Ewakuacja czyli powrót do domu.

Opuszczamy dzisiaj Trumpolandie. Sześć tygodni poza domem to na tyle duże, źe chce się wracać. Trzy tygodnie z tego spędziłem w Kaczystanie. Zastanawiam się zatem gdzie było bardziej normalnie.

Nie da się ukryć, źe oba kraje przechodzą swego rodzaju kryzys polityczny. To chyba jednak znak naszych czasów. Mężów stanu wszędzie jak na lekarstwo, za to karierowiczów wysyp taki jak za najlepszych czasów grzybów w lesie. Polityk stał się synonimem zła, oszustwa, hipokryzji, podwójnych standardów, kłamstwa odwołującego się do naszych najniższych instynktów. Dzisiejszy polityk dla władzy nie cofnie się przed niczym a ostatnią rzeczą, którą się kieruje jest dobro ogólne. Partykularyzm i oportunizm to kolejne cechy dzisiejszych ludzi kierujących krajami.

W tym kontekście Polska pewnie niewiele różni się od wielu innych krajów, w tym Stanów Zjednoczonych. To co najbardziej mnie uderzyło to swego histeryczna nienawiść obozów przeciwnych w kraju nad Wisłą. Daleki jestem od stwierdzenia, że w Stanach tego nie ma, jednak nie na taką skalę. Być może wynika to z tego, źe USA są hegemonem na swoim kontynencie a w Europie Polska mające wewnętrzne problemy polityczne uwikłana jest również w te zwanymi europejskimi.

Stany żyją oczywiście innymi, dla nich ważnymi, wydarzeniami na arenie międzynarodowej. W Europie swego już dokonali, osłabiając Unię. Teraz, zwłaszcza, że zbliża się rok wyborczy, bankrut z Białego Domu przypomniał sobie o pokojowej roli i misji jego kraju. Martwi go zatem niemożebnie Iran i Korea Północna. Tam widzi spore możliwości zdobycia poparcia w przyszłym roku. Grozi zatem swoim paluchem w tamte strony a wtajemniczeni podejrzewają, źe sprawa wojny w Iranie jest przesądzona. Co gorsza nasze oszołomy, z chęcią poprą amerykańskie starania o wprowadzenie ich stylu życia na całym świecie. Nasz najbardziej znany jasnowidz twierdzi, że będzie wojna…ano zobaczymy.

Opuszczam zatem Trumpolandie bez większego żalu. Chociaż, jak każdy rodzic, trochę ciężko ewakuować się tak daleko od swojego przychówka. Z drugiej strony, póki pary nie brakuje, tak jest lepiej dla każdego. Mamy po prostu inny styl życia.

Dwie przesiadki czekają nas jutro w drodze do Leninchiny. Skoro nazywam Polskę Kaczystanem a Stany, Trumpolandią to postanowiłem wymyślić coś równie śmiesznego dla mojego aktualnego miejsca zamieszkania. Rządzi tam Lenin Moreno, aktualnie również niezbyt lubiany. Postawił on w swojej polityce zagranicznej na Chiny, które coraz bardziej rozpychają się na całym kontynencie. Być może przyjdzie mi uczyć się nie tylko hiszpańskiego ale również jakiejś odmiany chińskiego. Póki co nie mam zamiaru się tym przyjmować, hiszpański wciąż jest dla mnie priorytetem.

W domu natomiast czeka mnie walka, jak wleźć w spodnie, które ze mnie spadały jeszcze sześć tygodni temu a teraz cisną mnie w pasie.

Reklamy

Przed wyjazdem.

Nasz przysiołek składa się z sześciu domostw. Trzy z nich są zamieszkałe przez cały rok, dwa od czasu do czasu i jeden jest pustostanem.

Nasz dom znajduje się właśnie w środku trójki, która mieszka non stop. Słowak, już nas opuścił zostawiajac na straży swojego domu kota i nas do jego doglądania. Zatem aktualnie mieszka nas tu trzy rodziny.

