Trawa pampasowa

Trawa pampasowa to jedna z popularniejszych roślin naszym terenie. Rozsiewa się sama i rośnie w tempie wręcz niemożliwym. Nic jej nie przeszkadza. Deszcze, słońce wiatr, zimno, ciepło wsio ryba. Nie cieszy się jednak zbytnim szacunkiem tubylców. Przede wszystkim z powodu swojej inwazyjności. Jak już się jej pozwoli rozrosnąć to wyrwać to badziewie jest wręcz niemożliwe. Głęboki i mocny system korzenny sprawia, że trzeba się sporo napracować aby się jej pozbyć. Próbowałem już wielokrotnie z piecdziesiecioprocentowym powodzeniem. Wtedy kiedy udało mi się ją wreszcie wykopać, to zajęło mi to pewnie pół dnia, a pod koniec ja wyglądałem gorzej niż ta trawa. Z dwóch przyczyn, po pierwsze wysiłek był dość spory, a po drugiej te jej zielone, ładnie wyglądające liście są ostre jak brzytwy. Chociaż pracowałem w rękawiczkach i z długim rękawem to mimo wszystko nie udało mi się uniknąć poważnych nacięć na skórze.

Miejscowi traktują ją jak chwast i ja skłaniam się w tym kierunku. Niestety ogrodowa estetyka nie zależy ode mnie. Mamy więc pare krzaków rozsianych po całej powierzchni naszej posesji. Od czasu do czasu trzeba to dziadostwo przyciąć i usunąć uschnięte jego części. Z nieukrywaną radością przyjąłem zgodę ogrodowego guru do zatrudnienia naszego stałego pomocnika Señora Pepe aby zajął się rzeczoną trawą. Na wiadomość o możliwości zarobku nawet się ucieszył. Mina mu jednak zrzedła kiedy zrozumiał co będzie musiał zrobić. Dwie dychy piechotą jednak nie chodzą. Zeszło mu cały dzień zgodnie z naszymi oczekiwania, no i wyglądał jakby właśnie wrócił z wojny. Z tą małą różnicą, że wciąż miał uśmiech na twarzy.

Przed fryzjerem

Po fryzjerze.

A ptaszkom sprawiliśmy poidełko.

Pepe nie wyraził zgody na publikacje jego foty. 😂😂😂😂

Reklamy

Dziennik telewizyjny, kto pamięta?

Dobry wieczór państwu. Ze studia dziennika telewizyjnego wita państwa Jacek OdrąbięRękę. A oto najważniejsze wydarzenia dnia.

Pierwszy sekretarz komitetu centralnego partii towarzysz Jarosław Mały przebywał w godzinach rannych na spacerze z kotem. W przechadzce ulicami Żoliborza towarzyszyli mu członkowi najwyższych władz państwowych w osobach prezydenta Andrzeja Żyrandola, premiera Mateusza MiskaRyżu, marszałka Senatu Stanisława PracaDlaIdei oraz marszałka Sejmu Marka LatamzRodziną. Celem spaceru było zapoznanie się z aktualnymi bolączkami mieszkańców dzielnicy czemu służyły wymiany zdań z przygodnie napotkanymi mieszkańcami osiedla. Na Placu dla Kotów pierwszy sekretarz wygłosił krótkie przemówienie do licznie zebranej publiczności. Potępił w nim dotychczasowe działania aktualnego prezydenta miasta Rafała ZdradzieckaMorda. Zapoznał również mieszkańców z pracami specjalnej komisji przy Komitecie Centralnym, mającej na celu wytkniecie nieprawidłowości w trakcie wyborów prezydenckich w mieście, zapewniając, że wkrótce poznamy prawdę. Towarzysz Mały zachęcił również do wysłuchania konferencji prasowej przewodniczącego powyższej komisji, członka Biura Politycznego, zastępcy członka komitetu centralnego, szefa departamentu prawdy objawionej towarzysza Antoniego MgłaBrzozowa.

