Pustka, pustka i jeszcze raz pustka

Każde miasto ma swoją specyfikę. Swój niepowtarzalny klimat i położenie. Architekturę, która wyróżnia go od innych miast, historie, bohaterów i wiele innych czynników które stanowią o jego pięknie czy może atrakcyjności.

Miasto to też ludzie. Bez nich staje się ono pustynią pozbawioną duszy.

Gwar i zgiełk, które na codzień mogą nas denerwować i męczyć, gdy ich zabraknie, przepastna cisza pomiędzy budynkami sprawia nieprzyjemne wrażenie. Od czasu do czasu ktoś się przemknie druga stroną ulicy i to wszystko.

Tak właśnie wyglada Cuenca. Jedynie wokół sklepów i banków gromadka ludzi próbuje coś tam załatwić. Reszta miasta pusta. Wciąż obowiązują rygorystyczne restrykcje i zakaz wychodzenia na zewnątrz po godzinie drugiej.

Komunikacja miejska nie istnieje. Jedynie taksówki wciąż świadczą usługi. Muszą być jednak odpowiednio zdezynfekowane. Co to oznacza konkretnie? Nie mam pojęcia. Przecież po każdym pasażerze jest to chyba niemożliwe.

Tak ma być do końca kwietnia. Potem będzie przegląd sytuacji.

Gran Columbia. Jedna z głównych ulic Starego Miasta

W krainie teorii…

Jak świat długi i szeroki, wirus szaleje w najlepsze. Jedne kraje dotyka bardziej inne mniej. Co bardziej optymistyczni fachowcy przewidują, że wiele się nie zmieni przez najbliższe trzy miesiące. Pesymiści mówią natomiast o osiemnastu miesiącach.

Na dzień dzisiejszy trudno o jakąkolwiek diagnozę perspektywiczną. W Ekwadorze długo nic się nie działo, aż się dziać zaczęło. Jak to się mówiło w naszym kraju „ zima zaskoczyła drogowców”, wirus zaskoczył tutejsze władze.

Uwijają się teraz jak w ukropie aby sytuacja nie wymknęła się spod kontroli, zwłaszcza, że zostali napiętnowani w mediach światowych tym co się dzieje w Guayaquil. Na nogi postawione zostały wszystkie możliwe służby. Mam więc nadzieje, że wkrótce w tym największym ekwadorskim mieście sytuacja się unormuje.

Wraz z ciągle nieopanowaną sytuacją pojawia się coraz więcej różnego rodzaju teorii spiskowych. Niekoniecznie wszystkie zasługują na poświęcenie im czasu. Zastanowiło mnie jednak to, że gdy cokolwiek dzieje się ze światem, to w tego typu „opracowaniach” pojawiają się w rolach głównych sprawców starzy znajomi, zawsze podejrzani o kreowanie strachu i chaosu. Trzeba mocno podpaść żeby do kogoś przykleiła się taka łatka. Widać ci ludzie nie mają czystych sumień skoro ich nazwiska łączone są z każdą światową zawieruchą.

Te dwa memy właśnie do tej kasty nawiązują.

To niejaki Rothchild. Pyta jak nam się podoba zastopowanie naszego życia. Sam odpowiada, że to tylko ćwiczenie, którego zadaniem jest przygotowanie nas do Nowego Świata. Aby to osiągnąć najpierw rozplenią po świecie plagę, która spowoduje zablokowanie i zastopowanie wszystkiego. Potem doprowadzą ziemie do bankructwa, wprowadza stan wojenny i zaczną budować Trzecią Świątynie.

A zatem rozsiądzie się wygodnie i cieszcie się tym przedstawieniem.

Ten pan to Bill Gates. Wyłożył podobno krocie na rożnego rodzaju szczepionki. Wielu twierdzi, że jego głównym motywem działania jest ograniczenie populacji.

Coś w tym jest skoro znowu załapał się do podejrzanych. Ten mem mówi co następuje:

„Jeśli myślicie, że mój Coronowirus powoduje smierć, to poczekajcie na efekty mojej obowiązkowej szczepionki przeciwko niemu”

To tak przy niedzieli żeby się nie nudzić.

