Ślepa przyjaźń.

Nidgy ne pojmowałem zapatrzenia, wręcz ślepego, naszych polityków na Stany Zjednoczone. Oczywiście jest mi to łatwo mowić z perspektywy kogoś kto przeżył tam z górą dwadzieścia pięć lat.

Nie będę ukrywał, źe odkąd pamietam chciałem wyjechać za wielką wodę. Podejrzewam, źe wielu chciało. Powód na ogół był prosty i czysto ekonomiczny. Każdy lub większość z nas ma lub miał przecież kogoś z rodziny, kto tam mieszkał. Taki wujek czy ciotka jak przyjeżdżali do Polski, sprawiali wrażenie kogoś przybyłego z innej planety. Całe rodziny oczekiwały ich z niecierpliwoscią stawiając na stół wszystko co było możliwe. Dzieciaki zawsze od takiego gościa dostały parę zielonych. Te pare groszy były jak złoto. Można było z nimi pobiec do Pewexu i sprawić sobie te upragnione rifle.

Tak więc i moim marzeniem stał się zatem wyjazd.

Zrealizował się on wreszcie pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Duma mnie rozpierała. Będę oto wreszcie zarabiał zielone. Wpadnę od czasu do czasu do kraju i będę traktowany jak kiedyś mój amerykański wujek.

Oczywiście niewiele się z tego zrealizowało. Polska się zmieniała, otwierała na zachód. To już jednak inna opowieść.

Będę zawsze dobrze wspominał Stany. Coś tam osiągnęliśmy wspólnie z Luśką do czegoś doszliśmy. Dzięki temu żyjemy dzisiaj odrobine lepiej.

Stany w okresie mojego pobytu bardzo się zmieniły. Zawsze uważane za mocarstwo nagle zaczęły im wyrastać konkurenci. Chiny, Rosja i Unia Europejska, które nie chcą sobie pozwolić na narzucanie woli Wuja Sama. Patrząc się z bliska na politykę amerykańską nie mam złudzeń, źe dla osiągnięcia własnych partykularnych celów nie będą się wahać przed poświeceniem kogoś lub czegoś. Będąc w Stanach oglądałem kiedyś na kanale historycznym opowieść o rodzinie Kennedych. Z niesmakiem dowiedziałem się, że Joseph Kennedy ojciec przyszłego prezydenta Stanów Zjednoczonych Johna, w 1939 był ambasadorem USA w Wielkiej Brytanii. Gdy Hitler najechał na Polskę, twierdził on, że nie było innego wyjścia dla Niemców, ponieważ to my nie zgodziliśmy się autostradę łącząca Prusy z Niemcami. Typowo amerykańskie biznesowe podejście. Nic się nie zmieniło. Obecny prezydent reprezentuje identyczny sposób myślenia. Stanom nie jest na rękę silna Europa, wiec będą ją destabilizować.

Niestety nasi obecni politycy przykleili się do Wuja Sama, widząc tylko w nim zbawcę. Gdyby nas traktowano poważnie to nie byłoby wiz dla naszych obywateli. A jednak są chociaż o ich zniesieniu mówi chyba już czwarty prezydent. On też ich nie zniesie bo w naszej postawie nie widzi powodów do takiego działania.

Stany Zjednoczone miały swoją bazę na Pacyfiku w Ekwadorze. Kiedy umowa wygasła i przyszedł czas jej przedłużenia prezydent Ekwadoru wyraził zgodę na istnienie owej bazy w dalszym ciagu pod warunkiem, że Ekwador będzie miał swoją bazę gdzieś na Florydzie. Wuj Sam omal nie dostał wylewu, odmawiając krnąbrnemu gamoniowi z kraju trzeciego świata. Nie spodziewał się jednak, że ów pokaże mu środkowy palec i każe zwijać swoją bazę w Ekwadorze. Najprawdziwsza prawda. Jeżeli zachowujesz się jak wasal, jak wasal traktowany będziesz.

Reklamy

Gra o tron po polsku.

