Skoro o filmach mowa.

Wielokrotnie wspominałem na tych stronach o mojej słabości do filmów. Oglądnąłem ich bez liku. Nie mam jakiegoś specjalnego gatunku, który przedkładam nad inne. Ostatnio jednak mocno wciągnęły mnie historie poparte faktami. Większość z nich jest oczywiście bardzo sfabularyzowana jednak sedno wydarzeń zostaje zachowane.

Jeśli nie film oparty na faktach to wtedy decyduje obsada. Mam kilku aktorów i aktorek, którzy mnie prawie nigdy nie zawiedli i gdy oni pojawia się w rolach głównych taki film kończy na mojej półce.

Staram się natomiast trzymać z dala od seriali. Trwają zbyt długo i pożerają mnóstwo czasu. Zdarza się jednak, źe od czasu do czasu i serial mnie wciągnie. Tak było z Ranczem, przed którego oglądaniem długo się broniłem. Okazał się jednak bardzo zabawnym portretem naszym własnym.

Wsród aktorów, którzy nieodmiennie nie zawodzili mnie, odmawiając występowania w podejrzanych produkcjach był Kevin Spacey. Doskonały aktor i prawdę mówiąc nie pamietam filmu, w którym on by grał i film okazał się niewypałem. To on był powodem, że zdecydowałem się odejść od swojej niechęci do seriali i dałem się wciągnąć w „House od Cards”. Nieprawdopodobna historia rozgrywająca się w Białym Domu. Kevin Spacey zagrał oszukanego polityka, który z chęci rewanżu niszczy po kolei wszystkich, którzy stanęli mu na drodze. Aż wreszcie on został prezydentem. Wyjątkowo podła postać. Aktor zanim zagrał, rozmawiał z wieloma waszyngtońskim politykami. Po tych rozmowach stwierdził, że sposób w jaki przedstawił swojego bohatera niewiele odbiega od charakterystyki tego co się dzieje za zamkniętymi drzwiami w Białym Domu i w amerykańskim parlamencie i senacie. Brud, syf, podchody, zniszczyć za wszelką cenę. To wszystko można zobaczyć w tym serialu. Jego żonę gra Robin Wright, równie chciwa i równie żądna władzy. Przez pięć sezonów to Spacey był centralną postacią. Gdzieś jednak właśnie w trakcie emisji piątej serii, Kevin popadł w problemy w życiu prywatnym. To, że jest gejem było już wiadomo. Nikt natomiast nie wiedział, że lubił się dobierać to swoich kolegów na planie bez ich przyzwolenia. No i sprawa się rypła. Spacey stał się balastem. Musiał też zniknąć z serialu, którego był częściowym producentem.

Szósty sezon zatem zaczął się ni stąd ni zowąd jego brakiem. Okazało się, że zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach. Tak czy inaczej to jego żona była teraz prezydentem USA. No i tu się zaczyna problem. Scenariusz tego sezonu to haniebna kopia z życia Michaela Corleone. On po odejściu swojego ojca przejmował władze nad mafią. Wyglądało na to, że jego rodzina jest u kresu i jego dni są policzone. Tymczasem Mike miał plan. W najmniej spodziewanym momencie usunął wszystkich swoich przeciwników i tych, którzy stali mu na drodze do bycia ojcem wszystkich ojców.

Identycznie robi Robin Wright. Tylko, że… to już po pierwsze było a po drugie do takiej roli trzeba być bezwzględnym i to widz musi widzieć. Bezwzględna ona była tylko, źe nie tak jak Spacey, którego każdy gest, każdy ruch sprawiał wrażenie, źe z tym człowiekiem lepiej być w dobrej komitywie.

No cóż świetny serial przez pięć sezonów, w szóstej odsłonie mnie zawiódł. Jeśli będzie siódma, w co wątpię to już beze mnie. Ale oglądać Kevina warto, bo facet pokazał świetne rzemiosło. Szkoda, że nie umiał trzymać rąk przy sobie.

Reklamy

Książkowe perełki

Lubię dobre kino sensacyjne. Lubię też Matta Damona. Good Will Hunting to była jego, według mnie, najlepsza rola. Za scenariusz do tego filmu wspólnie z Benem Afleckiem dostał Oscara. Damon sprawdza się w wielu rolach. Dobry okazał się również jako James Bourne. Fajne sceny, dobra akcja. No co tu dużo mówić podobało mi się.

