Co kombinuje Ziemia?

Nasza planeta ostatnio daje mi się we znaki. Nawet ją rozumie bo zmiany, z którymi musi walczyć w dużej części zostały spowodowane naszą działalnością. Mam jednak wrażenie, że zachodzą też inne przeobrażenia wynikające z cykliczności niektórych zjawisk na ziemi. Teoretycznie wszystko co się dzieje na półkulach północnej i południowej powinno być podobne tylko w innych miesiącach. Na mój chłopskich rozum w stosunku do północy tutaj powinnismy być sześć miesięcy do tylu lub do przodu, jak kto woli. Przyjmując takie rozumowanie sierpień na mojej półkuli to odpowiednik lutego na północy. Sprawdza się to pod względem temperatur. Rzeczywiście lipiec i sierpień to najchłodniejsze tutaj miesiące. Im bliżej równika te temperatury powinny się spłaszczać, to znaczy, że nie powinno być zbyt wielkich wahań ani w górę, w dół. Jeszcze dwa lata temu tak właśnie było. Dnie były pogodne w nocy natomiast dość chłodno. Lipiec i sierpień charakteryzowały się też małą ilością opadów i dość sporym wiatrem. Od ubiegłego roku coś się jednak stało. Zdecydowanie więcej mamy deszczu i zdecydowanie jest chłodniej i to nie tylko w nocy. W lipcu mogliśmy policzyć na palcach jednej ręki dni bezdeszczowe. Sierpień pod tym względem jest lepszy. Jest jednak nieprzyzwoicie zimno i niemal każdego dnia niebo jest zachmurzone. Pojęcie ogrzewania w domu jest obce w Ekwadorze. W najchłodniejszych miesiącach pali się tutaj w kominkach lub w piecykach popularnie zwanych w Polsce kozami. Słońce tutaj jest bardzo ważnym elementem grzewczym. Również dla nas. Budując dom zdaliśmy się na naszego architekta pod względem nasłonecznienia domu. Chcieliśmy mieć świetliki w dachu. On jednak twierdził, że tego się nie praktykuje na równiku bo tu słońce przez cały rok grzeje ze wszystkich stron. Skoro gość tu mieszka i zna te okolice to chyba wie o czym mówi.

Niestety nie wiedział. Jego niechęć do okien dachowych wynikała z nieznajomości tej technologii. Słońca wewnątrz mamy jak na lekarstwo, co powoduje, że w chłodne dni bez systemu grzewczego i braku słońca, wewnątrz jest dość chłodno.

Mamy kominek, który pomaga. Ostatni tydzień dał mi wyjątkowo popalić. Było bardzo chłodno na zewnątrz i na dodatek każdego dnia pochmurnie i deszczowo. Przekładaliśmy nasza wycieczkę do Cuenki aż do piątku. Dopiero tego dnia uśmiechnęło się do nas słońce. Tak jest drugi rok z rzędu. Poprzednimi laty chłodno było jedynie w nocy. W dzień zaś zawsze choć na chwile wychodziło słońce. Wyjście z naszej powierzchni kuchennej jest bezpośrednio na oszklone patio. Przy słonecznym i nawet chłodnym dniu patio się nagrzewa i przez otwarte drzwi ciepło wchodzi do domu. Brakuje jednak ostatnio słońca, co zdaje się być dość nietypowe. Dodatkowo w okolicach Quito, które jest bliżej równika, spadł śnieg. Zaskoczeni kierowcy nie wiedzieli jak się zachować na śnieżnej ślizgawce. Pojęcie odśnieżania jest tutaj kompletnie obce.

Nasza działalność ma niewątpliwie efekt niszczący. Myśle jednak, że i Ziemia coś kombinuje. I niech sobie kombinuje, byleby dała mi znać.

Reklamy

W oczekiwaniu

Za oknem pada. Rozłożyłem się na patio na dwóch fotelach w pozycji do drzemki. Chata posprzątana, walizki prawie spakowane. Trzeba do nich dołożyć kosmetyki, potem już będzie można je zamknąć.

Dom również zabezpieczony, w okna wstawione metalowe ramy z prętami. W drzwiach napis: złodziejom wstęp wzbroniony, może się zawstydzą gdyby im przyszło do głowy nas odwiedzić.

