Obsługa klienta.

Jedna z anglojęzycznych blogerek umieściła bardzo zabawny wpis. Polega on na śmiesznym zestawieniu znaczenia jednego słowa. Gdy jednak przyjrzymy się praktyce to to zestawienie chociaż wciąż jest śmieszne to jednak jest w nim wiele prawdy.

Owo słowo to service czyli po naszemu obsługa. Miejsc gdzie oferują tego typu działalność jest bez miary. My oczywiście najbardziej przyzwyczailiśmy się do obsługi klienta, którą zapewnia niemal każdy urząd, zakład pracy czy inna instytucja mająca do czynienia ze sprzedażą jakiegoś artykułu czy usługi. Ma ją zatem ZUS, urzędy miejskie, powiatowe, wojewódzkie, urząd skarbowy i temu podobne. Obsługa klienta to też pani za ladą w sklepie, informacje telefoniczne, pracownicy instytucji finansowych czy wreszcie kancelarie adwokackie. Przykładów można by mnożyć.

Na anglojęzycznej wersji Wikipedii wyjaśniają, że ludzie pracujący w tych komórkach mają obowiązek odgrywać służebną rolę wobec klienta. To oni mają się do niego dostosować a nie odwrotnie.

Jest to chyba ogólnie przyjęte rozumienie tego stanowiska pracy.

Ja też tak myślałem aż do przeczytania owego wpisu na blogu, który uświadomił mi, że tę definicję obsługi klienta wielu w niej zatrudnionych widzi trochę inaczej.

Pewnego dnia ktoś podsłuchał rozmowę dwóch rolników. Jeden z nich chwalił się drugiemu, że właśnie kupił byka aby ten mógł obsłużyć jego jałówkę.

Eureka, wreszcie podsłuchujący gość zrozumiał sedno słowa obsługa, które mniej więcej sprawdza się do tego jak wydymać klienta.

Z mojego doświadczenia sprawdza się to dziewięćdziesiąt pięć razy na sto.

Ciekaw jestem innych opinii.

Reklamy

Podróżujące Dzieciątko.

Cuenca jest trzecim co do wielkości miastem Ekwadoru. Wbrew pozorom największym miastem nie jest Quito, stolica państwa. Jest nim Guayaquil położony nad Pacyfikiem. Ekwador podzielony jest na trzy główne strefy: wybrzeże, góry i dżungla.

W tej środkowej strefie położona jest właśnie Cuenca. Andy przecinają Ekwador wzdłuż oddzielając wybrzeże od dżungli. Moje miasto leży na wysokości około dwóch i pół tysiąca metrów nad poziomem morza. Ekwador zanim stał się państwem w aktualnych granicach, był zlepkiem niezależnych miast uprawiających swoją własną politykę. Każde z nich osobno uzyskiwało niepodległość, wyzwalając się spod władzy Hiszpanów. Stąd w Ekwadorze jest conajmniej kilka dni niepodległości, bo odnoszą się one do rożnych miast a potem wreszcie do powstania jednego państwa.

Cuenca ma rownież swoje święto niepodległości. Jednak to nie z niego miasto jest znane w przewodnikach turystycznych. Najważniejszym dniem w kalendarzu Cuenki jest dwudziesty czwarty grudnia. W tym to właśnie dniu odbywa się procesja pod nazwą Pase del Niño Viajero.

W 1823 roku przez nieznanego artystę na prośbę Józefy Heredia został wykonany posążek dzieciątka Jezus. W kolejnych latach został wysłany do ziemi świętej a potem do Rzymu. W 1961 ów posążek został pobłogosławiony przez papieża Jana XXIII i powrócił do Ekwadoru. Od tego czasu wraca tutaj każdego roku właśnie dwudziestego czwartego grudnia czyli w naszą wigilię.

Potem znowu znika by pojawić się za rok, stąd zwą go Podróżującym Dzieciątkiem.

Chociaż owa procesja ma charakter religijny to jednak nie odbywa się pod patronatem kościoła. Pewnie dlatego wszystkie „chwyty” są dozwolone. Każdego roku ilość ludzi biorących udział w tej imprezie wzrasta. Dane z ostatnich lat mówią o siedemdziesięciu tysiącach ludzi. Przemarsz odbywa się jedną z głównych ulic starego miasta. Simon Bolivar Calle przecina zabytkową część miasta przechodząc przez jego centrum zwane Parque Calderon. Trasa liczy mniej więcej półtora kilometra. Ze względu na ilość chętnych cała impreza trwa około ośmiu godzin.

Pochód nie jest ograniczony tylko do ludzi. Biorą w nim udział wszystkie stworzenia żyjące. Widzieliśmy przebrane małe prosię defilującej ze swoimi gospodarzami. Najcześciej ludzie przebierają się w postacie biblijne. Jednak i to nie jest wymagane, stąd zdarzają się przebierańcy imitujący osoby publiczne. Podobne w ubiegłym roku widziano Trumpa i Michaela Jacksona.