Wirus w Ekwadorze.

Wiadomości ze świata dotyczące wirusa zdominowały wszystkie doniesienia. Nie da się tego wszystkiego czytać bo i zrozumieć to jest dość ciężko. Przede wszystkim sposób w jaki się do niego podchodzi w różnych krajach mocno zaskakuje.

Dzięki blogerom, żyjącym po całym świecie wiele z tych informacji można zweryfikować jako, że media już dawno przestały używać obiektywnego języka. Wręcz odwrotnie. Wiele tytułów pojawia się na zamówienie rządzących. Ci natomiast chcą w nas wzbudzić albo strach i lęk, albo wręcz namawiają do bagatelizowania owego wirusa. Co kraj to obyczaj.

Do tej pory najbardziej zaskoczyły mnie informacje z blogu https://2catspopolsku.blogspot.com/ , gdzie jego twórczyni opisuje sytuacje w Japonii. Czas zatem na garść informacji z mojego podwórka.

Ekwador podobnie do Polski powstał z trzech różnych części. Quito, Guayaquil i Cuenca stanowiły samodzielne prowincje. Różnic ekonomicznych z tego powodu zbytnio nie widać. Jednak warunki klimatyczne powodują, że prowincja Guayas, której stolicą jest Guayaquil, jest w stosunku do prowincji Azuay, której stolicą jest Cuenca i Pichinchi ze stolicą w Quito, odrobine bardziej zaniedbana. Gorący klimat nad oceanem spowodował inny styl życia na wybrzeżu.

To dość ważne. W tej chwili w całym Ekwadorze jest około dwóch tysięcy potwierdzonych zarażeń. Zmarło około stu osób. Jednak niemal osiemdziesiąt procent wszystkich przypadków miało i ma miejsce w prowincji Guayas. W przeciwieństwie do Quito i Cuenki na wybrzeżu ludzie nie bardzo się stosują do zakazów i ograniczeń. Ich stosunek do życia zamyka się dniem dzisiejszym. Co będzie jutro? Po co się martwić skoro dzisiejszego dnia mogą nie przeżyć. Stąd Guayaquil i Guayas zawyżają znacznie statystyki. Dodatkowo wyglada na to, że pani major tego miasta sama podłapała wirusa i straciła kontrole nad miastem. Guyaquil to ponad dwu milionowe miasto. W takim miejscu codziennie ktoś się żegna z tym światem. Niestety, jak to bywa w krajach trzeciego świata, służby i ich koordynacja nie zawsze działają. Podobnie jest tutaj. Niezbyt czytelne przepisy doprowadziły do tego, że wielu zmarłych nie ma kto odebrać z domu, bo przecież nikt nie wie co było przyczyną zgonu. I tak rodziny zamknięte w domach ze swoimi zmarłymi nie mając innego wyjścia, zaczęli wynosić zwłoki na ulicę. Poszło to w świat jako wynik zarazy. Jednak to nie do końca prawda. Od początku tygodnia do akcji włączył się również rząd i wyglada na to, że powoli sytuacja wraca do normy.

W Cuence spore obostrzenia. Sklepy spożywcze, jedyne które mogą być otwarte, zamykają się już o dwunastej w południe. Od drugiej po południu obowiązuje zakaz wychodzenia z domów. Komunikacja miejska zamknięta. W samochodach mogą być tylko dwie osoby. W sklepach może być do dziesięciu czy piętnastu osób. Obowiązkowo maski i rękawiczki, które spryskuje sie środkiem odkażającym przed wejściem do sklepu. Na punktach wjazdowych do miasta ścisłe kontrole. Azuay graniczy z Guayas. Obowiązuje zakaz wpuszczania pojazdów z tamtej prowincji. Obostrzenia te podobno wprowadzono do dwudziestego kwietnia. Potem mają przyjrzeć się rozwojowi sytuacji. Ano czekamy.

O lotach jeszcze słowo

Na tą niedzielę czekałem pewnie ponad dwa miesiące. Z takim bowiem wyprzedzeniem kupujemy nasze bilety lotnicze. Okazuje się, że mniej więcej właśnie wtedy są one relatywnie najtańsze.