Poszły konie bo betonie jak zwykł mawiać mój kolega Jerzy. Rozpoczęła się gra o tron w wydaniu krajowym. Lubię ten serial bo pokazuje bezwzględność walki o władzę. Sądzę, że i ta bitwa na naszym krajowym podwórku będzie równie drapieżna, bardziej obliczona na zniszczenie przeciwnika niż zdobycie popularności. Trup pewnie nie będzie padał aż tak gęsto ale zapewne nie obejdzie bez elementów mistycznych a powietrze napewno przesiąknie gównem, którym z takim uwielbienie obrzucają się polityczni adwersarze.

Do linii mety jeszcze zostało trochę czasu ale główni bohaterowie przygotowują już swoje konie do biegu.

Patrzę na to wszystko trochę z dystansu stąd nie do końca znam wszystkie wierzchowce. Ograniczę się jedynie do tych, które rzucają się najbardziej w oczy.

Na parkurze na dzień dzisiejszy widzę sześć koni. Jakby się dobrze jednak przyjrzeć to dwa z nich to zajeżdżone szkapy, które wciąż przebierają nogami ale nie dość, że najlepsze lata mają za sobą to i dżokeje tacy jacyś mocno poturbowani. Ryszard Już Nienowoczesny i Grzegorz Pierzyna, w swojej walce miedzy sobą zajechali swoje wierzchowce na amen i już niewiele z nich pozostało. Będą próbować nafaszerować je jakimś anabolikami czy coś w tym stylu ale rezultat raczej będzie marny. Może i by je można było poderwać do galopu ale trzeba by zmienić jeźdźców, na co się nie zapowiada.

Dobrze natomiast wyglądają konie Donalda z Brukseli i Roberta InnegoWiercy. Sierść nieźle wygarbowana, dobrze wykarmione i co najważniejsze zaliczyły pare sukcesów w poprzednich gonitwach. I tu jednak koń to jedno a jeździec to drugie. Donald z Brukseli to doświadczony jeździec ale słaby na wirażach. Przy wchodzeniu w zakręt ma tendencje do przyspieszania co powoduje spore komplikacje dla konia. Męczy to go i potem ma problemy z dojściem do czołówki. Poza tym Donald przedłużył mu wiek emerytalny co z lekka wkurwia przecież już dobrze zapracowanego ogiera.

Robert InnoWierca to natomiast mało doświadczony jeździec. Wygrał pare pomniejszych gonitw ale sukcesów w postaci Derby jeszcze mu brakuje. A czasu na naukę mało. Zwłaszcza, że jego preferencje przeszły i na konia co skutkuje słabością wobec innych ogierów. To może okazać się jednak cecha dodatnią w kontekście jedności koń jeździec. Sporo w tym wszystkim niewiadomych ale ta para może się okazać czarnym koniem tego wyścigu.

Pozostałe dwa konie to faworyci. Mocno nażarte i wypasione. Jarosław Mściwy i Tadeusz Obłąkany to ich właściciele. Oboje do jazdy się nie nadają toteż zapewne użyją podejrzanych jeźdźców. Mają oni w zanadrzu pare sztuczek. Jarosław Mściwy z końskiego ogona zrobi napewno skrzydła samolotu w celu nawiązania do pewnego wypadku. Może to poderwać konia do lotu czego zapewne dopilnuje, specjalista lotnik domorosły Szogun z Piotrkowa. Tadeusz Obłąkany zaś na łbie swojego ogiera postawi krzyż co w zamiarze ma być właśnie tym efektem mistycznym, o którym wspomniałem na początku. Ten element może sprawić, że na tor wylegną nieświadomi tadeuszowej chciwości pątnicy, ciałem zasłaniać tory biegów innych koni. Pewnie nie będzie innego wyjścia, bo w obu przypadkach i jeźdźcy, i araby obrosły tłuszczem przez ostatnie trzy lata z hakiem. Trzeba będzie trochę zrzucić a z tym będzie cieżko bo bractwo czuje się nadzwyczaj dobrze przy pańskim stole. Należy też w tym przypadku wziąć pod uwagę osobowości właścicieli obu stajni. I konie, i jeźdźcy tych panów będą mieli dodatkowy powód do ekstra wysiłku. Ani Mściwy and Obłąkany nie lubią przegrywać. Jeśli do tego dojdzie, to od Tadeusza grozi klątwa a od Jarosława banicja w zapomnienie. Przekonała się o tym Beata Straszydło. Presja może odbić się negatywnie, choć i w tym przypadku szkapy nafaszerują antydepresantami.