Biorą w tym udział rownież członkowie zespołów o charakterze regionalnym a zatem Indianie przebrani w swoje plemienne stroje. Na każdym postoju wykonują jakiś taniec coś symbolizujący.

Muzyka brzmi niemal przez cały czas trwania procesji, zmienia się jedynie rytm. Na platformach samochodowych prezentowane są sceny z Biblii.

Jest to niesamowite widowisko przyciągające całe rzesze turystów. W tym dniu Cuenca jest na ustach całej Ameryki Łacińskiej bo większa cześć owego przemarszu transmitowana jest przez telewizje.

Jest to niewątpliwie coś innego, coś co tych ludzi łączy i pozwala zapomnieć o animozjach i problemach dnia codziennego.

Kiedyś zabiorę się z tym tłumem. Niech no tylko lepiej posiądę hiszpański.

Mądrości książkowe.

Amok czytania trwa w najlepsze. Zostało mi nieco ponad cztery tygodnie i trzeba będzie powoli przygotowywać się do powrotu a tu jeszcze tyle książek.

Absurd otaczających mnie wydarzeń powoduje, że przestałem zwracać uwagę na wiele rzeczy traktując je jako normę czy może standard.

Niespodziewanie jedna z pozycji, którą niedawno skończyłem, swoimi urywkami w sposób genialny zdefiniowała ten absurd lepiej niż sam bym potrafił.

„Szachista” Waldemara Łysiak, bo niej tu mowa, traktuje o próbie zamachu na Napoleona. Miał on mieć miejsce, uwaga..13 grudnia, roku pańskiego 1806 w Szamotułach. Ile w tym jest prawdy, to akurat w tym momencie nie jest istotne. Żeby zrozumieć cytaty, którymi zamierzam się posłużyć, muszę rzec odrobine na temat fabuły.

Zamach mieli przeprowadzić Anglicy. Aby on się mógł udać musieli po drodze przepłacić parę osób rożnej narodowości. Na czele spisku stał jednak jeden z nich. Dociera powoli do swoich kontaktów ale za każdym razem ma z nimi problemy. Wreszcie tak odzywa się do jednego z nich:

Zastanawiam się, dlaczego od początku tej gry napotykam co krok na skurwysynów, którzy winni mi pomóc, a nie chcą, chociaż wzięli za to pieniądze!”

I w odpowiedzi słyszy.

Widocznie gra jest brudna, drogi panie, po prostu. Nie znam jej, ale jestem domyślny. I może jeszcze dlatego, że na tym pięknym świecie o wielkie stawki grają tylko skurwysyny. Pozostali żrą placki na śniadanie, obiad i kolację popijając wodą. Że nie wiesz o tym, to twoja sprawa panie, ale winneś wiedzieć, że jesteś bezsilny”.

Po czym dodał jeszcze:

Wy Anglicy, macie dużo złota, z pomocą którego mieszacie się do naszych spraw jako sprzymierzeńcy we wspólnej walce przeciwko Bonapartemu. Jeśli potrafi mnie pan przekonać, że czynicie to bezinteresownie, oddam tedy mój serwis za darmo”.

Czy coś się zmieniło? Chyba tylko technologia, która dzisiaj jeszcze więcej umożliwia. Brud w polityce i partacze, którzy się w niej zagnieździli powoduje we mnie uczucie bezsilności. Wygląda na to, że żrę placki na śniadanie, obiad i kolację. Wolę jednak to niż być jednym z nich.

Druga cześć wypowiedzi kojarzy mi się w Wielkimi Braćmi niosącymi „bezinteresowną” pomoc uciskanym narodom.

W tym momencie przyszła mi do głowy trzecia część „Ojca Chrzestnego”. W nim Michael Corleone próbuje wreszcie zalegalizować swoją działalność wchodząc w spółkę z Watykanem. Niestety i tam mu szło jak po grudzie. Powiedział wtedy, że im wyżej dociera w swojej pogoni za byciem legalnym tym bardziej wpada w szpony oszustów wszelkiej maści.

Smród, syf, szambo. Czy to się da zmienić? Wątpię.

Czar i wdzięk natury.

Świat dookoła nas gna w zastraszajacym tempie. Na nic nie chce poczekać do jutra. Liczy się tylko dziś. Jednak to nie on narzuca nam ten bieg na czas, to my sami podkręcamy, śrubujemy wyniki dnia dzisiejszego. Jutro, to co zrobiliśmy i osiągnęliśmy dziś, może być zbyt wolne i przestarzałe.

Gdzieś tam w tym wyścigu, jak to się dzisiaj modnie mówi, szczurów, tysiące ludzi zadepcze tysiące innych, tych co nie nadążają. Dla nich nie ma miejsca w tym maratonie. Oni to karma dla psów, które mają zagryźć ich w pierwszej kolejności. Nikt nie chce być ostatnim. Każdy zaciska zęby, godząc się na niedogodności bycia poza domem przez większą część dnia.

