Tam gdzie…koper rośnie.

Moja ogrodniczka z każdego pobytu w kraju przywozi na nasze nowe ziemie jakieś ziarenka czegoś tam. Przede wszystkim są to nasze pomidory, ogórki, korzeń chrzanu, korzeń żywokostu. Tudzież rownież marchewka, pietruszka, koper, cebula i Bóg jeden raczy wiedzieć co jeszcze.

Sadzi to potem i przygląda się co się przyjmie co nie bardzo ma ochotę. Problem polega też na tym, że pory roku tutaj zmieniają się w innych miesiącach, to znaczy w tych samych tylko każda przychodzi w innym terminie. Inna zagadka jest oczywiście pogoda, która w ostatnich dwóch latach zmienia się każdego roku. No i szlag wie co sadzić i kiedy sadzić. Powinno być ciepło a tu pada, powinno padać a tu ciepło.

Eksperymenty trwają, kapusta i sałata mają się dobrze. Marchew i inna pietruszka wyglada, że też będzie kooperować. Gorzej z naszymi pomidorami i ogórkami. Póki co zbyt dużo wilgoci w ziemi co im niespecjalnie służy.

Po latach walki wyglada, że uda się nam mieć chrzan, kompletnie tutaj nieznany. Z tym chrzanem to była kompletna parodia. Raz się przyjął i moja pani omal nie oszalała z radości. Jednak euforia nie trwała długo. Oto bowiem przyszedł czas koszenia trawy. Wpadłem w ten busz ze swoją żyłkową kosiarką i wzrokiem, który kiedyś, dawno temu, by 20/20 no i…..było po chrzanie. Że nie wspomnę o ilości ciepłych słów od szefowej.

Odkąd gada skosiłem, zawzięła się bestia i wyrosnąć już więcej nie chciała. Dopiero ostatnie sadzenie zdaje się przyniesie efekty pozytywne. Trzymam kciuki i liczę na pomoc wszystkich dobrze mi życzących.

No i na koniec słowo o koprze. Ten znalazł tutaj idealne miejsce i rośnie w takim tempie, że nie nadążamy go zrywać. Ale to jeszcze nic. Bestia mnie przerosła i jak wlezę w niego istnieje szansa, że się zgubie. Nie zapuszczam się zatem zbyt głęboko.

I to na tyle najświeższych doniesień z ogrodowego poligonu.

No dżungla prawie…😃

Reklamy

Widoki z dachu.

Budownictwo mieszkaniowe w staram mieście Cuenki odróżnia się od tego w nowoczesnych dzielnicach nie tylko stylem. Główna różnica to występowanie wewnętrznego dziedzińca. Nasz budynek jest skonstruowany właśnie na starych zasadach. Z zewnątrz wchodzi się na dziedziniec a potem po schodach do kolejnych apartamentów. Stąd tylko mieszkania usytulowane na zewnętrznych murach budynku mają widok na ulicę. Nasz niestety tego nie ma bo okna wychodzą właśnie na dziedziniec. Dzięki temu jest ciszej ale wadą jest mniej światła.

Budynek posiada również przestrzeń wspólną, a nawet dwie. Jedna jest utytułowana pod dachem, w sensie ochrony przed deszczem, a druga na dachu. Ta ostatnia ma służyć oczywiście przede wszystkim w dni słoneczne do wypoczynku i jeśli ktoś ma ochotę się opalać to i taka działalność jest dozwolona, pod warunkiem, że nie na golasa.

Z tej lokalizacji widać sporo Cuenki. Wiele przysłaniają sąsiednie budynki, jednak łatwo sobie uzmysłowić, że miasto leży w dolinie bo z każdej strony na horyzoncie widoczne są góry. Z dachu tez widać to co jest znakiem firmowym Cuenki, czyli kopuły bazyliki. Spotkaliśmy się ostatnio ze znajomą ze Stanów, która pokazała mi niesamowite fotografie owych kopuł nocą. Okazuje się, że są one podświetlane o czym ja nie wiedziałem.

Co ja będę więcej pisał. Niech przemówią zdjęcia.

Widok na kopuły bazyliki za dnia. W tle Andy.