Jesteśmy gotowi. Od trzech dni się przygotowujemy. Poszło całkiem sprawnie, mogę zatem zalec na moich patiowych fotelach i oddać się słodkiej drzemce. Nade mną chmura deszczowa i krople już uderzają w szklany dach. Patio daje nam możliwość poczucia bycia na zewnątrz a jednak również wewnątrz. Uśmiecham się więc do deszczu przymrużając oczy. Słodkie lenistwo.

Czeka nas nieprzespana noc. O północy wyruszamy. Trzy godziny taksówką do Guayaquil. Tam mamy być na dwie godziny przed odlotem. Potem półtorej godziny do Panamy, półtorej na zmianę samolotu i pięć godzin do celu podróży.

Lotnisko w Panamie jest małe i bardzo przyjazne dla tranzytowego pasażera. Odkąd jednak na fotelu amerykańskiego prezydenta zasiadł pewien blondyn, odtąd nawet pasażerowie tranzytowi muszą przechodzić kolejną kontrolę przed lotem do ziemi obiecanej. Ponoć sprawdzają czy ktoś nie ma w tylnej części ciała małego Donalda. Mam nadzieję, że się prześliznę.

Na szczęście nie lecimy tam z wielkimi nadziejami, jakie towarzyszyły wielu tym, którzy emigrowali kiedyś do Stanów. Kraj ten ma niewątpliwie wiele plusów, ale to już nie to samo państwo sprzed trzydziestu lat. My lecimy do potomstwa, które dorobiło się swojego potomstwa. Póki co ta kolejna generacja nie jest zbyt liczna ale kto wie może gamonie wezmą się do roboty. Będziemy zatem rozpieszczać małą Cecylkę, po to ponoć są dziadkowie.

Lekko senny, wciąż jednak patrzę na deszczowe chmury i wsłuchuję się w melodię kropel uderzających o szklany dach. Chmury opadły do wysokości moich oczów.

Powieki robią się coraz cięższe w tym sennym nastroju. Dam sobie w oko, czasu wciąż sporo. Może mi się coś przyśni.

A gdy słońca brak.

W poprzednim moim wpisie zaprezentowałem zdjęcia gdy słonko zagląda nam do okien. Niestety tak się nie dzieje zawsze. Przez ostatnie dwa lata dokucza nam El Niño. To taki klimatyczny ewenement spowodowany wyjątkowo ciepłą wodą w oceanie. Nie każdego roku ma tak silny wpływ na klimat na kontynencie. W ostatnich latach jakby się uwziął na Ekwador i nie ma najmniejszego zamiaru popuścić. Jego głównym efektem są oczywiście wzmożone opady deszczu. Z tego co mówią ludzie odwiedzający wybrzeże, mocno ono ucierpiało z powodu nadmiaru opadów.

Nie inaczej jest i u nas. Nie wiem jak te chmurzyska mnie tu znalazły, ale zdecydowanie mają negatywny wpływ na mój humor. Prawdę mówiąc w tym roku nie mieliśmy zbyt wiele ciepła w tradycyjnie letnich miesiącach czyli styczniu i lutym. Grunt jest tak mocno nasycony wodą, że jej więcej nie może przyjąć. Nie jest to dobre dla roślinności. Przyroda jednak jakoś sobie z tym musi poradzić. Zbliża się maj, który zwykle jest dość mokry. Co będzie w tym roku? Ano zobaczymy.

Jak El Niño potrafi zmienić to co tak pięknie prezentuje się w słońcu?

Ano sami zobaczcie.

To jest cuenkańska strona

To centralna w kierunku lewej

A to na wprost

Niby wciąż zielono, ale czegoś brakuje.

„Ucieczka” przed latem.

Nigdy nie lubiłem zimy. No może z wyjątkiem lat szkoły podstawowej, kiedy chęć bycia z podwórkowymi kumplami była silniejsza niż niechęć do zimna. Inna sprawa, że w tamtych czasach nie było aż tyle soli, jeśli w ogóle ją używano. Stosowano głównie piasek a ten nie robił ze śniegu wodnistej mazi i nie powodował przemakania buciorów. Zima i śnieg kojarzą mi się przede wszystkim z koniecznością ubierania się cieplej. Kurtki, czapki, szaliki, ciepła bielizna, podkoszulki, swetry, rękawiczki, kalesony no i oczywiście ciepłe buty. Totalne szaleństwo. A twarz i tak była odsłonięta i gdy dmuchnęło wiatrem przy minusowej pogodzie to łzy się same pchały do oczów.

