UFO w dolinie.

Dzialka, na której powstał nasz dom nie jest płaska, jak to zwykle bywa w górach. Z jednej strony jej krawędź wyznacza droga, a z drugiej rzeka. Między drogą a rzeką jest pewnie z pięćdziesiąt metrów różnicy w pionie jeśli nie więcej.

Po drugiej stronie szlaku wodnego znajduje się już teren chroniony bez możliwości budowania na nim. Nie ma też opcji zwiedzania go bo jest bardzo stromo. Nawet jeśli ktoś chciałby się tam powinąć to trzeba mieć na to pozwolenie.

Spokoju i ciszy nic więc na nie zagłusza, no może poza wnuczką naszych sąsiadów z prawej strony, która przechodzi przez okres domagania się wszystkiego za pomocą donośnego krzyku.

Drogi przelotowej tez nie mamy, a większość znikomego ruchu to zwykle mieszkańcy. Po drugiej stronie rzeki już tylko dziewicza przyroda, nagie skały, różnorakie drzewa i nic więcej.

Z małym wyjątkiem. Otóż podobno nawiedzają tą okolice UFO. Moi sąsiedzi, ci z wnuczką często wieczorem siadają na ławce przed domem i obserwują niebo. To już emeryci, zatem czasem siedzą, jak pogoda dopisuje, nawet bardzo długo. Często widzą na niebie coś co się zatrzymuje nad ich głowami by po chwili nagle ruszyć z nieprawdopodobną prędkością.

Sam mam w tym zakresie różne przemyślenia. Wydaje mi się, że istnieje jakiś alternatywny świat i być może jak w nim cywilizacja. Być może nawet wiedzą o naszym istnieniu tyle, że nie spieszy im się aby się z nami skontaktować, co wcale mnie nie dziwi. Tak czy inaczej kiedyś niespodziewanie po drugiej stronie rzeki nagle rozbłysło światło. Powtarzam to teren chroniony, bez dróg, bez możliwości wspinania.

Miałem na podorędziu akurat aparat i oto co wyszło na zdjęciu.

I co o tym myślicie?

Reklamy

Handlarz duszami

Wyszedł Tadek przed kaplice

By odświeżyć mózgownice

Od myślenia łeb mu pęka

Wielka zżera go udręka

Bo mu kasy wciąż brakuje

Gdy wydatki swe sumuje

Zanim wkroczył na ulicę

Spojrzał jeszcze na tablice

Gdzie bezdomni się wpisują

Ile jutro mu darują

Lecz i tutaj brak jest datków

Wyssał wszystko z babć i dziadków

Już nie może na nich liczyć

Bo gotowi go rozliczyć

Wpadł na pomysł zatem przedni

Do pomocy wciągnie biednych

Ich jest w kraju wielka siła

Na nich partia się wybiła

Ta co teraz dzieli groszem

Więc pieniędzy pełne kosze

Niechaj ślą mu i to szybko

On ich przecież złotą rybką

Biedni to jest moc Tadkowa

Oni boją się tak jego słowa

Że głosować będą jak im każe

On im za to niebo podaruje w darze

Bo potrafi on handlować

Straszyć oraz szantażować

Jeśli szukasz dusz handlarza

Do Torunia cię zapraszam

Internet i wstrząsy.

Aczkolwiek internet przestał być w Ekwadorze czymś ekskluzywnym, czym był jeszcze pięć, sześć łatwemu, to jednak dostęp do niego nie jest wcale taki prosty. W mieście oczywiście funkcjonują już połączenia światłowodowe ale poza miastem już bywa różnie.

Okolica, w której zdecydowaliśmy się osiedlić to bardzo mały przysiólek, który dodatkowo jest położony w górach. Sąsiedztwo składa się z około dziesięciu domostw. Taki stan rzeczy nie zachęca dostawców internetu do inwestowania. Dlatego jesteśmy zmuszeni do korzystania z połączenia mobilnego. Niestety to połączenie wciąż jeszcze kuleje tutaj. Czasem mamy silny sygnał i wtedy możemy przeglądać niemal wszystko co nas interesuje. Czasami jednak sygnał jest bardzo słaby i wtedy strony ładują się w nieskończoność. Przykładem tego są różne platformy blogowe.

