, że ówczesny marszałek Andrzej Kern był członkiem partii o nazwie Porozumienie Centrum, a jej liderem był…uwaga, gromowładny Jarosław. Producentem był Lew Rywin a reżyserem Marek Piwowski, obaj TW peerelowskiej służby bezpieczeństwa. Andrzej Kern, po filmie zrezygnował z kandydowania do Sejmu kolejnej kadencji. To takie ciekawostki na marginesie. Wczoraj na FB, ktoś przypomniał o urodzinach Seweryna Krajewskiego, który był twórca muzyki do tego filmu. Ponieważ jeden z utworów wydał mi się bardzo aktualny, postanowiłem przywołać na moim blogu i film i ten konkretny utwór. Link do utworu pochodzi z YouTube i jest wycinkiem z filmu. Nie wiem czy pan Seweryn napisał więcej do niego zwrotek, mam jednak nadzieje, że nie bo obserwując posunięcia naszego monarchy trudno oprzeć się wrażeniu, że ta piosenka mocno siedzi mu pod sufitem. Posłuchajcie sami. 

https://youtu.be/FmHcdwKFhnc

Kto jest bardziej ludzki.

Moje filmoteka rośnie jak na drożdżach. Sporo filmów udało mi się przywieźć z Polski. Lwia cześć moich zbiorów to jednak zakupy dokonane tutaj. Jednym z ostatnich filmów, który obejrzałem to ostatnia cześć sagi o Planecie Małp. Jest to już kolejny film, w którym jego twórca, pokazując konflikt ludzi z innymi stworzeniami, tym ostatnim przypisuje więcej cech humanitarnych niż tym, od których to słowo pochodzi, czyli nam. Nie będę się rozpisywał nad wątkiem filmu czy jego wartościami. Nie ulega watpliwości, że w porównaniu do pierwszych produkcji, technika i efekty specjalne poszły tak daleko do przodu, że nawet nie sposób tego obrazu porównać z pierwszym filmem z tej serii. Film swoją wymową przypomina mi „Avatar”. Patrząc na oba obrazy pierwsze pytanie, które mi się nasunęło było: jak daleko ludzkość odeszła od podstawowych wartości, takich jak poczucie wspólnoty, wzajemny szacunek czy pragnienie pokoju, skoro twórcy tych filmów nadają te cechy innym stworzeniom tak jakby dla człowieka te uczucia były czymś obcym? Czyżby to była tylko tęsknota pojedynczych ludzi, bo reszta z nas zdziczała i bliżej jej do świata, który nazywamy zwierzęcym? W obu filmach jesteśmy ukazani jako agresorzy, bezwzględni nie tylko wobec innych istot ale rownież wobec siebie samych. Ani małpy z „Planety Małp” ani członkowie plemienia Na’vi z „Avatara” nie są idealni, bowiem i wsród nich zdarzają się jednostki złe, jednak jako całość, jako plemię prezentują zasady, od których my odeszliśmy w imię partykularnych interesów. Nie jesteśmy istotami zdolnymi do życia w pokoju i pewnie w konsekwencji to my doprowadzimy do katastrofy na naszej planecie. Ilość konfliktów na całym świecie, każe mi sądzić, że jest to tylko kwestią czasu. Staczamy się po równi pochyłej omamieni wiarą w nieomylność coraz bardziej brutalnych polityków, nie zauważając ich inklinacji do postawienia nas w stan wojny. Wielu ludzi to już zauważa, wielu jednak tkwi w jakimś permanentnym śnie, z którego nie mogą się obudzić. Jeśli pozostała w nich, w nas jakaś cząstka człowieczeństwa, która jest w jakimś stanie letargu to polecam obejrzenie obu filmów bo czas się budzić póki nie jest za późno. 