A to widok o zmierzchu z innego dachu.

No i kopuły nocą

Naprzeciwko bazyliki znajduje się stara katedra, która jest już tylko muzeum. Choć zdjęcie niezbyt profesjonalne to oświetlona katedra wyszła dobrze.

Krystyny i Beaty dziewczyny taty.

Czy pamiętacie Rudiego Schubertha i Wały Jagiellońskie? Czepiła mnie się ostatnio Monika, dziewczyna ratownika jak rzep psiego ogona. Nie szło się od niej odczepić. Jej ciało opalone, niczym nie osłonione stało mi przed oczami jako żywe. Uciekłem zatem w swój tekst tej piosenki. I mam spokój.

Przy okazji na chwile coś innego niż Ekwador.

Przed sejmem tłum jest gapiów, to fani są światłości

Wrzaski głośne podnoszą na widok jej jasności

I w amok wszystkich wprawia, gdy swe wygina kości

A jak się już porusza, portki chłopom wybrzusza

Krystyno ach Krystyno Jarkową tyś dziewczyną

Pół sejmu ciagle marzy, że coś się zdarzy

Twa tusza wszystkich wzrusza a strój porusza

Gdy w talii się napinasz, Krystyna, Krystyna, Krystyna

Pewnego razu w parlamencie, poseł co był zwierzęciem

Spotkał się z nią na stronie i dostał w skronie

Marszałek miał baczenie, ostatnie swoje tchnienie

Wydał parlamentarzysta, z życia już nie skorzysta

Krystyno ach Krystyno Jarkową tyś dziewczyną

Pół sejmu ciagle marzy, że coś się zdarzy

Twa tusza wszystkich wzrusza a strój porusza

Gdy w talii się napinasz, Krystyna, Krystyna, Krystyna

Uwaga, uwaga, tu mówi prezes

Posłowie w ławach rządowych

Do Afryki jest bliżej z lotniska w Radomiu

Poseł z częścią nogi w nazwisku, proszę mnie nie drażnić

Powtarzam, proszę mnie nie drażnić. Prosiłem

Won mi teraz z partii.

Gdy sesja się skończyła, sala już uwierzyła

Krystyna to nie Monika, nikt jej nie będzie bzykał

I mieć jej nigdy nie będzie, Jarosław jest wszędzie

A gdy ktoś się odważy, to łotra się usmaży

Beato ach Beato, Jarek kocha cię za to

Żeś była jego wieszczem i kimś tam jeszcze

On kocha twoją broszkę choć już znoszoną troszkę

Boć on jak tata, Beata, Beata, Beata

https://youtu.be/i4iUFoO-G74

Dodatki

Cuenca była dla nas wciąż miastem nieznanym. Mając teraz miejsce, w którym mogliśmy się zatrzymać cały nasz czas przeznaczyliśmy na poznawanie miasta a w szczególności okolic naszego apartamentu.

Historyczna cześć miasta zwana rownież starym miastem odróżnia się od nowej tym, że wszystkie ulice są brukowane kamieniem. Są one o wiele węższe niż te na zewnątrz. Obowiązują tu również bardzo restrykcyjne przepisy budowlane. Stare miasto to zdecydowanie główny punkt turystyczny. To tu rozpoczynają się wszystkie wycieczki. Nic więc dziwnego, że to właśnie tutaj jest najwiecej małych sklepików i rożnego rzemiosła ręcznego.

Ekwador posiada spore złoża złota i srebra stąd jubilerów i drobnych producentów wyrabiających różności z tych materiałów jest w okolicach centrum dość spora ilość.

Jak można by się spodziewać na głównych ulicach turystycznych nie brakuje też wielu butików z pamiątkami. Koszulki, kieliszki z napisem Ekwador i Cuenca, torby z takimiż napisami typowe pomysły pod ludzi szukających czegoś co ma przypominać im podróż do Ekwadoru.