To praca powoli staje się domem, kumple i koleżanki to teraźniejsza rodzina. Taka zastępcza, bo na tę z ojcem, matką i gromadką usmotruchanych urwisów nikt dziś nie ma czasu. Ta tradycyjna i rzekomo najważniejsza jednostka społeczna, odrywa od osiągnięcia celów, spowalnia i powoduje, że można się znaleźć na końcu tego łańcucha pokarmowego, tam gdzie czekają na każdego zgłodniałe psy.

Wielopokoleniowawa rodzina mieszkająca pod jednym dachem to jakaś surrealistyczna bzdura, sentymentalny przeżytek minionych czasów. Mało kto zresztą używa dziś słowa rodzina, ono rownież stało się anachronizmem, który mało kto rozumie. Przyszło przecież nowe, zwane związkiem partnerskim, taki nowy erzac małżeństwa dla tych co nad dom w tradycyjnym znaczeniu przedkładają karierę. Z tego tworu łatwiej się wycofać gdy się okaże, że minęło zauroczenie a mięsień sercowy bije teraz szybciej do innego modelu. Kompromis, rozmowy, szukanie wyjścia z podbramkowej sytuacji, na to nie ma czasu gdy wszystko dzieje się tak szybko i w tym zawrotnym tempie. To spowalnia i niespodziewanie można znaleźć się na końcu kolejki do sukcesu. Nie można dać się wyprzedzić. Życie jest jak sport, liczą się tylko zwycięzcy o przegranych nikt nie pamięta.

Dziadek i babcia to już tylko frajerzy dla podstępnych „wnuczków”, którzy ich łatwowierność i bezkrytyczną miłość dla swojej krwi dwa pokolenia niżej, bez cienia zadumy wykorzystują jako łatwy dochód. Narżnąć, nabić w butelkę kogoś dobrodusznego chociaż to nic nowego, to rozmiar i metody wraz z duchem czasu, stają się coraz bardziej „nowoczesne”.

Dusza i wyrzuty sumienia to zbędny balast, nikomu do niczego niepotrzebny. Zmieniliśmy wszystko, od znaczenia słów przez styl życia po wiarę.

I tylko przyroda i natura nie poddaje się naszym naciskom. Były pory roku i wciąż są. Było zimno, ciepło i gorąco i wciąż jest, był dzień i noc i wciąż jest. Ziemia śmieje się z nas, zrywa boki patrząc na nasze nieporadne próby szukania lepszego. To właśnie ona żyje pełnią życia, daje słońce w dzień i odpoczynek w nocy. My chcemy to zmienić nie zdając sobie sprawy, że to początek samounicestwienia.

Zdrowie, zdróweczko

Jestem zdecydowanym zwolennikiem medycyny alternatywnej. Choć nie do końca wierzę we wszystkie teorie spiskowe to tą konkretną lekarze sami zdają się potwierdzać. Ich związki, trochę niejasne, z firmami farmaceutycznymi, pobieranie od tychże bonusów za sprzedaż i reklamę produkowanych przez nie leków, każe mi sądzić, że owa grupa ludzi w białych kitlach niekoniecznie oferuje nam najlepszą metodę leczenia. To zapewne nie jest standard. Nawet jeśli są to tylko pojedyncze przypadki to ja i tak już dawno uległem tezie, że owa akademicka medycyna nie jest aż tak czysta jakby chciała żebyśmy myśleli. Leczę się zatem po swojemu stosując cała gamę coraz bardziej dostępnych różnorakich sposobów alternatywnych.

Nie znaczy to oczywiście, że potępiam osoby uważające tylko tych lekarzy, którzy stosują farmakologiczną medynę, za królów życia i śmierci. W procesie leczenia najważniejszy jest komfort psychiczny i wiara w lekarza. Stąd uważam, że każdy powinien mieć prawo wyboru w tym zakresie. W końcu przecież to jest nasze życie i zdrowie i powinnismy robić z nim to co uważamy dla niego za najlepsze.

Rozśmieszają mnie jednak lekarze udający zatroskanych o nasze zdrowie w czasach gdy na ich usługę specjalistyczną trzeba czekać tygodniami, miesiącami a czasem i latami. Wolałbym aby oni zatrzymali swoje uwagi i spostrzeżenia na temat niekonwencjonalnych praktykantów dla siebie. Ta ich troska coraz częściej i coraz bardziej widoczna jest tylko w prywatnych klinikach i gabinetach oczywiście za odpowiednią opłatą.