Nie pojmuje przyjemności jazdy na nartach. Oprócz faktu, że to wyjątkowo wywołująca u mnie dreszcze zimna rozrywka, to na dodatek można się wywrócić i trochę się połamać. Średnia przyjemność. Podziwiam zatem fanatyków sporów zimowych ale z żadnych zimowych zaproszeń nie korzystam i nie mam zamiaru wprowadzać jakichkolwiek zmian w tym zakresie.

Zima to fajne wspomnienia z lat, które dawno minęły. Ślizgawki, sanki, zamarzanięte stawy, wojna w śnieżki. Z późniejszych lat jest jedna zima, która zapadła mi w pamięć. Była to pierwsza po przyjeździe do USA. Zimno było okrutnie i śniegu też nie brakowało. Jednak nie to było najciekawsze. Pierwszy raz miałem okazję zobaczyć dekoracje przedświąteczne przed domami. Dla mnie to była nowość. Rozświetlone przydomowe aniołki, choinki, Mikołaje, sarenki, krasnoludki i Bóg jedyny raczy wiedzieć co jeszcze i dodatkowo domy okryte lampkami. Skumulowane zimnem, do którego w Polsce jesteśmy przyzwyczajeni, robiło to niesamowite wrażenie. Czuło się święta i bardzo specjalną związaną z nimi atmosferę. I to by było na tyle.

Chęć ucieczki przed zimą i mrozami spowodowała wybór Ekwadoru. Tu przecież przebiega równik, zatem musi być ciepło i dużo słońca. Mam do niego słabość. Co ciekawe to właśnie lato i słońce są dla nas ludzi mniej miłe niż zima. Rak skóry to przede wszystkim, ponoć, wynik działania słoneczka. Latem, tak mi się zdaje jest też więcej utonięć. Niech tam, wole słońce i ryzyko z nim związane niż przemarznięty nos i tysiące warstw ubrań na sobie. Słońce przecież ma tą osobliwość, że jakoś bardziej odporni jesteśmy na stany depresyjne i wszystko wokół zdaje się być bardziej kolorowe. Ekwador miał mi to wszystko zapewnić. Miał rownież dać oszczędności związane z opalaniem ogniska domowego zimową porą. Klimat tutaj i średnia temperatura są zapewne wyższe w porównaniu do Polski czy północy USA. W tym roku jednak mamy do czynienia ze zdecydowanie chłodniejszą aurą. Kwietniowo-majowa pora deszczowa to ekwadorski standard. Kiedy się ona jednak przeciąga na następne miesiące to przestaje być znośnym zjawiskiem a wręcz staje się utrapieniem powodującym uczucia dalekie od dobrego samopoczucia. Tak się nam zdarzyło w tym właśnie roku. Słonko nas zdradziło i z jakichś sobie tylko znanych powodów dokucza mieszkańcom półkuli północnej. Mam do niego sporo żalu o to lecz z uwagi na olbrzymi respekt i szacunek jaki czuje do matki natury wybaczyłem mu to jego nieprzyjemne zachowanie. Zbliża się przecież pora letnia, która wynagrodzi nam ten niezbyt przyjemny czas chłodno-deszczowych dni maja, czerwca, lipca i sierpnia. Zbliża się ciepełko października, listopada, grudnia i stycznia, najcieplejszych miesięcy po tej stronie kuli ziemskiej. Z „wielkiej miłości” do zimy i „okrutnej niechęci” do lata, o czym pisałem wyżej, spędzę ten kres w naszym kraju. Tak wyszło. Pozostaje mi mieć tylko nadzieje, że zima będzie łagodna – co daj Boże, amen.