W godzinach popołudniowych Pierwszy Sekretarz Partii Towarzysz Jarosław Mały specjalnym samolotem udał się na otwarcie Zakładów Naturalnych Nawozów Rolniczych w miejscowości PodPiSdowo. W podróży towarzyszyli mu przedstawiciele najwyższych władz państwowych z prezydentem i premierem na czele. Na lotnisku żegnali pierwszego sekretarza marszałkowie Seantu i Sejmu towarzysze Stanisław PracaDlaIdei i Marek LatamzRodziną.

Po dwóch godzinach lotu delagacja dotarła do specjalnie wyboduwanego na tę okazje portu lotniczego w miejscowości Brzeszcze. Tu członkowie władz zostali powitani przez najwyższe władze wojewódzkie wraz z eurodeputowaną Beatą PrzegrywamGlosowania, która jest rownież honorowym prezesem okolicznego koła gospodyń wiejskich.

Pierwszy sekretarz wygłosił krótkie przemówienie, dziękując zebranym za przybycie i ich oddanie w patriotycznym rozwoju ojczyzny.

Bezpośrednio z lotniska delegacja udała się do Zakładów Produkcji Nawozów Rolniczych w PodPiSdowie, oddalonym zaledwie o kilka kilometrów od Brzeszcz. Tam już czekał na nich aktyw partyjny wraz z zespołem głównego wynalazcy nowego rodzaju nawozów naturalnych z ludzkich odchodów profeserorem Janem KornikSzyszką na czele.

I sekretarz ponownie wygłosił przemówienie dziękując za oddanie i poświęcenie członkom kolektywu partyjnego przy budowie kombinatu. Głos zabrali rownież prezyden Andrzej Żyrandol i premier Mateusz MiskaRyżu.

Profesor Jan Kornik-Szyszko w krótkim wystąpieniu podziękował pierwszemu sekretarzowi za jego wkład i patronat przy budowie zakładów nowej generacji nawozów.

Z ramienia kościoła obecny był arcybiskup, generał połowy Leszek Koniak Gwóźdź, który dokonał poświęcenia kombinatu.

I sekretarz wyraził zaniepokojenie otaczającym go niemilym zapachem. Okazało się jednak, że w całej Polsce ruszyły punkty pobierania surowca do produkcji nawozu. Naród z oddaniem ruszył do owych punktów gdzie surowiec został odpowiednio przesortowany i teraz wagony z nim stają na bocznicach w oczekiwaniu na rozpoczęcie produkcji. Po tym wyjaśnieniu w następnej kolejności w podniosłej atmosferze odbyło się przekazywanie surowca przez członków delegacji w specjalnie na ten cel przygotowanych toaletach.

O godzinie 19 pierwszy sekretarz towarzysz Mały dokonał przecięcia wstęgi i oficjalnie ruszyła produkcja. Pierwsza produkcja zostanie przekazana bezpłatnie kołu gospodyń wiejskich z Brzeszczy.

Zaraz po głównym wydaniu dziennika zapraszamy państwa na obszerną transmisję z uroczystości uruchomienia Zakładów Naturalnych Nawozów Rolniczych w PodPiSpdowie. Z uwagi na ograniczone ramy czasowe nasze relacja skoncentrował się na najważniejszych punktach tego ważnego dla kraju wydarzenia. Mając na uwadze jego doniosłość, na terenie całego kraju został wydany zakaz nadawania audycji na wszystkich innych kanałach od godziny dwudziestej do odwołania. W tym czasie TVP będzie towarzyszyć i transmitować przebieg pobytu delegacji w PosPiSdowie aż do wyprodukowania pierwszego worka nawozu.

Dziękujemy państwu za uwagę. Żegna państwa Jacek OdrąbięRękę. Oddaje głos do naszego wozu transmisyjnego w PodPiSdowie. Dobranoc.