Utrzymuje kontakt z blogerami z różnych platform. O ile na swoim worldpress nie mam problemów z odczytaniem artykułów i pozostawieniem wiadomości o tyle na innych platformach już nie jest tak łatwo. Często wręcz nie jestem w stanie zostawić swojego komentarza. Nie mam pojęcia czym jest to spowodowane. Jedyne co przychodzi mi do głowy to sygnał, który gdy jest dobry nie powoduje tego typu trudności. Zawsze jednak próbuje pare razy jak się nie udaje, no cóż siła wyższa.

Ekwador leży w strefie dość sporej aktywności tektonicznej. Trzęsienia ziemi nie są tutaj czymś nadzwyczajnym. Na ogół mają one miejsce nad samym Pacyfikiem. Zdarza się jednak, że epicentrum jest na lądzie. Tak właśnie było w ostatni piątek. Dość mocno potrzęsło. Było pare minut po piątej a tu nagle nasze łóżko zaczęło się ruszać i podskakiwać. Zwykle trwa to kilka sekund. Nie tym razem. Przez około pół minuty chalupa się ruszała by wreszcie przestać. Rozbudzony zdecydowałem się skorzystać z toalety. A tu masz babo placek, zatrzęsło jeszcze raz. Trochę słabiej ale wrażenie ruszającego się pode mną sedesu nie należało do najprzyjemniejszych.

Przyzwyczailiśmy się do tych trzęsawek i o ile trwają pare sekund to nawet nie zwracamy na nie uwagi. Półminutowe to była jednak nowość.

Matka ziemia, w mojej encyklopedii, wie co robi. Dlatego ufam jej bezgranicznie.

Słów parę o Oscarach

Dziewięćdziesiąte pierwsze rozdanie Oscarów mamy za sobą. Pod względem oglądalności spektakl ten ustępuje jedynie finałowi futbolu amerykańskiego i przyciąga przed telewizory miliony widzów na całym świecie. W tym roku z racji meksykańskiej produkcji „Roma”, podejrzewam, że cały Meksyk i wiele państw Ameryki Łacińskiej jeszcze bardziej przykleiło się do odbiorników telewizyjnych.

Zwykle przed samym widowiskiem, większość filmów nominowanych wcześniej już oglądałem. Tym razem jednak było inaczej. Widziałem tylko parę z nich.

Hollywood jest bardziej niż przewidywalny w ostatnim czasie. Zasadniczo nie musiałem niczego oglądać by w większości kategorii wytypować zwycięzców. Akademia przyznająca wyróżnienia, przestała się chyba kierować jakimikolwiek przesłankami merytorycznymi, w zamian wsłuchując się w nastroje polityczne i społeczne. Tak właśnie było w tym roku.

Od wielu lat Afroamerykanie narzekają na brak ich filmów i aktorów w palecie wyróżnionych. Słyszałem nawet stwierdzenia, że Oscary to ostatni bastion rasizmu w USA. Gdy więc w rolach drugoplanowych pojawiły się nominacje dla czarnoskórych, stawiałem zdecydowanie na ich zwycięstwo. Sami sprawdźcie kto wygrał. Powiem jednak, że Mehershala Ali w filmie Green Brook bardzo mi się podobał. Jest on uznanym aktorem a jego najbardziej znana rola to lobbysta Remi z głośnego serialu House of Cards. Czy był lepszy od pozostałych aktorów, nie wiem, bo pozostałych filmów nie oglądałem.

Nie oglądałem „Romy” więc ciężko będzie mi się na jej temat wypowiadać. Z mojego doświadczenia wiem, że Hollywood jest zwykle przeciwko Waszyngtonowi. Nie lubią i obecnego prezydenta. Jego pomysł budowania muru na granicy z Meksykiem zapewne pomógł bardzo „Romie” w ilości nominacji jak również otrzymanych statuetek. Stąd „Zimna Wojna” stała na przegranej pozycji. W kategoriach, w których konkurowała o wyróżnienie przegrała właśnie z „Romą”.

Były to chyba najsłabsze Oscary jakie oglądałem w ostatnim czasie, pod każdym względem. Brak prowadzącego, brak wielkich gwiazd, podejrzane nominacje, wyjątkowo nieudane widowisko próżności. Na tym tle rzeczywiście „Bohemian Rhapsody” błyszczała wyjątkowo jasno. Jednak i ten film został pokonany pod względem ilości Oscarów przez „Romę”, która w sumie zgarnęła aż cztery wyróżnienia.