Deszcz, droga i rzeka

Maj to miesiąc, którego w Ekwadorze nie lubię i chyba go tutaj lubić nie będę. I pomyśleć, że miesiąc ten gdzieś tam skąd pochodzę uchodzi za czas kiedy wszystko wraca powoli do życia po zimie. Półkula północna ukradła mi słońce, zostawiajac zachmurzone niebo, które niemal każdego dnia ktoś tam na górze otwiera wylewając na nas wiadra deszczu. Z naturą nie można się porozumieć, robi co chce nie zwracając uwagi na nasze potrzeby. Deszcz jest potrzebny ale w nadmiarze więcej powoduje szkody niż przynosi pożytku. Na przykład na mojej drodze do cywilizacji, którą przemierzam dwa razy w tygodniu. Przyzwyczaiłem się do niej i praktycznie mój zegar tygodniowy kręci się wokół tych „spacerów”, które dają mi możliwość cofnięcia się w czasie. Dawno temu rodzice zostawiali nas u swoich rodziców, gdzieś tam równie daleko od cywilizacji a warunki jakie tam miałem jako żywo przypominają mi moją obecną trasę do miasta. To właśnie maj doprowadził, że owe „camino” jak go tutaj nazywają zmieniło się w gąbczasty grunt, który nie jest w stanie przyjąć więcej wody. I pomyśleć, że gdzieś tam w świecie panuje susza i ludzie modlą się chociaż o pare kropli deszczu. Z naturą nie ma jednak porozumienia. Akceptuje więc jej wybryki i nie zamierzam rezygnować z moich wypraw. Lubię tą drogę pomimo spłukanych nadmiarem opadów kamieni z niej wystających i szczerzących swe kanciaste zęby. Lubię ją na przekór kałużom wody, które powodują, że moje obuwie na jej końcu często wymaga przeczyszczenia go z brunatnej mazi, zwanej błotem. Nic nie szkodzi, bo koło przystanku rośnie sporo trawy, która na ten moment zastępuje mi szczotkę do butów. Lubię ten pięciokilometrowy odcinek za ciszę, za spokój przerywany jedynie gniewnym pomrukiem rzeki, która gdzieś tam wije się poniżej. A gdy wracam z mojego wypadu do miasta i gdy wreszcie dopadam domu po pot wyciskającej wspinaczce, padam na na fotel na moim patio. Zamykam oczy wsłuchując się w kojący szum rzeki, która przetacza swe wody gdzieś niedaleko. I chociaż o dach uderzają krople deszczu, już mi to nie przeszkadza.

W maju jak w listopadzie.

Tym, którzy planują odwiedzenie Ekwadoru kiedyś tam w przyszłości, zdecydowanie odradzam na taki wypad maj i miesiące letnie. Maj to niestety pora deszczowa w tej szerokości geograficznej. Pada niemal codziennie i nie sposób przewidzieć czy będzie padało czy nie. Zachmurzony początek dnia o niczym nie świadczy. Może padać, może się jednak przejaśniać i dzień może być całkiem przyjemny. Podobnie sprawy się mają z pogodnym początkiem dnia. Często zatem bywa, że ranek nie wyglada zachwycająco jednak z biegiem dnia rozpogodzi się i będzie przyjemnie i podobnie rzecz się ma ze słonecznym rankiem, który po kilku godzinach może przeistoczyć się w pochmurny dzień. W obu jednak przypadkach niemal w dziewięćdziesięciu procentach każdego dnia coś tam nam spadnie mokrego na głowy. Nie tak dawno odkładałem swoją planowaną wizytę do Cuenki przez niemal dwie godziny obserwując niebo z ponurą miną. To mżyło, to znowu padało zniechęcając mnie do wystawienia nosa z domu. W końcu jednak przestało i nawet wydawało się, że się przejaśniło. Nie czekając zatem ani chwili zebrałem się tak szybko jak to możliwe i wyruszyłem na trasę. Miałem racje, pogoda chociaż nie była zachęcająca, to jednak przestało padać i dotarłem do miasta bez większych przygód pogodowych. Aura w maju jednak charakteryzuje się tym, że zmienia się bardzo szybko i to co jeszcze było pięć minut temu miłe, teraz jest mokre i uciążliwe. To samo przydarzyło się rownież i mnie. Już po dotarciu do miasta niebo dało mi do zrozumienia, że powrót do domu nie będzie już tak prosty. O ile w Cuence jeszcze mżawka była do zniesienia, o tyle już na mojej drodze do domu ktoś tam na górze otworzył niebo chcąc mi umilić drogę powrotną do maksimum. Nie pomogły kurtka przeciwdeszczowa i parasol, zmogłem do suchej nitki z majtkami włącznie. W takich momentach żal mi naszego ciepłego maja. Jak to mówią coś za coś ja tu nie mam zimy a maj to tylko,trzydzieści jeden dni, które prawie już mam za sobą. Co prawda czeka nas teraz czerwiec, lipiec i sierpień, które są najchłodniejszymi miesiącami w tej strefie, słońca jednak w ciągu dnia nie powinno zabraknąć a jedynie noce mogą być wyjątkowo chłodne. Mokry maj, chociaż niewątpliwe uciążliwy i depresyjny to jednak nawet jeśli się zmoknie tak jak ja, to temperatura na zewnątrz jest na tyle wysoka, że nie odczuwa się przemarznięcia tak jak to ma miejsce w naszym listopadzie, gdzie zmoknięcie przy paru stopniach powyżej zera może skończyć się mocnym przeziębieniem. Na nie polecam witaminę C. Ja po dotarciu do domu łyknąłem pięć tysięcy jednostek, tak zapobiegawczo. Nie wiem na ile to pomogło ale nazajutrz byłem w całkiem niezłej formie. Deszczu jednak nie polubiłem i czekam na koniec maja z niecierpliwoscią.