Święta w lipcu i żart do wpisu Optymisty

Słońce zdecydowanie nas nie rozpieszcza. Trudno jednak się dziwić bo ono przecież o tej porze roku operuje przed wszystkim na półkuli północnej. Po mojej stronie świata, nad oceanem zapewne jest ciepło, jednak w górach temperatury zdecydowanie niższe. Zdarzają się oczywiście dni słoneczne ale na tej wysokości, jak nawet wiaterek tylko sobie dmucha od niechcenia to i tak czuć go pod skórą. A gdy słońca nie ma i niebo zachmurzone i jeszcze do tego powiewa to ten chłód na zewnątrz natychmiast przenika do środka. Naszym jedynym ogrzewaniem jest kominek, który spełnia role bardziej estetyczna niż grzewczą. Kiedy jednak go rozpalę to już sam ogień wywołuje poczucie ciepła.

Niedziela była właśnie takim chłodnym i niesprzyjającym do wyjścia na zewnątrz dniem. Filmów mamy od groma. Tylko jeszcze znieść drzewa, rozpalić i oddać się filmowej muzie. W międzyczasie Luśka zamięsiła ciasto i wyszły z niego bułeczki z czekoladowym nadzieniem. W południe, czy jakoś tak, do tego kawka i chwila lektury.

A w świecie gdzieś ścigają się szczury, niech się ścigają.

Kominek ma coś w sobie.

No i nie ma to jak pieczywo własnej roboty

Na koniec ku przestrodze żart dla Optymisty w kontekście trzeciej płci.

Taksówkarz wiezie zakonnicę. Przygląda jej się w lusterku i nie może od niej oderwać wzroku. Wreszcie siostrzyczka spytała czego ją tak świdruje swoim spojrzeniem. Kierowca szczerze więc jej odpowiedział, że jedną z jego fantazji seksualnych jest całowanie się z zakonnicą. – No cóż, jeśli jesteś kawalerem i chrześcijaninem to mogę cię pocałować – zaproponowała siostra. – Tak się składa, że jestem i tym, i tym – odpowiedział taksówkarz. – Skręć zatem w jakiś zaułek i się zatrzymaj.

Już po chwili stoją w ślepej uliczce i zakonnica żałuje tak namiętnie taksówkarza, że nawet panienka lepszych obyczajów by się tego nie powstydziła.

Jednak po pocałunku kierowca nagle się rozpłakał.

– Co się stało – pyta zakonnica

– Skłamałem – odpowiada kierowca – jestem Żydem i do tego żonatym.

– Nic się nie martw – odpowiada siostra – ja mam na imię Andrzej i wybieram się na bal przebierańców.

Tak, tak panie Optymista nawet habit może człowieka wprowadzić w błąd.

Pora na trochę śmiechu.

Dawno nie było dowcipów. Wynalazłem pare ze starych numerów Angory.

Dwaj przyjaciele dyskutują o różnych formach uprawiania seksu.

– Uwielbiam na rodeo – mówi pierwszy

– Na rodeo? – dziwi się drugi – jak to jest?

– Kochasz się ze swoją żoną, pieścisz, a potem szepczesz jej do ucha: pachniesz takimi samymi perfumami jak moja sekretarka.

– No!?

– No i utrzymaj się w siodle dłużej niż pięć sekund.

W szpitalu wstrząśnięta pielęgniarka woła do lekarza.

– Panie doktorze! Panie doktorze! Symulant z sali numer 2 zmarł

– No tym razem to już przesadził – ze spokojem odpowiedział lekarz

– Halo! Gdzie się dodzwoniłam? Z kim rozmawiam?

– Tu sklep obuwniczy.

– Oj przepraszam pomyliłem numer.

– Nic nie szkodzi. Proszę przyjść, wymienimy.

Jakich słów używa Sycylijczyk na widok pięknej kobiety?

– Cioa! Szybki numerek i pizza?

A gdy kobieta pokaże mu środkowy palec, szczerze się dziwi.

– Naprawdę nie lubisz pizzy?