Mam jednak i swoje zastrzeżenia do medyków niekonwencjonalnych. Ich wiedza w zakresie różnorodności sposobów leczenia nie budzi we mnie sprzeciwów. Wielu z nich to przecież dyplomowani lekarze, tyle że zdecydowali się pogłębiać swoją wiedzę na temat innych metod leczenia. Naprawa naszego stanu zdrowia to nie tylko sama wizyta u lekarza. W takiej czy innej formie będą nam potrzebne jakieś leki. W medycynie niekonwencjonalnej są to suplementy. I właśnie tu mam najwiecej problemów. Rynek ten rośnie w nieprawdopodobnym tempie. Wiele z tych wynalazków to leki produkowane przez owych terapeutów. Często słyszę, że ich głównym celem jest chęć otwarcia ludziom oczów na praktyki stosowane przez medycynę standardową i fakt, że kieruje się ona przede wszystkim zyskiem. No cóż, suplementy to też nie jest wydatek, który można pokryć z naszego kieszonkowego. Koszt tychże z roku na rok jest coraz wyższy i praktycznie stałe ich stosowanie wymaga sporych wydatków. Zatem ten sposób leczenia dla przeciętnego Kowalskiego staje się coraz bardziej niedostępny. Jeśli do tego dołożymy fakt, że lekarstwa na receptę w jakimś stopniu są refundowane to decyzja przeciętnego zjadacza chleba zdaje się być oczywista. Dziś bardziej trafna zdaje się być taka oto rymowanka:

Szanowne zdrowie

Nikt się nie dowie

Ile kosztujesz

Aż się zepsujesz

Kierując się zyskiem nikt nie myśli o naszym zdrowiu, bez względu na „stajnię”, z której pochodzi. O nie niestety musimy zadbać sami. Stąd wybór metody leczenia to przede wszystkim wiara i komfort psychiczny. Dbajmy zatem o nasze zdrówko zanim je powierzymy fachowcom.

Miłego lotu

Po ostatnich moich podróżnych perypetiach, związanych przede wszystkim z internetowymi agencjami zajmującym się sprzedażą biletów, popadłem w lekką melancholię. Nie bardzo mogę sobie przypomnieć jak, to kiedyś się latało, jednak mam wrażenie, że każdego roku linie lotnicze kombinują jak mogą co tu jeszcze nam zabrać, albo dać za odpowiednia opłatą. Podróżowanie samolotami przestaje być czymś ekskluzywnym, zbyt drogim. Dzisiaj coraz więcej z nas już nie dojeżdża do pracy lecz dolatuje. Lotniska stały się przepastnymi galeriami pełnymi sklepów, jadłodajni i innych punktów sprzedaży. Darmowy internet to już standard na wielu lotniskach. Zapotrzebowanie na przeloty, sądząc po ilości ludzi w ten sposób się przemieszczających, zdaje się być funkcją rosnącą. Wydawałoby się, że wraz z coraz większym zainteresowaniem ludzi lataniem, powinniśmy być traktowani coraz lepiej i przyciągani lepszymi ofertami związanymi z komfortem podróży. Jest jednak dokładnie odwrotnie. Ograniczenia w ilości i ciężarze bagażu to już standard. W zamian nie musimy wszyscy oglądać tego samego filmu na wielkim wspólnym ekranie, mamy mniejsze przed nosem z wyborem setek filmów starszych i nowszych. Mnie to akurat wisi, ale żeby być fair, niech im będzie, że to coś od nich dla nas. Posiłki kiedyś rzecz normalna, dzisiaj oferowane na wielu liniach za dodatkową opłatą. Płacimy przy tym astronomiczne ceny za kiepskie żarcie, bo nie jest to zjadliwe.

Nowością ery internetu są zapewne agencje sprzedające bilety. Często korzystam z tej formy, bo raz, że wygodne, i dwa, że taniej. No właśnie. Namnożyło się ostatnio wszelkiego rodzaju pośredników niemal w każdej sferze naszego życia, jak grzybów po deszczu. W niektórych dziedzinach mogę to jeszcze zrozumieć. Nie pojmuje jednak dlaczego linie lotnicze nie mogą swoim konsumentom oferować cen jakie dają nam agencje. Dlaczego ten sam bilet kupiony u pośrednika jest sporo tańszy niż u przewoźnika? Jeżeli agencja utrzymuje się sprzedając bilety po obniżonych cenach, czego nie opłaca się to liniom lotniczym? Osobiście wolałbym kupować bezpośrednio w tychże. Jak się do tego ma zatem dbanie o klienta? Nijak. Ostatnia podróż uświadomiła mi, że przewoźnicy dbają przede wszystkim o swoich konsumentów z klasy biznesowej. Tu jest przecież prawdziwa kasa. Latają nią bardzo ważni ludzie, popularnie zwani VIP-ami. Najcześciej oni nie płacą za te bilety, tylko ich firma a w przypadku pewnej pani senator, latającej na śniadanie do Stanów, my podatnicy. Przeciętny pasażer podróżujący za własne pieniądze szuka oszczędności. Dla VIP-a to obce słowo. On płaci za wszystko, cena nie gra roli. Kombinują zatem przewoźnicy, jak tu zrobić, żeby tych vipowskich darmozjadów przyciągnąć jak najwięcej, nawet kosztem przeciętnego Kowalskiego. Ściskają nas zatem w rzędach gdzie masz gościa siedzącego przed sobą niemal na swoich kolanach, jeśli ten tylko rozłoży swój tak zwany fotel. Jeśli chcesz mieć odrobinę lepiej, zamontowali parę rzędów z siedzeniami z możliwością wyprostowania nóg, oczywiście za dodatkową opłatą. Z tego korzystają pośrednicy wszelkiej maści. Mój znajomy też kupił bilet w agencji za świetną cenę. Tylko, że nie mógł potem znaleźć miejsca w samolocie w tej taryfie. Wszystkie fotele w klasie economy były już zajęte. Musiał zatem dopłacić do economy plus. Taka nowa metoda naciągania zgodnie z prawem. Fotel w klasie economy, to trochę niepasująca nazwa dla czegoś co tego nawet nie przypomina, nie mówiąc już o komforcie, z którym ten mebel się kojarzy.

