Słoneczne Wzgórze na Wybranym Miejscu

Po dotarciu do Rochester zdaliśmy się oczywiście na Młodego. Lubi być ważny. Proces jego usamodzielniania się był chyba najbardziej bolesny. Docenia zatem jak mało kto każdy swój sukces, nawet ten najdrobniejszy i zawsze z tego powodu rozpiera go duma. Rochester to jego dom już od kilku dobrych lat. Czuje się tu jak ryba w wodzie.

Przygotował nam listę okolicznych atrakcji, składającą się z kilkunastu pozycji. Oczywistą oczywistością był fakt, że wszystkiego nijak w stanie zobaczyć nie będziemy. Był, jak to zwykle on, solidnie jednak przygotowany do zapewniania nam ciekawego pobytu.

Patrzymy oboje z Luśką na owe propozycje, potem Luśką na mnie a ja na nią, bo w sumie nic nam one nie mówią. Młody przy każdym punkcie z listy ustnie dodawał parę informacji dotyczących każdego miejsca. Tak czy inaczej zdaliśmy się na jego odczucia. W sten sposób wybór padł na Sonneberg.

Sonnenberg to po niemiecku, po angielsku Sunny Hill a po polsku Słoneczne wzgórze.

Posiadłość znajduje się w miasteczku o trudnej do wymówienia nazwie Canandaigua. Owa nazwa, zgodnie z tym co mówi Wikipedia w języku Indian Seneka oznaczała Wybrane Miejsce.

Zgodnie z przewodnikiem Słoneczne Wzgórze było letnia posiadłością Fredericka Ferrisa i Mary Clark Thompson. Ona była córka gubernatora stanu Nowy Jork a on założycielem i długoletnim dyrektorem First National Bank of the City of New Jork, która dał podwaliny dzisiejszemu Citi Bankowi. Jeszcze dzisiaj, przy odrobinie lepszych drogach i środkach komunikacji z Cananduigua do Nowego Jorku trzeba jechać dobre pięć godzin. Dlatego zapewne małżeństwo spędzało tutaj tylko okres letni. Kogo jak kogo ale bankiera i córkę gubernatora zapewne stać było na taki komfort pod koniec dziewiętnastego wieku. Gdy małżeństwo kupiło posiadłość w 1863 roku stał na niej ceglany dom farmerski a posiadłość liczyła sobie dwadzieścia akrów. Postanowili jednak dokupić więcej sąsiedniej ziemi i wybudować na niej czterdziestopokojowe zamczysko. To ono i sąsiadujące z nim ogrody w różnych stylach są właśnie największą trakcją okolicy.

Frederick i Mary niestety nie doczekali się potomstwa. W spadku zatem posiadłość otrzymał brataniec Mary. Ten go sprzedał rządowi Stanów Zjednoczonych, który dobudował obok szpital dla weteranów a zamczysko przeznaczył jako miejsce zamieszkania lekarzy i pielęgniarek.

Nieco ponad czterdzieści lat potem charytatywna organizacja pod nazwą Sonnenberg Gardens odkupiła cześć posiadłości razem z willą i udostępniła je dla publiczności.

W 2005 roku miejsce to jako piąte w stanie Nowy Jork otrzymało tytuł Hostorycznego Stanowego Parku Stanu Nowy Jork.

Z innych ciekawostek dotyczących tego miejsca, o których mówią przewodniki, tutaj znajduje się pierwszy prywatny ogród japoński w całej Ameryce Północnej.

Mary Thompson zrezygnowała z biletu powrotnego do Stanów słynnym Titanikiem, dzięki czemu uniknęła ona i jej towarzysze podróży przygody na Atlantyku.

Roślinna ściana w szklarni,

A to odmiana storczyka

Widok na „domeczek” z parku.

Jeden z ogrodów

Wymyć te okna to trzeba mieć zdrowie albo…służbę

Parkowe drzewo, takie bardziej ciekawe

Nie mogło oczywiście zabraknąć stawu z rybkami.

Alarm dla ziemi

Co tu pisać. Dostałem w poczcie parę komiksów, które mówią same za siebie.

Mamy zwariowany klimat – mówi ojciec

Rzeczywiście…klimat odpowiada syn

To chyba w Polskę tak przygrzewa

Każdy szuka cienia, tylko nikt nie sadzi drzew.