Nas to już przestało interesować. Ruszyliśmy zatem w poszukiwaniu elementów dekoracyjnych do naszego apartamentu pare ulic powyżej i bardziej oddalonych od centrum. Przewodnicy zniechęcają do buszowania po takich ulicach uważając je za mniej bezpieczne. My jednak mieliśmy zamiar tu mieszkać, chcieliśmy poznać nie tylko główne trasy ale właśnie i przede wszystkim te uliczki gdzie turystów nikt nie zaprowadzi. I tu nas spotkało spore zaskoczenie. Może ta cześć miasta nie jest tak estetyczna ale to właśnie tu znaleźliśmy warsztat malarski a jego najemca malował różności stojąc na jego zewnątrz. Na drzwiach wisiał obraz konia w ramach z drzewa, które wyglądało na mocno zużyte ale całość sprawiała wrażenie czegoś starego. Jak tu nie kupić takiego czegoś.

Pare uliczek dalej sklepik z różnościami do domu od obrazków po meble. I znowu coś dla nas. Seria malowideł na drewnie spreparowana jako staroć.

Jeszcze dalej znaleźliśmy zakład czarnej ceramiki a potem sklepik z rzeźbami z metalu. Wszystko w przystępnych cenach i wszystko bardzo dobrze pasujące do siebie i stylu w jakim chcieliśmy urządzić nasze mieszkanko.

Czas zatem za parę fotek.

Na pierwszy zakup dekoracyjny

Jeden z czterech obrazków. Kupiliśmy wszystkie

Do małej wnęki na schodach pasowało idealnie

Tego typu rzeczy kupiliśmy więcej. Dopełniają one inne miejsca w apartamencie.

Jak powstawał nasz apartament.

Stare miasto Cuenki znajduje się na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Rekonstrukcja w tej części miasta musi zatem być bardzo restrykcyjna i zatwierdzona przez tysiące rożnych urzędników. Bydynek może być w stanie agonalnym, nic nie szkodzi, stare miasto rządzi się swoimi prawami.

Nasz budowlaniec opowiadał nam, że przeszedł przez prawdziwe piekło starając się uzyskać stosowne zezwolenia. Był niejako prekursorem w tej materii i nikt nie wierzył, źe mu się uda jeszcze dodatkowo coś na tym zarobić.

Szło wszystko jak krew z nosa, ze względu właśnie na utrzymanie konstrukcji budynku zgodnie z wymogami konserwatora zabytków.

Stare miasto Cuenki zostało założone w szesnastym wieku. Dopiero jednak w dziewiętnastym wieku nastąpiła jego ekspansja. Stąd większość budynków to właśnie dziewiętnastowieczne konstrukcje.

Podejrzewam, że i nasz pochodził właśnie z tego okresu. Najważniejsza przy rekonstrukcji była zewnętrzna fasada, która musiała spełniać bardzo rygorystyczne przepisy i wkomponowywać się w otoczenie. Wnętrze to juz inna sprawa. Tu wszystko mogło być już nowoczesne. Tak właśnie powstawał nasz apartament, w wielkich bólach i z kłodami rzucanymi przez lokalne władze. Gdy jednak został zakończony na uroczystym otwarciu pojawił się sam major miasta ze zdumienia ponoć przecierając oczami. Po tym sukcesie nasz budowlaniec dostał natychmiast pozwolenie na następny projekt a potem na kolejne pięć. W ślad zanim zjawili się kolejni inwestorzy. O ile ten pierwszy budynek z naszym apartamentem został z trudem sprzedany, o tyle następne szły juz jak ciepłe bułeczki. Wciąż jest duże zainteresowanie tymi zrekonstruowanym budynkami, tyle, że ceny są już bardzo zniechęcające.

Na zewnątrz

We wnętrz w trakcie konstrukcji. Jeszcze nic nie widać ale to wlasnie w tej

Rozstrzenie miało zmieścić się siedem apartamentów. Jedne juz istniał jako cześć ściany frontowej.

Efekt końcowy. Dodatki oczywiście nasze.

A na pietrze sypialnia. Nowocześnie w starym mieście.

Dlaczego Cuenca.

W naszą podróż po Ekwadorze wyruszaliśmy z mieszanymi uczuciami. Problemy z agencją spowodowały, że podniecenie wycieczkowe znacznie opadło. Byliśmy jednak już na miejscu więc nie było sensu załamywać rąk tylko korzystać z przyjemności zwiedzania.

