Szklana ściana

Cała ściana naszej hacjendy od strony ogródka jest wykonana ze szkła. Oryginalnie tak nie było. Kiedy się jednak okazało, że patio jest bezużyteczne z uwagi na wiatr i deszcz postanowiliśmy je zadaszyć i oszklić.

Od tej strony dzieje się najwiecej jeśli chodzi o ptactwo. Tu jest najwiecej kwiatów, których nektar stanowi zapewne pożywienie dla wielu z latających stworzeń. Walą zatem na przepadłe ale na ogół o określonym czasie. Często z tego rozpędu dość mocno uderzają w szybę no i oczywiście tracą na pare chwil orientacje. Czasami jest to dłużej, czasami natychmiast się otrzepują i odlatują.

Mieliśmy kilka przypadków, że dochodzenie do siebie trwało dość sporo. Nie zdarzyło się jednak aby ptak przeniósł się na łono Abrahama.

W ubiegłym roku tego samego dnia dwóch różnych lotników przywaliło zdrowo w szyby. Dość długo nie mogły się pozbierać, dzięki czemu załapały się na pamiątkowe zdjęcie.

Danych personalnych nie udało mi się ustalić. Może ktoś rozpoznaje?

Reklamy

Koliber, ptak lokalny

Jednymi z popularniejszych ptaków w naszej okolicy są koliberki. Jest ich w tej okolicy dość sporo. Są jednak ciężkie do sfotografowania. Chociaż nie całkiem do końca. Sąsiedzi maja specjalny dla nich karmnik, który służy również jako wabiki. W trakcie jednej z moich wizyt u nich udało mi się je złapać na mój telefon.

Wiele o nich nie wiedziałem. Skorzystałem zatem z Wikipedii. Oto najciekawsze informacje:

Są najmniejszymi ptakami świata. Ich wielkość waha się w granicach od 6 do 22 centymetrów a waga od 2 do 20 gramów.

Z uwagi na szybki metabolizm, jedzą dwukrotnie więcej niż ich masa ciała

Ich serce bije od 500 do 600 razy na minutę. Może jednak osiągnąć nawet 1260 uderzeń.

W nocy zwalniają metabolizm, popadając w odrętwienie. Ich serce bije wtedy od 50 do 180 razy na minutę

Samce są większe od samic

Pióra rozszczepiającym światło, nadając ptakom barwny wygląd. Posiadają jednak tylko dwa barwniki: czarny i brązowy

Aby zachowały swoje właściwości, pióra musza namakać, co zapewnia, kąpiel, deszcz lub mgła

Maja bardzo krótkie nogi o czterech palcach

Tempo uderzeń skrzydłami zależy od wielkości ptaka i waha się od 10 do 90 uderzeń na sekundę

Osiągają prędkością do 120 km/godzinę

Potrafią unieść się pionowo i zacisnąć w powietrzu. Latają również na boki

Samica znosi najczęściej dwa jaja

Okres wysiadywania trwa od 14 do 19 dni

Jajo kolibra waży 0.25 grama.

Leżaki w akcji

Wielokrotnie wspominałem o powodach naszej przeprowadzki do Ekwadoru. Chcieliśmy zdecydowanie więcej słońca. Co ciekawe, nasza pierwsza wizyta tutaj, dziesięć lat temu miała miejsce właśnie na przełomie sierpnia i września i wtedy nie odczuliśmy chłodu z którym mieliśmy do czynienia ostatnimi dniami. Tych spadków temperatury dość długo nie było. Dopiero ostatnie dwa lata są pod tym względem inne. Specyfiką tej szerokości geograficznej jest chyba nieprzewidywalność pogodowa. Niby równik a w naszym przypadku blisko do równika, a jednak nie znaczy to wcale, źe tu nic innego poza słońcem się nie dzieje. Pewnie na wybrzeżu Pacyfiku tego typu dylematów nie mają. W górach jest jednak inaczej. Tu pogoda co metr niżej albo wyżej zmienia z dnia na dzień. Często u nas pada a w Cuence, która jest pięćset metrów niżej, już nie.