Muzyczny przerywnik

Nie wszystkie filmy z mojej skarbnicy robią na mnie natychmiastowe wrażenie. Przy tej ilości, trudno zresztą aby każdy z nich był tym z najwyższej półki. Zdarza się czasami, że sam film nie jest niczym nadzwyczajnym, jednak ma coś w sobie co trudno początkowo określić. Dopiero po kolejnym oglądnięciu coś tam dociera do widza. Takim właśnie filmem jest „Song to Song”, którego akcja rozgrywa się w środowisku muzycznym. Zasadniczo trudno to co się w nim ogląda nazwać akcją i jak już wspomniałem, po pierwszym obejrzeniu tego obrazu ma się ochotę odłożyć go gdzieś na półkę z filmami, do których nie warto wracać. I ja miałem taki zamiar, bo to generalnie nie jest typ filmów, których oglądanie sprawia mi przyjemność. Coś jednak ciągnęło mnie aby bez emocji jeszcze raz go obejrzeć. Tym czymś była muzyka. Musiało jej być w filmie bardzo dużo, bo przecież toczy się on w szeroko rozumianym środowisku muzycznym, od tekściarzy, przez wydawców i producentów po wykonawców. Wsród utworów znalazł się rownież Angelus skomponowany przez Wojciecha Kilara i wykonany przez Narodową Orkiestrę Symfoniczną Polskiego Radia w Katowicach. To otwór o charakterze zdecydowanie poważnym i niosącym w sobie jakieś przesłanie. Różnorodność gatunków muzyki jest olbrzymia, bo obok powyższego można usłyszeć Patti Smith, Boba Dylana czy Iggy Pop. Sporo też można domyśleć się na temat tego środowiska, słuchając rozmów z powyższymi wykonawcami. Ich życie mniej więcej sprowadza się do egzystencji od czegoś tam do czegoś tam. Od przeboju do przeboju, od dziewczyny do dziewczyny, od piosenki do piosenki, od działki prochów do działki prochów, od koncertu do koncertu. Przystanki między tymi wszystkimi „od – do” wypełnia pustka, kompletna nicość. Bezsens rockandrollowego życia widać u zmierzchu kariery. Zniszczone twarze, bohaterowie nie potrafiący żyć bez tego tempa, chociaż ich czas minął. Ciężkie to wszystko i przygniatające. Gdzieś w trakcie filmu usłyszałem utwór, który nie dawał mi spokoju. Musiałem go odnaleźć, żeby posłuchać w całości. Zajęło to trochę czasu, bo nie znałem ani wykonawcy ani tytułu. W końcu jednak odkryłem sprawcę mojego „poruszenia”. Okazał się nim Geoffrey Oryema a utwór, który pojawił się w filmie to „Makambo”. Nie znałem wcześniej tego artysty, tym bardziej zatem cieszy mnie obejrzenie tego filmu. Nie jest to zapewne muzyka dla każdego i na każda okazję. Ma w sobie jednak ten spokój, który przy zamkniętych oczach pozwala przenieść się tam gdzie czujemy się dobrze. Film jest dla wytrwałych, „Makambo” polecam każdemu, tylko nie zapomnijcie zamknąć oczu.

Jeszcze słów parę o kraju nad Bosforem

Zaprawdę dziwne rzeczy czasami mają miejsce w naszym życiu.  Niekoniecznie mam tu na myśli zdarzenia, który determinują naszą przyszłość. Zupełnie przypadkowo znalazłem w internecie wiadomość na temat głosowania w Zgromadzeniu Europejskim dotyczącego łamania praw obywatelskich w Turcji, o czym pisałem w jednym z moich poprzednich artykułów. Parę dni po tym wpisie miałem możliwość obejrzenia filmu pod tytułem „The Promise”. A tu masz babo placek, rzecz jest o Turcji i to zapewne nie o jej najlepszej historii. Jej dziejów nie znam oczywiście kompletnie. Gdybym nawet oglądał „Wspaniałe Stulecie” to zapewne jest to tylko wycinek wiedzy historycznej tego państwa. Prawdę mówiąc nie mam sobie w tym względzie wiele do zarzucenia, bo przecież równie słabo znam historie naszego kraju pisaną piórem historyka z wykształcenia, znawcy sztuki wojennej z zamiłowania, czyli naszego szefa resortu obronny. Ba, nawet nie wiem czy to on jest pierwszym żołnierzem RP, czy mieszkaniec Belwederu. Ale miało być o filmie. Jego akcja to okres I Wojny Światowej. Turcja wykorzystała ten moment to przeprowadzenia eksterminacji mniejszości narodowych. Upatrzyli sobie przede wszystkim Ormian. W tym kontekście film jako żywo przypomina „Wołyń”. O ile jednak banderowców trudno byłoby nazwać zorganizowanym wojskiem utrzymywanym przez rząd, o tyle właśnie w przypadku wydarzeń w Turcji to właśnie rząd wysłał swoją armie w celu wyeliminowania wszystkiego i wszystkich co ormiańskie. Zadanie i rozkaz był jeden – mordować bez względu na płeć, wiek, stan posiadania. Już sam ten fakt jest niewyobrażalną zbrodnią. Jeśli jednak do tego dołożymy, że dano wolna rękę napastnikom co do sposobu zabijania, to nawet nasza wyobraźnia nie mogłaby by się posunąć aż tak daleko w otchłań ludzkiego zła. Podobnie jak w produkcji na temat wydarzeń wołyńskich, tak i tutaj w akcje filmu wkomponowano wątek romantyczny. Ma to zapewne na celu skontrastowanie zła i miłości. Ohyda na tle piękna nabiera jeszcze większej mocy i już nie tylko wyglada podle ale wręcz powoduje niepohamowane uczucie wstrętu i obrzydzenia. Film zdecydowanie warto obejrzeć, zwłaszcza, że nienawiść coraz bardziej dominuje w otaczającym nas życiu. Półtora miliona Ormian przypłaciło życiem tamte wydarzenie, a Turcja do dzisiaj nie chce się przyznać do pogromów i masowej eksterminacji mniejszości narodowych. Ciekawostką na temat tamtych wydarzeń jest fakt, że wiele krajów uznało je za ludobójstwo, w tym Polska, której Sejm 19 kwietnia 2005 przyjął specjalną uchwałę przez, tu uwaga bo to rzecz rzadko spotykana w naszym parlamencie, aklamację. Dwanaście lat pózniej pisowskim delegatom zabrakło odwagi w potępieniu reżimu Erdogana. Czyżby widzieli jakieś paralele miedzy nim i swoim guru? Kto wie. Ja w stosunkach z obecnymi władzami kraju nad Bosforem jestem po stronie Sobieskiego. Hej szable w dłoń, Kmicic, Wołodyjowski, Zagłoba….do brania szabli w dłoń zdecydowanie nie namawiam, za to uczyć się patriotyzmu od powyższych imć panów jak najbardziej.

