Indianie i dziki

No nic nie poradzę, że lubię Indian. Ukształtował mnie zapewne tak niezapomniany Winnetou. Szlachetny, prawy Indianin ze szczepu Apaczów. Oczytałem się tego ile wlazło. W kinie obejrzałem zapewne wszystkie jego przygody. Kiedyś nawet kupiłem sobie jakieś DVD, tak ku pamięci. Gdy wróciłem do domu byłem bardzo ciekaw jak to odbiorę po tylu latach. „A fu”, wyrwało mi się już na początku gdy, nie tylko biali, ale też Indianie zaczęli szprechać w języku z zza Odry. Póki co Winnetou umarł dla mnie.

Nie znaczy to jednak, że umarli i Indianie.

Oglądałem całkiem niedawno film pt. „Women walks ahead”. Nie mam oczywiście pojęcia pod jakim tytułem i czy w ogóle ten film grano w Polsce. Jest to lekko udramatyzowana historia oparta na faktach. Dotyczy kobiety pragnącej malować a jednym z ludzi, których chciała uwiecznić był sam Sitting Bull, jeden z najbardziej znanych Indian i do tego prawdziwa postać. Był on wodzem szczepu Hunkpapa Lakota i mocno dał się we znaki amerykańskiej armii.

Bardzo ciekawa historia dotycząca końcówki jego życia. Ale rownież i interesująca opowieść o kobiecie starającej przełamać się bariery niechęci i tradycjonalizmu.

Warto obejrzeć bo wiele wydarzeń tu przedstawionych rzeczywiście miało miejsce.

Sitting Bull ma wiele wspólnego z moim Winnetou. Prawy, wyznający proste zasady wynikające z jego wiary w co jest dobre a co złe. Był on symbolem dla ówczesnych Indian stąd biali bali się go jak diabeł święconej wody.

Amerykanie już wtedy myśleli kategoriami dzisiejszych władz naszego kraju. Być może stąd to uwielbienie naszego establiszmentu do amerykańskich metod rozwiązywania problemów. Ponad sto pięćdziesiąt lat temu królowało powiedzenie, że dobry Indianin to martwy Indianin. W przełożeniu na dzisiejsze czasy w Pislandzie, dobry dzik to martwy dzik czy dobra puszcza to puszcza bez drzew.

Trochę to nieludzkie porównanie bo jednak Indianin to człowiek, dzik to zwierze a drzewo to roślina. Metoda eksterminacja jest jednak taka sama i sprowadza się do okrucieństwa, chciwości i nienawiści.

Strach i przemożna wiara białych najeźdźców postrzegająca czerwonoskórych jako coś gorszego doprowadziły do ich eksterminacji i zniszczenia kultury. Gdzieniegdzie można jeszcze znaleźć spadkobierców Indian w Stanach. Są to jednak w większości ludzie już zamerykanizowani, niewiele mający wspólnego z legendą Sitting Bulla.

Podobnymi przesłankami kierują się pomyleńcy przy zwalczaniu dzików. Wyrżną ich w pień a jak w przyszłości ktoś będzie chciał zobaczyć to zwierze to metodą Pawlaka wypastują świnie na czarno i wpuszczą do lasu. Tylko czy lasy jeszcze będą?

Reklamy

Śmiej się śmiej

Powodowany dzisiejszym zachowaniem prezesa prezesów w sejmie zdecydowałem się na powtórzenie mojej rymowanki sprzed nieco ponad trzech lat.

Śmiej się, śmiej bałwanie

Wkrótce przed trybunałem staniesz

I prezydent ci pomóc już nie da rady

Bo sam namówiłeś go do zdrady

Za którą przyjdzie zapłacić mu drogo

A i historia oceni go srogo

Choć przyrzekał być samodzielnym

To wybrał bycie kundlem twym wiernym

Robi wszystko co mu rozkażesz

I widzi tylko co mu pokażesz 

Żałośnie obaj się prezentujecie

Bo chcecie wszystko a nic nie wiecie

Czy można bardziej niż wy nienawidzieć?

Trzeba być ślepym i nic nie widzieć

Żeby narzucać wszystkim swe zdania

Miast zadać sobie ważne pytania

Jak skończyć te głupie waśnie?

Co zrobić by kraj nasz właśnie

Stał się przykładem dla innych nacji?