Ostatnio jednak pogoda zachowuje się jednak wyjątkowo kapryśnie. Pare dni temu narzekałem na chłodne i deszczowe dnie. No i nagle ni z gruszki, ni z pietruszki zrobiło się słonecznie. Do tego stopnia się ociepliło, że wyciągnęliśmy nas sprzęt do opalania i oddaliśmy się słodkiemu lenistwu. Co będzie jutro? Kto to wie. Dzisiaj jednak podnieśliśmy poziom witaminy D w naszych organizmach dość znacznie. A to przecież ciagle tutejsza zima, która skończy się na początku września.

Tutejsi seniorzy mówią, że najgorsze mamy za sobą. Oby mieli rację.

Nie ma to jak zimową porą na zewnątrz chwycić trochę opalenizny.

Co kombinuje Ziemia?

Nasza planeta ostatnio daje mi się we znaki. Nawet ją rozumie bo zmiany, z którymi musi walczyć w dużej części zostały spowodowane naszą działalnością. Mam jednak wrażenie, że zachodzą też inne przeobrażenia wynikające z cykliczności niektórych zjawisk na ziemi. Teoretycznie wszystko co się dzieje na półkulach północnej i południowej powinno być podobne tylko w innych miesiącach. Na mój chłopskich rozum w stosunku do północy tutaj powinnismy być sześć miesięcy do tylu lub do przodu, jak kto woli. Przyjmując takie rozumowanie sierpień na mojej półkuli to odpowiednik lutego na północy. Sprawdza się to pod względem temperatur. Rzeczywiście lipiec i sierpień to najchłodniejsze tutaj miesiące. Im bliżej równika te temperatury powinny się spłaszczać, to znaczy, że nie powinno być zbyt wielkich wahań ani w górę, w dół. Jeszcze dwa lata temu tak właśnie było. Dnie były pogodne w nocy natomiast dość chłodno. Lipiec i sierpień charakteryzowały się też małą ilością opadów i dość sporym wiatrem. Od ubiegłego roku coś się jednak stało. Zdecydowanie więcej mamy deszczu i zdecydowanie jest chłodniej i to nie tylko w nocy. W lipcu mogliśmy policzyć na palcach jednej ręki dni bezdeszczowe. Sierpień pod tym względem jest lepszy. Jest jednak nieprzyzwoicie zimno i niemal każdego dnia niebo jest zachmurzone. Pojęcie ogrzewania w domu jest obce w Ekwadorze. W najchłodniejszych miesiącach pali się tutaj w kominkach lub w piecykach popularnie zwanych w Polsce kozami. Słońce tutaj jest bardzo ważnym elementem grzewczym. Również dla nas. Budując dom zdaliśmy się na naszego architekta pod względem nasłonecznienia domu. Chcieliśmy mieć świetliki w dachu. On jednak twierdził, że tego się nie praktykuje na równiku bo tu słońce przez cały rok grzeje ze wszystkich stron. Skoro gość tu mieszka i zna te okolice to chyba wie o czym mówi.

Niestety nie wiedział. Jego niechęć do okien dachowych wynikała z nieznajomości tej technologii. Słońca wewnątrz mamy jak na lekarstwo, co powoduje, że w chłodne dni bez systemu grzewczego i braku słońca, wewnątrz jest dość chłodno.

Mamy kominek, który pomaga. Ostatni tydzień dał mi wyjątkowo popalić. Było bardzo chłodno na zewnątrz i na dodatek każdego dnia pochmurnie i deszczowo. Przekładaliśmy nasza wycieczkę do Cuenki aż do piątku. Dopiero tego dnia uśmiechnęło się do nas słońce. Tak jest drugi rok z rzędu. Poprzednimi laty chłodno było jedynie w nocy. W dzień zaś zawsze choć na chwile wychodziło słońce. Wyjście z naszej powierzchni kuchennej jest bezpośrednio na oszklone patio. Przy słonecznym i nawet chłodnym dniu patio się nagrzewa i przez otwarte drzwi ciepło wchodzi do domu. Brakuje jednak ostatnio słońca, co zdaje się być dość nietypowe. Dodatkowo w okolicach Quito, które jest bliżej równika, spadł śnieg. Zaskoczeni kierowcy nie wiedzieli jak się zachować na śnieżnej ślizgawce. Pojęcie odśnieżania jest tutaj kompletnie obce.