Ekwador dzieli się na trzy strefy, wybrzeże, Andy i dżungla. Mój domowy przewodnik skreślił dżunglę jeszcze przed wyjazdem przede wszystkim z powodu klimatu. Pozostały wybrzeże i Andy. W tych rejonach poszukiwania ewentualnych ciekawych miejsc skoncentrowały się wokół Quito, Manty i Cuenki.

Stolicę Ekwadoru, którą mieliśmy okazję poznać w pierwszych dniach naszego pobytu niemal natychmiast odrzuciliśmy. Wielkie, przepełnione miasto z korkami na ulicach nie było zdecydowanie tym czego szukaliśmy.

Około półtorej godziny jazdy na północ od Quito znajdowało się małe miasteczko o nazwie Cotacachi. Zasadniczo nic specjalnego, jednak sporo Amerykanów wybierało to miejsce. Musieliśmy to sprawdzić. Otóż panuje tam dość specyficzny mikroklimat. Otoczone górami w pięknie położonej dolinie, rzeczywiście robiło wrażenie. Niestety, tu Amerykanie budowali swoje domy w ramach zamkniętych enklaw otoczonych murami. My chcieliśmy być częścią tutejszej ludności a nie separować się od niej. Poza tym wielkość miasta nie napawała optymistycznie z punktu widzenia rozrywek wszelkiego rodzaju.

Osobiście mam słabość do wody. Ocean przemawiał do mnie wielkimi literami. Manta jednak nas zawiodła. Okazała się przede wszystkim miejscem imprez i sporej ilości młodzych ludzi z całego świata. W ramach pobytu zabrano nas na wycieczkę małym busem do okolicznego parku narodowego nad oceanem. Przepiękne miejsce, znajdujące się na trasie o zachęcającej nazwie „Droga Słońca”. Wraz z nami było jeszcze pięć osób w wieku od osiemnastu do dwudziestu lat. Czuliśmy się jak rodzice grupy. Okolice Manty i Droga Słońca to wspaniałe miejsca ale i temperatura, i wilgotność też odpowiednia. Znaleźliśmy pare ciekaw miejsc w niedużej odległości od Manty, które ewentualnie mogłyby wchodzić w grę na przyszłość. Przed nami była jeszcze Cuenca.

Żeby dojechać do Cuenki musieliśmy wrócić do Quito. Przyczyna była dość prosta, jeśli ludzie latają w Ekwadorze to tylko do stolicy. Zatem połączenie lotnicze Manty z Cuencą musiało odbyć się przez Quito.

Cuenca nas kompletnie zaskoczyła. Przede wszystkim tempo wolniejsze niż w stolicy i spokojniej niż w Mancie. Ze zdziwieniem też stwierdziliśmy, że pomimo wysokości warunki pogodowe są doskonale. Poznaliśmy okolice z parkiem narodowym w Cajas a stare miasto położone na wzniesieniu bardzo nam przypadło do gustu. To był początek sporego zainteresowania Cuenką przez jedną z najbardziej popularnych stron internetowych propagujących Amerykanom życie poza krajem na emeryturze. Już w owym roku mieszkało w Cuence na stałe pare setek rodzin ze Stanów, Kanady i co ciekawe również z Australii.

Wiedzieliśmy już, że jeśli zdecydujemy się na Ekwador to tylko i wyłącznie na Cuenke. Tylko czy napewno chcemy jeszcze jednej życiowej przeprowadzki.

Na to pytanie miała nam dać odpowiedz kolejna wizyta w Ekwadorze ale już tylko ograniczona do Cuenki.

Wróciliśmy zatem po pół roku na miejsce przestępstwa. Zanim jednak do tego doszło na internecie domowa planistka nawiązała kontakt z Australijką mieszkającą w Cuence, która pracowała dla ekwadorskiego budowlańca. On właśnie odnawiał historyczny budynek w centrum miasta, w którym miało się znajdować osiem apartamentów na sprzedaż. Ceny bardzo przystępne. Po przyjeździe zamieszkaliśmy w hotelu, którego właścicielami okazali się przybysze z kraju kangurów. Oni byli tu już chwile, dzięki czemu ich hotel i restauracja stanowiły miejsce spotkań emigrantów. No i wyobraźcie sobie poznaliśmy małżeństwo on Amerykanin, ona…Polka.