Brawo deweloperzy

Zostało nieco ponad piętnaście lat.

Czarnobyl w Kaczystanie

Od bardzo wielu osób słyszałem pozytywne opinie na temat produkcji HBO poświęconej wydarzeniom w Czarnobylu. Z natury jestem niezbyt cierpliwy i czekanie na kolejne odcinki z lekka mnie denerwuje. Postanowiłem zatem, że odczekam aż serial się skończy a potem ciurem całość w kilka nocy, jedna po drugiej, obejrzę. Miałem to zrobić już na drugiej półkuli.

Okazało się jednak, że serial dobiegł końca i są już dostępne na platformie HBO wszystkie jego odcinki. Starszy syn ma ją akurat w swoim pakiecie. Czemu nie.

Nie będę się rozPiSywać na temat samej katastrofy bo zachęcam do obejrzenia, rzeczywiście warto. Muszę jednak powiedzieć, że chociaż przeżyłem tamte czasy to jednak dopiero ten film uzmysłowił mi rozmiar i zakres dewastacji jaka miała miejsce w Czarnobylu. Dopiero teraz dowiedziałem się jak blisko byliśmy jeszcze większego spustoszenia gdyby nie czterystu górników, którzy w warunkach urągających podstawowym zasadom bezpieczeństwa pracowali aby uniknąć jeszcze większej tragedii.

Serial chociaż oparty na faktach autentycznych i jest poparty taśmami nagranymi przez fizyka jądrowego, który został wyznaczony jako specjalista do walki z kataklizmem, został, bo musiał, odrobine sfabularyzowany. Niezależnie od tego same wydarzenia i okoliczności prowadzące do wybuchu są prawdziwe. Niemiłosiernie zatem został zjechany system zarządzania gospodarka socjalistyczną, polegający na wykonywaniu wszelkich planów za każda cenę. Mianowanie na najważniejsze stanowiska z klucza partyjnego bez odpowiedniej wiedzy i przygotowania merytorycznego, nadzór organizacji partyjnych i jej naciski to kolejne przyczyny tej tragedii. Chociaż w końcowym efekcie winę zwalono na trzech aparatczyków to jednak nie do końca przez ich bezmyślność doszło do eksplozji. Nie będę jednak zdradzał wszystkiego.

Oglądając to nie mogłem oprzeć się swego rodzaju porównaniom do tego z czym mamy aktualnie do czynienia w naszym kraju. U nas również decyduje klucz partyjny, wiedza zdaje się być rzeczą drugorzędną. Mamy podobne mechanizmy. Jeden człowiek decyduje o sprawach, na których się kompletnie nie zna a co gorsza podpiera się opracowaniami ludzi, którzy bardziej dbają w własne dupy niż o dobro kraju jako całości. Wazeliniarstwo, bezgraniczny brak wiedzy, byle tylko zaistnieć w oczach i mózgu watażki z Żoliborza to identyczne cechy ludzi, którzy spowodowali tragedie w Czarnobylu.

No i ta radziecka propaganda, która do dziś twierdzi, ze na skutek wybuchu zginęło tylko trzydzieści jeden osób. Lepiej mogłaby zapewne przedstawić to tylko Kurwizja.

Skutki Czarnobyla ponosimy do dzisiaj. Okolice wciąż nie nadają się do zamieszkania. Polecam zatem serial wszystkim, a szczególnie plaskoziemcom lepszego sortu. Za kaczyzm trzeba będzie zapłacić.

W odwiedzinach

Odkąd pamietam, posiadanie samochodu w Stanach nie było niczym nadzwyczajnym. Było bardziej koniecznością niż czymkolwiek innym. Tutaj transport podmiejski po prostu nie istnieje. Bez samochodu dojazd do pracy jest wręcz niemożliwy. Jeśli pracuje mąż i żona i mieszkają poza miastem normalną rzeczą są dwa samochody.

Dzięki temu, przyjeżdżając tutaj, na sobotę i niedzielę możemy wziąć w posiadanie jeden z samochodów i przepaść gdzieś bez śladu.

Nasz chłopaki mieszkają od siebie mniej więcej cztery i pół godziny jazdy samochodem. Jeden jakąś godzinę od Manhattanu, drugi tyle samo od granicy z Kanadą. Dzieli ich około trzysta mil. W Stanach jednak nie jest to jakiś przepastny dystans. Drogi szybkiego ruchu pozwalają na dotarcie do celu relatywnie szybko.