Hiszpański na deszczowe dni

Do końca pory deszczowej w Ekwadorze zostało mniej więcej trzy tygodnie. W porównaniu z ubiegłym rokiem ilość opadów jest zdecydowanie większa. Ich natężenie nie pozostaje też bez wpływu na stan drogi dojazdowej. Ona sama w sobie nie była już najlepsza ale po trzech miesiącach niemal codziennych opadów woda zrobiła swoje. Koleiny wyżłobione przez jej strumienie powodują, że na niektórych jej odcinkach śmiało można mówić o krajobrazie po jakieś katastrofie. Dodatkowo w paru miejscach pojawiły się osuwiska błotne kreując problemy dla samochodów. Mnie to niespecjalnie przszkadza bo nie dojeżdżam do pracy i nie mam potrzeby bycia w Cuence każdego dnia. Bardziej dokucza mi o wiele mniej słońca niż było go przed rozpoczęciem mokrego sezonu. Z naturą zapewne nie wygram więc jedynie pozostało mi uzbroić się w cierpliwość i mieć nadzieje, że to już końcówka opadów. Ostanie pare miesięcy zdają się być kompletnym zaprzeczeniem głównego powodu, dla którego wybraliśmy Ekwador. Na równiku miało być ciepło. Może i jest tyle, że nie w Andach. Nie chce przez to powiedzieć, że marznę ale napewno przydałoby się pare stopni więcej. Na pocieszenie, jeśli to można tak określić, pozostał mi jedynie fakt, że pogoda w tym roku płata figle nie tylko tutaj ale i w innych zakątkach świata w tym i w Polsce. Skoro tego typu aura nie zezwala na aktywność pozadomową mam więcej czasu na naukę języka, która idzie jak po grudzie. Hiszpańska składnia jest bardziej zbliżona do polskiej i chyba łatwiej jest tłumaczyć z naszego języka niż z angielskiego. Tak czy śmak aby posiąść język trzeba go używać. Tymczasem moi sąsiedzi mówią po angielsku i nie ułatwiają mi zdania w tym względzie. Jedynymi osobami, które wymuszają na mnie hiszpański to robotnik, który pomaga mi koło domu i mój ajurwedyjski terapeuta. Żaden z nich nie zna nawet jednego słowa po angielsku stąd nasze rozmowy nie zawsze kończą się porozumieniem. O ile rozmowa z robotnikiem sprowadza się do prac koło domu i jeśli czego nie rozumie to można mi to pokazać o tyle z ajurwedyjczykiem rozmawiamy na tematy zdrowia i tu już jest wyższa szkoła jazdy. Czyta on jednak z moich oczu co rozumiem a co jest dla mnie czarną magią i w takich sytuacjach szuka innych słów. Pochodzi on z Kolumbii gdzie ludzie podobno lubią dużo mówić. Nie inaczej jest w jego przypadku. Jeśli tylko zauważy, że coś tam rozumie z jego gadania to za chwile następuje potok słów, których znaczenia z każdym następnym rozumiem coraz mniej. Szybko jednak łapie, że się zagalopował i wtedy następuje cisza. Z następnej takiej tyrady słów napewno będę rozumiał więcej zatem słucham go z zapartym tchem i szeroko otwartymi oczami. Może zbyt szeroko bo to chyba powoduje, ze następuje cisza. Poco y poco czyli pomalutku, z każdym dniem będzie lepiej. Mój znajomy taksówkarz proponował przyjaciółkę po czym roześmiał się na widok mojej miny. On tez zna Luśkę. 