Jeśli posłucha się kobiet, to wszystkie mają genialne dzieci, a ojcowie ich wszystkich to idioci.

Rozmawia dwóch emerytów.

– Wyobraź sobie, że ostatnio mam kłopoty z pamięcią

– To niedobrze. Może pożyczyłbyś mi 300 złotych?

Pracownik rano dzwoni do szefa i mówi:

– Źle się czuje, nie przyjdę dzisiaj do pracy

Na to szef odpowiada:

– Dla mnie najlepsze lekarstwo na złe samopoczucie to seks z moją żoną. Też radzę ci spróbować.

Po dwóch godzinach pracownik dzwoni ponownie:

– Szefie to działa. Czuje się znacznie lepiej. Aha, ma pan bardzo ładny dom.

W supermarkecie, dwóch facetów zderz się wózkami.

– Nie może pan uważać!? – mówi jeden z nich

– Przepraszam, ale szukam żony i się zagapiłem.

– Ja również – odpowiada drugi – a jak pańska żona wygląda?

– Jest wysoka, smukła brunetka o niebieskich oczach, niesłychanie zgrabnych nogach, z pięknym biustem. No cóż, może nieco za duży dekolt, do tego przezroczysta bluzka i nie nosi biustonosza. A pańska jak wygląda?

– Zapomnijmy o mojej. Poszukajmy pańskiej.

Źródła:

Angora nr 38. 17 września 2017. Świat się śmieje.

Angora nr 44. 29 października 2017. Świat się śmieje.

Lekcja hiszpańskiego

Pisząc ostani tekst o kartach kredytowych i debetowych, oryginalnie chciałem się podzielić moim pobytem w tutejszym banku. Okazało się jednak, że gdy już miałem zacząć o tym pisać tekst był już przydługi no i niespodziewanie odbiegłem od tematu, który zamierzałem poruszyć. Samemu mając kłopoty z koncentracją na zbyt przydługich tekstach, postanowiłem podzielić moje przemyślenia na dwa teksty. Poza tym łączy je jedynie temat karty bankowej sedno sprawy jest inne.

Otóż na punkcie tych wynalazków bankowych jestem przewrażliwiony. Staram się zmieniać hasła tak aby każda karta miała inne. Kiedyś pamiętałem to bez większych problemów. Kiedyś jednak nie wszystko było tak ohasłowane. Dzisiaj jest tego dość sporo bo i telefon, komputer, karta, konta rożnego rodzaju. Namnożyło się tego badziewia, że trudno spamiętać. Mam też fobie na punkcie spisywania tego na kartkach czy w notatniku z obawy przed zagubieniem czy kradzieżą. Staram się zatem gimnastykować mózgownice.

Zapomniałem jednak hasła do mojej tutejszej karty debetowej. Ona to podstawa. Nią wszystko płacę. Trzeba mi było iść do banku i zresetować hasło. Wiśta wio, hiszpański ciagle robi mi zagadki a jeszcze gdy się odrobine zdenerwuje to już kompletnie po zawodach. Tutaj z angielskim dość cieżko. Często jednak jest tak, że nawet jeśli znają go, to i tak nie będą z człowiekiem w innym niż hiszpański języku rozmawiać. Często biorę zatem tłumacza. Postanowiłem jednak, że ku..a muszę się wreszcie tego hablania nauczyć. Załatwiam zatem co mogę sam.