Najlepszym filmem okazał się „Green Book” chociaż wszyscy stawiali na „Bohemian Rhapsody”. I tu znowu mamy do czynienia z efektem ostatnich krytyk względem Akademii. Oglądałem oba filmy i oba zrobiły na mnie duże wrażenie. Oba opowiadają tą samą historie. I jeden i drugi film oparty był na faktach. Mnie bliżej do historii wokalisty Queen-u. Główny bohater „Green Brook” to ciemnoskóry pianista, który musi zmagać się z segregacją rasową na trasie swoich koncertów. Presja była wielka i moim zdaniem jurorzy jej nie udźwignęli.

W kinie chyba następuje zmiana warty. Z bardziej znanych aktorów nie było nikogo. „Zimna Wojna” nie była jedynym polskim akcentem. W „In Memoriam” przypomniano zmarłego w listopadzie w ubiegłem roku wybitnego operatora Witolda Sobocińskiego.

I to już tyle z tej wyjątkowo nieudanej imprezy.

Doświadczenia z poprzednich wcieleń.

Czy wierzycie w reinkarnację? Sam mam w temacie mieszane uczucia. Jest jednak sporo przypadków, w których ludzie rozpoznają miejsca, w których pojawili się pierwszy raz, a jednak skądś je znają. To każe się nad tym zastanowić.

Mój holistyczny medyk sądzi, źe wiele naszych fobii wynika właśnie z poprzednich naszych wcieleń. Na przykład, moja małżonka boi się wody, nie umie pływać i zasadniczo topi się już na głębokości kolan. Nic takiego w jej aktualnym życiu się nie stało co mogłoby mieć tak drastyczny wpływ na jej stosunek do wody. Stąd zachodzi przypuszczenie, że tą fobie nosi w sobie z poprzednich swoich wcieleń.

Jedną z metod leczenia tego typu stanów jest odczytywanie przeżyć z poprzednich żyć. Są ludzie, którzy to potrafią robić. Są ludzie, którzy w to wierzą i są wreszcie tacy wśród nas, dla których to wierutna bujda.

Ja lubię eksperymentować, oczywiście na sobie. Do wszystkiego, w początkowej fazie mam stosunek obojętny. Dopiero zauważalny efekt w postaci poprawy, nie tyle zdrowia, co sposobu w jaki funkcjonuje, każe mi przemyśleć zasadność kontynuowania jakiejś metody. Przy czym musi to być coś co nie wymaga zbytniego wysiłku, bo z natury za nim nie przepadam.

Choroby immunologiczne to jedne z najbardziej trudnych do zdiagnozowania. Wymagają one spojrzenia na człowieka jako całość. Niestety w dobie specjalizacji, ciężko znaleźć takiego medyka. Holiści właśnie tak traktują swoich pacjentów.

Znając moje problemy Patrick, mój holistyk, zlecił mi przeprowadzenie zapoznania się z moimi przeszłymi wcieleniami. Znał kogoś kto to robi, a że ów człowiek wielokrotnie mu pomógł swoimi odczytami w procesie leczenia, to zalecał niemal każdemu konsultacje z nim.

Skoro już coś zacząłem to i skończyć trzeba było. Ze wszystkich jego rad ta przemawiała do mnie najmniej. Ale jak się powiedziało A to w konsekwencji trzeba i rzec i B. Tylko jak to zrobić skoro ja w Ekwadorze a specjalista w Kalifornii. Z pomocą przyszedł oczywiście Skype. Umówiliśmy się na konkretny dzień. Miałem do niego zadzwonić a on miał odczytać co to takiego kiedyś mnie dopadło, co do dziś nie pozostaje bez wpływu na moje funkcjonowanie. Zanim do naszego połączenia doszło, wcześniej spotkałem się ze swoją znajomą, która również poddała się tej terapii. Nie pamietam dokładnie co jej powiedział, dość powiedzieć, że w korelacji z jej aktualnym wcieleniem to wszystko miało sens.