Jak wysłuchać wszystkich racji

By podjąć najlepszą decyzje

Rozsławiając przy tym naszą ojczyznę

Wy jednak kłócić wolicie

Z nikim i niczym się nie liczycie

Bo najważniejsze są wasze ambicje głupie

A innych zdanie macie dziś w dupie

Krótkie więc będą te wasze rządy

I wkrótce ścigać was będą sądy

Bo arogancję zacząć karać należy

Żeby każdy kto w prawo wierzy

Mógł zawsze zasypiać spokojnie

I śnić o pokoju a nie o wojnie.

 

Niewzruszony beton

Ten artykuł nigdy nie powinien powstać.

Wczoraj z brutalnością indonezyjskiego tsunami wylazła ohyda wojny polsko-polskiej. Konflikt sięgnął już stopnia, którego sięgnąć nie powinien.

Ktoś stracił życie. Ktoś inny odebrał to życie pod wpływem fali nienawiści jaka przelewa się przez nasz kraj i w jakiej toniemy z dnia na dzień coraz bardziej.

Czy może być coś bardziej przerażającego od sposobu i miejsca dokonania aktu morderstwa na osobie publicznej, od tego co miało wczoraj miejsce w Gdańsku?

Jesli istnieją jeszcze zbrodnie o charakterze lub na polityczne zamówienie, to ta wczorajsza miała wszelkie znamiona takowej. Dewiat, który się tego dopuścił mógł i zapewne miał po temu okazje aby aktu swojej zemsty dokonać gdzieś indziej lub w innych okolicznościach. Nie zrobił tego.

Wybrał moment, miejsce, czas i okoliczności, które rządzący zaimplantowali w jego głowie, świadomie czy nie, to w tej chwili nie ma znaczenia. Zginał przeciwnik polityczny a najwieksza akcja charytatywna o długiej i pięknej historii została splamiona krwią niewinnego człowieka.

Doszło do tragedii, której można było ominąć zapewniając owsiakowej zbiórce minimum środków bezpieczeństwa. Nie zrobiono tego z najbardziej prymitywnych powodów, bo przecież nienawiść do tego należy zaliczyć. Nie wyrażono zgody na coś w czym pławi się człowiek, nie pełniący żadnej publicznej funkcji, będąc zawsze otoczony chmarą ochroniarzy na każdym kroku.

Gdy śmiertelnie ugodzony prezydent walczył wciąż o życia z tego szamba nienawiści już dały się słyszeć głosy oskarżające twórcę WOŚP. Nienawiść w tych ludziach zasiedliła się tak głęboko, że nawet ta tragedia nie zmusiła ich do głębszych przemyśleń.

Ktoś rzekł: Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy.

Ludzie czy to jeszcze nienawiść czy już fanatyzm. Pan Bóg wybrał sobie dewiata aby dojść sprawiedliwości? Toż to przykład oceanu bezmyślności.

Niestety za ten sposób myślenia odpowiada mściciel z Żoliborza i zastępy jego oślepionych władzą przydupasów, którym się wydaje, że to oni są eksluzywnym lekarstwem na wszystkie nasze bolączki. Jak inaczej traktować wypowiedź zainfekowanej bezkrytyczną nienawiścią Pawłowicz, która o Jerzym Owsiaku powiedziała:

„wzbudza w ludziach wielkie negatywne emocje z powodu skrajnie kontrowersyjnej postawy, szerzenia nienawiści i hejtu, poniżania innych jak też z powodu finansowania z puszek działalności ‚pozamedycznej’, a przy tym swej arogancji, że powinien odejść. Od dawna kompromituje sobą samą ideę, jest zakłamany lżąc Kościół i jednocześnie śląc dzieci pod kościoły po datki. Owsiak musi odejść, bo skłócanie przez niego ludzi, szczucie na innych źle się skończy. Owsiak MUSI odejść. Dla dobra sprawy i bezpieczeń[stwa] innych”.

Tą prymitywną wypowiedź mogę tylko spointować słowami klubowej koleżanki Krystyny Pawłowicz, Beaty Mazurek: „módl się i zamilcz”, a od siebie dodam i odejdź w zapomnienie raz na zawsze.

Gołym okiem.