Na dzień dzisiejszy nie widzę innej alternatywy.

Bomba idzie w górę. Przyjmuję zakłady.

Niezwykły, zwykły dom.

Gdzieś tam przebywająca w krainie wiecznych łowów Babcia, tu na ziemi pozostawiła po sobie dom. Przypadł on, zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami rodzinnymi, wnukowi. Co on zdecyduje zależy już tylko od niego.

Spacerując ulicą pewnie ten dom niczym specjalnym się nie wyróżnia. Może poza szpicem anteny telewizyjnej, pamiętającej czasy dwóch programów. Nikt już nie ma takiej anteny, sięgającej niemal do nieba. Trzeba było tak wysoko ją zainstalować by można było odebrać sygnał. Przymocowana do komina ma się wciąż dobrze, chociaż niczemu już nie służy.

Otynkowana na szaro z zewnątrz dwupiętrowa konstrukcja sprawia wrażenie zmęczonej i domagającej się odrobiny zainteresowania. Minęło bowiem pare lat od ostatnich ulepszeń a dom jak dom zawsze jest coś do zrobienia koło niego. Ma już w granicach sześćdziesięciu lat a czasy, w których był budowany nie znały obecnych technologii.

Wnętrze też potrzebuje zainteresowania bo i tu ślad czasu odcisnął swoje piętno. Skrzypiące podłogi, zmarszczone linoleum, poblakłe ściany to tylko początek. Stosunkowo łatwy. Co zrobić ze zbyt stromymi schodami na piętro, zbyt wąskimi do piwnicy i garażu? Jak ją poprawić aby można się było wyprostować? Parter to kuchnia i dwa pokoje. Do tego łazienka z oknem wychodzącym na drzwi wejściowe, ku uciesze wścibskich i ciekawskich. Piętro już raz zostało przerobione ale i tu daleko od komfortu. Cokolwiek i ktokolwiek zdecyduje się tu coś robić, potrzeba będzie konkretnych nakładów.

Patrzę na ten dom i widzę te jego wszystkie słabości, ułomności i braki.

A jednak nie potrafię o nim zapomnieć. Mieszkałem tu niby tylko dwa lata. Były to jednak lata, które wbiły mi się mocno w pamięć.

To stąd wyjeżdżaliśmy do Urzędu Stanu Cywilnego a tydzień pózniej do kościoła. To tu rodzice nas błogosławili. To tu było moje pierwsze łoże małżeńskie. Tu powitaliśmy naszą córcię. To właśnie tutaj padły jej pierwsze słowa: mama, tata.

To tu, chociaż nie wewnątrz, uczyłem się „operować” kosą. W moich rękach było to narzędzie służące do wszystkiego z wyjątkiem koszenia trawy. Kosiłem jednak bo chciałem zaimponować teściowi. Pudło okrutne, ale przynajmniej dostarczyłem mu trochę zdrowia, bo śmiał się bezgraniczne obserwując moją walkę i z kosą, i z trawą.

To tu zjeżdżaliśmy z dzieciakami, razem ze szwagra rodziną by pod wieczór udać się do kart. A graliśmy zawzięcie i bez pamięci w ferbla, którego nauczył nas teściu. Zawsze przed grą zaklinał nas abyśmy grali ostrożnie czyli na małe stawki. Sam potem podkręcał tempo.

To wreszcie tu miały miejsce wszystkie święta bożego narodzenia z niezapomnianą kuchnią teściowej. Szczerze mówiąc w ich tradycji był biały barszcz z grzybami a ja z domu barszczu czerwonego z uszkami. Nic to, bo wypieki teściowej nie miały równych sobie.

Zwykły dom. A jednak niezwykły. Tyle, że tylko dla mnie.

Mowię wam szczerze.