Z niecierpliwością zatem czekałem na mój seans. Całość trwała około godziny. On miał w ręku jakąś różdżkę, którą cały czas machał. Przed sobą musiał mieć jakieś czytniki i co chwile sprawdzał co się na nich dzieje. Nie był zachwycony faktem, źe nic się na nich nie pojawiało, nic co mogłoby w jakiś sposób stać się przesłanka do moich aktualnych niedomagań. Aż nagle słyszę mówi: to ma sens. Już zacząłem się lekko przejmować, że być może to jest pierwsze moje wcielenie. Jednak nie. Otóż w osiemnastym wieku, jeśli dobrze pamietam, byłem jakimś wojownikiem. Widać służyłem w przegranej lub przegrywającej armii bo zdecydowałem się … wysadzić się w powietrze. Może byłem pierwszym terrorystą? Nie pamietam szczegółów. Jednak słuchając jego tłumaczeń, to co mówił miało sens. Po takim przeżyciu, organy wewnętrzne są kompletnie rozbite, co wpływa na ich funkcjonowanie albo raczej jego brak. Nie całkiem to wszystko do mnie przemówiło. Powiem jednak, że jako ktoś wierzący w reinkarnacje, w konsekwencji powinienem uznać, że to nie jest mój pierwszy raz na ziemi.

Żeby skończyć ten przydługi wpis, muszę powiedzieć, ze moja holistyczna terapia składała się z kilku różnych zaleceń. Co mi pomogło? Nie ma znaczenia. Efekt końcowy był jednak bardziej niż zadowalający. Niektóre z tych rzeczy wciąż stosuje, aczkolwiek stałem się wyznawcą powiedzenia „co ma być to będzie”, co z kolei nie nastraja mnie pilnowaniem siebie na każdym kroku. Jak mnie mocniej przyciśnie to się znowu wezmę za siebie.

Sytuacja hipotetyczna

W pewnym mieście, gdzieś na końcu świata, mieszkały cztery rodziny. Miasto było duże, więc nie wszyscy się znali. Każda z rodzin żyła w swoim środowisku. Wychowani w określony sposób członkowie owych rodzin kultywowali swoje tradycje, często z pogardą patrząc na tych myślących inaczej.

Tak się złożyło, że w tym samym czasie wszystkie małżonki, ku uciesze swoich panów, zaszły w ciąże. Termin rozwiązania każdej z pań był niemal identyczny.

Miasto, choć niemałe, miało niestety tylko jeden szpital. Gdy zatem nadszedł termin narodzin potomków, wszystkie panie spotkały na tym samym oddziale położniczym. No i stało się wszystkie damy powiły swoje pociechy w tym samym dniu. Żeby było ciekawiej każda z nich urodziła chłopaka.

Radość wsród panów była wielka. Każdy świętował narodziny swojego następcy w swój specyficzny sposób.

Abraham, Ali, Anatolii i Anthony urodzili się zdrowi i z dziecięcym wrzaskiem powitały świat. Maleństwa, jak to noworodki, były dość podobne do siebie. Tak się złożyło, że panie rodziły w tym samym czasie i gdy dzieciaki przeniesiono na sale noworodków pielęgniarki źle opisały chłopaków. Często się to nie zdarza. To był jednak zwariowany dzień. W szpitalu świętowali urodziny ordynatora wydziału położniczego. Pomylono wszystkich czterech i każdy trafił nie do swojego domu.

Ali, którego rodzicami było małżeństwo muzułmańskie trafił do domu wyznawców judaizmu. Anthony natomiast z matki i ojca Amerykanów trafił do familii wyznawców Islamu. Maluch małżeństwa żydowskiego skończył w domu Rosjan. Mały Anatolii niespodziewanie stał się Amerykanem.

Dzieci rodzą się z pustką w głowie, wolne od przesądów i niechęci. Nic więc dziwnego, że w procesie wychowania słuchają tego co maja im do powiedzenia rodzice. Ich wartości i wiara stają się przekonaniami ich dzieci.

Czterech chłopaków dorastało zatem w innych domach wsłuchanych w niedoskonałości swoich rodziców. I pewnie nikt nigdy by się nie zorientował gdyby nie fakt, że po dorośnięciu żaden z nich nie był podobny do swoich rodziców zewnętrznie. Zazdrośni o swoje kobiety mężczyźni postanowili upewnić się co do swojego ojcostwa. I sprawa się rypła. Mało, że nie oni byli ojcami swoich synów to i dzieciaki nie były od ich małżonek.