Autostrady ze wschodu na zachód są zwykle parzyste, to znaczy ich numery. Natomiast z północy na południe większość z nich jest oznaczona numerem nieparzystym. Jadąc zatem spod Manhattanu do granicy kanadyjskiej poruszamy się na północny zachód. Najpierw popularna i jedna z najdłuższych dróg czyli osiemdziesiątka doprowadza nas do łącznika z drogą na północ. Łączniki zwykle mają trzycyfrowe oznakowania przy czym dwie ostatnie cyfry oznaczają numer drogi do której owa trasa wpada. Nasz łącznik o numerze trzysta osiemdziesiąt brał początek z osiemdziesiątki stąd takie jego oznakowanie. Z drugiej strony była już nasza droga na północ czyli osiemdziesiątka jedynka. Wjechaliśmy na nią w Scranton, dość popularnego miasta w środowisku polonijnym. Kiedyś było to spore centrum przemysłu górniczego. Teraz trochę podupadło ale w tej okolicy to wciąż ważny węzeł komunikacyjny.

Osiemdziesiąt jedynka jak wspomniałem biegnie z północy na południe i zmierza w kierunku granicy kanadyjskiej. To ona zaprowadziłby nas do przejścia, z którego najbliżej do Montrealu. Wyjątkowo widowiskowy odcinek naszej trasy, który przecina Appalachy wijąc się między zboczami z wieloma zjazdami i podjazdami.

Celem nasze podróży było Rochester, które znajduje się odrobine na zachód od osiemdziesiątki jedynki. Musieliśmy zatem ponownie zmienić drogę. Po dojechaniu do Syracuse, wjechaliśmy zatem na dziewięćdziesiątkę, która prowadzi do Buffalo, skąd mostem Pokoju można przekroczyć granice. Stąd już niedaleko do słynnego wodospadu Niagara, który każdy zna na ogół od strony kanadyjskiej bo po tamtej stronie jest bardziej widowiskowy i skomercjalizowany. Po stronie amerykańskiej też sporo można zobaczyć i są to widoki bardziej naturalne.

My jednak skończyliśmy podróż w Rochester około 100 km na wschód od Niagary. To również bardzo znane miasto polonijne. Jest tutaj nawet sklep z artykułami z kraju i odbywa się raz do roku festiwal naszych filmów. To też był kiedyś ośrodek przemysłu lekkiego ale dawne zakłady przemysłowe podupadły wraz ze zmiana technologii. W Rochester miał swoją siedzibę wytwórca filmów do aparatów fotograficznych Kodak. Cyfrowa fotografia zmusiła go jednak do zamknięcia produkcji. Miasto ma jednak bardzo silny uniwersytet, który posiada wiele kierunków i zatrudnia wielu mieszkańców z wielu dziedzin. Byliśmy tylko dwa dni. Ciężko było zobaczyć wszystko. Przypadł nam, jednak do gustu park, którego właścicielem jest Towarzystwo Botaniczne. Rewelacyjnie utrzymany. Drzewa opisane, miejsca na piknikowanie, do zabawy z psami i aż nieprzyzwoicie czysto.

Trochę pozwiedzaliśmy miasto i okolice. Młody, czyli ostatni z naszego stadka spisał się na medal. A w niedziele po śniadaniu w drogę powrotną.

Powiem wam jeszcze przez jakie miejsca przejeżdżaliśmy, Ithaca, Marathon, Homer, Lyon, Moscow, Manchester, Montezuma, Waterloo – brzmi dość swojsko, nieprawdaż.

Miejsce odpoczynku na trasie.

Pogada tez dopisała. Nie, to nie nasz pojazd.

Historia pewnego kuferka

Odejście naszych najbliższych wiąże się z przeglądaniem pozostawionych po nich rzeczy. Te pamiątki dla wielu nie mają większego znaczenia i tylko najbliższa rodzina docenia ich wartość.