Dawno temu kupiłem sobie jedno z najtańszych wtedy aut na rynku amerykańskim. Hyundai dopiero zaczynał swoją z nim przygodę. Biegówka z manualnie odkręcany oknem, bez klimy, tak się to chyba teraz nazywa, fotele z materiału przesuwane manualnie. Model tak surowy jak tylko było możliwe. Stawiałem przecież pierwsze kroki w kraju wielkich możliwości i cena była dla mnie bardzo ważna. Mój poprzedni pojazd, kupiony u pośrednika, nie przeżył roku. Nowe to nowe. Cena jednak była ważna. Standard, o którym pisałem wyżej taki wtedy był. Minęło nieco ponad dwadzieścia lat i standard dzisiejszych samochodów to już kompletnie inna bajka. To chyba powinno być naturalne biorąc pod uwagę rozwój z jakim mamy do czynienia. Inne są i ceny ale Kowalski może takie standardowe auto, przynajmniej w Stanach, sobie zafundować. Jakoś ten postęp nie dotarł do linii lotniczych. Tu, rzecz dziwna, za coraz mniej chcą coraz więcej. Jeśli tak dalej pójdzie to wkrótce będą w samolotach montować słupy, takie na jakich panienki tańczą w podrzędnych knajpach, do nich przywiążą pasami po dwie osoby i będzie po zawodach. Będzie można zlikwidować kible dla tej taniej bandy Kowalskich a na ich miejsce wkomponować pare rzędów dla VIP-ów. Oczywiście ich część samolotu będzie oddzielona murem z grafitu, podobno to coś lekkiego, żeby nie czuli oddechu spoconego tłumu.

Miłego lotu.

Komu w drogę temu czas…

Znowu walizki poszły w ruch. Od pół roku zalegały bezpiecznie schowane w pralni. Dla oszczędności miejsca włożone jedna w drugą o czym kompletnie zapomniałem. Ich ciężar przy próbie ściągnięcia ich z szafek uzmysłowił mi, że coś jest nie tak i wtedy właśnie przyszło olśnienie: jedna w drugiej.

Gdzieś moja tężyzną fizyczna musiała ze mnie wyparować, bo jakoś nie mogłem sobie przypomnieć problemów z ich ulokowaniem tam gdzie stały. A może jednak szwankuje moja pamięć? Lepiej chyba przestanę o tym myślec bo nie doprowadzi to do niczego dobrego.

Lubię podróżować, przemieszczać się z miejsca na miejsce, poznawać nowe. Nie każda jednak podróż właśnie z tym się wiąże. Ostatnio cześciej kursujemy na tej samej linii, która prowadzi z Ekwadoru do Stanów i dalej do Polski. To bardziej wycieczki do rodziny niż zwiedzanie. Z drugiej strony dobrze jest od czasu do czasu przypomnieć rodzince o swoim istnieniu a i samemu sobie odświeżyć pamięć o niej to też nic zdrożnego.

Opanowaliśmy już te loty przez trzy kontynenty. Mamy swoje bazy, jeśli tak to można określić, i w Stanach, i w Polsce. Służą one nam nie tylko jako miejsca postoju ale również składowiska naszych rzeczy przeróżnych w szczególności ciuchów.

Powinno być zatem łatwiej. Nic z tych rzeczy, bo kto by w końcu pamiętał co zostało w „bazie” pół roku temu? Co wziąć, a czego nie zachodzi potrzeba, dręczące pytanie przy każdym pakowaniu. Ekscytacja ze zbliżającej się podróży powoli zaczyna ustępować frustrującym myślą, żeby czegoś nie zapomnieć. Cały wic polega na tym żeby nie wziąć zbyt mało ani za dużo, tylko właśnie w sam raz, zwłaszcza, że zależy nam też na wolnym miejscu w walizkach bo przy każdym powrocie do domu chcemy opróżniać nasze „bazy”, które stają się powoli coraz mniej potrzebne a ich zawartość przestarzała czy niezbyt modna. Z każdym rokiem jest tego coraz mniej. Biorąc jednak pod uwagę, że każdy nasz pobyt to rownież zakupy czegoś tam, co wypełnia bagaże, to opróżnianie szaf z naszych rzeczy nie idzie w takim tempie jak byśmy sobie tego życzyli. To ma być przełomowy rok dla polskiej bazy, zobaczymy. Pewnie zostałaby ona już dawno opróżniona gdyby loty przez Atlantyk pozwalały na dwa bagaże po dwadzieścia trzy kilo na osobę, jak to ma miejsce na przelotach do Ameryki Południowej. To nam ułatwia rozprawienie się z naszymi pozostałościami w Stanach. To takie jednak drobne niedogodności przeprowadzek zwłaszcza tych kontynentalnych.