Podczas pobytu w kraju, mój szwagier zaproponował mi przeczytanie książkowej wersji. Czemu nie? Czasu miałem sporo. Poza tym takie porównanie książka versus film zawsze jest ciekawe. Zwycięsko z tego wyszedł sam aktor. Czytając nie mogłem pozbyć się jego widoku a każdej scenie. Pewnie jeśli kiedykolwiek zagra tą postać inny aktor w moich oczach jest na straconej pozycji. Film zapewne dostarcza przeżyć wizualnych jakich książka nie jest w stanie. Ta ostatnia natomiast przy różnego rodzaju opisach czy nawet wymianie zdań bije film na łeb. Wiele dialogów w trakcie oglądania filmów umyka uwadze ze względu na tempo akcji. W książce do tego można wrócić, szczególnie gdy czegoś nie do końca zrozumieliśmy lub gdy dialog albo zdanie wypowiedziane przez bohatera ma jakiś specjalne odniesienie na przykład do sytuacji aktualnej. Czytanie w tym kontekście ma olbrzymią przewagę nad obrazem kinowym.

Dla potwierdzenia mojej tezy postanowiłem przytoczyć fragment z książki, który, jeśli nawet został wypowiedziany, to uciekł mojej uwadze. A jest on wyjątkowo mocny i wyjątkowo aktualny. Tylko przeczytajcie:

Za kogo, do kurwy nędzy, pan się uważa? I jeżeli mój język pana obraża, to powiem panu, za kogo ja pana uważam. Jest pan siewcą, rzuca pan do ziemi ziarna, ale w pańskim przypadku są to ziarna zatrute. Rzuca pan je w czystą ziemię i zmienia pan ją w błoto. Pańskie nasiona to kłamstwa i oszustwa. Kiełkują w ludziach, przekształcając ich w rozgniewane i przerażone kukiełki, które tańczą na pociąganych przez pana sznurkach, tak jak każe im pański cholerny scenariusz! Powtarzam ty autokratyczny skurwysynu, za kogo, do kurwy nędzy, się uważasz?”

No i co wy na to? Gdybym chciał przemówić do pewnego prezesa to szanse na pobicie tego cytatu miałbym znikome albo wręcz żadne.

Nie będę się zatem silił na żadne mądrości bo i nie ma sensu.

Ten cytat dla ciebie prezesie.

Skoro o książkach pisałem

Od pewnego czasu męczy mnie pytanie, co jest lepsze książka czy film stworzony na jej podstawie? Kiedyś, dawno temu, przeczytałem Trylogie, Lalkę, Quo Vadis i obejrzałem ich ekranizacje. Upłynęło od tego czasu jednak sporo wody i dziś nie jestem w stanie zdeterminować co zrobiło na mnie większe wrażenie. Chociaż wydaje mi się, że Quo Vadis w wersji książkowej porwał mnie bardziej. Głowy bym sobie za to urwać jednak nie dał.

Ostatnio wpadła w moje ręce, zupełnie przypadkowo, książka Więźniowe Labiryntu, w oryginale znana jako Maze Runner. Film obejrzałem stosunkowo nie tak dawno. Byłem zatem ciekawy jak się on mam do wersji literackiej. Chłonę ostatnio książki tak jakbym je odkrył na nowo. Nie inaczej było i z tym tytułem. Ciężko będzie mi w tym przypadku jednoznacznie zdeterminować co bardziej mnie wciągnęło, film czy książka. Główna przyczyna takiego stanu rzeczy jest tłumaczenie. Ktoś kiedyś powiedział, że dobrze przetłumaczona książka to jest tak jakby była ona napisana przez osobę, która ją przełożyła. No właśnie. Czytałem tylko wersje w naszym języku. Nie znam zatem oryginału, który został ogłoszony bestsellerem.

No cóż, biorąc powyższe pod uwagę, muszę przyznać, że trzy tomy owej bestsellerowej powieści potężnie mnie zmęczyły. Zastrzegam ponownie, że być może oryginał angielski nie jest aż tak słaby. Lubię i filmy i książki science fiction, ta jednak nie przemówiła do mnie. Głównym powodem było do znużenia powtarzające się określenie głównego bohatera jak chłopca, chłopczyka niemal. Nie wiem czy była jedna strona, na której nie pojawiłoby się to słowo. Ów dzieciak dokonuje czynów niemal niewyobrażalnie bohaterskich, przy czym przy każdej okazji umiera ze strachu, serce podchodzi mu do gardła, albo wreszcie brzuch przewraca mu się do góry nogami. I znowu prawie każda strona zawiera identyczne emocje.