W ten sposób wyszedł na jaw szpitalny burdel, impreza jaka miała miejsce w dniu narodzin chłopców, niedopatrzenia i inne brudy, skrzętnie zamiatane pod dywan.

Co tu teraz robić. Syn islamistów nosił pejsy i był przygotowany do zostania Rabinem, Anthony czyli Ali miał wpojoną niechęć do Amerykanów, Abraham czyli Anatoli darzył wyjątkowym brakiem sympatii państwo Izrael. Biedny Anatoli teraz Anthony uważał za największego wroga państwo swoich biologicznych rodziców. Ot taka życiowa niespodzianka.

I po co ja to wszystko piszę? Od dawna chodziło mi to po głowie. Dzieci przychodzą na świat czyste, pełne nadziei. Nie ma w nich wrogości, nie ma w nich narodowości nawet. To my rodzice z małego judaisty potrafimy zrobić antysemitę, z małego islamisty przeciwnika tej wiary, z Rosjanina – rusofoba, a z Amerykaninia przeciwnika tej nacji. Wystarczyła szpitalna pomyłka a potem my nasączyliśmy te maleństwa nienawiścią, o ironio, samych siebie.

A może by tak opracować wspólne kryteria wychowania, wolne od religii i niechęci? Może lepiej odbierać dzieci rodzicom i niech się chowają tam gdzie nie ma żadnych podziałów? Może wtedy świat stanie się lepszym.

Ogłoszenie matrymonialne.

Gdy już zdecydowaliśmy się na Cuencę, postanowiliśmy obejrzeć rownież inne części Ekwadoru. W przeciwieństwie do mojej dziewczyny ja lubię morze. Dlatego w ramach poznawania okolic wybraliśmy się rownież nad Pacyfik. Celem była Canoa, mała miejscowość rybacka w okolicach większego miasta o nazwie Bahia del Caraquez.

Dojazd w tamte strony jest trochę uciążliwy bo z Cuenki trzeba przemieścić się do Guyaquil autobusem, tam zmienić na kolejny autobus do Bahii i znowu przesiadka do Canoy.

Jakoś dotarliśmy do del Caraquez, gdzie mieliśmy wcześniej zarezerwowany hotel. To był raczej hostel ale dla nas wystarczajaco dobry. Prowadziła go Australijka, nawiasem mówiąc bardzo sympatyczna.

Jakoś następnego dnia próbowałem podłączyć się do sieci WiFi. Nie było to łatwe, bo dopuszczała ona tylko określoną ilość użytkowników. Trzeba zatem było po cichu rozłączyć system po czym samemu być pierwszym w trakcie połączenia. Średnio każdy miał około pół godziny bo po tym czasie ktoś znowu cichcem rozłączał internet by samemu mieć do niego dostęp.

Ot taka zabawa dorosłych w kotka i myszkę.

Na drugi chyba dzień schodząc do holu słyszę kogoś na Skypie i to mówi jakimś językiem, który zdawał mi się być znajomym. Pytam gościa skąd on jest?

On, że z urodzenia Słowak i właśnie rozmawiał z kimś z Bratysławy.

Tak się to zaczęło. Milansky, jak go nazywam, też szukał swojego miejsca na ziemi. Gdzie on nie był? Sam już nie wiem.

Od słowa do słowa powiedzieliśmy mu o naszym wyborze Cuenki. Zaciekawił go nasz wybór, bo jak mówił był już tam i odrzucił miasto ze względu na ilość opadów. On chłop z Seattle gdzie tez pada szukał słońca.

Po roku zjawił się jednak u nas i spodobało mu się. Tak bardzo, że postanowił kupić dom po sąsiedzku.

Milansky to ciekawy człowiek. Prawie siedemdziesięciolatek, narzeka na samotność, stąd wytrzymuje tutaj mniej więcej cztery miesiące a pozostałe osiem spędza w swojej Bratysławie. Jest rozwodnikiem. Syn jego mieszka w Seattle, ale jakoś relacje ich nie są najgorętsze. Ponoć to wina matki. Kto wie. Lubimy Milanskiego, bo kulturowo zbliżony jest do nas. Musieliśmy jednak postawić szlaban na częstotliwość jego wizyt u nas w domu, bo on odebrałby nam niemal całkowicie naszą prywatność.