Sponsorem tego wypadu był poznany na internecie budowlaniec. Starał się jak mógł aby nas zainteresować kupnem apartamentu. Nie musiał. Okolica, miasto ilość emigrantów ze Stanów i Kanady no i ta Polka zrobiły swoje.

Została tylko zaliczka i czekać. Wybór stał się ciałem.

Ekwadorskie początki

Zanim jednak dobiliśmy po raz pierwszy do Ekwadoru trzeba było nasz pobyt zaplanować. Chodziło przede wszystkim o to co chcemy zobaczyć, gdzie pojechać w kontekście ewentualnego zainwestowania w zakup czegokolwiek. Ja się do tego nie nadaje, nie mam cierpliwości do czytania informacji, przeszukiwania rożnych stron internetowych, to nie należy do moich silnych stron. Luśka zatem przygotowała nam ekwadorski rozkład jazdy.

Okazało się również, że żona naszego znajomego Ekwadorczyka jest księgową, specjalistką w rozliczeniach podatkowych. Jedną z jej klientek była, co za zbieg okoliczności, Ekwadorka, której syn miał swoją agencje turystyczną w Quito.

Nawiązaliśmy z nim kontakt, przekazaliśmy co nas interesuje a on miał nam opracować dwutygodniowe zwiedzanie. Dzięki poczcie elektronicznej byliśmy z nim cały czas w kontakcie. Wciąż nas zapewniał, że wszystko jest przygotowane na masz przyjazd, trasy opracowane, hotele zarezerwowane przewodnicy wynajęci.

Pełni emocji i trochę niepewni przyszłości wylądowaliśmy w Quito. Tu nas odebrała kuzynka znajomego Ekwadorczyka. Przywitała nas kwiatami, co było wyjątkowo miłe. Spędziliśmy u niej trzy dni w trakcie, których pokazała nam Quito, okolice oraz miejsce przez, które przebiega równik. Cudowna kobieta poświęciła nam mnóstwo czasu, użyczyła swego domu, nie oczekując niczego w zamian.

W międzyczasie byliśmy w kontakcie z agencją, która miała przygotować nam zwiedzenie Ekwadoru. Wreszcie, już po naszym przylocie przedstawili nam cenę całości. Sama cena nie była problemem, lecz fakt, że nie chcieliśmy przeznaczać na tę opłatę naszych pieniędzy kieszonkowych. Jak to Amerykanie mieliśmy pare kart kredytowych, które bez problemu mogły unieść koszt naszej eskapady. I tu zaczęły się problemy bo do kosztu wycieczki nasz wspaniały agent doliczył ekstra 10% kosztów manipulacyjnych karty kredytowej. Czuliśmy jak w pułapce. Jesteśmy na miejscu i zostaliśmy trochę wystawieni do wiatru. Gdyby nam podano cenę przed wylotem, moglibyśmy przetransferować pieniądze i zaoszczędzić te 10%. Nasz agent miały na tyle czasu aby to wszystko tak załatwić, bo wiedział o naszym przyjeździe na półtora miesiąca przed jego terminem. Przecież to jednak nie jego pieniądze. Daliśmy mu do zrozumienia, że jesteśmy bardzo niezadowoleni z takiego nas potraktowania. Zaproponował nam więc jednodniową wycieczkę, która miała być formą przeprosin. Zawsze coś, pomyśleliśmy i zgodziliśmy się zwłaszcza, że po części mogliśmy zobaczyć jedno z miejsc na naszym rozkładzie jazdy.

Gdzieś coś jednak zostało zgubione w tłumaczeniu pomiędzy językami. Nie powinno bo i on i my rozmawialiśmy po angielsku. Okazało się, że owa „przeprosinowa” wycieczka to kolejne sto zielonych. Znowu rozmowy, wyjaśnienia, tłumaczenia. Wydawało nam się, że doszliśmy do porozumienia. Wieczorem w naszym hotelu zjawił się przedstawiciel agencji celem odbioru zaliczki na pokrycie kosztów naszej wycieczki. Nazajutrz mieliśmy zacząć naszą ekwadorską przygodę. Daliśmy mu żądane sto dolców i z nadzieją oczekiwaliśmy jutra.