Nasza działalność ma niewątpliwie efekt niszczący. Myśle jednak, że i Ziemia coś kombinuje. I niech sobie kombinuje, byleby dała mi znać.

Z ekwadorskiego ogródka 2

Parę miesięcy temu opublikowałem notkę na temat jednego z owoców charakterystycznych dla tej strefy klimatycznej. Była to guanabana. Chciałem przedstawić inne owoce ale jakoś tak schodziło. Najwyższy czas pokazać kolejny owoc, który raczej ciężko znaleść w Europie z uwagi na szybki proces dojrzewania i przejrzewania.

Cherimoya, bo o niej mowa, jest bardzo podobna do guanabana. Jest jednak o wiele mniejsza. Dla mnie smakowo jest identyczna. Jednak moja dziewczyna mówi, że różni się smakowo. No cóż, w tym względzie muszę bardziej polegać na jej zdaniu. Jeśli jednak jest jakakolwiek różnica to zdecydowanie minimalna.

Jest ona owocem flaszowca peruwiańskiego i znawcy smaków twierdzą, że smakuje jak gotowy budyń lub słodki krem, stąd jej angielska nazwa custard apple czyli jabłko o smaku kremu budyniowego. Owoc ma zieloną łupinę i dość duże czarne pestki w środku otoczone białym miąższem. Spożywa się jedynie białą zawartość.

Chemrimoya bogata jest w witaminy C, E i B6. Zawiera błonnik, magnez, potas, fosfor i żelazo. Jest doskonałym antyoksydantem, ma właściwości, antybakteryjne, antynowotworowe i wpływa pozytywnie na odporność organizmu. Tak o niej piszą na różnych internetowych stronach.

Rzeczywiście jest smaczna ale podobnie do guananaby, po kilku kęsach zaczyna być odrobine mdła. To jednak moje odczucie.

A, że wczoraj ją jadłem to dzisiaj o niej piszę.

Trzysta sześćdziesiąt stopni.

Wielokrotnie już pisałem o mojej drodze bitej do autobusu, skąd dojeżdżamy do Cuenki. W ubiegłym tygodniu pogoda nam dopisała. Pomyślałem sobie, źe wybiorę jeden z punktów drogi i trzasnęła pare fotek z tego miejsca dookoła.

Oto co z tego wyszło.

W tą stronę wracamy do domu. Po lewej skały.

A to już przeciwna strona ze stromym zboczem

Widok na góry po przeciwnej stronie rzeki

Droga musiała by wycięta na zboczu. Powyżej ściętych skał znowu zielono.

A pod rodzę natknęliśmy się na konika. Maja spore zastosowanie tutaj.

Na drodze.

Nasza droga do autobusu to taka alejka pośród drzew. Liczy sobie ona około pięć kilometrów. W początkowej fazie drzewa znajdują się po obu stronach. Po przejściu około kilometra zaczynają się pastwiska. Teren się bardziej wyrównuje stąd został zaadoptowany na potrzeby bydła. Jednak po przejściu kolejnych dwóch kilometrów wszystko się zmienia. Znowu po jednej ze stron pojawia się przepaść a po drugiej skalista grań, która został obcięta na potrzeby wykonania drogi.

Dojście do autobusu zajmuje nam mniej więcej godzinę. Ponieważ odwiedzamy Cuenkę ostatnio raz w tygodniu to jest to świetny spacer. Bez pośpiechu. Krajobraz miejscami przy pogodnym niebie zapiera oddech w piersi. Powietrze, jak to w górach, w trakcie naszej porannej wyprawy jest dość chłodne o każdej porze roku. Gdy jednak wracamy ociepla się i jest bardzo komfortowo na każdej wysokości. W sumie te pięć kilometrów to różnica około pięciuset metrów w wysokości nad poziomem morza.

