Trawa i roślinki.

Pomino środka ekwadorskiej zimy dominującym kolorem w przyrodzie jest zielony. W nocy temperatura potrafi spaść poniżej pięciu stopni, w dzień jadnak słońce, nawet jeśli nie jest widocznie daje wystarczająco dużo ciepła aby roślinność żyła i się rozwijała.

Zostawiliśmy nasze małe gospodarstwie rolne na sześć tygodni. Niby dużo, niby mało. Gdy glebie nie brakuje wody to korzystają na tym oczywiście wszystkie roślinki te dzikie i te hodowane. Trawie nic nie przeszkadza. Tempo w jakim rośnie i narzuca swoją obecność innym zielonym towarzyszom jest wręcz nie do opisania. Żyjąc na terenie definitywnie nierównym, nie mogę używać typowej kosiarki do trawy. Jedyna, która się nadaje to żyłkowa. Kupiłem nawet jedna taką ale niestety mieszanie benzyny z olejem skończyło się zatarciem silnika. Mechanikę mam w sobie, nie ulega wątpliwości.

Zmuszony jestem zatrudniać faceta do koszenia trawy. Z tym, że koszenie u nas to nie taka hop, hop sprawa. Luśka sadzi gdzie jej oko mówi, że tu będzie fajnie. Potem tylko ona wie gdzie to draństwo rośnie. Już pare razy przeżyłem wojnę polsko polska na tle ogrodowym. Dla mnie wszystko ma ten sam kolor czyli zielony. Jak kosić to kosić jak obrońcy w piłce nożnej, wszystko jak leci równo z glebą. Człowiek się naharuje, we łbie brzęczy silnik, który drze się wniebogłosy akurat na wysokości ucha, ramiona też sponiewierane od trzymania tej wrednej maszyny, no i oczekiwałby człek jakiejś pochwały. A tu skosiłeś mi to, skosiłeś tamto, Chryste panie do kitu z taką robotą.

Na szczęście zawarłem ten silnik i teraz przychodzi fachura ze swoją maszyną. Gość jest pracowity ale w jego wieku lekko przyślepawy. Kosi tez równo z glebą. To znaczy raz tak skosił ale ja oczywiście wysłuchałem. On i tak po naszemu ani, ani. Teraz on kosi, ja łażę krok w krok za nim i tylko mu pokazuje, tu nie wolno, w tą stronę nawet nie patrz. Raz jednak gamonia spuściłem z oczu i po chwili było już za późno. Coś tam wyciął, do dziś nie wiem co, bo to było i tak zielone ale do uszu i tak mi wpadło pare miłosnych wyznań.

W piątek przychodzi fachura do koszenia, ten przyślepawy oczywiście. Będę robił za nadzorcę. Przeszedłem z Luśką całe nasze gospodarstwo i chyba wiem gdzie wolno a gdzie nie. Stresa będę jednak czuł na plecach bo te kur..skie poziomki są wszędzie i ni grzyba ich nie widać. Trawa pochłonęła wszystko, co się próbuje odbić od gleby.

Dam sobie radę, źle nie będzie. Na wszelki wypadek trzymajcie kciuki. 😂😂😂