Nie widać tego w filmie. Powiem więcej, nie tylko nie widać ale nawet nie da się zauważyć, że główny bohater niemal zginał ze strachu conajmniej setkę razy. Dość dobrze pamietam pierwszą zekranizowaną część tej trylogii. Z filmami jednak często tak bywa, że kolejne odcinki nie są już tak dobre. Pewnie i tak było w moim przypadku bo jakoś nie bardzo pamietam część drugą i trzecią. Mając jednak przeczytanie książki za sobą wrócę do filmu jak tylko dotrę do domu. Obejrzę raz jeszcze i zdecyduję. Póki co jeden do zera dla książki.

O „Klerze” słów parę.

Dziś będzie o „Klerze”, ponoć kontrowersyjnym filmie, który stał się przebojem ostatniego miesiąca. Nie biłem się specjalnie z myślami czy go obejrzeć czy też nie. Uważam po prostu, że jeśli chce się mieć jakieś zdanie w jakimkolwiek temacie, należy najpierw się z nim zapoznać.

Moje pierwsze odczucie to to, że mylimy wiarę z instytucją kościoła, mylimy jego hierarchię z prostym księdzem pracującym w małej czy średniej parafii. Nie będę pisał o pedofilii bo chociaż uważam, że jest ona problemem w kościele, to też uważam, że jest to taki sam problem w społeczeństwie jako całości. Zainteresowanie tym tematem kościół sam sobie zgotował, zamiatając często to karygodne zachowanie księży pod dywan.

Instytucja kościoła mocno trzęsie się w posadach i to nie ten czy inny film jest tego powodem. Co bardziej schizofreniczni hierarchowie reagujący na ślepo na zmiany jakie próbuje wprowadzić papież Franciszek aby ocieplić wizerunek kościoła mają więcej wspólnego z jego upadkiem niż jakakolwiek produkcja filmowa. Dziwi mnie zatem ambonowa retoryka zakazująca oglądnięcia tego filmu bo jest ona tylko potwierdzeniem powiedzenia, że tylko winni się tłumaczą.

Nie mnie dawać rady, nie mnie podsuwać rozwiązania. Osobiście mogę jedynie podzielić się swoim poglądem. Świat ewaluuje, zmienia się każdego dnia. Postęp w wielu dziedzinach odbywa się niemal na naszych oczach. Ci co stoją w miejscu zasadniczo cofają się do czasów, do których powrotu już nie ma. Celibat może i był uzasadniony dawno temu, dzisiaj stał się anachronizmem trudnym do obrony. W kontekście pedofilii, wręcz ułatwia on ataki na kościół i duchowieństwo. Nie wydaje mi się aby był on zgodny z naszą naturą i potrzebą zaspokojenia doznań erotycznych. Może się mylę, bo jak zwykle łatwiej komuś dawać rady z boku, samemu nie mając w tym temacie doświadczenia. Nigdy nie żyłem w celibacie. A jednak matka natura każe mi sądzić, że nie jest to zdrowe.

Stając się stroną w politycznych rozgrywkach, kościół nad Wisłą podkopuje sam pod sobą swoje fundamenty. Wiara nie powinna opierać się na kolorach czy partyjnych preferencjach. Jeśli celibat ma pozostać jednym z dogmatów kościoła to takim powinna pozostać przede wszystkim ponadkulturowa jego nauka.

To nie film jest antyklerykalny. Jest nim coraz bardziej widoczny konflikt między hierarchami kościoła a zwykłymi proboszczami i wikarymi z małych i średnich parafii. Podobnie jak politycy, duszpasterze z kurii zapominają o tych, na których barkach spoczywa niesienie Boga do ludzi. Jeśli cokolwiek spowoduje upadek kościoła to właśnie ten ruch oddolny, bo tam jest życie i bezpośredni kontakt z parafianami. I nie pomoże żadne suspendowanie bo ludzie coraz bardziej identyfikują się ze swoim proboszczem czy wikarym a nie z biskupem, którego imienia pewnie nawet nie znają.

I to jest, w moim odczuciu, sedno tego filmu. I dlatego będę go polecał.

