W drodze przez Andy

Jednym z największych niedostatków Cuenki jest brak lotniska. Znaczy się jest krajowe ale jedyne połączenie jakie ma to jest z Quito stolicą Ekwadoru. To połączenie byłoby nawet dobre gdyby nie trzeba było w w Quito długo czekać na lot do Stanów. Latamy zatem z Guayaquil, do którego dojeżdżamy taksówką. Koszt jej jest niższy niż dwóch biletów lotniczych do stolicy, zatem ma to sens. Jedyną uciążliwością jest fakt, że w ten sposób nasza podróż wydłuża się o około czterech do pięciu godzin. A człowiek im „młodszy” tym bardziej niecierpliwy.

Gdy wracamy to również przelatujemy do Guayaquil. To jest port nad Pacyfikiem. Lądujemy zatem na poziomie oceanu. Po około półtorej godziny jazdy zaczynamy się wspinać w Andy. W najwyższym punkcie zwanym Trzy Krzyże osiągamy wysokość ponad cztery tysiące sto metrów. Od tego momentu zjeżdżamy w dół do Cuenki, która znajduje się na wysokości dwa i pół tysiąca metrów nad poziomem morza.

Zwykle lądujemy około północy. Widoki w górach są zatem żadne. Zdarzyło na, się jednak pare razy pokonać ta trasę za dnia. Wielokrotnie tonęliśmy we mgle a pogoda na zewnątrz zmieniała się z godziny na godzinę.

Znalazłem pare zdjęć z jednego z naszych powrotów. Chmury i słońce na horyzoncie robiły niesamowite wrażenie. Osadzie sami.

Niebo wyglądało bardzo groźnie.

Ale to co było w oddali napawało optymizmem

W sumie widok był niesamowity i nic więcej.

A koło domu już było normalnie.