Kłótnie z opadami

Co mają ze sobą wspólnego deszcz w Ekwadorze z przegranym kandydatem na prezydenta tego kraju? Ano to, że oboje nie dają za wygraną. Po mniej więcej tygodniu bez opadów matka natura zreflektowała się, przypominając sobie, źe przecież mamy porę deszczowa i każdego dnia znowu sowicie obdarowuje nas kolejnym litrami anielich łez. Wynikałoby z tego, że i w niebie coś jest nie tak skoro zastępy skrzydlatych istot wylewają tyle łez. Jeśli nawet płaczą nad rządami w Polsce to niech ta woda tam się leje a nie tutaj. Może jednak płaczą nad tym co się dzieje tutaj bo mija trzeci tydzień od wyborów a wciąż kandydat, który uległ w dogrywce wymyśla rzeczy nie z tej ziemi aby jego zwolennicy nie uznali ich wyników. Liczą zatem te głosy gdzie według niego doszło do fałszerstw i nic nie szkodzi, że niczego jak do tej pory nie udało sie udowodnić. Ostatnie zarzuty są takie, że podmieniono prawidłowe głosy ze sfałszowanymi nad czym czuwa aktualny prezydent bo to przecie kandydat z jego partii nieoficjalnie został zwycięzcą. Trwają zatem przepychanki rownież na ulicach niemal jak w trakcie przyjazdu pewnego gościa z Brukseli do Warszawy. Cieżko przewidzieć jak się ten upór skończy i kto lub co wcześniej ustąpi Lasso czy deszcz. Kolejne opady spowodowały na mojej drodze do cywilizacji sporo osuwisk błotnych nie mówiąc o konkretnych zniszczeniach na niej samej. Do tej pory jednak wszystko było w granicach relatywnie szybkiej naprawy. Wczoraj jeszcze maszerowałem z Cuenki i chociaż nie brakowało na drodze wody i górskiego mułu, dało się przejść. W nocy jednak w niebiesiech musiało dojść do konkretnej awantury bo chlusnęło na nas bezlitośnie. W efekcie nasz sąsiad, który dojeżdża do pracy codziennie został uziemiony z powodu poważnego osuwiska, które zatorowało nasz highway nie tylko dla ruchu kołowego ale i dla pieszych rownież. Podobno trwa naprawa i jeśli w niebie doszli do porozumienia, na co wskazywałaby dzisiejsza piękna pogoda, to jest spora szansa, źe droga odzyska przejezdność. W normalnej sytuacji nie martwi nas taki stan rzeczy zbytnio. Niestety w naszych planach na przyszły tydzień znajduje się lot do kraju Trumpa zatem chcielibyśmy nasze bilety wykorzystać. Mądrzy ludzie wymyślili pewne powiedzenie którego ja się trzymam jak tonący brzytwy. Otóż wszystko co się wokół nas dzieje ma swoje przyczyny a z nimi najlepiej jest się zgadzać. To chyba takie wolne tłumaczenie powiedzenia, że niech się dzieje wola nieba z nią się  zawsze zgadzać trzeba. Amen.

Jaka jest na dzień taki rada

Jaka jest na dzień taki rada

Gdy od rana do wieczora deszcz pada
Jak  nie stracić do wszystkiego smaku
I nie dostać depresji ataku
Gdy z nieba leje się woda 
I nawet okoliczna przyroda
Zdaje się być zniesmaczona
I choć odrobiny słońca spragniona
A ono przez chmury przebić się nie może
Pomóż mu choć trochę Panie Boże.
Bo zaczynam tracić zmysły
A po głowie takie chodzą mi pomysły 
Że aż jestem sobą przerażony
To chyba nie jest normalne – pytam żony
A ona tylko na mnie spojrzała
I serdecznie się roześmiała
Podnosząc krwi mojej ciśnienie
I wywołując we mnie zdziwienie
I tak do mnie moja kobieta rzecze
Odrobina deszczu jest potrzebna przecież
Ale to już tydzień pada
Sfrustrowany tak jej odpowiadam
Od jakiego tygodnia, zaledwie od godzin paru
Zamiast marudzić wziąłbyś się do garów
Ale tobie w głowie tylko są głupoty
A koło domu tyle jest roboty
Ale przecież pada – bronię się jak mogę
No to weź się za podłogę
Dawno już nie była myta
I brudniejsza od świńskiego jest koryta
I juz miałem zacząć swe włosy wyrywać z głowy
Prawie byłem z okna rzucić się gotowy
Gdy nagle przez szybę jakby coś zajaśniało
Jeszcze pomału, jeszcze nieśmiało
Jakby niepewne swego miejsca było na niebie
Słoneczko zrozumiało, że jestem w potrzebie
I choć chmury nie bardzo ustąpić chciały
Rumieńcem wstydu się jednak oblały
Bo to już nie tylko o mnie chodziło
Za słońcem wszystko co żywe tęskniło 
I rozstąpiły się wreszcie ciemne chmurzyska
I cała przyroda znów życiem tryska
Z naturą walczyć się nie da i nie wypada
Taka jest na deszczowy dzień moja rada
Nie szukaj rownież pomocy u swojej żony
Chyba, że pracy jesteś spragniony 