Znając termin lotu i czas nieobecności w domu, przygotowujemy go tak aby ten okres przetrwał jakoś bez nas. W tym roku dogadaliśmy się nawet ze Słowakiem ze Słowacji. Miał dopilnować naszego dobytku, tak jak my to robimy z jego, w trakcie jego wojaży.

Milańskiemu udało się dojechać nam zabrakło trzech dni do wylotu. W normalnych warunkach dzisiaj właśnie miałem katapultować się przez Atlantyk do ziemi ojczystej. Nic z tego nie wyjdzie. Nawet gdybyśmy dojechali do Trumpolandii to dalsza podróż i tak nie doszłaby do skutku.

Widać tak miało być. Patrząc jednak z punktu widzenia bezpieczeństwa to pewnie w mojej oazie spokoju powinienem tutaj obawiać się czegokolwiek najmniej.

Pisałem już o moich próbach odzyskania kasy za przelot do Stanów, który został odwołany. Agencja, przez którą kupiłem bilety, Hotwire, ślicznie umyła łapki i nawet nie odebrała mojego telefonu. Walka z liniami JetBlue skończyła się częściowo pomyślnie bo coś tam sobie potracili.

Lot do Polski też został, zgodnie z oczekiwaniami odwołany. Nawet nie próbowaliśmy dzwonić na Kayak, pośrednika w zakupie tego biletu. Odrazu skierowaliśmy nasze kroki w kierunku Lufthansy. Nie miałem najlepszych przeczuć bo i te linie zawiodły mnie kilka razy w zakresie traktowania klienta z klasy ekonomicznej. Stąd jest nam trudno się dodzwonić gdziekolwiek. Musimy używać połączeń internetowych. Te nie zawsze funkcjonują na tyle dobrze aby czekać na linii w nieskończoność. Wielokrotnie połączenie po prostu ginie i od nowa Polska Ludowa. Pomaga nam w takich sytuacjach nasz drugorodny dzieciak ze Stanów.

Przekazałem mu wszystkie dane i ze sporym niepokojem oczekiwałem na wieści z północy. Przyszły niespodziewanie szybko i niespodziewanie pozytywne. W przeciwieństwie do JetBlue, Lufthansa podeszła do sprawy tak jak powinien podejść każdy inny w okresie świrusa. Cały mój bilet zostanie zrefundowany. Widać są jeszcze ludzie i kompanię myślące.

Na temat Lufthansy pisałem już kilkakrotnie i były to uwagi krytyczne. Żeby nie było, że ograniczam się tylko do wytykania. Tak właśnie wyobrażam sobie szacunek do pasażera, szczególnie tego z klasy ekonomicznej. To przecież dzięki niemu te loty mają sens. Tych ludzi jest najwięcej. My latami za swoje w przeciwieństwie do pasażera z biznes klasy, który zapewne nawet nie wie ile kosztuje jego bilet. Dzisiaj a raczej wczoraj Lufthansa okazała ludzką twarz w tych nieludzkich czasach. Za dwa tygodnie zobaczymy jak Luśkę potraktuje nasz rodzimy przewoźnik.

Hotwire, JetBlue i Lufthansa

No i siła wyższa zdecydowała za mnie. Polecę tyle, że Dupapesztu jak to się kiedyś mówiło, na podróż z zerowym prawdopodobieństwem. Nie ulega wątpliwości, że napewno wylecę tylko, że z domu do grabienia trawy, którą wczoraj skusiliśmy. Jakiś lot z tej sytuacji wyjdzie, jednym słowem.

Ekwador podobnie jak wiele innych krajów zamknął swoje granice. Owszem jak chce ktoś wylecieć to problemów robić nie będą. Z przelotami już nie jest tak różowo. Tylko obywatele i posiadający prawo pobytu mogą wrócić do kraju. To spowodowało reakcje łańcuchową bo przecież samoloty nie będą latać puste do Ekwadoru żeby odebrać tych, podobnych do mnie co chcieli stąd wylecieć, zatem odwołano wszystkie albo niemal wszystkie podniebne wojaże. W tym oczywiście nasz lot do kraju nieziemskich możliwości.