Nie inaczej jest i w naszym przypadku. W domu po teściach wciąż znajduje się wiele różności, które z czymś tam się kojarzą albo maja jakaś wymowę odrobine historyczną. Teściowa miała bogate życie. Żyła bowiem w miejscu i czasach, które swe piętno odcisnęły nie tylko na niej. Każdy zna znaczenia słowa Wołyń i każdy zna określenie Syberia. W obu tych miejscach była również ona. Widziała na własne oczy koszmar pogromu swoich sąsiadów przez Ukraińców. Udało się jej rodzinie uciec i przeżyć to okrucieństwo. I choć to swego rodzaju szczęście to już po chwili znalazła się w pociągu wywożącym ją z całą rodziną na Syberie.

Podróży nie przeżył najmłodszy brat. Zmarł również ojciec. Na nią, jako na najstarsze dziecko spadł obowiązek utrzymywania rodziny. Miała tylko osiemnaście lat gdy zaprzężono ją do ponadludzkiej pracy w tajdze przy wyrębie drzew. Wynagrodzeniem był bochenek chleba. Od rana do nocy bez względu na pogodę ciężka praca.

To również przeżyła. Wreszcie udało jej się wrócić do kraju. Wojna skończyła się dwa lata wcześniej. Nie było jednak łatwo uzyskać pozwolenie na powrót. Uciekała dwukrotnie. Za drugim razem wreszcie się powiodło. Czy ktoś maszerował w śniegu dwieście kilometrów? Tyle było do najbliższej stacji, z której wróciła do Polski.

Nie myślała wtedy pod czyją strefa wpływów znalazł się nasz kraj. Najważniejsze, że mogła być u siebie.

Przez te wszystkie traumatyczne wydarzenia, wszystko co miała było spakowane w małym drewnianym kuferku. On też wraz z nią wrócił do Polski. Zaległ na strychu już tylko bardziej jako rzecz, z którą ciężko się było pożegnać. Leżał tak latami, niczyjej uwagi specjalnie nie przykuwając.

W domu należało jednak powoli robić to czego nikt nie lubi. Przeglądnąć rzeczy, zatrzymać to co się potrzebuje, rozdać resztę lub po prostu wyrzucić.

Kuferek już dawno wpadł w oko mojej córci. Tylko jak go przetransportować do Meksyku? Jego stan był już bardzo kiepski. Luźne klepki odpadały i wyglądało, że takiej wycieczki może już nie przetrwać. Dodatkowo jego rozmiary nie pozwalały na ulokowanie go w walizce.

Podczas ostatniego pobytu w kraju udaliśmy się na lotnisko aby dowiedzieć się o możliwościach jego transportu. Okazało się, że takowe istnieją. Należało go tylko odpowiednio zabezpieczyć aby nie stanowił zagrożenia z uwagi na metalowe okucia.

W Warszawie przy nadawaniu bagaży przedstawicielka linii spojrzała na niego beznamiętnie i spytała co to takiego. Kiedy moja córka opowiedziała jej historie kuferka ta bez zastanowienia nadała jemu status priorytetu. Dzięki temu był załadowany jako ostatni by mógł ujrzeć światło dzienne jak najszybciej.

Doleciał, przetrwał chociaż nie spodobał się meksykańskim pogranicznikom.

Jego historia wciąż trwa a wraz z nim pamięć o babci i tamtych czasach.

Jak stałem się domowym waflarzem

Kuchnia to dla mnie takie miejsce, w którym dzieją się rzeczy z pogranicza czarów. Oto bowiem z wielu różnych półproduktów właśnie tutaj można wyczarować rzeczy, które potrafią wprowadzić podniebienie w nastrój ekstazy.

To mnie dotyczy również ale tylko jako użytkownika końcowego czyli zjadacza. Dobre placki ziemniaczane, wiem, ze się z nimi powtarzam, ale nic nie poradzę, że je tak lubię, potrafią mi dostarczyć całkiem niezłych przyjemności organoleptycznych.

Swoich jednak prób kulinarnych zdecydowanie bym nie polecał. Życie mnie zmusiło do oswojenia się z ta częścią domu. Gdy musiałem gotować to robiłem to w ilościach na kilka dni, żeby mieć święty spokój. W tym względzie wciąż jestem kiepskim czarownikiem, ba nawet nie nim, bardziej zwykłym wyrobnikiem.

Mam jednak na swoim koncie pare sukcesów. Jako namiętny pożeracz wszystkiego co słodkie, lubię również nasze wafle z masą z mleka w proszku. Nie wiem nawet dlaczego ale to mleko mogę wcinać nawet bezpośrednio z opakowania.