Mówię wam szczerze,

Że śmiech mnie bierze

Na tych bałwanów

Co chcą waćpanów

Przed nami zgrywać

I siebie nazywać

Głosem narodu

Be żadnych powodów

Mówię wam szczerze

Ja w to nie wierzę,

Że jedna czwarta

Jest tego warta

Aby trzy ćwierci

Przestały się wiercić

Żądając posłuchu

Nie tylko w duchu

Mówię wam szczerze,

Że tutaj pacierze

Choć nie zawadzą

To nic nie poradzą

By przyszłą jesienią

Tych co się mienią

I rządzą krajem

Przegnać nahajem

Mówię wam szczerze

Nie pod pręgierzem

Tu trzeba czynów

By do kretynów

Zaliczyć się nie dać

I kraju nie sprzedać

Jeśliś poważny

Każdy głos ważny

Mądrości książkowe.

Amok czytania trwa w najlepsze. Zostało mi nieco ponad cztery tygodnie i trzeba będzie powoli przygotowywać się do powrotu a tu jeszcze tyle książek.

Absurd otaczających mnie wydarzeń powoduje, że przestałem zwracać uwagę na wiele rzeczy traktując je jako normę czy może standard.

Niespodziewanie jedna z pozycji, którą niedawno skończyłem, swoimi urywkami w sposób genialny zdefiniowała ten absurd lepiej niż sam bym potrafił.

„Szachista” Waldemara Łysiak, bo niej tu mowa, traktuje o próbie zamachu na Napoleona. Miał on mieć miejsce, uwaga..13 grudnia, roku pańskiego 1806 w Szamotułach. Ile w tym jest prawdy, to akurat w tym momencie nie jest istotne. Żeby zrozumieć cytaty, którymi zamierzam się posłużyć, muszę rzec odrobine na temat fabuły.

Zamach mieli przeprowadzić Anglicy. Aby on się mógł udać musieli po drodze przepłacić parę osób rożnej narodowości. Na czele spisku stał jednak jeden z nich. Dociera powoli do swoich kontaktów ale za każdym razem ma z nimi problemy. Wreszcie tak odzywa się do jednego z nich:

Zastanawiam się, dlaczego od początku tej gry napotykam co krok na skurwysynów, którzy winni mi pomóc, a nie chcą, chociaż wzięli za to pieniądze!”

I w odpowiedzi słyszy.

Widocznie gra jest brudna, drogi panie, po prostu. Nie znam jej, ale jestem domyślny. I może jeszcze dlatego, że na tym pięknym świecie o wielkie stawki grają tylko skurwysyny. Pozostali żrą placki na śniadanie, obiad i kolację popijając wodą. Że nie wiesz o tym, to twoja sprawa panie, ale winneś wiedzieć, że jesteś bezsilny”.

Po czym dodał jeszcze:

Wy Anglicy, macie dużo złota, z pomocą którego mieszacie się do naszych spraw jako sprzymierzeńcy we wspólnej walce przeciwko Bonapartemu. Jeśli potrafi mnie pan przekonać, że czynicie to bezinteresownie, oddam tedy mój serwis za darmo”.

Czy coś się zmieniło? Chyba tylko technologia, która dzisiaj jeszcze więcej umożliwia. Brud w polityce i partacze, którzy się w niej zagnieździli powoduje we mnie uczucie bezsilności. Wygląda na to, że żrę placki na śniadanie, obiad i kolację. Wolę jednak to niż być jednym z nich.

Druga cześć wypowiedzi kojarzy mi się w Wielkimi Braćmi niosącymi „bezinteresowną” pomoc uciskanym narodom.

W tym momencie przyszła mi do głowy trzecia część „Ojca Chrzestnego”. W nim Michael Corleone próbuje wreszcie zalegalizować swoją działalność wchodząc w spółkę z Watykanem. Niestety i tam mu szło jak po grudzie. Powiedział wtedy, że im wyżej dociera w swojej pogoni za byciem legalnym tym bardziej wpada w szpony oszustów wszelkiej maści.

Smród, syf, szambo. Czy to się da zmienić? Wątpię.