Szuka więc Milansky partnerki. Problem w tym, że panicznie się boi, że w jego wieku, jeśli uda mu się coś znaleźć to pewnie wdowa albo rozwódka, która wyssie z niego jego oszczędności na potrzeby swoich dzieci i wnuków. Ot taka mentalna blokada. Chciałby i boi się przeraźliwie. Chłop jest dość uparty i ciężki w obyciu, ale odpowiednia kobieta mogłaby z niego zrobić jeszcze znośnego człowieka. Bestia jest manualnie bardzo zdolna, wiele rzeczy robi sam koło domu. Problem w tym, że popada często w stany depresyjne, wynikające, o czym on sam mówi, z samotności. Milansky ma zbliżone do naszej kultury poczucie humoru. Gdyby tak znaleźć mu partnerkę to moglibyśmy wspólnie rozpocząć kolonizowanie Ekwadoru.

Szczerze mówiąc, sam nie wiem czy pisząc te słowa myśle o nim czy o nas. Dobrze byłoby mieć bratnią duszę po sąsiedzku.

Rzecz o kotach..czarnych.

Koty prawdopodobnie udomowili Egipcjanie, którzy widzieli w nich sprzymierzeńca w walce z gryzoniami pożerającymi ich zbiory. O początkach tej przyjaźni opowiada „Mit Oka Słońca”, którego tekst datowany jest na około 1500 lat p.n.e.!

Zgodnie z nim Ra, bóg słońca, znurzony oglądaniem bratobójczych wojen dziesiątkującego Egipcjan, wysłał na ziemię swoją córkę – Oko Słońca. Ta na nubijskiej pustyni przybrała postać krwiożerczej lwicy Furii, a w końcu zmieniła się w mroczną boginie Sechmet, która nadal siała zniszczenie. Ra zmusił więc Boga wojny Onurisa i ten zamienił lwicę w delikatną kotkę. Tak wlasnie narodziła się bogini Bastet.

Bastet przedstawiano jako kotkę ( koniecznie z biżuterią ) lub kobietę o głowie kocicy. Kot, bez względu na kolor sierści, był świętym zwierzęciem, którego zabicie karano śmiercią.

Jednak już w tych odległych czasach czarnym kotom powinęła się noga. W VII wieku p.n.e. stał się symbolem nieszczęścia. Powody były dwa. Czerń uważano w Egipcie za symbol nieszczęścia i kojarzono z Sethem ( bóg zła i piekieł ). A dodatkowo ciemnoskórzy Etiopczycy najechali Egipt.

Koty z Egiptu dotarły do Grecji, a pózniej do Rzymu. Tu traktowane byle z pełną rewerencją. Ostatecznie skutecznie chroniły zapasy żywności. Zresztą w Rzymie koty znowu trafiły do boskiego panteonu – skojarzone z księżycową boginią Dianą.

Kocia karta odwróciła się w średniowieczu. Wtedy czarny kot został sługą diabła i nieodłącznym towarzyszem czarownic. Jego los przypieczętowała w 1223 roku bulla „Vox in Rama” Grzegorza IX.

Bulla opisuje rytuał przyjęcia nowych członków do sekty. Kandydat najpierw miał pocałować ropuchę, która czasami była niewielka, czasami zaś „ogromna jak pięć”. Potem pojawiał się blady mężczyzna o czarnych oczach i tak chudy, że widać było jedynie kości powleczone skórą. Całując go, adept odczuwał wielki chłód, po czym zapominał wiary katolickiej. No i pojawiał się czarny kot, gasło światło i….zaczynała się homoseksualna orgia. Na koniec z ciemnego kąta wyłaniał się człowiek od pasa w górę jaśniejący jak słońce, a od pasa w dół kosmaty jak kot. Jemu to mistrz heretyków wręczał część ubrania nowo przyjętego, mówiąc: „Dobrze mi służyłeś, będziesz służył więcej i lepiej; twojej opiece powierzam to, co mi dałeś”, po czym znikał.