Trzy filmy.

Wsród producentów i wytwórni filmowych zapanowała ostatnio moda na filmy oparte na faktach autentycznych. Niemal każdy film, który ostatnio wpadł mi w ręce był albo jakąś prawdziwa historią, albo nią inspirowany. Miałem zatem możliwość obejrzenia kroniki wydarzeń dotyczącej życia Tonyi Harding, Andrei Bocelli i JK Salingera. Dwa pierwsze były oparte na autoportretyzowanych opowieściach głównych bohaterów o samych sobie, podczas gdy trzeci był scenariuszem napisanym przez osobę z zewnątrz. Po obejrzeniu wszystkich tych filmów nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że opowiadanie o samym sobie jest dość ciężkie i wymaga sporego dystansu do samego siebie. Udało się to w moim przekonaniu Tonyi Harding, kompletnie natomiast rozczarował w tym zakresie film o znanym śpiewaku operowym. Podejrzewam, że z całej tej trójki to jego nazwisko jest zapewne najbardziej rozpoznawalne przez przeciętnego człowieka. Tonya bez ogródek mówi o swoim życiu i karierze łyżwiarskiej, czasami nawet sposób zabawny bardzo charakterystyczny dla humoru amerykańskiego. Znając realia czasowe filmu bardzo łatwo było mi tą historię zrozumieć i zaakceptować jako prawdziwą bez większych retuszy. Odwrotne uczucie odniosłem po obejrzeniu historii Bocellego. Nie mam wątpliwości co do prawdy na temat jego życia, brakuje w nim jednak bardziej krytycznego spojrzenia na samego siebie. Niewątpliwie utrata wzroku to przeżycie, z którym jest ciężko się pogodzić. Jeśli się jednak opowiada o sobie to trzeba wyzbyć się emocji dotyczących swoich problemów. Te emocje czuje się w tym filmie w każdej scenie co powoduje, że staje się on zbyt cukierkowy i definitywnie przeretuszowny. W tym kontekście film o amerykańskim pisarzu, którego prawdę mówiąc bardzo mało znam, wypadł wręcz rewelacyjnie. Ciekawa historia, ciekawy człowiek, ciekawy scenariusz sprawiły, że pewnie sięgnę po jedną z jego książek żeby mieć swoje prywatne zdanie na jego temat. Inna sprawa, że ważną częścią filmu jest rownież aktorstwo. Aktor aktorowi nierówny jak zapewne reżyser reżyserowi. Tu rownież film o Andrei Bocellim odstaje od pozostałych. Obawiam się jednak, że było to bardziej wynikiem schematu jaki narzucił producentom artysta niż ich własnych umiejętności. Jeśli ktoś widział te filmy to ciekawy byłbym jego opinii.

Taka Polska Ameryka.

Kiedy w 1993 roku na ekrany kin wchodził film „Uprowadzenie Agaty” mnie już w Polsce nie było. Sporo słyszałem na temat tej komedii, nie miałem okazji jednak jej obejrzeć. Co się odwlecze to nie uciecze. Z ostatniej wyprawy do kraju przywiozłem wreszcie kasetę DVD i pare dni temu wreszcie się spełniło i obejrzałem ów film. Nie będę opowiadał treści bo pewnie wszystkim jest bardzo dobrze znana.  Sądzę rownież, że wielu wie, iż obraz ten był inspirowany ucieczką ze swoim chłopakiem córki ówczesnego marszałka Sejmu Andrzeja Kerna. Wykorzystał on wtedy swoją funkcje w celu jej odnalezienia. Nie znam szczegółów ale nie oto chodzi. W filmie „uprowadzoną” jest córka posła, którego gra Jerzy Stuhr. W odzyskaniu jej pomaga mu minister spraw wewnętrznych odtwarzany przez Janusza Rewińskiego. Obsadzenie go w tej roli to majstersztyk, bo w portretowaniu głupoty ten aktor, moim zdaniem, nie ma sobie równych. Chcąc się dowiedzieć czegoś więcej na temat oryginalnych wydarzeń pogmerałem trochę na internecie. Okazuje się, że ówczesny marszałek Andrzej Kern był członkiem partii o nazwie Porozumienie Centrum, a jej liderem był…uwaga, gromowładny Jarosław. Producentem był Lew Rywin a reżyserem Marek Piwowski, obaj TW peerelowskiej służby bezpieczeństwa. Andrzej Kern, po filmie zrezygnował z kandydowania do Sejmu kolejnej kadencji. To takie ciekawostki na marginesie. Wczoraj na FB, ktoś przypomniał o urodzinach Seweryna Krajewskiego, który był twórca muzyki do tego filmu. Ponieważ jeden z utworów wydał mi się bardzo aktualny, postanowiłem przywołać na moim blogu i film i ten konkretny utwór. Link do utworu pochodzi z YouTube i jest wycinkiem z filmu. Nie wiem czy pan Seweryn napisał więcej do niego zwrotek, mam jednak nadzieje, że nie bo obserwując posunięcia naszego monarchy trudno oprzeć się wrażeniu, że ta piosenka mocno siedzi mu pod sufitem. Posłuchajcie sami. 