Koronowirus szaleje w najlepsze. Czy jednak wyzwolił w nas, kryjących się pod wszelkiego rodzaju imionami kompanii czy przedsiębiorstw, jakiekolwiek ludzkie zrozumienie? Nic z tych rzeczy.

Byliśmy gotowi podjąć ryzyko i lecieć. Zdecydowano za nas. Pewnie to i lepiej. Skoro jednak tak się sprawy pomieszały oczekiwaliśmy zwrotu pieniędzy za bilety. Tradycyjnie kupujemy je za pośrednictwem agencji internetowych. Po pierwsze tak wygodniej, a po drugie taniej. Nie pracuję dla żadnej agencji rządowej żeby latać za darmo, niestety. Przywileje pana Kuchcińskiego zatem mi nie przysługują. Tak na marginesie.

Dzwonię zatem do agencji o gorącej nazwie Hotwire aby dowiedzieć się na temat odzyskania kasy. Nagrany głos przygotowuje mnie na dłuższe czekanie bo i sytuacja nie jest normalna. Mówią o nieco ponad dwudziestu minutach. Nie jest źle pomyśleliśmy z Luśką. Czas ten jednak przedłużył się do dwóch godzin, po których wreszcie poddaliśmy się. Próbował pomóc nam syn ze Stanów. I on poddał się po dwóch godzin wysłuchiwania bzdur w stylu jak ważny dla tej agencji jest klient.

Nie mając innego wyjścia zwróciliśmy się bezpośrednio do linii lotniczych, w tym przypadku JetBlue. Tu przynajmniej połączenie doszło do skutku. Co ciekawe JetBlue przysłał mi wiadomość o odwołaniu lotu. Dopiero po dwunastu godzinach od tej wiadomości Ekwador zamknął granice. Dostałem zatem kolejna wiadomość, że lot jest odwołany właśnie z tego względu.

Dlaczego o tym piszę. Ano dlatego, że agenci linii lotniczych próbowali nam na początku sprzedać małe kłamstwo, że to również i nie ich wina, że lot został zawieszony. Byli jednak dość wyrozumiali, chyba takie dostali zalecenia. Najpierw odmawiać a potem próbować cokolwiek aby utrudnić zwrot. Zrefundowali nam wreszcie nasz bilet do USA. Powrotny mamy już z innymi liniami i zobaczymy jak to nam pójdzie.

JetBlue, chociaż oddał nam naszą kasę to postanowił coś sobie zatrzymać. Otóż w cenie biletu są jakieś opłaty dla Ekwadoru. Pewnie jest to i prawda. Tylko czy linie będą płacić nawet za niewykonane loty, zwłaszcza, że doszło do tego ze względu na zamknięcie granic? Osobiście sądzę, że to kłamstwo szyte grubymi nićmi. No cóż jakiś wirus szaleje, ludzie umierają, zapanował ogólny strach, tracą wszyscy. Jeśli jednak można kogoś wykiwać na kilka dolców, w naszym przypadku na pięćdziesiąt od osoby, to czemu nie.

Aż mnie przeraża co wymyśli bardziej doświadczona Lufthansa, z którą miałem lecieć do Polski. Znajoma, która planowała lot w marcu, musiała go przenieść na wrzesień. Jedyne dwieście dwadzieścia pięć zielonych ekstra.

Już dzisiaj widać, że koszty tego szaleństwa poniesie jak zwykle przeciętny Kowalski, Smith, Johnson, Murphy, Martinez czy inny Kunta Kinte.

Górskie niespodzianki

Marzec to w Ekwadorze początek pory deszczowej. Tyle, że to w ostatnich latach ma charakter bardziej umowny. W ubiegłym roku pora deszczowa trwała tutaj niemal cały rok. Każdy miesiąc miał więcej dni z opadami niż tych bez nich. Dopiero tegoroczny luty zmienił te proporcje na korzyść dni bezdeszczowych.

Marzec zaczął się z przytupem. Pierwsze jego dni dały znać, że jak pora deszczowa to i padać zamierza. Po dwóch lub trzech dniach pojawiło się jednak słoneczko i niespodziewanie zrobiło się bardzo przyjemnie.