Po naszej lewej dentysta specjalizujący się w leczeniu kanałowym, a po prawej emerytowane małżeństwo. Mąż był kiedyś kardiologiem. Z nimi mieszka córka i wnuczka. Obaj nasi sąsiedzi choć mają tutaj swoje domy to większość czasu spędzają w Cuence. Stomatolog oczywiście pracuje a jego żona nie lubi tu być sama, zatem zabiera się z dzieciakiem do miasta i wraca razem z mężem. To właśnie u nich zostawiliśmy ostatnio klucze, do których dorwała się ich sprzątaczka.

Rodzina kardiologa natomiast ze względu na córkę, która studiuje, wynajmuje mieszkanie w Cuence i tam spędza cztery pierwsze dni tygodnia. Ich trzydziestoletnie dziecko uczy się wieczorowo zatem nie chcą żeby wracała tak późno do domu, wolą wynajmować apartament, z którego i tak korzysta ich syn.

Zostaliśmy zaproszeni, jakieś dwa tygodnie temu przez nich na kawę. Zaoferowali nam opiekę na roślinami na naszym patio. Oryginalnie mieliśmy wynająć do tej roboty naszego taksówkarza. Rozwiazanie z sąsiadami jest jednak o wiele wygodniejsze. Poza tym z sąsiadami dobrze jest mieć dobre relacje.

Tym razem sposób w jaki nas okradziono poprzednio nie wchodzi w grę. Po pierwsze zmieniliśmy zamki, po drugie mamy teraz dodatkowe drzwi, które trzebaby sforsować aby wejść do środka. Po trzecie wreszcie zabezpieczyliśmy okna metalowymi prętami, które instalujemy tylko na takie jak ta okazje. Po czwarte wreszcie mamy obietnice od prowadzącego dochodzenie policjanta, że będzie cześciej patrolował naszą okolicę, w co osobiście nie wierze, ale niech mu będzie.

Kawa u naszych sąsiadów to doskonała okazja do zasięgnięcia języka i podszkolenia się w hiszpańskim. O ile kardiolog coś tam spikuju po angielsku o tyle żona zna tylko hiszpański. Coś tam już ogarniam ten ichni język. Zatem dowiedziałem się, że i Ekwadorczycy mają dość swojego prezydenta o dumnym imieniu Lenin. Okazuje się, że podobnie do naszego PiS-u, pan Lenin skoncentrował się na audycie poprzedniego prezydenta, którego nawiasem mówiąc, był zastępcą w trakcie jego pierwszej kadencji. Nic ten audyt nie daje oprócz pomówień. Poprzedni prezydent Rafael Correa jest żonaty z obywatelką Belgii i tam obecnie przebywa, jeśli dobrze zrozumiałem. Od Lenina dostał zakaz wjazdu i groźbę aresztowania w przypadku próby przekroczenia granicy. Ludzie jednak miło wspominają Rafaela, mnie się kojarzy z super czekoladkami, i naciskają na Lenina aby dał swojemu siedzeniu siana i zabrał się za jakaś robotę. Ale ten nie bardzo ma na to ochotę i wciąż audytuje kogo się da z poprzedniej ekipy. Nie znam szczegółów ale gość od WikiLeaks coś szpetnego powiedział na temat Lenina a ten długo się nie zastanawiając pokazał mu drzwi wyjściowe z ekwadorskiej ambasady w Londynie.

Jak już poznam tajniki hiszpańskiego to takich nowinek będzie więcej. Póki co muszę czekać na zaproszenie na kawę.

Czas budowy.

Czas start. Dom za pół roku. My w tym czasie ciągle pracowaliśmy gdzieś tam daleko od miejsca budowy. Musieliśmy zdać się na naszego architekta i budowlańca w jednej osobie. Ustaliliśmy warunki przelewów, które miały następować po zakończeniu kolejnej fazy budowy. Postępy miały być poparte zdjęciami.