Ni stąd ni zowąd przyszedł mi do głowy Henryk VIII, król Anglii. Wielu z nas zapewne pamięta serial na jego temat i perypetie jego żon. Przejął on schedę z dobrodziejstwem inwentarza, czyli z żoną w tym przypadku po swoim bracie Arturze. Katarzyna Aragońska to była właśnie ta żona. Heniek z numerem 8 koniecznie chciał mieć następcę a Kaśka z Aragonii nijak nie mogła sobie z tym poradzić. Król postanowił unieważnić to małżeństwo. Papież jednak, kiedyś to bała wielka figura, nie zgodził się na to. Niestety król nie znał Marty K. Ona pewnie udzieliłaby mu konkretnych wskazówek jak to zrobić aby papa z Rzymu przychylił się do prośby.

Król to jednak władza. Zerwał więzy z Rzymem, zrobił siebie głową kościoła i dał sobie rozwód. Na nieszczęście Anny Boleyn, następnej żony Heńka, która zapłaciła głową za swą słabość do tronu.

Symbolem Rzymu w Anglii było Opactwo Westminsterskie. Tam koronowano monarchów. Rozzłoszczony Heniek Ósmy pozbawił kościół wszystkich majątków a sam przejął owo opactwo. To dało początek kościołowi anglikańskiemu.

Gdy tak dzisiaj myślałem o królu Anglii, nagle przyszedł mi do głowy ojciec dyrektor. Władcą on narazie nie jest, ale trzyma w swoich rękach opactwo toruńskie. Mało go obchodzą zalecenia Franciszka, przecież wolnoć Tomku w swoim toruńskim domku. Hierarchia kościelna już dawno zrezygnowała z jakichkolwiek uwag pod adresem redemptorysty. Ułożył się z władzą i płynie w jego kierunku strumień kasy nie tylko z ministerstwa do spraw wiary. Gościowi jednak ciągle mało i marzy mu się partia polityczna. Wzorem kościoła anglikańskiego, którego najważniejsi oficjele zasiadają w Izbie Lordów i on wymyślił sobie, czemu nie.

Czas zatem powołać do życia pierwsze w naszym kraju Łopactwo z siedzibą w mieście Toruniu. Na jego czele stanie, a jakże Tadeusz Łopata Pierwszy. Oprze oczywiście swoją wiarę na chrześcijaństwie, bo nie daj Boże żeby lud się zorientował, źe jest inaczej. Łopata Pierwszy, dzięki swojej szkole medialnej czy coś w tym rodzaju „wykształcił” już zapewne pare setek wiernych mu ludzi gotowych do oddania się do dyspozycji tegoż.

No i kto mu zabroni, prezes, Adrian, premier? Toż oni się u niego spowiadają. A może Episkopat? Niby dlaczego miałby wojować z kurą znoszącą złote jajka.

A lud wsłuchany w Radio Maryja, słucha i słucha i wciąż nic nie rozumie, że diabeł nie w Owsiaku.

Sami posłuchajcie jego gołym okiem widocznych urojeń. No chyba, że ja jestem ślepy.

https://memnews.pl/img/56092/rydzyk-o-wosp-bo-rzekomo-na-szpitale-szkoda-gadac-koniecznie-z-dzwiekiem/

Blond czupryna.

Nie wiem dokładnie jaka jest geneza dowcipów o blondynkach. Nie wiem dlaczego niby mają być głupsze od kobiet o innym kolorze włosów. Nigdy nie gustowałem specjalnie w blondynkach, choć skłamałbym, że nigdy żadna nie zrobiła na mnie wrażenia.

Dawno temu pracowałem z jedna taką. Rzeczywiście warunki miała jak na mój gust niezłe i jak to mówią chłopy grzechu warta była. Mężczyźni, wbrew obiegowym wyobrażeniom też maja swoje zasady. Kiedyś rozwiązywaliśmy krzyżówkę. Siedzieliśmy przy stole z ową atrakcyjną blondynką. Ona czytała hasła a my asystowaliśmy, w sile trzech chłopa, z odpowiedziami. Rasa psa, takie była pytanie, pierwsza litera o. Nie czekając na nasze podpowiedzi, koleżanka pospieszyła ze swoją. Ogier walnęła z grubej rury. Nie pamietam czy pasowało czy też nie, dość powiedzieć, że jeden z nas tylko warknął, że trzech siedzi przed nią. Niespecjalnie się speszyła, tkwiąc w przekonaniu, że ogiery między psami też się trafiają.