Z piątku na sobotę znowu nastąpiła zmiana pogody i woda polała się z nieba. Padało relatywnie mocno i dość długo. Jednak to nie pierwszy raz mieliśmy do czynienia z taką ulewą. Nic więc nie zapowiadało jakieś katastrofy powodziowej.

Nikt jednak nie zdawał sobie sprawy, że ziemia jest juz dość nasycona wodą i kolejne opady zwłaszcza intensywne muszą się skończyć jakimś zaskoczeniem.

W sobotę z rana Milansky wyruszył na swoim skuterze do miasta. Ujechał sto metrów, jeśli tyle. Na przeszkodzie stanęło mu średnich rozmiarów osuwisko ziemi, na tyle jednak duże, że ani rusz przedrzeć się przez niego nie było sposób. Akurat odwiedzałem naszego sąsiada, gdy ten przygotowywał się do walki z zatorem. Obiecałem pomoc. Nie było mi jednak dane. Oto bowiem Pepe zjawiał się niespodziewanie bo jego dostawczak ugrzązł nieco dalej. Tam rownież góra się rozsypała na drogę. Tylko, że to była juz bardzo konkretna sterta zniesionych drzew wymieszana z ziemią i błotem. Pepe chciał się wycofać, tyle tyko, że gdzieś za mocno mu się skręciło i wpadł w pobocze, które tez trzymało się siłą drzew. Próbowaliśmy wyciągnąć to biedne auto. Na próżno jednak. Dopiero po kilku godzinach zjawił się buldożer, który był w stanie poradzić sobie z problem naszego i wszystkich okolicznych mieszkańców, robotnika.

Potem nastąpiło żmudne usuwanie wszystkiego co kompletnie zatarasowało drogę. A było tego trochę. Naprawa zajęła ponad pięć godziny. Po tym okresie znowu zostaliśmy połączeni ze światem.

Na szczęście od soboty nie pada i mamy całkiem fajna pogodę. Oby jak najdłużej bo góra nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa.

Małe splunięcie.
Duże splunięcie.
Terminator w akcji

Na dzień dzisiejszy.

Na ten dzień czekaliśmy z niecierpliwością. Nie ze specjalnej tęsknoty. Bardziej z ciekawości. Bardziej również w związku z naszymi podróżnymi planami.

Nasz sąsiad czyli Milanski, jak go na swoje potrzeby spolszczyłem, właśnie wrócił ze swojego kraju urodzenia do kraju, w którym się osiedlił, znaczy się do Ekwadoru.

Słyszeliśmy mnóstwo różnych różności na temat sytuacji na lotniskach, wydłużonym czasie związanym ze sprawdzania podróżujących. To wszystko jednak ze słyszenia. Milanski miał nam dać odpowiedź na to wszystko z punktu widzenia tego, kto właśnie przeleciał kawał świata i zobaczył lotniskową sytuacje na własne oczy.

Jego odczucia trochę nas uspokoiły przed naszym odlotem. Otóż jak nam mówił, lotniska wcale nie są puste. Leciał z Wiednia do Amsterdamu potem do Madrytu by skończyć podróż w porcie, z którego nam przyjdzie wkrótce odlatywać czyli Guayaquil. Wszędzie było sporo ludzi a samoloty w dziewięćdziesięciu procentach wypełnione. Było więcej kontroli a po przyjeździe do Ekwadoru mierzenie temperatury. Nie wyczuł jednak zbytniej paniki jeśli już cokolwiek to odrobine ostrożności.

Pokrzepiły te informacje nasze skołatane serca. Póki co zatem wszystko zgodnie z planem, przynajmniej w części pierwszej czy przylotu do Wielkiego Brata. Dalsza cześć podróży stoi pod sporym znakiem zapytania ze względu na obowiązkowe kwarantanny. Nie mam najmniejszego zamiaru siedzieć zamknięty gdzieś tam przez dwa tygodnie.

Przygotowania zatem postępują pełną parą. Decyzje raczej zapadły. Mogą je tylko zmienić linie lotnicze odwołaniem lotów.