Słowo o babci

Dzisiaj będzie wspomnieniowo. Nie może być inaczej, bo to choć smutny, to dzień specjalny i taka sama data.

Dokładnie rok temu moja teściowa opuściła nas i z ekspresu „życie” wysiadła na stacji wieczność. Wsiadła do tego pociągu w marcu dwudziestego czwartego roku ubiegłego stulecia, by dobić do ostatniego przystanku, na tej drodze zwanej życiem, dokładnie rok temu.

Nigdy nie lubiłem słowa teściowa. Jest w nim coś pejoratywnego, wynikającego zapewne z tysiąca kawałów na ten temat. Uogólniamy i generalizujemy, taka nasza natura. Tymczasem teściowa teściowej nierówna. Będę zatem używał określenia babcia bo zdaje mi się mieć odrobine więcej ciepła, na które moja teściowa zasłużyła.

Babcia niewątpliwie była „charakterna” o silnej osobowości. Ale jakże może być inaczej. Jako szesnastolatka znalazła się na Syberii, wcześniej doświadczając okrucieństw zbrodni znanej pod określeniem Wołyń. Widziała na własne oczy to wszystko co starał się na pokazać film na ten temat. Bazując na jej opowiadaniach to film nie do końca pokazał barbarzyństwo tych zdarzeń.

Potem siedem lat w przenikliwym mrozie, wykonując prace ponad swoje siły i możliwości. Pomimo tego zawsze powtarzała, że więcej zła doznała od ukraińskich sąsiadów niż ruskich strażników. Niezbyt to brzmi politycznie poprawnie, babcia jednak mówiła to co czuła.

Wróciła do kraju, którego istnieniu dzisiejsza władza zaprzecza, w czterdziestym siódmym roku. Jak wszyscy po wojnie wzięła się i ona do odbudowy. Nie wiedziała przecież wtedy, że to ją zakwalifikuje do gorszego sortu. Napewno gdyby się tego spodziewała to i tak by wszystko zrobiła po swojemu. Potem jak to w każdym życiu, przyszła rodzina i dzieci.

Postanowili wybudować dom gdy dziewczyna mojego życia była jeszcze dzieckiem. Budowali go razem z dziadkiem sami. Oczywiście mieli paru fachowców ale gros pracy w budowę, to praca ich własnych rąk. Luśka, czyli żona, mówi, że sami wypalali cegły. Niepojęte.

Nie była zachwycona moim pojawieniem. Dzisiaj nawet się nie dziwię. Byliśmy po drugim roku studiów. Obawiała się zatem, że Luśka ich nie skończy. Skończyła i to w terminie. Zdążyła nawet zostać matką w międzyczasie. Wtedy nikt nie pytał o pięćset plus.

Tęskniła za nami gdy wyjechaliśmy ale jak to ona zacisnęła zęby i pogodziła się z faktem, odwiedzajac nas za wielkim stawem wielokrotnie.

Dobiła w całkiem niezłym zdrowiu do dziewięćdziesiątki. Byliśmy wtedy w kraju i razem to świętowaliśmy przy okazji wydając naszą córcię. Długo odmawiała pomocy, bo taka właśnie była.

Ostatnie czternaście lat swojego życia była sama. Czuła się najlepiej u siebie, wsród sąsiadów, z którymi razem budowali swoje domy. Aż przyszedł ten feralny dzień we wrześniu cztery lata temu. Rozległy udar zmienił jej życie w jeszcze większy koszmar od tego, który już przeżyła. Gdy staliśmy przy niej na intensywnej terapii, lekarz radził nam się z nią żegnać. Widać to nie miał być jednak ten dzień. Choć już nigdy nie powiedziała słowa i nie była w stanie nic zrobić o własnych siłach to była z nami jeszcze przez trzy lata. Była w innym świecie. Nie wiedzieliśmy ile i czy cokolwiek rozumie. Kiedyś jednak mocno zezłoszczony na coś co mi wypadło z rąk warknąłem do siebie „do dupy”. Babcia wybuchnęła takim śmiechem, że zdaliśmy sobie sprawę, że gdzieś tam walczy ze swoimi słabościami. Taka została w mojej pamięci.