To tyle z moich personalnych przeżyć z tym kobiecym kolorem włosów. Nigdy potem nie miałem przyjemności z kimś o równie wybujałej wyobraźni choć poznałem jeszcze parę atrakcyjnych pań w kolorze blond.

Jeszce do wczoraj to pytanie o złą sławę blondynek mogło mnie zastanawiać. Wczoraj jednak nastąpił ten punk przełomowy. Przepraszam z góry wszystkie panie blondynki ale gdy zobaczyłem w internecie zdjęcie nabuzowanego prezesa NBP w towarzystwie swoich asystentek to nagle mnie oświeciło. Choć nie wiem co one tam mają pod sufitem, to jednak na czole miały wytatuowany znak PLN, sprawiając wrażenie, że mało je obchodzi co i kto sobie o nich pomyśli. Wyglądały one na owym zdjęciu wyjątkowo tępo, przy czym muszę zaznaczyć, że jeśli ten głupek sprawujący funkcje prezesa myślał, że wyglada jak macho, to mu się już całkiem w głowie zaczadziło. Żałosny prostak bez odrobiny dobrego smaku w towarzystwie równie żałosnych kreatur a wszystkim im, sądząc po zdjęciu, atrybut myślenia zjechał windą w okolice krocza.

Żal mi inteligentnych kobiet z czupryną blond, to zdjęcie było jednak mocno żenujące.

Kończąc, dodam zatem dowcip, który umieściła na swoim blogu anglojęzyczna internautka.

Pewna blondynka nie mogła zajść w ciążę. Wreszcie udało się. Z wielką radością oznajmiła to swojej przyjaciółce. Ta jej serdecznie pogratulowała. Blondynka dodała, że będzie miała bliźniaki. To trochę zaskoczyło jej koleżankę bo to przecież był początek ciąży. Skąd wiesz? Zapytała zatem. Na to blondynka: w zestawie ciążowym była dwa wskaźniki, oba wykazały, że jestem w ciąży.

Ostrożnie panie prezes bo może się okazać, że z tego asystowania będą czworaczki. I idę o zakład, że w to uwierzysz bo wyglądasz nad wyraz jak szejk tyle, że nie tym arabski jeno z owoców w blenderze zrobiony.

Efekt „cieplarniany”.

Gdzieś koło wtorku

Burza w rozporku

Dopadła Jarka

„To pewnie fujarka

Znowu przygrywa

I gacie rozrywa”

Pomyślał dumnie

I bezrozumnie

Złapał za krocze

By myśli prorocze

Dotykiem potwierdzić

„Coś mi tu śmierdzi”

Pomyślał gniewnie

I spojrzał niepewnie

W dłoni kierunku

Szukając ratunku

Gdy na nią patrzył

Dojrzeć był raczył

Przyczynę odoru

Z rozporka otworów

Syczało gazem,

Który tym razem

Nie mając ujścia

Na zewnątrz pójścia

Sprawiał wrażenie,

Że jest pragnieniem

Był on tymczasem

Węglem z potasem

Co się wydostał

I w miejscu pozostał

Gdy dłoń Jarkowa

Do czynu gotowa

Z impetem natarła

Rozporek rozdarła

Gaz uwalniając

Smród zostawiając

I tak zatruty

Jarek zepsuty

Będąc na haju

Mści się na kraju.

Książkowe perełki

Lubię dobre kino sensacyjne. Lubię też Matta Damona. Good Will Hunting to była jego, według mnie, najlepsza rola. Za scenariusz do tego filmu wspólnie z Benem Afleckiem dostał Oscara. Damon sprawdza się w wielu rolach. Dobry okazał się również jako James Bourne. Fajne sceny, dobra akcja. No co tu dużo mówić podobało mi się.

Podczas pobytu w kraju, mój szwagier zaproponował mi przeczytanie książkowej wersji. Czemu nie? Czasu miałem sporo. Poza tym takie porównanie książka versus film zawsze jest ciekawe. Zwycięsko z tego wyszedł sam aktor. Czytając nie mogłem pozbyć się jego widoku a każdej scenie. Pewnie jeśli kiedykolwiek zagra tą postać inny aktor w moich oczach jest na straconej pozycji. Film zapewne dostarcza przeżyć wizualnych jakich książka nie jest w stanie. Ta ostatnia natomiast przy różnego rodzaju opisach czy nawet wymianie zdań bije film na łeb. Wiele dialogów w trakcie oglądania filmów umyka uwadze ze względu na tempo akcji. W książce do tego można wrócić, szczególnie gdy czegoś nie do końca zrozumieliśmy lub gdy dialog albo zdanie wypowiedziane przez bohatera ma jakiś specjalne odniesienie na przykład do sytuacji aktualnej. Czytanie w tym kontekście ma olbrzymią przewagę nad obrazem kinowym.