Wpadam do banku. Oczywiście do mojego okienka kolejka. Piętnaście minut, całkiem nieźle, i jestem obsługiwany. Tłumaczę, że moja karta nie działa bo ja zapomniałem hasła. Widzę, że mnie rozumie. Czyli sukces. Coś zaczęła stukać na komputerze i po chwili daje mi coś do podpisania. Patrzę na ten papier, paranoja, ale podpisuję. Pani mnie pyta czy znam mój numer telefonu, tak wtedy myślałem. Znam. Hasło tymczasowe to mój numer telefonu. Mam teraz iść do maszyny bankowej, włożyć kartę wbić tymczasowe hasło i zmienić je na swoje nowe. Eureka. Wale do maszyny. Rach, ciach karta w środku. Teraz wbijam numer telefonu. Ku..a on ma dziesięć cyfr a tu mi każe tylko cztery. Może wszystkiego nie zrozumiałem poprawnie. Jedna transakcja z głowy. Znowu karta w środku. Wbijam teraz cztery ostatnie numery mojego telefonu. Niby dobrze. Następny ekran. Zmieniam hasło. Następny ekran, a na nim tymczasowe hasło było niepoprawne, transakcja unieważniona. Może cztery pierwsze cyfry z mojego telefonu. Karta w środku. Wbijam cyfry. Wszystko się powtarza. Ostani ekran. Hasło tymczasowe niepoprawne. Trzecia próba i karta zablokowana. Walę znowu do okienka a tu kolejka oczywiście. Mało kogo obchodzi, że odstałem swoje. Stoję raz jeszcze. Inna pani. Tłumacze, że kartę szlag trafił i potrzeba ją odblokować. Znowu gmera coś, znowu coś podpisuje. Ta kobitka jednak widzi, że ze mnie jakiś niekumaty i daje mi koleżankę aby ta pomogła z maszyną. Walimy do maszyny. Koleżanka mnie pyta czy znam hasło tymczasowe. Niby skąd? Trzeba nam dzwonić do centrali. Bierze mnie do telefonu. Wykręca numer, coś tam habla i oddaje mi słuchawkę. Tam znowu ktoś tylko habla. Patrzę a moja przewodniczka wzięła nogi za pas i zniknęła. No to sobie teraz pohablamy. Z drugiej strony słuchawki ktoś coś nawija. Odpowiadam na tyle na ile potrafię. Co ciekawe, nawet się dogadujemy. Super. Wreszcie przez ten telefon dowiaduje się, że tymczasowe hasło miało zostać wysłane do mnie automatycznie na mój numer telefonu. Nie było ono żadnymi cyframi związanymi z telefonem. No dobra. Teraz kapuje. Patrzę na mój aparat. Na nim żadnej wiadomości. Mowie, nic nie otrzymałem. A jaki jest mój numer telefonu. Podaje. No i wreszcie dochodzimy do sedna. W moich danych bankowych figuruje stary numer telefonu. O ku…a. Dlaczego nikt nie sprawdził tego przy pierwszym podejściu. No dobra, za późno. Proszę o zmianę numeru na aktualny. Pani z drugiej strony słuchawki tego zrobić nie może. Muszę walić znowu do kolejki. Po raz trzeci.

Zmieniam wreszcie numer. Ale teraz muszę znowu skontaktować się z centralą aby ta potwierdziła, że został uaktualniony i wysłała mi kolejne hasło tymczasowe. Znowu pomaga mi pani od obsługi klienta. Po drugiej stronie dają mi kogoś z angielskim. Mój hiszpański był lepszy niż jej angielski. Była jednak bardzo miła. Każde zdanie rozpoczynała od mister czyli pan po naszemu, co po angielsku brzmi okrutnie zabawnie. Tak czy inaczej, wielki sukces. Telefon uaktualniony. Po chwili słyszę dźwięk przechodzącej wiadomości. Mam mamia. Walę znowu do maszyny z moja przewodniczką. Dwie godziny. To jednak nie ważne. Mi się generalnie nigdzie nie spieszy. Ale lekcja hiszpańskiego była bezcenna jak…karta mastercad.

Karciane przekręty.

Karty kredytowe, karty debetowe, kto dzisiaj nie korzysta z tego dobrodziejstwa. Lekko, łatwo i przyjemnie. Nie trzeba gotówki no i jak to mówią plastik przyjmie wszystko. Nawet tutaj w Ekwadorze, kraju uważnego za trzeci świat ta technologia ma się całkiem dobrze. Z kart kredytowych wyleczyłem się jeszcze w Stanach. Jednak debetowa wciąż jest przeze mnie używana.