Jeszcze wczoraj

Jeszcze na początku tygodnia nic nie wskazywało na zbliżające się wirusowe problemy. Świat już wiedział od paru miesięcy o nim i chińskich problemach w walce z nim. Potem dowiedzieliśmy się, że zaczyna się przemieszczać i pojawiać w innych zakątkach naszego globu.

Nikt jednak nie bił na alarm a wręcz odwrotnie. Namawiano do spokoju, zachowania zdrowego rozsądku, przestrzegania ogólnie znanych zasad higieny i powinno być dobrze.

Sam wirus radził sobie z tym wszystkim dość dobrze, przenosząc się z Azji w coraz to odleglejsze miejsca na naszej planecie. Dotarł relatywnie szybko do Europy. Najpierw na jej południowych obrzeżach. We Włoszech ponoć go zbagatelizowali, pewnie i w Hiszpanii na początku nie przywiązywano do niego zbytniej uwagi. Dzisiaj w obu państwach mamy największe jego ogniska zapalne.

Jeszcze na początku tygodnia żyliśmy relatywnie normalnie, bez specjalnej paniki przeświadczeni o kontrolowanym rozwoju wirusowej sytuacji.

Aż tu nagle ze środy na czwartek przypomniała sobie o swoim powołaniu Światowa Organizacja Zdrowia po angielsku World Health Organization w skrócie WHO, ogłaszając pandemie.

Nie wiem oczywiście czy się kierowano i co się musi stać aby to zrobić. Z krajów azjatyckich, w których to wszystko miało początek pojawiają się informacje o coraz to mniejszej ilości zachorowań. I właśnie teraz WHO decyduje się ogłosić pandemie.

Świat już w czwartek dostaje rozwolnienia. Stany i państwa europejskie zaczynaja wprowadzać coraz to większe restrykcje niemal w każdym zakresie. Zamykane są granice, odwoływane imprezy sportowe, szkoły, zakłady pracy, uczelnie, zgromadzenia wszelkiej maści są odwoływane, że nie wspomnę o komunikacji lotniczej.

Jeszcze w środę świat wyglądał spokojny w czwartek kompletnie zwariował.

Czy można było coś zrobić wcześniej? Sam nie wiem. Rozwój sytuacji karze mi jednak sadzić, że i w tym przypadku pojawi się cała sterta teorii spiskowych.

Już od jakiegoś czasu głośno się mówi o starzeniu się naszej planety. Seniorom trzeba pomoc w przeprowadzce i to możliwie szybko i dużej ilości. Koronowirus zdaje się być idealnym narzędziem. Czy to jednak o to chodzi?

Mnie się podoba powiedzenie, że jak nie wiadomo o co chodzi to biega o pieniądze. Domyślam się, że na walkę z aktualną zmorą pójdą niewyobrażalne sumy. W takiej ilości łatwo jest coś przemycić tu i ówdzie. Czy to uzasadniona teoria spiskowa?

Każda z nich ma w sobie odrobine prawdy. To, że istnieją i pojawiają się w każdej takiej sytuacji to nie nasza skłonność do ich szukania. To bardziej wynik sprawowania władzy przez ludzi o wyjątkowo podłej naturze i brudnych rękach.

Czy i z tym przypadkiem mają oni coś do czynienia? Kto wie. Mnie jednak zachowanie Światowej Organizacji Zdrowia nie bardzo przypadło do gustu.

Ból głowy

Ogarnął mnie dzisiaj i to okrutniasty. Mam nadzieję, że nie przerodzi się w jakaś migrenę. Nie, nie aż tak źle nie jest. Łeb mi trzeszczy na myśl o przyszłym tygodniu. Zewsząd atakują nas tym wirusem co to z Chin po świecie się rozleciał, a my zbieramy się do podróży. Gdzie nie spojrzysz wszędzie informacje aby siedzieć na czterech literach we własnym domie a nam latać się zachciało.

Co tu robić? Z mediów ewidentnie wynika, że to już nie żarty. Sklepy pustoszeją bo ludzie zaczynaja przygotowywać się na najgorsze. U nas tego wciąż nie widać, chociaż przypadki zachorowań i tutaj zostały już potwierdzone. Niby wszystko pod kontrolą. W Cuence też nie czuć paniki a w sklepach nie widać nalotu i wykupywania towarów.