https://youtu.be/FmHcdwKFhnc

Kto jest bardziej ludzki.

Moje filmoteka rośnie jak na drożdżach. Sporo filmów udało mi się przywieźć z Polski. Lwia cześć moich zbiorów to jednak zakupy dokonane tutaj. Jednym z ostatnich filmów, który obejrzałem to ostatnia cześć sagi o Planecie Małp. Jest to już kolejny film, w którym jego twórca, pokazując konflikt ludzi z innymi stworzeniami, tym ostatnim przypisuje więcej cech humanitarnych niż tym, od których to słowo pochodzi, czyli nam. Nie będę się rozpisywał nad wątkiem filmu czy jego wartościami. Nie ulega watpliwości, że w porównaniu do pierwszych produkcji, technika i efekty specjalne poszły tak daleko do przodu, że nawet nie sposób tego obrazu porównać z pierwszym filmem z tej serii. Film swoją wymową przypomina mi „Avatar”. Patrząc na oba obrazy pierwsze pytanie, które mi się nasunęło było: jak daleko ludzkość odeszła od podstawowych wartości, takich jak poczucie wspólnoty, wzajemny szacunek czy pragnienie pokoju, skoro twórcy tych filmów nadają te cechy innym stworzeniom tak jakby dla człowieka te uczucia były czymś obcym? Czyżby to była tylko tęsknota pojedynczych ludzi, bo reszta z nas zdziczała i bliżej jej do świata, który nazywamy zwierzęcym? W obu filmach jesteśmy ukazani jako agresorzy, bezwzględni nie tylko wobec innych istot ale rownież wobec siebie samych. Ani małpy z „Planety Małp” ani członkowie plemienia Na’vi z „Avatara” nie są idealni, bowiem i wsród nich zdarzają się jednostki złe, jednak jako całość, jako plemię prezentują zasady, od których my odeszliśmy w imię partykularnych interesów. Nie jesteśmy istotami zdolnymi do życia w pokoju i pewnie w konsekwencji to my doprowadzimy do katastrofy na naszej planecie. Ilość konfliktów na całym świecie, każe mi sądzić, że jest to tylko kwestią czasu. Staczamy się po równi pochyłej omamieni wiarą w nieomylność coraz bardziej brutalnych polityków, nie zauważając ich inklinacji do postawienia nas w stan wojny. Wielu ludzi to już zauważa, wielu jednak tkwi w jakimś permanentnym śnie, z którego nie mogą się obudzić. Jeśli pozostała w nich, w nas jakaś cząstka człowieczeństwa, która jest w jakimś stanie letargu to polecam obejrzenie obu filmów bo czas się budzić póki nie jest za późno. 