Żyjemy jednak w czasach, w których technologia pobudza rozwój mniej sympatycznych zjawisk utrudniających życie przeciętnemu Kowalskiemu. Kradzież danych osobowych, haseł do kont bankowych, haseł kart kredytowych to już dla wielu cwaniaków niezły i łatwy kawałek chleba. Wbijając swój kod karty debetowej trzeba patrzyć w lewo i prawo czy ktoś nie stoi zbyt blisko. To również może okazać się niewystarczające. Trzeba być pewnym, że na klawiaturze nie znajduje się nic podejrzanego bo już coś tam kładą co umożliwia kradzież kodów. Nawet nie używanie karty lecz samo tylko jej noszenie przy sobie może się okazać fatalne w skutkach. Ktoś już wymyślił czytnik, który niczym fale rentgenowskie potrafi prześwietlić zawartość naszego portfela a potem, hulaj dusza piekła nie ma.

W Stanach wielokrotnie zdarzały mi się przypadki zakupów, które pojawiały się na moich kartach kredytowych, a o których nie mieliśmy zielonego pojęcia. Na szczęście takie niespodzianki dość łatwo można było wyreklamować. Karta wtedy zostawała zablokowana i otrzymywało się nową. Zdarzyło mi się raz, że zanim jeszcze karta do mnie dotarła już ktoś ją użył a ja w pierwszej kolejności dostałem rachunek na całkiem niezła sumę. I tym razem jednak udało mi się wyreklamować fałszywy zakup.

Pomysłowość złodziei jest dość ciężka jednak do przewidzenia. Wspominałem przed chwila o czytnikach kart kredytowych. Przypomniała mi się sytuacja ze stroną oferującą tanie bilety lotnicze. Rzeczywiście w porównaniu z innymi oni byli tańsi o minimum sto dolarów a czasami nawet więcej. Jak tłumaczyli, oferowali te bilety taniej tylko dlatego, że kupujący je musiał zdeponować gotówkę na ich konto bankowe. Takie działanie pozwało im na oszczędności operacyjne. Niby ma sens. Zanim jednak sam dałem się nabrać rozpytałem znajomych o ich doświadczenie. Wszyscy, którzy używali ową agencje zawsze otrzymywali potwierdzenia, bilety i ich podróż przebiegała bez problemów. Skoro tańsi, skoro nikt nie krzyczy, kupiłem i ja. I mnie się również udało szczęśliwie wylecieć i powrócić. Byłem chyba jednym z ostatnich. Okazało się bowiem, że owa agencja kupowała bilety używając skradzionych kart kredytowych. Płacili nimi a sami żądali gotówki, która natychmiast po wpłacie przez klienta wybierali. Udawało im się to dość długo, przede wszystkim dlatego, że ich proceder polegał na sprzedaży biletów super tanich w ostatniej chwili. Nikt przecież nie sprawdzał rachunku z karty kredytowej pomiędzy rachunkami. Te zwykle mają miejsce raz na miesiąc. Zatem jeśli ktoś kupił bilet po zamknięciu bieżącego okresu rozliczeniowego i przed otrzymaniem przez posiadacza nowego rachunku mógł mówić o szczęściu.

Nic nie może jednak wiecznie trwać. Kolejni znajomi kupili bilety ze znacznym wyprzedzeniem. Widać rachunek dotarł do właściciela karty przed ich wylotem. Tem unieważnił transakcje a linie lotnicze skasowany bilety. Znajomi pojawili się na lotnisku no i zaczęło się. Hotele popłacone, nastrój wakacyjny tylko nie ma jak dolecieć na miejsce przeznaczenia. Nic nie pomogły tłumaczenia. Niewiedza w tym przypadku zresztą mało kogo obchodzi. Trzeba było kupować nowe bilety. A ceny były powalające. Przestrzegli jednak nas wszystkich, dzięki czemu nie jeden z nas prawdopodobnie umilkł lotniskowych niespodzianek.