Niech się dzieje wola nieba, najwyżej czegoś zapomniałem. Dzisiaj wszystko i wszędzie można kupić. Lecimy zatem na spotkanie zimy i śniegu, które w Ekwadorze są nam obce. To też wywołuje we mnie mieszane uczucia. W mojej przestrzeni życiowej nie ma zbyt wiele miejsca na zimę i śnieg, płaszcze i traktory, czyli buty zimowe, czapki i rękawiczki, szaliki i inne ocieplacze. W życiu jednak często tak bywa, że ty swoje, ono swoje.

„Ucieczka” przed latem.

Nigdy nie lubiłem zimy. No może z wyjątkiem lat szkoły podstawowej, kiedy chęć bycia z podwórkowymi kumplami była silniejsza niż niechęć do zimna. Inna sprawa, że w tamtych czasach nie było aż tyle soli, jeśli w ogóle ją używano. Stosowano głównie piasek a ten nie robił ze śniegu wodnistej mazi i nie powodował przemakania buciorów. Zima i śnieg kojarzą mi się przede wszystkim z koniecznością ubierania się cieplej. Kurtki, czapki, szaliki, ciepła bielizna, podkoszulki, swetry, rękawiczki, kalesony no i oczywiście ciepłe buty. Totalne szaleństwo. A twarz i tak była odsłonięta i gdy dmuchnęło wiatrem przy minusowej pogodzie to łzy się same pchały do oczów.

Nie pojmuje przyjemności jazdy na nartach. Oprócz faktu, że to wyjątkowo wywołująca u mnie dreszcze zimna rozrywka, to na dodatek można się wywrócić i trochę się połamać. Średnia przyjemność. Podziwiam zatem fanatyków sporów zimowych ale z żadnych zimowych zaproszeń nie korzystam i nie mam zamiaru wprowadzać jakichkolwiek zmian w tym zakresie.

Zima to fajne wspomnienia z lat, które dawno minęły. Ślizgawki, sanki, zamarzanięte stawy, wojna w śnieżki. Z późniejszych lat jest jedna zima, która zapadła mi w pamięć. Była to pierwsza po przyjeździe do USA. Zimno było okrutnie i śniegu też nie brakowało. Jednak nie to było najciekawsze. Pierwszy raz miałem okazję zobaczyć dekoracje przedświąteczne przed domami. Dla mnie to była nowość. Rozświetlone przydomowe aniołki, choinki, Mikołaje, sarenki, krasnoludki i Bóg jedyny raczy wiedzieć co jeszcze i dodatkowo domy okryte lampkami. Skumulowane zimnem, do którego w Polsce jesteśmy przyzwyczajeni, robiło to niesamowite wrażenie. Czuło się święta i bardzo specjalną związaną z nimi atmosferę. I to by było na tyle.

Chęć ucieczki przed zimą i mrozami spowodowała wybór Ekwadoru. Tu przecież przebiega równik, zatem musi być ciepło i dużo słońca. Mam do niego słabość. Co ciekawe to właśnie lato i słońce są dla nas ludzi mniej miłe niż zima. Rak skóry to przede wszystkim, ponoć, wynik działania słoneczka. Latem, tak mi się zdaje jest też więcej utonięć. Niech tam, wole słońce i ryzyko z nim związane niż przemarznięty nos i tysiące warstw ubrań na sobie. Słońce przecież ma tą osobliwość, że jakoś bardziej odporni jesteśmy na stany depresyjne i wszystko wokół zdaje się być bardziej kolorowe. Ekwador miał mi to wszystko zapewnić. Miał rownież dać oszczędności związane z opalaniem ogniska domowego zimową porą. Klimat tutaj i średnia temperatura są zapewne wyższe w porównaniu do Polski czy północy USA. W tym roku jednak mamy do czynienia ze zdecydowanie chłodniejszą aurą. Kwietniowo-majowa pora deszczowa to ekwadorski standard. Kiedy się ona jednak przeciąga na następne miesiące to przestaje być znośnym zjawiskiem a wręcz staje się utrapieniem powodującym uczucia dalekie od dobrego samopoczucia. Tak się nam zdarzyło w tym właśnie roku. Słonko nas zdradziło i z jakichś sobie tylko znanych powodów dokucza mieszkańcom półkuli północnej. Mam do niego sporo żalu o to lecz z uwagi na olbrzymi respekt i szacunek jaki czuje do matki natury wybaczyłem mu to jego nieprzyjemne zachowanie. Zbliża się przecież pora letnia, która wynagrodzi nam ten niezbyt przyjemny czas chłodno-deszczowych dni maja, czerwca, lipca i sierpnia. Zbliża się ciepełko października, listopada, grudnia i stycznia, najcieplejszych miesięcy po tej stronie kuli ziemskiej. Z „wielkiej miłości” do zimy i „okrutnej niechęci” do lata, o czym pisałem wyżej, spędzę ten kres w naszym kraju. Tak wyszło. Pozostaje mi mieć tylko nadzieje, że zima będzie łagodna – co daj Boże, amen.