Muzyczny przerywnik

Nie wszystkie filmy z mojej skarbnicy robią na mnie natychmiastowe wrażenie. Przy tej ilości, trudno zresztą aby każdy z nich był tym z najwyższej półki. Zdarza się czasami, że sam film nie jest niczym nadzwyczajnym, jednak ma coś w sobie co trudno początkowo określić. Dopiero po kolejnym oglądnięciu coś tam dociera do widza. Takim właśnie filmem jest „Song to Song”, którego akcja rozgrywa się w środowisku muzycznym. Zasadniczo trudno to co się w nim ogląda nazwać akcją i jak już wspomniałem, po pierwszym obejrzeniu tego obrazu ma się ochotę odłożyć go gdzieś na półkę z filmami, do których nie warto wracać. I ja miałem taki zamiar, bo to generalnie nie jest typ filmów, których oglądanie sprawia mi przyjemność. Coś jednak ciągnęło mnie aby bez emocji jeszcze raz go obejrzeć. Tym czymś była muzyka. Musiało jej być w filmie bardzo dużo, bo przecież toczy się on w szeroko rozumianym środowisku muzycznym, od tekściarzy, przez wydawców i producentów po wykonawców. Wsród utworów znalazł się rownież Angelus skomponowany przez Wojciecha Kilara i wykonany przez Narodową Orkiestrę Symfoniczną Polskiego Radia w Katowicach. To otwór o charakterze zdecydowanie poważnym i niosącym w sobie jakieś przesłanie. Różnorodność gatunków muzyki jest olbrzymia, bo obok powyższego można usłyszeć Patti Smith, Boba Dylana czy Iggy Pop. Sporo też można domyśleć się na temat tego środowiska, słuchając rozmów z powyższymi wykonawcami. Ich życie mniej więcej sprowadza się do egzystencji od czegoś tam do czegoś tam. Od przeboju do przeboju, od dziewczyny do dziewczyny, od piosenki do piosenki, od działki prochów do działki prochów, od koncertu do koncertu. Przystanki między tymi wszystkimi „od – do” wypełnia pustka, kompletna nicość. Bezsens rockandrollowego życia widać u zmierzchu kariery. Zniszczone twarze, bohaterowie nie potrafiący żyć bez tego tempa, chociaż ich czas minął. Ciężkie to wszystko i przygniatające. Gdzieś w trakcie filmu usłyszałem utwór, który nie dawał mi spokoju. Musiałem go odnaleźć, żeby posłuchać w całości. Zajęło to trochę czasu, bo nie znałem ani wykonawcy ani tytułu. W końcu jednak odkryłem sprawcę mojego „poruszenia”. Okazał się nim Geoffrey Oryema a utwór, który pojawił się w filmie to „Makambo”. Nie znałem wcześniej tego artysty, tym bardziej zatem cieszy mnie obejrzenie tego filmu. Nie jest to zapewne muzyka dla każdego i na każda okazję. Ma w sobie jednak ten spokój, który przy zamkniętych oczach pozwala przenieść się tam gdzie czujemy się dobrze. Film jest dla wytrwałych, „Makambo” polecam każdemu, tylko nie zapomnijcie zamknąć oczu.

Dirty Dancing- Bis.

Podziwiam reżyserów czy innych twórców filmowych, którzy podejmują się swojej wersji obrazu, który stał się produkcją kultową. Jest takich filmów zapewne wiele ale tylko, niektóre mają w sobie to coś szczególnego co powoduje, że zmierzenie się z nim będzie powodować porównania z oryginałem. Jednym z takich właśnie filmów jest „Dirty Dancing”. Lubię filmy taneczno – muzyczne bo mają w sobie dużo relaksu a sam taniec w wykonaniu prawdziwych artystów to jest coś niepowtarzalnego. Gdy więc zobaczyłem na półce z filmami znajomy mi tytuł nie miałem żadnych oporów z jego zakupem. Nie wiedziałem jeszcze, że to będzie dokładnie ten sam scenariusz, a wręcz odwrotnie sądziłem, że to będzie coś związanego z oryginałem albo mającego wspólny mianownik w postaci prowokacyjnych układów tanecznych. Byłem w błędzie, film bowiem to kalka pierwszej jego wersji, aczkolwiek nie do końca. Trzeba mieć silna wiarę w siebie samego aby podjąć się niezapomnianej roli Patricka Swayze. To co pokazał on w swoim występie sprzed wielu lat to klasa sama w sobie pod każdym względem. Bliżej mi nieznany Colt Prattes zagrał nauczyciela tańca a jego partnerką była rownież widziana przeze mnie po raz pierwszy Abigail Braslin. Różnice zewnętrzne, nie mówiąc o sposobie poruszania się, już na samym początku zniechęcają do filmu. Ja jednak jestem wytrwały i obejrzałem go do końca. Żal mi niemal wszystkich odtwórców głównych ról bo żaden z nich nie jest w stanie wytrzymać porównania z doskonałą obsadą sprzed lat. O ile oryginalny „Dirty Dancing” w swoich układach tanecznych miał ten bardzo specyficzny erotyczny klimat o tyle, pomimo tych samych układów, nie da się go wyczuć w tej produkcji. Bo nie ma możliwości zrobienia czegoś lepiej niż zrobił to Patrick Swayze i Jennifer Grey. Film jednak nie jest całkowitą kopią oryginału. Szereg wątków zostało zmienionych i szczerze mówiąc pod tym względem warto było czekać do końca bo końcówka jest zupełnie inna i nieoczekiwana. Przesłanie oczywiście pozostaje takie same chociaż pokazane inaczej. Nie uważam siebie za żadnego krytyka filmowego, mimo to nawet dla mnie jest bezdyskusyjne, że oryginał i w tym przypadku okazał się niedoścignionym wzorcem. Warto było jednak to obejrzeć chociażby aby przypomnieć sobie o zbyt wcześnie zmarłym Patricku Swayze. Powoli on i jego role odchodzą w zapomnienie a szkoda, bo miał on w sobie to coś szczególnego i specjalnego co nie jest dane każdemu aktorowi a jego role właśnie w „Dirty Dancing” czy „Ghost” to klasyka kina. 