Dla potwierdzenia mojej tezy postanowiłem przytoczyć fragment z książki, który, jeśli nawet został wypowiedziany, to uciekł mojej uwadze. A jest on wyjątkowo mocny i wyjątkowo aktualny. Tylko przeczytajcie:

Za kogo, do kurwy nędzy, pan się uważa? I jeżeli mój język pana obraża, to powiem panu, za kogo ja pana uważam. Jest pan siewcą, rzuca pan do ziemi ziarna, ale w pańskim przypadku są to ziarna zatrute. Rzuca pan je w czystą ziemię i zmienia pan ją w błoto. Pańskie nasiona to kłamstwa i oszustwa. Kiełkują w ludziach, przekształcając ich w rozgniewane i przerażone kukiełki, które tańczą na pociąganych przez pana sznurkach, tak jak każe im pański cholerny scenariusz! Powtarzam ty autokratyczny skurwysynu, za kogo, do kurwy nędzy, się uważasz?”

No i co wy na to? Gdybym chciał przemówić do pewnego prezesa to szanse na pobicie tego cytatu miałbym znikome albo wręcz żadne.

Nie będę się zatem silił na żadne mądrości bo i nie ma sensu.

Ten cytat dla ciebie prezesie.

Ameryka to taki dziwny kraj cz. IV

W jednej z moich ostatnich notek pisałem na temat prawa w Stanach. Zdecydowałem się dopisać pare słów w tym temacie posługując się dwoma przykładami.

Czy pamiętacie Rodney Kinga? A może O. J. Simpsona? Ten pierwszy to zwykły Amerykanin, drugi natomiast to gwiazda amerykańskiej ligi futbolowej. W sumie łączy ich tylko kolor skóry i amerykański system prawny.

W Stanach w sprawach kryminalnych, zanim sprawa trafi na wokandę, prokurator i obrońca starają się dogadać szukając w miarę korzystnego werdyktu dla obu stron. Jeśli do tego nie dojdzie to wtedy dochodzi do rozprawy. Ojej wyniku decyduje jednak nie sędzia lecz ława przysięgłych. Składa się ona z normalnych ludzi, którzy posiadając prawo jazdy, zostają zarejestrowani jako potencjalni ławnicy w sprawach sądowych. Z reguły są oni wzywani w ilości przekraczającej potrzeby procesu. Chodzi jednak o to aby prokurator i obrońca mogli z tego grona wyłowić najbardziej obiektywne jury.

Rodney King nie zatrzymał się na polecenie patrolu drogowego. Został jednak złapany po krótkim pościgu. King nie tylko kierował pod wpływem alkoholu ale miał już sprawę w zawieszeniu więc gdyby go złapano mogła by ona spowodować surowsze konsekwencje. Gdy go zatrzymano stawiał czynny opór utrudniając założenie kajdanek. Stąd grupa oficerów zmuszona była użyć extra siły. Czterem z nich przedstawiono zarzut zdecydowanego nadużycia siły podczas zatrzymania, na podstawie nagrania video. Nieszczęściem dla nich, ktoś to nagrał, przekazał do telewizji i rozpoczęła się prawna awantura. Cała czwórka policjantów stanęła przed sądem. Ławnicy jednak nie dopatrzyli się nadmiernego użycia siły i uniewinnili całą czwórkę. W wyniku werdyktu doszło do protestów Afroamerykanów. Trwały one sześć dni i w ich wyniku zginęły sześćdziesiąt trzy osoby i niemal dwa tysiące czterysta osób zostało rannych. To był rok 1992. W rok później na wniosek Ministerstwa Sprawiedliwości ponownie postawiono pod są owych czterech policjantów. Tym razem sąd skazał dwóch z nich na dwa i pół roku więzienia a pozostałych dwóch uniewinnił.