Nieekwadorskie problemy…

Życie w kraju, który z emocjonalnego punktu widzenia jest mi obojętny uważam za niewątpliwy plus decyzji o przeprowadzce do Ekwadoru. Nie czuję się w jakiś szczególny sposób związany z tym krajem, poza oczywiście faktem bycia jego mieszkańcem. Stąd zapewne, w przeciwieństwie do Ekwadorczyków, polityka i politycy mało mnie interesują. Domyślam się z rozmów z moimi znajomymi, że i tutaj, jak na całym świecie, te tematy wywołują sporo kontrowersji i dzielą ludzi. Nie widzę tego aż w takim stopniu jak w naszym kraju, co oczywiście nie oznacza, że jest tutaj lepiej tym zakresie. Nie ulega jednak watpliwości, że jak wszędzie tak i tutaj politycy mają gęby pełne frazesów i wyjątkowo krótką pamięć, która ich zawodzi zaraz po wyborach. Ten „zawód” jednak tak ma. To tylko tak na marginesie. Sytuacja tutaj i nie tylko w tym kraju bo w większości państw Ameryki Południowej pod jednym względem zda się być podobna do problemu Europy. Uchodźcy, bo o nich mowa, to coraz częściej temat wielu rozmów pomiędzy politykami. Wenezuela rozpada się na naszych oczach. Już tysiące jej mieszkańców każdego dnia przekracza jej granice szukając dla siebie miejsca do życia. Kraje Ameryki Południowej to nie bogata Europa Zachodnia. Maja one swoje problemy ekonomiczne, z których rozwiązaniem walczą każdego dnia. W przeciwieństw do uchodźców w Europie, Wenezuelczycy nie trafiają do żadnych obozów przejściowych. Gdyby rynki pracy innych krajów były w stanie wchłonąć uciekinierów to i problemu z nimi by nie było. Tak jednak nie jest. Masy napływających Wenezuelczyków, zalewa wszystkie kraje kontynentu.

Po śmierci Hugo Chaveza, władzę po nim objął jego partyjny zastępca Nicolas Maduro. Od początku jego rządów kraj zaczął się staczać jak po równi pochyłej. Mając w rękach całą władzę, nie liczy się z nikim ani niczym. Po przegraniu wyborów parlamentarnych, pował swoją izbę a legalnie wybranych reprezentantów nie uznaje. Protesty i ofiary w ludziach to już niemal codzienność. Z przestępców stworzył rządowe oddziały paramilitarne, które ślepo wykonują jego polecenia. Przepłacone wojsko też stoi po jego stronie. Rządzi zatem według własnego upodobania wmawiając co bardziej naiwnym o istnieniu imperialistycznych sił wywrotowych, które rownież obwinia za narastający kryzys. Uciekają zatem obywatele Wenezueli gdzie się da i gdzie jest to tylko możliwe. Ponad sto tysięcy przybywa ich już w Ekwadorze. Zaczyna to powodować coraz więcej problemów bo z braku środków do życia wielu z nich stacza się w ciemną strony mocy zasilając środowiska przestępcze. Cuenca rownież jest na to narażona bo to w końcu trzecie co do wielkości miasto Ekwadoru. Póki co zdarzają się drobne kradzieże i mam nadzieję, źe na tym się skończy.

Wenezuela w swoim czasie była bardzo popularnym turystycznym. Wielu Amerykanów, z którymi rozmawiałem, zachwalał tamtejsze plaże, ludzi, ceny i bezpieczeństwo. Wystarczyło oddać władzę jednej nieodpowiedzialnej osobie by zniszczyła wszystko. Kolejny przykład jak bardzo władza zmienia ludzi.