Wafla w takiej postaci oczywiście nie uświadczysz w Ekwadorze. Wiedziałem, że po przyjeździe będę musiał go sobie przyrządzić. Będę musiał, bo mój kuchenny czarodziej został się przy naszej wnuczusi zatem albo sam, albo wcale. No mógłbym kupić gamonia ale lubię wiedzieć co mi podają.

Pierwszy raz zrobiłem go w ubiegłym roku kiedy Luśka z przyczyn obiektywnych kuśtykając nie mogła zbyt długo stać na nogach. Wyszło całkiem nieźle. Zapomniałem jednak jak to się przygotowuje. Złapałem moją dziewczynę na internecie i już po chwili stół u rodziców stał się polem bitwy.

Płynne mleko z cukrem bum na palnik. Do tego dorzuciłem stuprocentową czekoladę, którą wiozłem z innego kontynentu. Jak się to stopiło i trochę ostygło w ruch poszło kakao i właśnie sproszkowane mleko. Gdzieś był błąd, bo to białe nie chciało się rozpuścić do końca pozostawiając mleczne grudki. Kakao jednak ślicznie się rozpłynęło i masa prawie była gotowa.

Gdy jednak robiłem to po raz pierwszy pół roku temu zabrakło mi masy do skończenia wafla. Wpadłem na pomysł odrzucenia do niej łyżki powidła śliwkowego. To był strzał w dziesiątkę, bo masa nagle stała się odrobine bardziej winna.

Wykorzystałem zatem tą wiedzę tym razem i całość doprawiłem powidłem. Jeszcze tylko posmarować wafla, położyć na niego coś ciężkiego aby to się skleiło do kupy, odczekać chwilkę i można było próbować.

Jak się coś przyrządzi samemu, to to zawsze smakuje lepiej. No i smakowało wybornie. A na drugi dzień robić musiałem już następnego. Ten pierwszy okazał się wyjątkowo zgodny z oczekiwaniami i potrzebami rodziców. Sam zdążyłem wbić zęby tylko w pare kawałków, reszta zginęła bezpowrotnie.

W ten sposób stałem się domowym waflarzem aż do wyjazdu.

Podobieństwa i różnice

Sytuacja polityczna w Trumpolandii przypomina tą w Kaczystanie. Tutaj również kraj jest mocno podzielony, do pewnego stopnia spolaryzowany między dwiema opcjami. Pro Trumpści to nawet niekoniecznie zwolennicy republikanów. Tradycyjne uprzemysłowione regiony Stanów należą i głosują zwykle na korzyść demokratów. Jeśli spojrzeć na mapę to są to tereny położone przede wszystkim na wybrzeżu. Nowy Jork i Kalifornia, chociaż od czasu do czasu trafia się tam republikański gubernator to jednak w wyborach prezydenckich wyrwanie choćby jednego stanu z rąk demokratów jest niemal niepodobna.

Stany centralne to już domena republikanów. Ludność tu mieszkająca to przede wszystkim drobni farmerzy. Tu religia i tradycyjne wartości mają więcej do powiedzenia. To tu mieszka najwiecej konserwatystów i ludzi wierzących w wielkość amerykańskiego sposobu życia.

Zasadniczo już przed wyborami wiadomo z góry, który stan jak będzie głosował.

Są jednak miejsca, w których ciężko przewidzieć co zrobią wyborcy. Gdy Bush Junior wygrywał wyścigi prezydenckie w obu przypadkach o jego wyborze zdecydował właśnie jeden z tych stanów, w których trudno założyć co strzeli do głowy wyborcom. Przy pierwszym wyborze to Floryda zdecydowała o zwycięstwie Busha, przy drugim Ohio. Padło w obu przypadkach wiele oskarżeń i podejrzeń, niczego jednak nie udowodniono.

Ostatnia elekcja prezydencka była odrobine zaskakująca bo mało kto dawał szanse Trumpowi na nominacje z ramienia republikanów. Oczywiście mało kto wierzył, że uda mu się pokonać Clintonową. Trump, podobnie jak Kaczyński dobrze odczytał nastroje wśród ludności i odwołał się do tych właśnie. Hilary reprezentowała wszystko to co się nie sprawdziło. Żadne hasła już nie działały. Ta sama gwardia polityków obrzydła ludziom.