Koty łączona tez z pogańskimi bogami. W Skandynawii święcie wierzono, że Freja, która z bogini zamieniła się w czarownicę, jeździ rydwanem zaprzężonym w koty. Etruska Diana, bogini ciemności i nocy, miała związać się z Lucyferem, któremu towarzyszył czarny kot. Z tego związku narodziła się Aradia, którą rodzice wysłali do świata śmiertelnych, by nauczała ludzi czarnej magii. W tym procederze towarzyszył jej .. czarny kot.

Kot stał się więc sługą szatana, a czasem nawet jego wcieleniem. Pewien brytyjski duchowny, jeszcze na początku XVII wieku twierdził, że podczas sesji satanistycznych Lucyfer ukazywał się wyznawcom pod postacią wielkiego, czarnego kota, którego przenikliwe spojrzenie gasiło wszystkie światła.

Duchowni byli zgodni – czarne koty trzeba niszczyć! No chyba, że na ich futrze ( wokół szyi i na piersiach ) znajdą się białe plamy. Takie plamy nazywano „palcem bożym” lub „śladem anioła”.

Prześladowania tych zwierząt usankcjonował papież Innocenty VII. Palono je, zrzucano z kościelnych wież, grzebano żywcem, rozczłonkowywano, a nawet wieszano. We Francji w wigilie św. Jana wznoszono stosy, na których palono koty zamknięte w koszach. W Paryżu na placu de Greve pierwszy stos podpalał…król. I tak było do końca XVIII wieku. Prześladowane stworzenia zaznały nieco spokoju za panowania Ludwika XV, który koty kochał i wydał zakaz tradycyjnego ich palenia podczas wigilii św. Jana.

Koty powoli wracały do łask; zaprzyjaźnili się z nimi nawet papieże – Leon XII miał pręgowanego buraska, którego nazwał Micette. Należne sobie miejsce odzyskały za sprawą artystów. A na początku XIX wieku zaczęto je przedstawiać jako zwierzęta romantyczne, niezależne, eleganckie i tajemnicze.

Widomym znakiem, że koty, szczególnie te czarne, zostały zrehabilitowane, było otwarcie kabaretu Czarny Kot na wzgórzu Montmartre w 1881 roku. Dekadę wcześniej zorganizowano w londyńskim Crystal Palace pierwsza wystawę kotów, nie tylko czarnych. Dzisiaj czarnego kota możemy zobaczyć na afiszach, grafikach, nie tylko użytkowych kartkach pocztowych, neonach, ubraniach, a nawet na porcelanie.

Dla niektórych czarny kot wciąż przynosi pecha. Dla innych coś jest w plo5kach o jego koneksjach z szatanem. Jak inaczej stałby się symbolem Halloween na równi z nietoperzom i czarownicą? Na Florydzie schroniska dla zwierząt odmawiają adopcji czarnych kotów tuż przed Halloween, a niektóre dodatkowo w każdy piątek trzynastego.

W Anglii uważany jest za talizman szczęścia, według chińczyków chroni

Rzędu złymi duchami, a w Kambodży uważa się, że zwiastuje deszcz po długiej suszy.

Przepisując ten artykuł po mój komputer ktoś, coś się podłączyło. Musiałem go wyłączyć by kontynuować. Może to temat o czarnym kocie?

A wy co myślicie w tym temacie.

Tekst: Ten straszny czarny kot i piekielna sowa. Angora nr. 41, 14 października 2018 r.

Drugi kubeł zimnej wody.

Ten tekst zdecydowałem się napisać jako polemikę do notki Blogerki Caffe pod tytułem „A dzisiaj kubeł zimnej wody”, link poniżej.

W komentarzu do powyższej publikacji, poprosiłem autorkę o umożliwienie napisania mi odpowiedzi, bo nie chciałem zajmować zbyt wiele miejsca w tej przestrzeni. Dzięki Caffe za zgodę. Jeszcze raz zaznaczam, chciałbym żeby to była polemika czyli prezentacja poglądów i nic więcej.

A zatem do meritum.