Na pół godziny przed planowanym odebraniem nas z hotelu, zdaliśmy klucze do pokoju i spakowani czekamy na agenta. Piętnaście minut spóźnienia to norma. Kiedy jednak minęło pół godziny zaczęliśmy się denerwować. Luśka postanowiła sprawdzić pocztę elektroniczną. A tam niespodzianka. Jest wiadomość od agenta, że z uwagi na niemożliwość dogadania się z nami zdecydował się na unieważnienie naszej wycieczki.

Wszędzie są podli ludzie i wszędzie są rownież wspaniali. Zadzwoniliśmy do naszej trzydniowej opiekunki, która nawiasem mówiąc była lekarzem. Ponownie nas przygarnęła, znalazła alternatywną agencje i juz nazajutrz byliśmy w podróży. Nie byliśmy w dobrych humorach. Wtedy więcej przemawiało za porzuceniem pomysłu o Ekwadorze niż za jego kontynuacją.

Najważniejsze jest jednak nie poddawać się chwilowym nastrojom. One często są mylne. Tak się okazało w naszym przypadku, skoro jednak tu jesteśmy.

A jak doszło do wyboru Cuenki, to w następnym wpisie. Przyrzekam Szarabajko.

Dlaczego Ekwador?

Po ostaniej serii zdjęć z okolicy pojawiły się w komentarzach pytania dotyczącego naszego wyboru. Dlaczego Cuenca? Dlaczego Ekwador? Chociaż pytanie o miasto było pierwsze, muszę zacząć od odpowiedzi na temat wyboru państwa. Jestem zwierzęciem chronologicznym, najpierw wybraliśmy Ekwador a potem Cuencę.

Ten wpis zatem będzie odpowiedzią na pytanie Caffe, a kolejny dotyczący miasta to będzie dla Szarabajki przede wszystkim.

Młody Bush dał się nam mocno we znaki. To za jego prezydentury przez Stany przelało się najwiecej kryzysów. Odbiły się one i nas. Już wtedy emerytowani, i nie tylko, Amerykanie szukali spokojniejszego miejsca. Na pierwszy rzut poszły Panama i Kostaryka. Gdy my zaczęliśmy szukać oba te państwa już były poza naszym zasięgiem. Dodatkowo dowiedzieliśmy się o Belize, małym państewku wbitym między Meksyk i Gwatemalę. Jego przewagą był język urzędowy. Tu był nim angielski.

Moja dziewczyna nie należy do osób długo coś planujących. Zanim coś zdążyłem powiedzieć już mieliśmy wykupioną tygodniową wycieczkę na Belize. Było pare postojów zaplanowanych, dżungla, wybrzeże i Gwatemala.

Samo Belize niczym nas nie zachwyciło. Miejsca gdzie mieszkali przybysze z bogatszych państw wyglądały jak twierdze, to było nie dla nas. Belize posiada jednak urokliwe wysepki. Te nas oczarowały, ale jak w przypadku Panamy i Kostaryki ceny były już zbyt wysokie.

W trakcie pobytu odwiedziliśmy Gwatemalę. Celem były najsławniejsze ruiny Majów czyli Tikal. Trochę tego widzieliśmy już w Belize ale gwatemalskie ruiny to miejsce krucjaty wielu wielbicieli kultury Majów.

Nie da się ukryć, że Gwatemala, a szczególnie spokojne miasteczko o nazwie Flores, położone nad pięknym, błękitnym jeziorem wywarły na nas olbrzymie wrażenie. O ruinach nie będę wspominał. Mieliśmy młodego przewodnika, który aczkolwiek miał sporą wiedzę, traktował nas trochę jak głąbów przybyłych z niewiadomo skąd. Sam Tikal to jednak przepiękne miejsce. To wciąż Mekka dla ludzi, w których płynie majowska krew. Tu wciąż odbywają się różne ceremonie związane z wierzeniami tych Indian.