Trump reprezentuje wszystko to co Kaczyński, czyli albo jest się jego bezkrytycznym kibicem albo się go nienawidzi. Niestety te skrajne uczucia do jego osoby przeniosły się również na ludzi. Stopień zniechęcenia wyznawców pro do anty Trumpa i vice versa uniemożliwia wręcz porozumienie obu stron. Tak jak u nas.

Podobnie jak u nas opozycja nie ma klarownego lidera wyszczekując jedynie jak zły jest obecny pierwszy obywatel. To nie wróży nic dobrego przed następnymi wyborami.

Ludzie coraz mniej wierzą politykom, coraz częściej głosują na kogokolwiek byle był spoza dotychczasowego układu, wierząc że może on coś zmienić.

Na tym właśnie polega różnica między sytuacją w Polsce i USA. Nad Wisłą głosowali na znanego polityka, który zwrócił się do zapomnianego ludu. Tutaj głosowali na kogoś spoza tego samego kręgu skompromitowanych polityków, a ten też wykorzystał naiwność ludu odwołując się do jego fobii.

Póki co to się sprawdza. Jak będzie dalej …. zobaczymy.

Welcome to America

Trumpolandia, znana również jako Stany, Stany Zjednoczone, USA, Wielki Brat a po naszemu, tak po swojsku po prostu Ameryka to kraj marzeń wielu obywateli PRL-u.

Nic w tym dziwnego. Po drugiej wojnie światowej USA stały się niezaprzeczalną potęgą. Reszta świata odbudowywała się ze zniszczeń, których tutaj nie było. Owszem ponieśli ofiary ludzkie jednak poza Pearl Harbour wojna Stanów nie dotknęła.

Nie jest żadną tajemnicą również, że Amerykanie zwinęli co inteligentniejszych Niemców i przeflancowali ich przez ocean aby ci pozwolili im uciec jeszcze bardziej do przodu gospodarczo i technologicznie.

Pamiętacie „Kochaj albo rzuć” trzecia części przygód Karguli i Pawlaków? Akcja toczy się w Chicago. Pawlak trzyma całą kasę bo dolary wtedy miały olbrzymią wartość. Ania chciała sobie coś sprawić ale dziadek nie spieszył się z pozbywaniem się pieniędzy. I co robi Ania? Znajduje sobie pracę. Były to co prawda lata siedemdziesiąte ale wielu twierdzi, że właśnie tak było. Wtedy pracowników było mniej niż miejsc pracy czyli obowiązywał rynek siły roboczej. Pracy nie brakowało a i pieniądze miały swoją konkretnie przeliczalną wartość. Siła nabywcza tamtego dolara to było coś. Dzisiejszy zielony to już tylko podła podróbka coś tam wciąż warta ale już nie jest tym samym.

O tamtych czasach można już definitywnie zapomnieć. Świat poszedł bardzo do przodu i Stany dzisiaj już tylko mogą marzyć o byciu hegemonem. Mało kto już dzisiaj pada na kolana przed Wujem Samem a powoli dzieje się wręcz odwrotnie, to Wuj Sam zmuszany jest do ustępstw.

Stany już nie są tak upragnionym celem dla wielu poszukiwaczy lepszego życia. No może poza Ameryką Łacińską. Kraje takie jak Salwador czy Honduras to wciąż okrutna bieda, która zmusza ludzi do niebezpiecznej próby przedarcia się przez granice. Droga wiedzie przez Meksyk a tu rządzą bezwzględne klany przemytników, którzy często biorą pieniądze a potem człowiek ginie bez śladu. Znam wiele takich opowieści. Wiele tez powstało filmów dotyczących tego co się dzieje na granicy meksykańsko-amerykańskiej. Można na ten tema pisać bez końca.

Pamietam swój pierwszy dzień na ziemi obiecanej. Przyleciałem do Nowego Jorku na JFK. Miałem sponsora, który miał mnie odebrać z lotniska. Odebrał mnie jakiś pośrednik i „zdeponował” w hostelu, nie mylić z hotelem gdzieś na Bronxie. Na drugi dzień miał mnie odebrać właściwy człowiek i zawieźć do przygotowywanego dla mnie mieszkania. Nie zjawił się, bo zapomniał. Z hostelu dzwoniono po niego i dopiero następnego dnia miałem przyjemność poznać przedstawiciela organizacji, która zdecydowała się na mnie postawić.