Nie było to oczywiście najszczęśliwsze rozwiązanie ale w tym konkretnym momencie nasze opcje były mocno ograniczone. Słyszeliśmy sporo opowieści o wirtualnych budowach, takich, które powstawały tylko na podstawie zdjęć z innych placów budów by wyciągnąć pieniądze od inwestorów. Czuliśmy jednak, że naszym ludziom możemy zaufać.

Nasz plan działał. Otrzymywaliśmy zdjęcia co jakiś czas, pokazujące postępy. W zamian my przesyłaliśmy kolejny raty. Zdjęcia nie pozostawiały żadnych zastrzeżeń co do budowy i jej miejsca. Nasi znajomi jakby przeczuwali nasze obawy zatem każda fotografia zawierała również panoramę okolicy.

Budowa niestety przedłużyła się, co nie do końca było winą architekta. Pora deszczowa skutecznie ograniczała jego działalność w związku z czym harmonogram musiał ulec korekcie. Nam to nawet pasowało, bo zaplanowaliśmy nasz przyjazd, znając tutejsze realia, z dwumiesięcznym opóźnieniem. Mimo to budowa w dalszym ciągu trwała.

Nie mogliśmy, z uwagi na nasze zobowiązania za wielką wodą, pozostać do zakończenia. Ono przesuwało się coraz bardziej, co nie robiło nam wielkiej rolnicy bo na tym etapie nie byliśmy gotowi na przeprowadzkę.

W trakcie tego pobytu postanowiliśmy jednak urządzić tradycyjną parapetówkę. Tutaj to wyglada inaczej. Zaprasza się bowiem nie tylko znajomych ale również wszystkich robotników budowlanych, którzy brali udział w realizacji naszego przedsięwzięcia. Mam wrażenie, ze w sumie było mniej więcej sześćdziesiąt osób. Impreza ta nazywa się tutaj Łasipaczana. Nie znam pisowni, więc to jej fonetyczny wygląd. Ma ona dwa cele do spełnienia. Pierwszy to podziękowanie robotnikom za trud włożony w budowę. Drugi to oczywiście uwolnienie miejsca od wszystkiego co złe. Stąd wszyscy robotnicy muszą być zaproszeni bo ten niezaproszony mógłby rzucić na nas jakiś urok. Nie tyle na nas co oczywiście na nasz dom.

Impreza nie mogła się odbyć bez alkoholu. Miałem wreszcie przyjemności poznać ichnią wódkę pod nazwą Zhumir. Robi się to na bazie trzciny cukrowej, zatem jest lekko słodkawe. Ma swoje czterdzieści oczek ale ponieważ jest słodkie to ich aż tak bardzo nie czuć. Mieszają to z colą co powoduje, że się to świetnie pije niczym soczek. Zwala z nóg niespodziewanie, o czym sam się przekonałem. Dotrwałem do końca biesiady, mocno jednak “zmęczony”.

Po zakończeniu imprezy wszyscy już wiedzieli co to znaczy „na zdrowie”, a ja poznałem hiszpański odpowiednik czyli Salud.

No to na zdrowie i salud.

Negocjacje.

Większość rzeczy w Ekwadorze można negocjować. Podejrzewam, że tak już jest w większości państw na świecie. Oczywiście nie każdy sklep dopuszcza takie praktyki, jednak prywatni właściciele zdają sobie sprawę, że ich cena jest tylko punktem wyjściowym. Dlatego denerwuje mnie, gdy w Polsce idę do sklepu, za każdym razem przy próbie zbicia ceny patrzą na mnie jak na gościa z kosmosu.

Znaliśmy cenę działki ale potrzebna nam była też cena budowy domu. Wszystko w sumie zapewniała nam nasza administratorka, jej ojciec był właścicielem terenu a mąż architektem. Przedstawiciel tego zawodu nie tylko wykonuje tutaj plan ale później również nadzoruje i kontroluje jak postępuje progres budowy.