Droga powrotna jest oczywiście bardziej wymagająca. Trzeba się teraz wspiąć. Gdy jednak nigdzie się nam nie spieszy i czas nie odgrywa żadnej roli, to można się wspinać, pod warunkiem, że zakupów nie mamy na plecach. Na powrót z zakupami mamy zawsze dwie opcje. Pierwsza to nasz taksówkarz z Cuenki, którego koszt to piętnaście dolców. Druga to nasz pracowity Pepe, który zjeżdża po nas do przystanku autobusowego a potem wywozi nas do góry. W tym przypadku musimy dojechać autobusem z Cuenki z naszymi zakupami. Trochę to uciążliwe ale oszczędzamy całą dychę, bo wyjazd z Pepe kosztuje nas piątkę. Kogo zatrudnimy, często decyduje o tym pogoda i wielkość zakupów.

Moja autostrada

A przy niej różnorodność

Na skałach też coś rośnie.

I jeszcze taki drzewko z widoczkiem

Trawa pampasowa

Trawa pampasowa to jedna z popularniejszych roślin naszym terenie. Rozsiewa się sama i rośnie w tempie wręcz niemożliwym. Nic jej nie przeszkadza. Deszcze, słońce wiatr, zimno, ciepło wsio ryba. Nie cieszy się jednak zbytnim szacunkiem tubylców. Przede wszystkim z powodu swojej inwazyjności. Jak już się jej pozwoli rozrosnąć to wyrwać to badziewie jest wręcz niemożliwe. Głęboki i mocny system korzenny sprawia, że trzeba się sporo napracować aby się jej pozbyć. Próbowałem już wielokrotnie z piecdziesiecioprocentowym powodzeniem. Wtedy kiedy udało mi się ją wreszcie wykopać, to zajęło mi to pewnie pół dnia, a pod koniec ja wyglądałem gorzej niż ta trawa. Z dwóch przyczyn, po pierwsze wysiłek był dość spory, a po drugiej te jej zielone, ładnie wyglądające liście są ostre jak brzytwy. Chociaż pracowałem w rękawiczkach i z długim rękawem to mimo wszystko nie udało mi się uniknąć poważnych nacięć na skórze.

Miejscowi traktują ją jak chwast i ja skłaniam się w tym kierunku. Niestety ogrodowa estetyka nie zależy ode mnie. Mamy więc pare krzaków rozsianych po całej powierzchni naszej posesji. Od czasu do czasu trzeba to dziadostwo przyciąć i usunąć uschnięte jego części. Z nieukrywaną radością przyjąłem zgodę ogrodowego guru do zatrudnienia naszego stałego pomocnika Señora Pepe aby zajął się rzeczoną trawą. Na wiadomość o możliwości zarobku nawet się ucieszył. Mina mu jednak zrzedła kiedy zrozumiał co będzie musiał zrobić. Dwie dychy piechotą jednak nie chodzą. Zeszło mu cały dzień zgodnie z naszymi oczekiwania, no i wyglądał jakby właśnie wrócił z wojny. Z tą małą różnicą, że wciąż miał uśmiech na twarzy.

Przed fryzjerem

Po fryzjerze.

A ptaszkom sprawiliśmy poidełko.

Pepe nie wyraził zgody na publikacje jego foty. 😂😂😂😂

Święta w lipcu i żart do wpisu Optymisty

Słońce zdecydowanie nas nie rozpieszcza. Trudno jednak się dziwić bo ono przecież o tej porze roku operuje przed wszystkim na półkuli północnej. Po mojej stronie świata, nad oceanem zapewne jest ciepło, jednak w górach temperatury zdecydowanie niższe. Zdarzają się oczywiście dni słoneczne ale na tej wysokości, jak nawet wiaterek tylko sobie dmucha od niechcenia to i tak czuć go pod skórą. A gdy słońca nie ma i niebo zachmurzone i jeszcze do tego powiewa to ten chłód na zewnątrz natychmiast przenika do środka. Naszym jedynym ogrzewaniem jest kominek, który spełnia role bardziej estetyczna niż grzewczą. Kiedy jednak go rozpalę to już sam ogień wywołuje poczucie ciepła.