Pośrednik mówił coś o mieszkaniu. Nie wiem nawet czy tak mu kazano, czy sprawiało mu jakąś dziką przyjemność oszukiwanie nas patrzących z tak olbrzymia dozą wiary, że złapaliśmy pana Boga za stopę.

Szybko wybudziła mnie z tego snu owa przedstawicielka rządowej organizacji pomagającej uchodźcom. Jej słowa brzmią po dziś dzień w moich uszach niczym ryk lwa na pustyni. Na dzień dobry powiedziano mi, źe nikt mnie tu nie prosił i nikt nie będzie się nade mną użalał. Mogę zakasać rękawy i wziąć się do roboty, w której znalezieniu owa organizacja oczywiście mi pomoże. Reszta zależy ode mnie.

Nie liczyłem na cuda. Nie bałem się też pracy zbytnio. Oczekując na owo złapanie Boga za stopę, imałem się w Austrii wielu zajęć aby jakoś doczekać owego pięknego dnia kiedy postawie swoją nogę w najlepszej demokracji świata, w kraju dzięki któremu imperium zła ze wschodu zostało powstrzymane.

Myśląc o tym wszystkim, rozglądałem się dookoła, podziwiając krajobrazy zza szyby samochodu mojej przewodniczki po Stanach w drugim dniu pobytu.

Wreszcie dojechaliśmy do celu podróży. Stan New Jersey okazał się tym gdzie miałem rozpocząć swoją przygodę. Miasto nazywało się Dover. Nie, mieszkania nie było. Był tylko dom przejściowy. W nim bodaj pięć pokoi pełnych uchodźców. Dwie rodziny z Polski i cała gromada ludzi cesarza czyli Etiopczyków.

Welcome to America.

Słowo o dreamlinerze.

Aby zakończyć temat podróży muszę się jeszcze odnieść to sławnego DreamLinera. Pamietam z jaką dumą LOT ogłaszał jego zakup wychwalając jego nowoczesność i rozwiązania. Aż okazało się, że samolot za samolotem zamiast być marzeniem każdego przewoźnika stał się jego zmorą. Kłopot za kłopotem, jeden za drugim dreamlinery zostawały uziemione.

Nie tylko LOT stał się ofiarą. Nie wiem jak skończyły się kłopoty bo przestałem się tym interesować. Jednak widać, że nie wszystko zostało do końca naprawione, skoro mój lot był opóźniony przez jakieś usterki.

Mniejsza o nie. Mój kometarzach będzie odnosił się bowiem do wnętrza samolotu. Tradycyjnie w rzędzie znajduje się dziewięć siedzeń. W większości samolotów dwa z nich znajdują się po lewej, dwa po prawej i pièć w środku. Nie w dreamlinerze. Tu zdecydowano się na rozwiązanie trzy, trzy i trzy. Takie rozwiązanie powoduje, że pasażerowie siedzący pod oknami aby wyjść za potrzebą muszą naruszać spokój dwóch pasażerów, tego w środku i tego siedzącego przy przejściu. Jednym słowem dwóch pasażerów siedzących na najchętniej okupowanych miejscach, niespodziewanie ma największe kłopoty z wydostaniem się na zewnątrz. W systemie dwa, pięć, dwa tylko pasażer siedzący w środkowym rzędzie, ten w samym środku miał podobne problemy. Wynika z tego, że dwa siedzenia po prawej, dwa po lewej i pięć w środku z punktu widzenia komfortu całej dziewiątki siedzącej w tym samym rzędzie jest rozwiązaniem lepszym. Ja siedziałem właśnie przy oknie i każdorazowe wyjście powodowało, że musiałem przeganiać dwóch pasażerów. Niestety obejść ich nie sposób bo rzędy są tak blisko siebie, że jest to niemożliwe.

Osobiście uważam to za spory mankament. Być jednak może każdy przewoźnik determinuje jak chce mieć rozstawione fotele i być może LOT zdecydował się na opcje trzy, trzy, trzy. Na krótkich dystansach może to być nawet bez znaczenia. Kiedy jednak leci się dziewięć godzin i w nocy a sąsiedzi chcą sobie uciąć drzemkę a tu gościa przy oknie goni z pęcherzem to może od czasu do czasu dojść do konkretnej wymiany zdań. To tak na marginesie bo konfliktów z moimi sąsiadami żadnych nie miałem.