Zacząć musieliśmy oczywiście od planu a potem dokonać kosztorysu budowy. W grę wchodziły dwie koncepcje. Pierwsza bryła domu w kształcie litery L, druga natomiast litery U. Zobaczyliśmy plan L i nie przypadł nam specjalnie do gustu. Prawdę powiedziawszy, nie powinienem mówić nam tylko Alicji. Ja wyłączyłem się z procesu planowania, wiedząc z doświadczenia, że w tym względzie moja wiedza, jak ma być wszystko rozplanowane żeby było funkcjonalnie, jest żadna. Tak czy śmak czekaliśmy na propozycję U.

Wyszła ona zdecydowanie korzystniej. Podstawę U stanowiła kuchnia na środku kominek a zanim pokój telewizyjny. Boki natomiast stanowiły po jednej stronie pokoje gościnne a po drugie nasza sypialnia. Jeszcze tylko miejsce na spiżarnię, pralnie i gotowe. Z naszej sypialni było wyjście na taras a środek miało stanowić patio z miejscami na klomby wzdłuż okien. Wnętrze U w części mieszkalnej miało być oszklone aby dać nam widok na górę.

Ważnym elementem było dla nas światło dzienne, dla pewności aby mieć go pod dostatkiem, chcieliśmy mieć okna dachowe. Tu jednak nasz budowlaniec/architekt stwierdził, że to zbędny koszt bo słońce na równiku świeci z każdej strony i ze światłem nie będzie problemu. Sądziliśmy, że gość wie o czym mówi skoro przecież tutaj mieszka. Błąd w rozumowaniu. Ale o tym mieliśmy się przekonać już po skończeniu domu.

Elewacja, tym razem na moje żądanie miała być wykonana z okolicznego kamienia podobnie jak dom brata naszej administratorki.

Wszystko zatem zostało uzgodnione poza ceną oczywiście. Kosztorys domu był wyższy niż się spodziewaliśmy ale od tego są właśnie negocjacje. Doszedłem do wniosku, że najlepiej będzie dać im nasza cenę za pole i dom. No i zaczęliśmy się wymieniać cenami oni swoją, my swoją. Jak to zwykle bywa oni wiedzieli ile mogą opuścić ja ile chce zapłacić. Oni zawyżyli ja zaniżyłem i spotkaliśmy się w środku. Chyba jednak bardziej po ich stronie niż mojej.

Czas start, dom miał być gotowy w pół roku.

Dobrze mieć górę.

Ekwador a zasadniczo, poza Brazylią, cała Ameryka Południowa ma silne związki z Hiszpanią. Większość okolicznych rodzin ma w kraju na półwyspie iberyjskim kogoś tam, jakąś sto dwudziestą piątą wodę po kisielu ale jednak ma.

Nie inaczej jest z rodzinami w Cuence. Ktoś mi nawet mówił, że choć miasto liczy ponad sześćset tysięcy ludzi to jeśli zrobić im tutaj jakieś drzewo genealogiczne to się okaże, że większość ma wspólnych przodków.

W Ekwadorze podobnie jak we wszystkich krajach kultury hiszpańskiej kobieta nie przyjmuje nazwiska męża lecz po ślubie pozostaje przy swoim nazwisku. Jest ono zawsze dwuczłonowe, najpierw nazwisko rodowe matki a potem ojca. Zatem jeśli matka była z domu Kowalska a a nazwisko,ojca to Nowak to synowie i córki będą się nazywać Kowalska Nowak. Jeżeli teraz córka po owych rodzicach poślubi chłopaka po matce z domu Kaczyńska po ojcu Mazurek to ich dzieci trzymają nazwiska dziadków obu rodziców czyli w tym przypadku Nowak Mazurek, a ów Mazurek byłby kontynuowany w kolejnej generacji. Trochę to skomplikowane, ale tylko dla nas.