Na marginesie. Jak zwykle w rym przypadku po plecach dostał przeciętny naiwniak. Wiem, wiem za to trzeba płacić. Jednak jest w tym coś okrutnego. Złodziej zniknął z kasą, banksterzy nie zapłacili liniom, linie wycofały bilety a ten co chciał zaoszczędzić sfinansował całe to doborowe towarzycho. Żyć nie umierać.

Wodospad w Giron

Cuenca otoczona jest Andami. Bez względu z jakiej strony się do niej wjeżdża lub z niej wyjeżdża trzeba odrobine pod górkę a potem dopiero z górki. Góry oferują olbrzymią ilość miejsc widokowych. Do jednych można dojechać do innych trzeba jednak dość. Z tym nie ma największego problemu. Ilość tras wspinaczkowych o rożnym stopniu trudności definitywnie zadowoli każdego z miłośników tego typu wypoczynku.

Jedną z mniej znanych atrakcji, która znajduje się o pół godziny jazdy od miasta są górskie wodospady położone w miejscowości Giron. Długo odkładaliśmy wycieczkę w tamte strony. Kiedy jednak półtora roku temu odwiedzili nas znajomi postanowiliśmy im zaproponować wyprawę.

Nasz taksówkarz, który zna okolice bardzo dobrze posłużył nam za przewodnika. W Giron zasadniczo znajdują się dwa wodospady. Jeden z nich jest bardzo łatwo dostępny, drugi natomiast wymaga więcej wysiłku i dwugodzinnej wędrówki dzikim szlakiem. Nie zdecydowaliśmy się na oba. Postanowiliśmy zaliczyć tylko ten łatwiej dostępny.

To co zobaczyliśmy było jeszcze jednym przykładem piękna natury. Może następnym razem zdecydujemy się na spotkanie z wodospadem położonym wyżej. Póki co pare fotek z tego co widzieliśmy.

Droga i wodospad

O podnóża sadzawka do pływania.

Widok z boku

A na koniec takie cudo nam się przytrafiło. Tęcza poniżej nas.

Dobre wychowanie i żółwiowy słup

Ponownie sięgnąłem do mądrości i śmieszności z anglojęzycznych blogów. Te dwa dowcipy przypadły mi bardzo do gustu.

W trakcie jednej z lekcji w szkole, nauczyciel zapragnął nauczyć swoich uczniów jak się powinni zachować w określonej sytuacji.

Pytanie, na które mieli odpowiedzieć uczniowie brzmiało:

Jeżeli jesteś na randce połączonej z obiadem z piękną dziewczyną i nagle zachciało ci się iść do toalety, jakbyś jej to powiedział?

Pierwszym uczniem do odpowiedzi był Michał

-Poczekaj chwileczkę, muszę iść się wysilać – odpowiedział Michał.

-To nie byłoby ani sympatyczne, ani miłe – zestrofowała Michała nauczycielka

-A co ty byś powiedział, Ryszard?

-Wybacz proszę, ale naprawdę muszę iść do toalety. Zaraz wracam – odpowiedział Ryszard.

-Zdecydowanie lepiej. Przy obiedzie nie jest jednak wskazane używanie słowa toaleta – odpowiedziała nauczycielka.

-Jasiu, może ty zechcesz nam zaproponować swoje wytłumaczenie.

-Ja bym powiedział: Kochanie, czy możesz mi wybaczyć na moment? Muszę się przywitać z moim serdecznym przyjacielem, którego pragnąłbym ci przedstawić zaraz po obiedzie.

Doktor został wezwany do siedemdziesieciopięcioletniego rolnika, który rozciął sobie rękę na bramie w trakcie zagarniania bydła do zagrody. W trakcie zszywania rany postanowił uciąć sobie pogawędkę z rannym. Wkrótce rozmawa, jak to zwykle bywa przeszła na temat polityków i ich roli jako naszych przywódców.