Przed lądowaniem w Warszawie

Jedenaście kilometrów nad ziemią

A na zewnątrz ponad minus pięćdziesiąt stopni

Lotniska, samoloty i pasażerowie

Po raz pierwszy od wielu, wielu lat w podróż z Trumplandii do Kaczystanu udałem się naszymi liniami lotniczymi. Do tej pory latałem Lufthansą. Było wygodnie bo tylko jedna przesiadka. Z drugiej strony LOT sam zrezygnował ze mnie zawieszając loty z Newarku. Jazda ode mnie do Nowego Jorku to żadna przyjemność. Przyzwyczaiłem się zatem do niemieckiego przewoźnika.

Szukając biletów w tym roku natrafiłem na bezpośredni lot do Rzeszowa właśnie z Newarku. Cena biletu podobna do kosztu przelotu Lufthansą. Nie było się nad czym zastanawiać.

Mogłem w ten sposób na własnej skórze poznać różnice między naszymi liniami lotniczymi a liniami naszego zachodniego sąsiada.

Chociaż mój lot do Kaczystanu firmował LOT to jednak obsługiwały go Belgijskie Linie Lotnicze. Widać opłacało się to tak zorganizować. Niestety samolot przybył opóźniony a zatem i opóźniony opuścił port w Newarku. Staliśmy na płycie lotniska niemal dwie godziny bo wypadliśmy z kolejki odlotów. Nikt oczywiście nie skojarzy tego fiaska z Belgami tylko z LOT-em. Niby czemu miałoby być inaczej skoro, zgadnijcie co się stało we wtorek w Warszawie? Z przyczyn technicznych nasz Dream Liner odleciał opóźniony o około dwie godziny. Ponoć nie działał jeden silnik. Na szczęście dolecieliśmy cali i zdrowi do TrumpIandii. Po wylądowaniu na pokładzie zabrzmiały gromkie oklaski. Biorąc pod uwagę awarie przedstartową, wcale mnie to nie dziwi. Nikt nie klaszcze na pokładzie Lufthansy bo szczęścia w ich lotach nie ma. Jest zwykła rzetelna dobra organizacja.

Ludziska w lotowskim samolocie szczerze się jednak ucieszyli, że dotarliśmy jakimś cudem na miejsce przeznaczenia.

Zgadnijcie teraz co się stało już po wyładowaniu. Oszczędzę wam czasu. Nasza docelowa brama była już zajęta i czekaliśmy ponad pół godziny na płycie aż się zwolni. No takie są właśnie konsekwencje opóźnień. Chyba u nas tego jednak nikt nie rozumie. Pasażer dla lotowskich władz widać jest nikim i powinien się cieszyć, że wciąż udaje mu się jakoś szczęśliwie docierać do miejsca przeznaczenia.

Mnie nie było ani do śmiechu ani do oklasków. Po dziewięciu godzinach lotu kazano mi trzymać dupę w siedzeniu kolejne pół godziny bo ktoś tam w Warszawie nie sprawdził stanu technicznego samolotu odpowiednio wcześniej. Ludzie jednak na tej trasie latać będę dalej naszymi liniami bo możliwości korzystania z innych linii są coraz bardziej ograniczone.

Na koniec jeszcze słowo o naszych pasażerach. Nie będzie nic krytycznego bardziej śmiesznego i nie o Polakach tylko o Polonusach i ich niczym nieuzasadnionym sposobie myślenia.

Wysiadam w Warszawie z naszego podniebnego ptaka, który przywiózł mnie z Rzeszowa. Przede mną starsza para. Właśnie wyszliśmy z rękawa. Rozglądają się lekko zaskoczeni po lotnisku. Będą się zapewne przesiadać tylko nie wiedzą w którą stronę się udać. Nie spodziewali się widać takiego zamieszania w Warszawie. Wreszcie namierzyli kogoś z obsługi lotniska.

Którędy do naszego samolotu, pada pytanie, jakby wszystkie samoloty latały tylko w ich kierunku.

A gdzie państwo lecą, pyta pani

Jak to gdzie, do Nowego Jorku.

Widać są wciąż ludzie, którym się wydaje, że to pępek świata.