Pójdę już, by zapalić świeczkę.

https://www.youtube.com/watch?v=yFXs2XSloEA&feature=share

Melancholijnie

Tam gdzieś

Leży ma wieś

W małej dolinie

Gdzie rzeka płynie

I ptaszek śpiewa

I rosną drzewa

A na nich kwiaty.

Tam pies kudłaty

Szczeka radośnie

A ścieżka skośnie

Przecina łąki,

Na których pająki

Swą sieć zakładają

Na zdobycz czekając.

Tam cisza panuje,

Której nie psuje

Konia gadanie

I gęsi gęganie

Kiedy z zagrody

Do źródła wody

Nad ranem wychodzą

Z lubością w niej brodząc

Tam droga kręta

Z ziemi poczęta

Pełna kamieni

Pośród zieleni

Pnie się pod górę

By spotkać chmurę

Co na nią czeka

Jak pies na człowieka

Tam z dala od drogi

Wkraczam w swe progi

Na ścieżki końcu

I w pełnym słońcu

Dom swój znajduje

Co zawsze ratuje

Mnie zmęczonego

Od dnia powszedniego

Bilon, metryka i rozprawa.

Kiedy już wydaje mi się, że nic nie jest w stanie zaskoczyć mnie w mojej ojczyźnie, to zawsze okazuje się, że jednak jestem w błędzie. Radosna śmiechu warta, twórczość ma się doskonale. Sam już nie wiem czy aby moje poczucie normalności nie zostało w jakiś sposób skrzywione tymi latami za granicą.

Miałem tylko dwie sprawy do załatwienia. Z pozoru proste i niewymagające zbyt wiele czasu: wymienić trochę obcej waluty na złotówki, i uzyskać odpisy aktów urodzenia moich dzieciaków. Proste. Tylko niby.

Obawiając się trochę urzędników, zdecydowałem się zacząć dzień od wymiany. Wpadam zatem do kantoru, wygrzebuje z kieszeni trochę drobnicy i parę papierków. Te ostatnie szybko zniknęły w łapkach pana po drugiej stronie szyby. Jednocześnie z oburzeniem spojrzał na drobnicę i wymamrotał: bilonu nie przyjmujemy. Zamurowało mnie, bo przecież to taki sam pieniądz tyle, że waży więcej. Zanim jednak zderzyłem coś wyjąkać, już miałem w rękach złotówki za papierowe i niechciany bilon. Pomaszerowałem zatem to najbliższego banku w nadziei, że tutaj bilon i papier nie robią różnicy. I znowu to samo, pan spojrzał na mnie z obrażoną miną, jakbym chciał mu podarować granat bez zawleczki. Bilon? Nie bilonu nie przyjmujemy. Pies cię trącał pomyślałem. Kantorów przecież w moim mieście nie brak, gdzieś w końcu wymienię. I owszem w końcu wymieniłem, tyle, że za siedemdziesiąt procent wartości. Co złego jest w bilonie, dalej nie mam pojęcia. Pewnie bardziej brudzi ręce niż papier.

Moje dzieciaki rodziły się w rożnych miastach. Potrzebuje odpisów z ich metryk. Przed dobrą zmianą to była usługa na poczekaniu. Z postępem przecież idziemy więc sądziłem, że nie inaczej będzie teraz. Urząd Stanu Cywilnego w mieście powiatowym, rzeczywiście załatwił mi to od ręki. Chłopakom moim „zachciało” się jednak przyjść na świat w mieście wojewódzkim. Rzeszów, stolica Podkarpacia to piękne miasto z wyjątkowo oddanym miastu prezydentem. On jednak gorszego sortu. W urzędach dobra zmiana musi dbać o stanowiska. Zatem wydrukowanie tego co zajęło pani w urzędzie powiatowym dosłownie dziesięć minut, tu na to potrzeba trzech dni roboczych. Pani urzędniczka pogratulowała mi, że przyczyna dla której potrzebuje owe dokumenta nie podlega opłacie skarbowej. Tyle, że ja już o tym wiedziałem z powiatu. Po czym zniknęła gdzieś na wszelki wypadek, tak żebym nie mógł zapytać o cokolwiek.