-Według mnie – rzekł rolnik – większość polityków to żółwiowe słupy.

-Co to takiego te żółwiowe słupy – zapytał mocno zdziwiony lekarz.

-Kiedy jedziesz wiejską drogą i widzisz przy niej słup ogrodzeniowy a na nim balansującego żółwia, to to się nazywa żółwiowy słup.

Patrząc na lekarza, spostrzegł, że ten dalej nic nie rozumie.

-Zdaje sobie pan chyba sprawę, że ten żółw nie wylazł tam samodzielnie, ta wysokość to nie jego miejsce, na tym słupie on nawet nie wie co ma robić, został wyniesiony na wysokość, na której nie ma pojęcia jak ma się zachować, bo tu nie należy.

Wtedy człowiek zadaje sobie pytanie: co to za skończony idiota go tam położył.

Wszystko w głowie.

Pogoda ostatnio nie sprzyja aktywności na zewnątrz. Ciężko przewidzieć czy uda się zaliczyć dzień bez deszczu czy też nie. Trawa dalej nieskoszona bo robotnik kończy to co zaczął u sąsiada. Może jutro.

Nadrabiam zatem zaległości czytelnicze. Mam parę pozycji, które czeka na mój nastrój. Zbierałem się do ich przeczytania kilkakrotnie jakoś jednak nic z tego nie wychodziło. Wymagają one bowiem odpowiedniego nastawienia i przygotowania mentalnego. Nadszedł zatem czas aby sięgnąć po jedna z nich. Na wszelki wypadek wybrałem tę najcieńszą. Autor, nijaki Greg Braden z wykształcenia geolog komputerowy, cokolwiek to oznacza, w pewnym momencie wyruszył w podróż w poszukiwaniu starożytnych mądrości. Zrodziło się z tego wiele książek dotyczących życia i jego znaczenia. Akurat to o czym dość często myślę. Nie chodzi ro specjalnie o rozliczanie czy coś w tym rodzaju. Bardziej mówi on o tym jak reagować na emocje, które nami szarpią, i które definitywnie wpływają na zdrowotną jakość naszego bycia na ziemi.

Zarówno mój ajurwedyjski jak i homeopatyczny lekarz podkreślali wielokrotnie co mogą zrobić ze mną emocje jeśli się do nich nie odniosę.

Czego dzieciaki są bardziej odporne i z rożnego rodzaju chorób wychodzą szybciej? Wbrew pozorom niej estry to tylko związane z ich młodym organizmem. Ich życie emocjonalne jest proste i nieskomplikowane. Nie rozkładają włosa na czworo, biorą życie jakie jest i cieszą się nim każdego dnia. Dorośli tego już nie potrafią. Nadmiar problemów, otaczająca niesympatyczna rzeczywistość wszystko to kreuje huśtawkę nastrojów. Często nam się wydaje, źe coś już jest za nami i mamy to z głowy. Niekoniecznie jednak. Jeśli nie potrafimy zaakceptować tego co nam dokuczyło, tylko odłożyliśmy to gdzieś na bok, to ten problem wróci do nas czy wcześniej czy później ze zdwojoną siłą. A kiedy już wróci, to nie tylko zburzy nam spokój wewnętrzny ale również odbije się na naszym zdrowiu.

O tym właśnie traktuje ta książką zatytułowana „Sekrety zagubionej modlitwy”. Wbrew pozorom nie ma to nic wspólnego z odmawianiem pacierza. Owa tytułowa modlitwa to droga do osiągnięcia wewnętrznego spokoju. Ten zaś ma nam dać radość z życia.

Nie jest to książka dla każdego. Trzeba się odrobinę otworzyć i wyrwać z narzuconego nam sposobu myślenia. Osobiście wierze, że nasze ciało ma zdolności do samouleczenia się, pod warunkiem, że damy mu szanse.