O.J. Simpson gwiazda futbolu, aktor, sprawozdawca sportowy niezwykle popularna osoba w 1994 został aresztowany jako podejrzany o dokonanie zabójstwa na swojej byłej żonie i jej partnerze. Morderstwo było wyjątkowo brutalne a on sam już wielokrotnie był oskarżony o używanie przemocy w stosunku do swojej żony. Niemal pół Ameryki oglądało jego pościg i poddanie na autostradzie w okolicach Los Angeles. Simpson stanął przed sądem. Niestety na miejscu zbrodni popełniono wiele uchybień. Skorzystali z tego jego obrońcy zarzucając policji mistyfikacje i podrzucanie dowodów. Przeważająco afroamerykańska ława przysięgłych pomimo wielu dowodów na niekorzyść Simpsona, postanowiła go uniewinnić. W oczach wielu obserwatorów było to odpowiedzieć na proces czterech policjantów, którzy trzy lata wcześniej zostali uniewinnieni w procesie Kinga. Rozruchów jednak nie było, choć wyrok mógł do tego doprowadzić i kto wie czy gdyby to ofiary były Afroamerykanami a morderca biały tak by się nie stało.

O.J. Simpson okazał się kryminalistą bo już dziesięć lat później stanął ponownie przed sądem podejrzany o napad rabunkowy w Las Vegas. Tym razem został skazany.

Jak podaje wikipedia w 2016 roku przeprowadzono badanie opinii publicznej na temat winy Simpsona. Aż 83% białych Amerykanów uważa, że był winien morderstwa swojej żony, 57% Afroamerykanów tez podzieliła ten pogląd.

Nienawiść mocno oślepia bez względu na kolor skóry.

O tym jak wygrałem szlemika.

Czy grywacie w karty? Odkąd pamietam moich rodziców wypady do znajomych wiązały się z grą w karty. Pogrywali głównie w brydża, czasami w remika. Gdy mnie brali ze sobą, biegałem dookoła stołu starając się zrozumieć zasady gry.

W rodzinie z kolei popularny był tysiąc, sześćdziesiąt sześć i proste szybkie oko, które wiązało się z pieniędzmi. Z kolegami na podwórku pogrywaliśmy w durnia, makao, króla, że nie wspomnę o Piotrusiu.

Wraz z wiekiem gry stawały się coraz bardziej skomplikowane, kierki, kanasta, ferbel, poker i sam już nie pamietam co.

Nie będzie ukrywał, że lubię karty. Takie spotkania nie wymagają specjalnego przygotowania, stosu żarcia, alkoholu i innych rzeczy związanych z wizytą kogoś albo u kogoś. To były takie proste i nieskomplikowane spotkania i zawsze sprawiały mi wiele przyjemności.

Potem przyszła demokratyczna zmiana systemu, praca od rana do wieczora i tradycja z powodu braku czasu zanikła w narodzie. Teraz znowu mam jego więcej. Nie tylko ja ale i grupa moich znajomych. Karty powróciły do łask. Aczkolwiek nie do końca bo już nie mieszkam tak blisko aby spotykać się od czasu do czasu na karciane wieczory.

Zjechałem jednak na chwilę. W domu króluje tysiąc i remik. Mam jednak bliską grupę brydżowych znajomych. Spotkałem się właśnie z nimi w ten weekend na dwudniowe zawody brydżowe. Oni to zapaleni gracze znający zasady licytacji, pytania o punkty czy siłę koloru. Ja przy nich to drobny patałach, który lubi karty. To jednak bardzo mili ludzie mimo, że doprowadzam ich do wyrywania włosów z głowy, grają ze mną.

Te wieczory to oczywiście przede wszystkim brydż ale też i pogawędka o problemach świata, które każdy widzi na swój sposób.

Mieszkamy w innych częściach stanu. Niby znamy swoje adresy ale tym razem, jadąc na miejsce spotkania znajomy wybrał zły zjazd. Przy okazji zatem pozwiedzaliśmy trochę okolice, błądząc niemiłosiernie w poszukiwaniu wyjścia z drogowej matni. Mniej więcej zajęło nam to dwie godziny zanim odnaleźliśmy prawidłowy kierunek na drodze, która, zmieniała swoje położenie na mapie niemal za każdym zakrętem.