Dirty Dancing- Bis.

Podziwiam reżyserów czy innych twórców filmowych, którzy podejmują się swojej wersji obrazu, który stał się produkcją kultową. Jest takich filmów zapewne wiele ale tylko, niektóre mają w sobie to coś szczególnego co powoduje, że zmierzenie się z nim będzie powodować porównania z oryginałem. Jednym z takich właśnie filmów jest „Dirty Dancing”. Lubię filmy taneczno – muzyczne bo mają w sobie dużo relaksu a sam taniec w wykonaniu prawdziwych artystów to jest coś niepowtarzalnego. Gdy więc zobaczyłem na półce z filmami znajomy mi tytuł nie miałem żadnych oporów z jego zakupem. Nie wiedziałem jeszcze, że to będzie dokładnie ten sam scenariusz, a wręcz odwrotnie sądziłem, że to będzie coś związanego z oryginałem albo mającego wspólny mianownik w postaci prowokacyjnych układów tanecznych. Byłem w błędzie, film bowiem to kalka pierwszej jego wersji, aczkolwiek nie do końca. Trzeba mieć silna wiarę w siebie samego aby podjąć się niezapomnianej roli Patricka Swayze. To co pokazał on w swoim występie sprzed wielu lat to klasa sama w sobie pod każdym względem. Bliżej mi nieznany Colt Prattes zagrał nauczyciela tańca a jego partnerką była rownież widziana przeze mnie po raz pierwszy Abigail Braslin. Różnice zewnętrzne, nie mówiąc o sposobie poruszania się, już na samym początku zniechęcają do filmu. Ja jednak jestem wytrwały i obejrzałem go do końca. Żal mi niemal wszystkich odtwórców głównych ról bo żaden z nich nie jest w stanie wytrzymać porównania z doskonałą obsadą sprzed lat. O ile oryginalny „Dirty Dancing” w swoich układach tanecznych miał ten bardzo specyficzny erotyczny klimat o tyle, pomimo tych samych układów, nie da się go wyczuć w tej produkcji. Bo nie ma możliwości zrobienia czegoś lepiej niż zrobił to Patrick Swayze i Jennifer Grey. Film jednak nie jest całkowitą kopią oryginału. Szereg wątków zostało zmienionych i szczerze mówiąc pod tym względem warto było czekać do końca bo końcówka jest zupełnie inna i nieoczekiwana. Przesłanie oczywiście pozostaje takie same chociaż pokazane inaczej. Nie uważam siebie za żadnego krytyka filmowego, mimo to nawet dla mnie jest bezdyskusyjne, że oryginał i w tym przypadku okazał się niedoścignionym wzorcem. Warto było jednak to obejrzeć chociażby aby przypomnieć sobie o zbyt wcześnie zmarłym Patricku Swayze. Powoli on i jego role odchodzą w zapomnienie a szkoda, bo miał on w sobie to coś szczególnego i specjalnego co nie jest dane każdemu aktorowi a jego role właśnie w „Dirty Dancing” czy „Ghost” to klasyka kina.