W tym momencie uderzyło mnie, że to pewnie efekt pięćset plus. Ludziska ruszyli pod pierzynę i majstrują tam do skutku. Stąd zapotrzebowanie na odpisy aktów urodzenia tak duże, źe aż trzeba trzech dni. Sam bym wskoczył gdzieś pod pierzynę i coś w czynie społecznym, może. Nie dla tych paru stówek lecz w celu sprawdzenia postępów pewnych procesów zachodzących w organizmie. Będę musiał zatem raz jeszcze odwiedzić USC. Mój czas się nie liczy, byle udowodnić jak bardzo przepracowani są urzędnicy.

To jednak takie małe paranoje. Ta główna odbywa się w sądzie. Oto bowiem oburzony wszechwładca naszego kraju pozwał laureata pokojowej nagrody Nobla bo ten odważył się brzydko wyrazić o jego wpływie na swojego brata, bliźniaka zresztą. Ów laureat twierdzi, że świętej pamięci brat bliźniak prezesa, podjął decyzję o fatalnym w skutkach lądowaniu z powodu telefonicznych nacisków swego brata. Święte oburzenie prezesa doprowadziło zwaśnione strony przed wymiar sprawiedliwości. Paranoja tej sytuacji polega na tym, że nawet wyborcy prezesa wiedzą, źe zasadniczo to on podejmował wszystkie decyzje za prezydenta, tak jak to robi teraz. No i po co zawracać głowę sędziom? Chyba tylko po to aby pokazać jak niezawiśle sądy działają w dobrej zmianie. Ot taka lokalna szopka noworoczna.

Ostatnia szopka.

Głęboko wierzę, że przyszłoroczne wybory będą końcowym akordem tzw. dobrej zmiany. Mając to na uwadze, korzystając z nieocenionej twórczości Wojciecha Młynarskiego, przeflancowałem jeden z jego niezapomnianych tekstów na potrzeby tegorocznej ichniej, już ostatniej szopki.

https://youtu.be/LX2EajcwTfk

W kraju całym lęk, na nazwiska mego dźwięk truchleją wszyscy

Rządzę tak jak chcę, Antek w tym pomaga mnię, oraz moi bliscy

Mój parlament jest a marszałek niczym pies mi raportuje

Senat też jest mój, chociaż z opozycji zbój wciąż się buntuje

Ja to w poważaniu mam bo nie jestem przecież sam tu na sali

Niech podskoczy ktoś, żeby zrobić mi na złość to mu się przywali

Na mównicę wkraczam już, w blat jej wbijam ostry nóż dla pojednania

Bo życzenia mam dla tej najważniejszej z moich dam do przekazania

 

Dla sympatycznej panny Krysi z rzędu trzeciego

Od sympatycznego pana Jarka, kiciu-kiciu

 

Jesteśmy na fali, na sejmowej sali

W promieniach Torunia opalamy się

Nowoczesna szlocha, a Platforma krzyczy

I niech sobie ryczy, Krysiu kocham cię

 

Bo panna Krysia, panna Krysia

Wielu jest wybranką nie od dzisiaj

Odkąd stała się posłanką z ludu

Dokonuje w sejmie samych cudów

Wokół niej jest nieustanny tłok

Bez niej tutaj by panował mrok

 

W kraju całym lęk, w tym jest właśnie sęk by to utrzymać

Na ulicach tłum powoduje szum, będzie zadyma

Wtem wypada zeń poseł głuchy niczym pień i apeluje

Prośbę do was mam, nie dam rady sam i intonuje

 

Dla niewątpliwie miłej panny Krysi z rzędu trzeciego

Od oddanego jej dozgonnie równie miłego pana Ryśka, misio-misio

 

Jesteśmy na fali, na sejmowej sali

W promieniach Torunia opalamy się

 

A panna Krysia, panna Krysia

Wzrokiem gniewnym obrzuciła pana misia

Swe oddanie niech pan sobie schowa

Jam dziewczyna jest Jarkowa

A że misio się kocura bardzo boi

Do Beaty poszedł rany swe ukoić

 