Niedziela była właśnie takim chłodnym i niesprzyjającym do wyjścia na zewnątrz dniem. Filmów mamy od groma. Tylko jeszcze znieść drzewa, rozpalić i oddać się filmowej muzie. W międzyczasie Luśka zamięsiła ciasto i wyszły z niego bułeczki z czekoladowym nadzieniem. W południe, czy jakoś tak, do tego kawka i chwila lektury.

A w świecie gdzieś ścigają się szczury, niech się ścigają.

Kominek ma coś w sobie.

No i nie ma to jak pieczywo własnej roboty

Na koniec ku przestrodze żart dla Optymisty w kontekście trzeciej płci.

Taksówkarz wiezie zakonnicę. Przygląda jej się w lusterku i nie może od niej oderwać wzroku. Wreszcie siostrzyczka spytała czego ją tak świdruje swoim spojrzeniem. Kierowca szczerze więc jej odpowiedział, że jedną z jego fantazji seksualnych jest całowanie się z zakonnicą. – No cóż, jeśli jesteś kawalerem i chrześcijaninem to mogę cię pocałować – zaproponowała siostra. – Tak się składa, że jestem i tym, i tym – odpowiedział taksówkarz. – Skręć zatem w jakiś zaułek i się zatrzymaj.

Już po chwili stoją w ślepej uliczce i zakonnica żałuje tak namiętnie taksówkarza, że nawet panienka lepszych obyczajów by się tego nie powstydziła.

Jednak po pocałunku kierowca nagle się rozpłakał.

– Co się stało – pyta zakonnica

– Skłamałem – odpowiada kierowca – jestem Żydem i do tego żonatym.

– Nic się nie martw – odpowiada siostra – ja mam na imię Andrzej i wybieram się na bal przebierańców.

Tak, tak panie Optymista nawet habit może człowieka wprowadzić w błąd.

Lekcja hiszpańskiego

Pisząc ostani tekst o kartach kredytowych i debetowych, oryginalnie chciałem się podzielić moim pobytem w tutejszym banku. Okazało się jednak, że gdy już miałem zacząć o tym pisać tekst był już przydługi no i niespodziewanie odbiegłem od tematu, który zamierzałem poruszyć. Samemu mając kłopoty z koncentracją na zbyt przydługich tekstach, postanowiłem podzielić moje przemyślenia na dwa teksty. Poza tym łączy je jedynie temat karty bankowej sedno sprawy jest inne.

Otóż na punkcie tych wynalazków bankowych jestem przewrażliwiony. Staram się zmieniać hasła tak aby każda karta miała inne. Kiedyś pamiętałem to bez większych problemów. Kiedyś jednak nie wszystko było tak ohasłowane. Dzisiaj jest tego dość sporo bo i telefon, komputer, karta, konta rożnego rodzaju. Namnożyło się tego badziewia, że trudno spamiętać. Mam też fobie na punkcie spisywania tego na kartkach czy w notatniku z obawy przed zagubieniem czy kradzieżą. Staram się zatem gimnastykować mózgownice.

Zapomniałem jednak hasła do mojej tutejszej karty debetowej. Ona to podstawa. Nią wszystko płacę. Trzeba mi było iść do banku i zresetować hasło. Wiśta wio, hiszpański ciagle robi mi zagadki a jeszcze gdy się odrobine zdenerwuje to już kompletnie po zawodach. Tutaj z angielskim dość cieżko. Często jednak jest tak, że nawet jeśli znają go, to i tak nie będą z człowiekiem w innym niż hiszpański języku rozmawiać. Często biorę zatem tłumacza. Postanowiłem jednak, że ku..a muszę się wreszcie tego hablania nauczyć. Załatwiam zatem co mogę sam.