W Ekwadorze najbardziej popularnym nazwiskiem jest Jaramillo. Spotkałem bardzo wielu tubylców, którzy mają w jednym ze swoich członów właśnie to nazwisko. Spotkać można bardzo wielu Herediów, Moscosów, Espinosów, Lassów, Morenów. Wbrew pozorom Sanchez wcale nie jest taki popularny.

Owe hiszpańskie rodziny po zniewoleniu Inków zasadniczo podzieliły pomiędzy siebie olbrzymie połacie ziemi, stając się niemal wyłącznymi ich właścicielami.

Dzielili potem to pomiędzy swoje dzieci, a te pomiędzy następnych spadkobierców. Okazał się, że cała góra wraz z jej dolinami, na której zdecydowaliśmy się kupić działkę to własność jednej rodziny. Senior rodu, zdecydował się rozparcelować swoją cześć, podzielił ją miedzy dzieci, zostawiajac sobie ileś tam hektarów na własne potrzeby. Z tej puli cześć zdecydował się sprzedać. I tak pół hektara przypadło nam.

My znaliśmy jego córkę, którą nasza wspólnota mieszkaniowa zatrudniła jako administratorkę budynku. Jej mąż okazał się być architektem.

Zanim pokazali nam te tereny spędziliśmy sporo czasu z innymi agentami zajmującymi się sprzedażą domów i ziemi poszukując czegoś odpowiedniego.

W pewien weekend pojechaliśmy jednak na wycieczkę. Po niej już nic innego nie wchodziło w grę. Urzekła nas okolica, odległość od Cuenki spełniała nasze wymagania, no i ta dzika rzeka, która stanowiła granice naszej działki. Zeszliśmy do niej z posesji brata naszej administratorki i to był koniec.

Pozostały negocjacje.

Rzeka, jak widać

Nurt jak to w górach.

Dym syna właściciela gory zbudowany z okolicznego kamienia.

I pół hektara na sprzedaż. Tak wyglądało wtedy.

Autostrada do domu

Wielokrotnie opisywałem moją autostradę do domu. Ekwador to kraj na dorobku. W większych miastach jak Cuenca widać powiew nowoczesności ale na peryferiach to już zupełnie inna sprawa. Im dalej od miast tym oczywiście gorzej.

Jeszcze ponad dziesięć lat temu nie było drogi łączącej Cuenkę z Guayaquil, największym miastem Ekwadoru. Droga już istnieje dzięki czemu skrócił się dojazd do lotniska o połowę. Cuenca również się zmienia. Odrestaurowano sporo budynków w historycznej części miasta.

Główne drogi przypominają już szlaki komunikacyjne. Jednak te boczne, jak nasza do domu to wciąż drogi bite. Są one przejezdne oczywiście ale po sezonie deszczowym są przeorane spływającą wodą, która tworzy na nich rynny ściekowe.

Nie będę już więcej rozpisywał się na temat tej autostrady. Niech zdjęcia z widokami z niej przemówią za mnie.

To póki co strumyk, potem z tego zrobi się rzeka.

Stąd jeszcze kilometr może półtora.

Im wyżej, tym widok w dolinę lepszy

Tam w dole między zboczami płynie rzeka.

Tak krajobraz wyglada przez cały rok. W następnym wpisie pokaże jeszcze pare zdjęć jeśli was te zainteresują.

W stronę słońca.

Dziś znowu w podróży. Tym razem na południe w stronę słońca, tam gdzie panuje ciepło o tej porze roku, opuszczam pagórki, wyruszam w góry.

Zajmie mi to zapewne cały dzień. Dwa lotniska, przesiadki, kontrole i te wszystkie przyjemności związane z lataniem i przemieszczaniem się miedzy państwami. Męczący dzień to będzie ale jutro nad ranem otworzę drzwi domu, które zamknąłem stanowczo zbyt dawno temu.