Dziewięćset kilometrów w dwadzieścia godzin

Drogę z Quito do Cuenki, nie w całości ale w sporej mierze stanowi tak zwana Aleja Wulkanów. Wiele z nich pozostaje czynnych chociaż nie wykazują żadnej aktywności od dłuższego czasu. Najbliżej stolicy Ekwadoru znajduje się Cotopaxi, którego szczyt sięga niemal pięciu tysięcy dziewięciuset metrów. Wdrapywaliśmy się na niego razem z Luśką i przewodnikiem podczas naszego pierwszego pobytu w Ekwadorze, aż nie do wiary, ale to było już dziewięć lat temu. Nie była to zbyt przyjemna wspinaczka bo zbocze pokryte jest jakimś wulkanicznym popiołem i wspinaczka po nim powoduje, że się cofa, pewnie pół kroku na każdy krok do przodu. Umordowaliśmy się okrutnie. Z parkingu dla samochodów mieliśmy przejść około trzysta metrów do schroniska. Poddaliśmy się po stu metrach mając naszej języki na wierzchu jak zdyszane psy. Chcąc przytoczyć jakaś ciekawostkę na temat tego „pagórka”, rzuciłem okiem na Wikipedię i ku mojemu kompletnemu zaskoczeniu okazało się, że ostatnia erupcja tego wulkanu miała miejsce już po naszej przeprowadzce do tego równikowego kraju bo w sierpniu 2015 roku trwając do stycznia następnego roku. Właśnie z tego względu był on zamknięty dla zwiedzania, dziwne gdyby nie był. Jak mówi Wikipedia od października ubiegłego roku znowu można się na niego wspinać. Mnie tam specjalnie do tego nie spieszno, wspinam się przecież dwa razy w tygodniu do domu i to mi w zupełności wystarczy.

To była nasza pierwsza podróż tym odcinkiem drogi. Rozłożony na tylnym siedzeniu przyglądałem się po kolei wynurzającym i znikającym kolejnym szczytów wulkanicznych pagórków. Na naszej trasie znajdowały się dwa miasta zaliczane do najwiekszych tego państwa: Ambato i Riobamba. O ile z Quito droga do tej drugiej miejscowości robi bardzo pozytywne wrażenie, momentami bowiem w jedną stronę są cztery linie, o tyle z Riobamba do Cuenki to już zupełnie inna historia. W okolicach Riobamba znajduje się Chimborazo, wulkan, którego ciekawostką jest fakt, że jego szczyt, mierzony od środka naszej planety znajduje znajduje się od niego najdalej, dalej nawet niż szczyt Everestu. To jest wulkan podobno juz nieczynny, ale kto go tam wie, skoro matka natura w ostatnich latach płata nam tyle niespodzianek. „Zdechlak” ten to niespełna sześć tysięcy trzysta metrów i podobnie jak w przypadku Cotopaxi jest on częścią parku narodowego. I tu rownież pare lat temu wspinaliśmy się cała rodzinką łącznie z dzieciakami. Udało mi się dotrzeć na wysokość pięciu tysięcy metrów. Luśka polazła sto metrów wyżej, gdzie usytulowane jest jeziorko czy może nawet jezioro. Skoro jednak pływać nie można to dla mnie mało opłacalny byłby to trud. Inna sprawa, że na tej wysokości woda niezbyt do takiej aktywności się nadaje.

Przyglądałem się otaczającemu krajobrazowi z tylnego siedzenia, nie czując się najlepiej po wciąż dokuczającym mi przeziębieniu. Od Riobamba droga zmieniła się kompletnie, bardziej już przypominając to co widzę na codzień. Ekwador to wciąż kraj na dorobku, infrastruktura drogowa każdego roku się polepsza, miejscami jest ona jednak „ciężkostrawna”. Byliśmy już w podróży pewnie z osiemnaście godzin od momentu wyjazdu z domu. Nagle Javier, nasz kierowca, zatrzymał się na środku drogi. Na zewnątrz było już ciemno a po naszej linii w najlepsze ktoś zabrał się do wyprzedzania sporej kolumny samochodów. Nikt go nie chciał wpuścić, zatem kontynuował wyprzedzanie, aż dłużej tego nie mógł robić bo właśnie my stanęliśmy mu na drodze. Na szczęście zatrzymał się tuż przed nami oczekując na możliwość powrotu na swój pas ruchu. Niestety to jest dość normalne w Ekwadorze. Przepisy ruchu drogowego, podwójne ciagle linie, wszelkiego rodzaju znaki drogowe to tylko takie nieistotne bzdury na drodze, które nikogo nie obowiązują i do niczego nie zoobowiązują. Przed nami stał autobus z pasażerami, którego kierowca gdzieś się spieszył wyprzedzając na podwójnej ciągłej i do tego pod górkę. Pewnie sadził, jak kierowcy naszych VIP-ów, że jemu tak wolno. Tym razem obyło się bez kolizji ale uczucie nie było zbyt przyjemne.

Po nieco ponad dwudziestu godzinach, w tym piętnastu jazdy dotarliśmy do domu. Przejechaliśmy prawie dziewięćset pięćdziesiąt kilometrów dla trwającego około pół godziny spotkania, które okazało się nikomu niepotrzebne. Gdyby jednak nie było głupich przepisów, rozporządzeń, ustaw, nakazów to gdzie by pracowała ta banda rządowych nierobów?