Wpadam do banku. Oczywiście do mojego okienka kolejka. Piętnaście minut, całkiem nieźle, i jestem obsługiwany. Tłumaczę, że moja karta nie działa bo ja zapomniałem hasła. Widzę, że mnie rozumie. Czyli sukces. Coś zaczęła stukać na komputerze i po chwili daje mi coś do podpisania. Patrzę na ten papier, paranoja, ale podpisuję. Pani mnie pyta czy znam mój numer telefonu, tak wtedy myślałem. Znam. Hasło tymczasowe to mój numer telefonu. Mam teraz iść do maszyny bankowej, włożyć kartę wbić tymczasowe hasło i zmienić je na swoje nowe. Eureka. Wale do maszyny. Rach, ciach karta w środku. Teraz wbijam numer telefonu. Ku..a on ma dziesięć cyfr a tu mi każe tylko cztery. Może wszystkiego nie zrozumiałem poprawnie. Jedna transakcja z głowy. Znowu karta w środku. Wbijam teraz cztery ostatnie numery mojego telefonu. Niby dobrze. Następny ekran. Zmieniam hasło. Następny ekran, a na nim tymczasowe hasło było niepoprawne, transakcja unieważniona. Może cztery pierwsze cyfry z mojego telefonu. Karta w środku. Wbijam cyfry. Wszystko się powtarza. Ostani ekran. Hasło tymczasowe niepoprawne. Trzecia próba i karta zablokowana. Walę znowu do okienka a tu kolejka oczywiście. Mało kogo obchodzi, że odstałem swoje. Stoję raz jeszcze. Inna pani. Tłumacze, że kartę szlag trafił i potrzeba ją odblokować. Znowu gmera coś, znowu coś podpisuje. Ta kobitka jednak widzi, że ze mnie jakiś niekumaty i daje mi koleżankę aby ta pomogła z maszyną. Walimy do maszyny. Koleżanka mnie pyta czy znam hasło tymczasowe. Niby skąd? Trzeba nam dzwonić do centrali. Bierze mnie do telefonu. Wykręca numer, coś tam habla i oddaje mi słuchawkę. Tam znowu ktoś tylko habla. Patrzę a moja przewodniczka wzięła nogi za pas i zniknęła. No to sobie teraz pohablamy. Z drugiej strony słuchawki ktoś coś nawija. Odpowiadam na tyle na ile potrafię. Co ciekawe, nawet się dogadujemy. Super. Wreszcie przez ten telefon dowiaduje się, że tymczasowe hasło miało zostać wysłane do mnie automatycznie na mój numer telefonu. Nie było ono żadnymi cyframi związanymi z telefonem. No dobra. Teraz kapuje. Patrzę na mój aparat. Na nim żadnej wiadomości. Mowie, nic nie otrzymałem. A jaki jest mój numer telefonu. Podaje. No i wreszcie dochodzimy do sedna. W moich danych bankowych figuruje stary numer telefonu. O ku…a. Dlaczego nikt nie sprawdził tego przy pierwszym podejściu. No dobra, za późno. Proszę o zmianę numeru na aktualny. Pani z drugiej strony słuchawki tego zrobić nie może. Muszę walić znowu do kolejki. Po raz trzeci.

Zmieniam wreszcie numer. Ale teraz muszę znowu skontaktować się z centralą aby ta potwierdziła, że został uaktualniony i wysłała mi kolejne hasło tymczasowe. Znowu pomaga mi pani od obsługi klienta. Po drugiej stronie dają mi kogoś z angielskim. Mój hiszpański był lepszy niż jej angielski. Była jednak bardzo miła. Każde zdanie rozpoczynała od mister czyli pan po naszemu, co po angielsku brzmi okrutnie zabawnie. Tak czy inaczej, wielki sukces. Telefon uaktualniony. Po chwili słyszę dźwięk przechodzącej wiadomości. Mam mamia. Walę znowu do maszyny z moja przewodniczką. Dwie godziny. To jednak nie ważne. Mi się generalnie nigdzie nie spieszy. Ale lekcja hiszpańskiego była bezcenna jak…karta mastercad.