Dla mnie, dziecka Winnetou, odpowiedz co do wyboru pomiędzy Gwatemalą a Belize była oczywista. To pierwsze państwo to było właśnie to. Nie do końca jednak. Gwatemala nie ma najlepszej prasy pod względem bezpieczeństwa.

Po powrocie rzuciliśmy jeszcze raz okiem na mapę. Gwatemalą, Honduras, Salwador odpadają z uwagi na słabą stabilność. Panama i Kostaryką zbyt drogie.

W Stanach działa wiele organizacji polonijnych. Byłem członkiem jednej z nich. Grupa do, której należałem w New Jersey zrzeszała członków z jego północnej części. Jedna z naszych członkiń okazała się być żoną Ekwadorczyka.

Jeszcze jeden rzut oka na mapę. Ekwador leży poniżej Kolumbii, która braliśmy tez pod uwagę, ale… No właśnie to ale to trasa narkotykowa. Myśleliśmy jeszcze o Wenezueli ale tam już rządził Chavez. Nie chcieliśmy odjeżdżać zbyt daleko od USA, stad kolejne państwo na mapie to…Ekwador. Dodatkowo mąż znajomej, który miał rodzine w Quito, pomógł nam w zaplanowaniu pierwszej podróży. Przede wszystkim miał kto nas odebrać z lotniska i zająć się nami przed przez nas zaplanowanym zwiedzaniem państwa. Jeszcze wtedy decyzje żadne nie zapadły. Mieliśmy je podjąć na podstawie naszych odczuć.

To był 2009 rok. Zawitaliśmy po raz pierwszy w Ekwadorze.

A gdy słońca brak.

W poprzednim moim wpisie zaprezentowałem zdjęcia gdy słonko zagląda nam do okien. Niestety tak się nie dzieje zawsze. Przez ostatnie dwa lata dokucza nam El Niño. To taki klimatyczny ewenement spowodowany wyjątkowo ciepłą wodą w oceanie. Nie każdego roku ma tak silny wpływ na klimat na kontynencie. W ostatnich latach jakby się uwziął na Ekwador i nie ma najmniejszego zamiaru popuścić. Jego głównym efektem są oczywiście wzmożone opady deszczu. Z tego co mówią ludzie odwiedzający wybrzeże, mocno ono ucierpiało z powodu nadmiaru opadów.

Nie inaczej jest i u nas. Nie wiem jak te chmurzyska mnie tu znalazły, ale zdecydowanie mają negatywny wpływ na mój humor. Prawdę mówiąc w tym roku nie mieliśmy zbyt wiele ciepła w tradycyjnie letnich miesiącach czyli styczniu i lutym. Grunt jest tak mocno nasycony wodą, że jej więcej nie może przyjąć. Nie jest to dobre dla roślinności. Przyroda jednak jakoś sobie z tym musi poradzić. Zbliża się maj, który zwykle jest dość mokry. Co będzie w tym roku? Ano zobaczymy.

Jak El Niño potrafi zmienić to co tak pięknie prezentuje się w słońcu?

Ano sami zobaczcie.

To jest cuenkańska strona

To centralna w kierunku lewej

A to na wprost

Niby wciąż zielono, ale czegoś brakuje.

Gdy na zewnątrz świeci słońce.

Ostatnio u mnie pogoda jak kobieta – zmienna jakaś. To słoneczko z rana przyświeca, to znowu pochmurno, by za chwile słońce znowu pokazało swą twarz. Lecz nie na długo bo wiatr przywieje chmury, słońca się za nimi schowa niczym wstydliwa panienka.

Koniec marca, gdy na półkuli północnej zaczyna się wiosna, przynajmniej kalendarzowa, na południu nadchodzi jesień. Tu jej nie ma. W jej miejsce mamy porę deszczową. Będzie padać dość sporo jak w polskim deszczowym listopadzie. Póki jednak co jeszcze pare fotek zza szyby naszej werandy gdy na zewnątrz swieci radosne słońce.

To kierunek Cuenki

A to prawa na wprost

A to lewa na wprost.

I lewa na max.

Wam tez dużo słońca życzę.