W całym kraju lęk, zewsząd słychać jęk tych co marzyli

W parlamencie strach, gorszych czeka piach gdy już po chwili

Na mównicę wpadł antyowsiakowy chwat co się przyczaił

Walnął pięścią w blat aż mikrofon z niego spadł i tak zagaił

 

SPOKÓJ W ŁAWACH

Panno Krysiu z trzeciego rzędu

Tam gdzie siedzą posłowie lepszego sortu

To ja kocham panią najbardziej. Twój Tasiu

 

Lud to widział w odbiornikach

I ze śmiechu się posikał

Bo tej szopki było celem

Żeby „lepszym” dać wesele

I niech myślą, że tu o nich dbają

Kiedy kiciu, misio, tasiu tylko to udają i…

 

Dla sympatycznej panny Krysi lepszego sortu

Od niewątpliwie sympatycznych panów tegoż

Kiciu, misio oraz tasiu

 

Mam nadzieje, że pan Wojciech nie będzie mi miał tego za złe. Zwłaszcza, źe przy okazji pozwolę sobie go polecić szanownej pamięci czytelników.

Skoro o książkach pisałem

Od pewnego czasu męczy mnie pytanie, co jest lepsze książka czy film stworzony na jej podstawie? Kiedyś, dawno temu, przeczytałem Trylogie, Lalkę, Quo Vadis i obejrzałem ich ekranizacje. Upłynęło od tego czasu jednak sporo wody i dziś nie jestem w stanie zdeterminować co zrobiło na mnie większe wrażenie. Chociaż wydaje mi się, że Quo Vadis w wersji książkowej porwał mnie bardziej. Głowy bym sobie za to urwać jednak nie dał.

Ostatnio wpadła w moje ręce, zupełnie przypadkowo, książka Więźniowe Labiryntu, w oryginale znana jako Maze Runner. Film obejrzałem stosunkowo nie tak dawno. Byłem zatem ciekawy jak się on mam do wersji literackiej. Chłonę ostatnio książki tak jakbym je odkrył na nowo. Nie inaczej było i z tym tytułem. Ciężko będzie mi w tym przypadku jednoznacznie zdeterminować co bardziej mnie wciągnęło, film czy książka. Główna przyczyna takiego stanu rzeczy jest tłumaczenie. Ktoś kiedyś powiedział, że dobrze przetłumaczona książka to jest tak jakby była ona napisana przez osobę, która ją przełożyła. No właśnie. Czytałem tylko wersje w naszym języku. Nie znam zatem oryginału, który został ogłoszony bestsellerem.

No cóż, biorąc powyższe pod uwagę, muszę przyznać, że trzy tomy owej bestsellerowej powieści potężnie mnie zmęczyły. Zastrzegam ponownie, że być może oryginał angielski nie jest aż tak słaby. Lubię i filmy i książki science fiction, ta jednak nie przemówiła do mnie. Głównym powodem było do znużenia powtarzające się określenie głównego bohatera jak chłopca, chłopczyka niemal. Nie wiem czy była jedna strona, na której nie pojawiłoby się to słowo. Ów dzieciak dokonuje czynów niemal niewyobrażalnie bohaterskich, przy czym przy każdej okazji umiera ze strachu, serce podchodzi mu do gardła, albo wreszcie brzuch przewraca mu się do góry nogami. I znowu prawie każda strona zawiera identyczne emocje.

Nie widać tego w filmie. Powiem więcej, nie tylko nie widać ale nawet nie da się zauważyć, że główny bohater niemal zginał ze strachu conajmniej setkę razy. Dość dobrze pamietam pierwszą zekranizowaną część tej trylogii. Z filmami jednak często tak bywa, że kolejne odcinki nie są już tak dobre. Pewnie i tak było w moim przypadku bo jakoś nie bardzo pamietam część drugą i trzecią. Mając jednak przeczytanie książki za sobą wrócę do filmu jak tylko dotrę do domu. Obejrzę raz jeszcze i zdecyduję. Póki co jeden do zera dla książki.