Patio, taras i budowa

Gdy rozpoczynaliśmy budowę naszego domu parę lat temu wiedzieliśmy dokładnie jak nasze gniazdko ma być skonstruowane aby spełniało nasze potrzeby i marzenia. Biorąc pod uwagę wygodę chcieliśmy aby wszystko znajdowało się na jednej kondygnacji jako, że schody przestały nam odpowiadać. Chcieliśmy rownież aby cześć gościnna oddzielona była od prywatnej, stąd decyzja o kształcie domu podobnym do litery „u”, gdzie lewa strony byłaby nasza a prawa dla odwiedzających nas. Podstawa „u” czyli środek stanowić miały kuchnia i pokój telewizyjny. Chcieliśmy mieć rownież taras, który byłby połączony z nasza sypialnią i duże patio, na którym moglibyśmy odpoczywać wsłuchując się w odgłos rzeki jednocześnie wykorzystując możliwość bycia na słońcu. Nasz plan, który opracowaliśmy z miejscowym architektem spełniał wszystkie te założenia. Nie znaliśmy jednak warunków atmosferycznych i pogodowych okolicy. Kiedy więc wreszcie zamieszkaliśmy w naszym pałacyku okazało się, że wsłuchiwanie się w odgłos rzeki czy to z tarasu, czy to z patio możemy włożyć miedzy bajki na półce z książkami z uwagi na halny, który niewiele robił sobie z naszych  potrzeb. Mieliśmy sporo słońca, co z tego kiedy wietrzysko obrzydzało pobyt na zewnątrz nie licząc się z naszymi prośbami. To był jednak tylko jeden problem, z którego szybko zdaliśmy sobie sprawę. Drugi pojawił się w porze deszczowej, która trwa tutaj dłużej niż jesienna słota w naszym kraju. Musieliśmy zatem wprowadzić pewne modyfikacje aby móc korzystać zarówno z tarasu jak i z patia. Nad patiem wybudowaliśmy szklany dach i dodatkowo zamknęliśmy go szklaną ściana a taras oszkliliśmy w całości wstawiając parę okien. Zmieniło to kompletnie możliwości użytkowe obu pomieszczeń. Spędzamy bardzo dużo czasu właśnie na patio, które daje nam mnóstwo światła i słońca. Nasi sąsiedzi pozazdrościli nam pomysłu i postanowili swój taras, z którego niewiele mieli pożytku, rownież oszklić i zadaszyć. Zaczęli swój projekt jakoś pod koniec stycznia i wciąż z nim walczą. Nie, nie z powodu skomplikowanej konstrukcji a z powodu pogody. Spodziewali się oczywiście trochę deszczu o tej porze roku ale nikt nie sądził, że w tym roku dodatkowo wpływ na pogodę w tym rejonie będzie miał El Niño z wybrzeża. Pacyfik jest cieplejszy o ponad pięć stopni a to przełożyło się na większą ilość opadów. W takich warunkach oczywiście budowa idzie jak krew z nosa i częściej nie da się pracować niż jest to możliwe. Ostatnie jednak kilka dni jakby słońce wygrywało z chmurami i deszczem i przejmowało wiodącą rolę w kształtowaniu pogody. Nie mieliśmy żadnych opadów od tygodnia. Wrócili zatem robotnicy do naszych sąsiadów w wiadomym celu. Wyglądało na to, że będą mieli pracowity dzień…kiedy nagle znowu przyszedł deszcz. Chociaż był to tylko przelotny opad to o tej porze roku a szczególnie w tym momencie nigdy nic nie wiadomo. A gdy ma się szklany dach nad głową to nawet deszcz wyglada inaczej. I pomyślałem sobie jakim to człowiek jest dziwnym stworzeniem bo jak innemu jest trochę pod wiatr to tak jakby nam było trochę lepiej. I jak tu nie stracić szacunku do samego siebie?