Tu póki co wyglada wszystko bezpiecznie. W przeciwieństwie do Trumpolandii gdzie się wybieramy w pierwszej kolejności. Ichni wódz zaczyna pokazywać swoją nieprzewidywalność i wprowadza obostrzenia. Być może on właśnie rozwiąże mój dzisiejszy stan i zabroni ruchu powietrznego we wszystkich kierunkach. Jak narazie wbił nóż w plecy tylko Unii w tym kumplom znad Wisły. To akurat mi się podoba, bo ta banda zapatrzona w niego, dostała kolejną nauczkę, z której i tak nie wyciągnie wniosków bo niby jakie skoro spluli wszystkich dookoła.

Ale nie o tym chciałem. Trzeba mi jechać a tu jak na złość wszystko jakby na przekór. Nie powiem żeby wieści ze świata nie robiły na mnie wrażenia. Robią. Z drugiej strony jak już wielokrotnie mówiłem, widzi mi się, że od przeznaczenia nie ma ucieczki. Dlatego jestem zdecydowany. Jedyne co może mnie powstrzymać to uziemienie wszystkich lotów.

Czyje to słowa – „niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba”.

Na wszelki wypadek dam sobie w żyłę witaminę C. Myślałem też o donacji do pewnego radia w intencji mojej podróży. Zrezygnowałem jednak bo efekt mógłby być odwrotny.

Gwoli pokrzepienia…

Halo, gazownia?

Poniższym tekstem podzieliła się serdeczna znajoma na swoim fejsbukowym koncie. Napisała przy nim, że czytając go nie mogła powstrzymać się od śmiechu. I ja się uśmiałem serdecznie i prawdę mówiąc liczę na to z waszej strony.

Czkawka, odbijanie się i puszczanie bąków, to naturalne funkcje organizmu. Zwykle wywołują śmiech osób, które są ich świadkami, winowajcę wpędzając w poczucie wstydu i zakłopotanie.

Spośród nich, rolę najbardziej zawstydzającego, z całą pewnością pełnią bąki. O bąkach wiemy dziś znacznie więcej ponad to, że zabawnie brzmią, mają przykry zapach i pochodzą z brzucha.

Poniżej przedstawiamy kilka faktów, o których prawdopodobnie nigdy nie słyszałeś:

Mężczyźni puszczają bąki częściej od kobiet.

Pierwotne znaczenie słowa “fart” (ang. pierdzieć) wywodzi się od słowa “fort”, co dosłownie oznacza wiatr z odbytu. Słowo to zostało użyte po raz pierwszy w 1962 roku.

Przeciętna osoba puszcza bąki około 14 razy na dobę.

14 bąków na dobę wystarczy do napełnienia balonu.

Puszczanie wiatrów nie powinno być niczym wstydliwym. Świadczy to o tym, że nasz organizm i układ trawienny działają poprawnie. Jeśli nie puszczasz bąków, powinieneś udać się do lekarza.

W składzie bąków znajduje się siarkowodór, który zmniejsza możliwość występowania uszkodzeń w mitochondriach. Wąchanie bąków jest więc zdrowe. Następnym razem, kiedy poczujesz, że ktoś obok ciebie puścił bąka, podziękuj mu 🙂

Kobiece wiatry przeważnie pachną gorzej ze względu na większą zawartość siarkowodoru. Wąchanie ich jest również zdrowsze.

Przeciętna prędkość wypuszczanego bąka to ponad 3m/s.

Im ciaśniejsze zwieracze, tym bąki będą głośniejsze.

Guma do żucia i gazowane napoje sprawiają, ze puszczasz więcej baków. Jeśli znasz kogoś, kto żuje dużo gumy i pije gazowane napoje, lepiej trzymaj się od takiej osoby z daleka 🙂

Większość bąków puszczamy nocą.

W świecie zwierząt najwięcej bąków puszczają termity. Zaraz za nimi znajdują się: wielbłądy, zebry, owce, słonie oraz psy (w szczególności golden retrievers i labradory).

https://twojenowinki.pl/lol/45952/12-faktow-na-temat-puszczania-bakow-o-ktorych-nie-miales-pojecia.html