Rzecz o lekarzach bez granic

Podejmując decyzje o zakupie filmu zwykle sprawdzam jego obsadę. Zakładam, że utytułowani aktorzy raczej będą stronić od szmirowatych scenariuszy. Na ogół to się sprawdza, chociaż nie zawsze. Decydując się na zakup „The Last Face” kierowałem się występującą w nim Charlize Theron, która należy do tych kilku aktorów, których filmy chętnie oglądam. Nie wiem ile historia ma wspólnego z aktualnymi wydarzeniami, niemniej jednak ruch i organizacja pod nazwą Lekarze bez Granic jest bardzo dobrze znany. Warunki w jakich ci ludzie pracują i ich oddanie, nie sposób opisać. Każdego dnia są oni narażeni na poniesienie najwyższej ofiary jaką jest ich własne życie. Ilość konfliktów na kontynencie afrykańskim trudno jest ogarnąć i jednocześnie trudno pojąć ich genezę. Ludzie giną każdego dnia, konwoje pomocy humanitarnej są napadane, obozy z uchodźcami atakowane. W tych warunkach właśnie pracują lekarze bez granic. Wszechobecna bieda i życie w warunkach, które urągają naszym czasom to chyba jedno z przesłań tego filmu. Oczywiście bez romansu, który ma miejsce pomiędzy ponętną Theron i jednym z lekarzy film nie byłby ciekawy. To ta cześć filmu, w której mamy do czynienia z tak zwanymi momentami. Nie ona jednak stanowi o jego sile. Patrząc na to wszystko z mojego fotela przed telewizorem zastanawia mnie jak to się dzieje, że nie ma żadnej kontroli nad sprzedażą broni do tych miejsc, w których jej posiadanie daje niemal nieograniczoną władzę. Pozwala kilku barbarzyńcom terroryzować całe połacie kraju a żyjącą w okolicach ludność traktować gorzej niż niewolników. Tysiące ludzi ucieka przed garstką uzbrojonych bandytów, których nic nie obowiązuje, którzy za pomocą terroru przejęli władze powodując niezliczoną ilość uchodźców. Wiele tego typu filmów stara się poruszyć świat do działania i do spojrzenia na te problemy ponad partykularnymi interesami. Efekty póki co zdają się być marne, o czym chociażby świadczy wciąż narastającym problem uchodźców w Europie. Wiele z tych katastrof i dramatów ludzkich można by rozwiązać na miejscu przy wsparciu i porozumieniu możnych tego świata. Ci jednak z większą pasją są zainteresowani kreowaniem wojen nich ich unikaniem, bo przecież chodzi o strefy wpływów a konflikty zbrojne to niczym paw, z kultowego utworu Dżemu, który znosi złote jaja. Końcowy apel filmu wart jest przytoczenia w całości, szczególnie dla krajów, których rządy, chowając się za swoimi tak zwanymi wartościami nie pojmują tragedii tych ludzi. Słowu uchodźca, z racji krajów, z których oni pochodzą doczepiono łatkę potencjalnego terrorysty. Tymczasem większość nich, to wykształceni i prości ludzie, którzy podobnie jak my mają marzenia. Jeden z moich ulubionych stand-up komików, nieżyjący już, George Carlin, w jednym ze swoich skeczów powiedział, że nic i nikt nie zagraża istnieniu ziemi tak jak ludzie. Trudno się z tym nie zgodzić.