Temat, który poruszamy to temat rzeka. W tym konkretnym przypadku osobiście wiedzę dwa aspekty, na które chce się wypowiedzieć. W swoim tekście autorka podaje kwotę jaką wydają na reklamę firmy produkujące medykamenty bez recepty i suplementy diety. Cyfra rzeczywiście powala. Żeby jednak wyrobić sobie do tej kwoty prawidłowy stosunek, ja osobiście chciałbym wiedzieć ile pieniędzy wydają firmy farmaceutyczne na wszelkiego rodzaju promocje swoich leków, dostępnych tylko na receptę. Ile kasy idzie na bonusy dla lekarzy, którzy często ponad lek lepszy dla pacjenta, przepisują coś na czym zarabiają więcej. Ile szmalu idzie na tych wszystkich sprzedawców kręcących się po klinikach i zachęcających ordynatorów do stosowania ich leków, oczywiście nie za darmo.

Medycyna i lecznictwo wywołują dzisiaj wiele kontrowersji. W dobie tak olbrzymiego postępu w tej dziedzinie, osobiście zwalają mnie z nóg kwoty niektórych zabiegów. Czy to jeszcze jest lecznictwo, czy już tylko opieka nad uprzywilejowanymi. Co ma zrobić pacjent, który musi czekać latami w kolejce na swój zabieg? Dlaczego wiele szpitali wybiera procedury, które bardziej im się opłacają z finansowego punktu widzenia? Czy to wciąż jest lecznica czy fabryka ukierunkowana na zysk? Co ma robić chory, gdy go się traktuje w ten sposób? Ano szukamy alternatyw. Suplementy w tym kontekście, to pierwsza rzecz, która przychodzi wielu do głowy. Stąd też pojawiają się wszelkiego rodzaju alternatywni lekarze stosujące naturalne, i nie tylko, medykamenty. Daleki jestem od dawania rad. Testuje wiele rzeczy na sobie . Jedne się sprawdzają inne nie. Nie będę reklamował tych, które mi pomogły i zniechęcał do tych, które mnie zawiodły. W moich podróżach po alternatywnych lekarzach widziałem pacjentów, którzy byli zachwyceni wynikami leczenia, które mi niewiele dały. I odwrotnie.

Odbiegłem jednak od tematu. Nie ukrywam, że jestem zwolennikiem medycyny alternatywnej, dlatego bronię jej tutaj. Przede wszystkim jednak z powodu zbyt powierzchownego przytoczenia jej wydatków na reklamę. Ta kwota może się okazać śmieszna gdybyśmy mogli ją porównać z kosztami wszelkiego rodzaju promocji i lobbingu jakie ponoszą firmy farmaceutyczne.

Aspekt drugi notki Caffe to reklama. Ta dziedzina i mnie napawa obrzydzeniem. Niestety wyglada na to, że od tego już nie ma ucieczki. Firmy reklamujące wszelkiego rodzaju badziewie zarabiają na tym krocie. To oczywiście nie jest ich wina ale nas samych, którzy ulegają psychozie wszelkiego rodzaju nowinek, wyprzedaży czy innym specjalnym promocjom. I w tym kontekście chciałbym mieć możliwość porównania kosztów reklamy suplementów z na przykład z kosztami reklamy specyfików … upiększających. Kremy nawilżające, odmładzające, spulchniające, likwidujące, na pryszcze, na zmarszczki, pod oczy, na szyje. Albo szampony do włosów, suchych, tłustych, na łupież, żeby błyszczały, lśniły w słońcu, nie kleiły się po wymyciu. Perfumy, dezodoranty, kremy do golenia i po goleniu, pachnidła. Ile kasy idzie na reklamę wszelkiego rodzaju wódeczności i napojów alkoholowych, promocje mody z próżnymi celebrytami w roli głównej. Że nie wspomnę o samochodach i cudownych napojach, jak choćby Pepsi czy Coca Cola, których właściwości już znamy a oni i tak pakują fortuny w reklamę.

Te miliardy wydane przez firmy produkujące suplementy mogłyby wiele dobrego zrobić ale te tryliony wydawane przez światowych graczy w rożnych gałęziach i dziedzinach mogłyby zlikwidować jeśli nie wszystkie to napewno większość problemów całej ludzkości.

Świat niestety jest brutalny i ma w poważaniu głodujących. Mnie też to wkur…ia.

https://blogcaffe.wordpress.com/2019/02/15/a-dzisiaj-kubel-zimnej-wody-and-now-a-dash-of-cold-water/