Na koniec pare „pocztówek” z okolicy.

Przełom rzeki Delaware

Delaware River

Okoliczne pagórki.

Czas do domu. Do następnego.

Niezwykły, zwykły dom.

Gdzieś tam przebywająca w krainie wiecznych łowów Babcia, tu na ziemi pozostawiła po sobie dom. Przypadł on, zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami rodzinnymi, wnukowi. Co on zdecyduje zależy już tylko od niego.

Spacerując ulicą pewnie ten dom niczym specjalnym się nie wyróżnia. Może poza szpicem anteny telewizyjnej, pamiętającej czasy dwóch programów. Nikt już nie ma takiej anteny, sięgającej niemal do nieba. Trzeba było tak wysoko ją zainstalować by można było odebrać sygnał. Przymocowana do komina ma się wciąż dobrze, chociaż niczemu już nie służy.

Otynkowana na szaro z zewnątrz dwupiętrowa konstrukcja sprawia wrażenie zmęczonej i domagającej się odrobiny zainteresowania. Minęło bowiem pare lat od ostatnich ulepszeń a dom jak dom zawsze jest coś do zrobienia koło niego. Ma już w granicach sześćdziesięciu lat a czasy, w których był budowany nie znały obecnych technologii.

Wnętrze też potrzebuje zainteresowania bo i tu ślad czasu odcisnął swoje piętno. Skrzypiące podłogi, zmarszczone linoleum, poblakłe ściany to tylko początek. Stosunkowo łatwy. Co zrobić ze zbyt stromymi schodami na piętro, zbyt wąskimi do piwnicy i garażu? Jak ją poprawić aby można się było wyprostować? Parter to kuchnia i dwa pokoje. Do tego łazienka z oknem wychodzącym na drzwi wejściowe, ku uciesze wścibskich i ciekawskich. Piętro już raz zostało przerobione ale i tu daleko od komfortu. Cokolwiek i ktokolwiek zdecyduje się tu coś robić, potrzeba będzie konkretnych nakładów.

Patrzę na ten dom i widzę te jego wszystkie słabości, ułomności i braki.

A jednak nie potrafię o nim zapomnieć. Mieszkałem tu niby tylko dwa lata. Były to jednak lata, które wbiły mi się mocno w pamięć.

To stąd wyjeżdżaliśmy do Urzędu Stanu Cywilnego a tydzień pózniej do kościoła. To tu rodzice nas błogosławili. To tu było moje pierwsze łoże małżeńskie. Tu powitaliśmy naszą córcię. To właśnie tutaj padły jej pierwsze słowa: mama, tata.

To tu, chociaż nie wewnątrz, uczyłem się „operować” kosą. W moich rękach było to narzędzie służące do wszystkiego z wyjątkiem koszenia trawy. Kosiłem jednak bo chciałem zaimponować teściowi. Pudło okrutne, ale przynajmniej dostarczyłem mu trochę zdrowia, bo śmiał się bezgraniczne obserwując moją walkę i z kosą, i z trawą.

To tu zjeżdżaliśmy z dzieciakami, razem ze szwagra rodziną by pod wieczór udać się do kart. A graliśmy zawzięcie i bez pamięci w ferbla, którego nauczył nas teściu. Zawsze przed grą zaklinał nas abyśmy grali ostrożnie czyli na małe stawki. Sam potem podkręcał tempo.

To wreszcie tu miały miejsce wszystkie święta bożego narodzenia z niezapomnianą kuchnią teściowej. Szczerze mówiąc w ich tradycji był biały barszcz z grzybami a ja z domu barszczu czerwonego z uszkami. Nic to, bo wypieki teściowej nie miały równych sobie.

Zwykły dom. A jednak niezwykły. Tyle, że tylko dla mnie.

Melancholijnie

Tam gdzieś

Leży ma wieś

W małej dolinie

Gdzie rzeka płynie

I ptaszek śpiewa

I rosną drzewa

A na nich kwiaty.