Dotarliśmy na miejsce z dwugodzinnym opóźnieniem mocno sfrustrowani. Od czego jednak nalewka własnej roboty. Po chwili już byliśmy w dobrym humorze.

Jeszcze coś na kieł i już karty grzały się w naszych rękach. Parę dobrodusznych uśmiechów pod moim adresem, które nie robiły na mnie żadnego wrażenia i oto dostałem kartę życia. Punktów dużo albo jeszcze więcej. Wiedziałem, źe to ten moment aby udowodnić, że i ja mam brydża we krwi. Trzeba było to jeszcze wylicytować. Tu niestety wprawiłem moją partnerkę w osłupienie swoimi niestandardowymi odzywkami. Na szczęście znając mnie, nie zamknęła licytacji. Tak więc niespodziewanie zgłosiłem chęć grania szlemika w kolorze. Dla niezorientowanych polega on na wzięcie dwunastu z trzynastu lewych czyli sztychów. Liczyłem na pomoc mojej partnerki. Niestety, za potrzebą musiała opuścić miejsce zawodów. No cóż przyszło to cholerstwo rozgrywać o własnych siłach. Ręce się mi trzęsły bo kontrakt był do wygrania, tylko trzeba umieć kombinować miedzy stołem a ręką. Nie wiem jak to się stało, bo popadłem w jakiś karciany amok, dość powiedzieć, że oddałem tego jednego sztycha czyli wygrałem to konkretne rozdanie. Reszta wieczoru była już bez znaczenia. Dawno już mi tak klata nie urosła. Prawdę mówiąc duma wciąż mnie rozpiera. Szlemik wylicytowany i ugramy o własnych siłach. Nich mi ktoś powie, źe nie umiem grać w brydża.

Wyprawa na wspinaczkę

Większość swojej amerykańskiej przygody spędziłem w stanie New Jersey. Tu mnie zdeponowano po odbiorze z Kennedyego i tak już zostało. Alternatywna nazwa tego stanu to Garden State. Różnie to tłumaczą, ale jest to związane z ilością zieleni i wszelkiego rodzaju parków z trasami turystycznymi. Od wschodu granicą stanu jest rzeka Hudson, za którą znajduje się Manhattan, a im bardziej na południe granicą staje się Ocean Atlantycki. Byłem na paru plażach, ale jak to w Ameryce są one mocno skomercjalizowane co niespecjalnie mi odpowiada.

Na zachodzie New Jersey graniczy z Pennsylwanią. I tu również rzeka dzieli oba stany. Delawer River, to również bardzo atrakcyjny akwen z punktu uwidzenia turystów. Odbywa się nią wiele spływów kajakowych w sezonie letnim co przyciąga całe rzesze zwolenników tego typu wypoczynku. Niczym Dunajec, Delaware River na granicy pomiędzy stanami wije się wśród Appalachów, oferując niesamowite widoki i przełomy. Po obu stronach w górach znajdują się trasy wspinaczkowe o rożnej trudności. Dotarcie do ich końca na ogół kończy się nieprawdopodobnym widokiem na zakola rzeki i wijącą się wzdłuż niej drogę miedzy-stanową nr 80.

Syn zaoferował mi wspinaczkę jedną z tras. Przystałem oczywiście, bo odrobina wysiłku fizycznego to coś niewątpliwie dobrego dla zdrówka. No i oczywiście świeże powietrze. W towarzystwie własnej krwi, czyż może być coś lepszego?

Pomaszerowaliśmy na coś, co miało trwać w porywach do trzech godzin. Przeciągnęło się do pięciu. Widoki jednak zrekompensowały trudy i pot wylany w trakcie wspinaczki. Choć był to piątek i godziny pracy, spotkaliśmy na trasie wyjątkowo dużo ludzi. Starszych, młodszych, całe rodziny czy pary zapatrzonych w siebie i w krajobraz. Podobno można w tej okolicy natrafić na zabłąkanego misia, ale widać to jest taki czas roku, w którym udały się one na zimowy spoczynek.

Trasa zamknęła się około piętnastokilometrowym kołem, z czego dojście do punktów widokowych zajęło około osiemdziesiąt procent trasy. Zejście do parkingu było zdecydowanie krótsze, jednak i bardzie strome, i bardziej niebezpieczne.

img_6833

Jezioro na trasie

Przełom na Dekaware River

Widok na Delaware River.