Tam pies kudłaty

Szczeka radośnie

A ścieżka skośnie

Przecina łąki,

Na których pająki

Swą sieć zakładają

Na zdobycz czekając.

Tam cisza panuje,

Której nie psuje

Konia gadanie

I gęsi gęganie

Kiedy z zagrody

Do źródła wody

Nad ranem wychodzą

Z lubością w niej brodząc

Tam droga kręta

Z ziemi poczęta

Pełna kamieni

Pośród zieleni

Pnie się pod górę

By spotkać chmurę

Co na nią czeka

Jak pies na człowieka

Tam z dala od drogi

Wkraczam w swe progi

Na ścieżki końcu

I w pełnym słońcu

Dom swój znajduje

Co zawsze ratuje

Mnie zmęczonego

Od dnia powszedniego

Krok Godzilly

Niespodziewanie lipiec zdecydował się iść w ślady poprzednich dwóch miesięcy i pogodowo nas nie rozpieszcza. To właśnie w tych sytuacjach doceniamy szczególnie fakt, że nic nie musimy, nigdzie się nie spieszymy a co zaplanowaliśmy dziś możemy zrobić jutro. Niestety i na to nasze credo lipiec rzucił, z sobie tylko znanych powodów, na nas klątwę. Mój robotnik do spraw wszelkich nabawił się jakiegoś przeziębienia, które bez większych oporów sprzedał mnie. Shit happens, jak mówią Amerykanie. I gdy tak powoli rozkładałem się na części pierwsze, zajrzałem na moją skrzynkę poczty elektronicznej. Noż ku..wa. Otrzymaliśmy właśnie wezwanie na rozmowę z urzędem imigracyjnym, na której obecni musimy być oboje, Luśka bowiem ubiega się o stały pobyt jako moja ślubna. To jeszcze byłoby do zniesienia, fakt natomiast, że owa rozmowa miała mieć miejsce w Quito, oddalonym od nas o prawie pięćset kilometrów z lekka podniósł moje ciśnienie. I gdy tak pomstowałem na mój stan zdrowia i tą cholerną rozmowę kogoś musiałem urazić. Nagle, niczym po kroku Godzilly, na zewnątrz dał się słyszeć tępy huk a domem naszym zatrzęsło. Powodem tego nie był jednak niezbyt sympatyczny zwierzaczek z filmów science fiction. Doświadczyliśmy właśnie trzęsienia ziemi. Nie, nic się nie stało ale ten głuchy łomot połączony z ruszającym się domem to przeżycie nienależące do najciekawszych. Zdarzyło się nam to już nie pierwszy raz choć nigdy to nie było na skalę z jaką kojarzą się tego typu ziemskie „igraszki”. W trakcie jednego z nich byłem akurat w domu sam. Oglądając film nagle poczułem jak ktoś lub coś stara się podnieść mój fotel, razem ze mną, do góry. Nie jestem zbyt przesądny ale w takich momentach, nie wiedząc co się dzieje, włosy na głowie same się jeżą. W przeciwieństwie do ostatniego trzęsienia ziemi to moje fotelowe nie było poprzedzone żadnym hałasem. Wszystko trwa parę sekund w zależności od odległości od epicentrum. Chociaż mieszkamy z dala od głównych ekwadorskich punktów narażonych na to zjawisko, to ze względu na rozmiar państwa jak już trzęsie to niemal całym Ekwadorem. Mam wiele szacunku do matki natury, stąd moja wiara, że ona wie co robi pozostaje niezmienna. Kiedyś tam i tak czeka mnie intergalaktyczna podróż do innego wymiaru. Spieszyć mi się specjalnie nie spieszy ale to rownież nie ode mnie zależy. Póki co ten tępy, głuchy i bezbarwny łomot zapadł w moją podświadomość a dla swojego lepszego samopoczucia postanowiłem go nazwać krokiem Godzilly.