Stan klęski humanitarnej

Coraz więcej zaczyna się mówić w Ekwadorze o Wenezueli. Kryzys jaki opanował to państwo powoli rozlewa się na cały region. Od śmierci Chaveza, krajem rządzi jego zastępca Nicolas Maduro.

Człowiek ten w przeciwieństwie do swojego poprzednika nie umiał porwać narodu. Wręcz odwrotnie, w obecnej chwili poza wojskiem i paramilitarnymi bojówkami, nikt już nie stoi po jego stronie.

Sytuacja w Wenezueli przypomina jako żywo tą z Syrii. W obu przypadkach rządzą niechciani satrapowie i trzymają się władzy za wszelką cenę bez względu na koszty i ofiary ludzkie. Podobnie ma się rownież sprawa uciekinierów i wszelkiego rodzaju uchodźców, których tysiące ucieka z kraju każdego dnia. W konflikt oczywiście, jakże mogłoby być inaczej, wymieszały się zarówno Rosja jak i Stany Zjednoczone. W Wenezueli Rosjanie stanęli, dokładnie tak samo jak w Syrii, po stronie niechcianego prezydenta, natomiast Stany popierają opozycjonistów. I zabawa toczy się w najlepsze, ku uciesze przemysłu zbrojeniowego obu państw. Wojna czy jakikolwiek konflikt zbrojny to świetny interes. Rządzący watażkowie nie szczędzą kasy aby utrzymać się przy władzy. Dlatego, podejrzewam, potęgi gospodarcze nie są zainteresowane tłumieniem konfliktów a wręcz odwrotnie, im ich więcej tym ich finanse wyglądają korzystniej.

Wenezuelę opuściło już setki tysięcy ludzi, uciekając dokąd się da i gdzie się da. Ameryka Południowa to nie bogata Europa, tutaj każdy kraj boryka się z jakimiś problemami wewnętrznymi natury finansowej. Dwa największe państwa kontynentu Brazylia i Argentyna nie potrafią ustabilizować gospodarki oscylując na granicy bankructwa. Wynika to w dużej mierze z korupcji, która na tym kontynencie jest jak chleb powszedni. Z kimkolwiek bym nie rozmawiał z tubylców na temat największego problemu Ekwadoru to pierwsze słowa skierowane są właśnie w kierunku nieuczciwych polityków, którzy okradają swoje własne państwo traktując je jak prywatny folwark.

Odszedłem jednak od tematu. Fala wenezuelańskich uchodźców dotarła rownież do Cuenki. Odkąd mieszkam tutaj nigdy nie widziałem tylu ludzi proszących o pare groszy na życie. Ani Ekwador, ani Cuenca nie są w stanie zapewnić godziwych warunków życia takiej masie ludzi. Kręcą się oni przede wszyskich w miejscach najbardziej popularnych z turystycznego punktu widzenia. Wpływa to niewątpliwie na bezpieczeństwo, nie tylko odwiedzających miasto ale rownież i jego mieszkańców. Ostatnio, przyciśnięte do muru, władze miasta ogłosiły stan klęski humanitarnej w mieście. Brakuje pieniędzy, brakuje możliwości zapewnienia miejsca pobytu, brakuje możliwości znalezienia dla tej masy ludzkiej jakiegokolwiek zajęcia.

Co gorsza, zostawieni samym sobie uciekinierzy, stają się coraz bardziej agresywni w żądaniu pomocy. Coraz więcej można zobaczyć miejskich służb porządkowych, szczególnie w najpopularniejszych częściach miasta. To też wymaga dodatkowych funduszy, stąd apel miejskiego ratusza do władz państwa z prośbą o pomoc finansową.

Tymczasem końca problemu w Wenezueli nie widać. Ruskie i amerykańskie bawią się w najlepsze. Nie wiem dokładnie co mieli na myśli sygnatariuszem ONZ gdy kreowali tą instytucje. Wiem jednak, że jej znaczenie, tam gdzie w grę wchodzą interesy mocarstw jest praktycznie takie same jak ….. naszego prezydenta w procesie podejmowania decyzji w naszym kraju.

No nic na to nie poradzę, że indolencja kojarzy mi się z Nim właśnie.

Huragany i wulkany

Osobiście myśle, że Donek z Ameryki od dawna kombinował, jak tu wykręcić się z tego lotu do kraju nad Wisłą. W sumie mu się nie dziwie. Po co spotykać mu się ze strażnikiem żyrandola, który nawiasem mówiąc przy każdym spotkaniu z jakimś liderem świata robi z siebie człowieka o ograniczonych horyzontach, zachowując się jakby pełnił wobec każdego z nich funkcje wasala. Zero dumy z zajmowanego stanowiska, kompletny brak wyczucia. Według mnie nasz pierwszy obywatel w oczach światowych mocarstw zdegradował funkcje prezydenta do poziomu chłopca na posyłki.

Wie o tym również Amerykaniec. Ma przecież swoje służby. Dla niego zatem spotkanie z Belwederczykiem to kompletna strata czasu. Nie może oczywiście spotkać się z tym, który podejmuje ostateczne decyzje w naszym kraju bo to byłaby ujma dla jego stanowiska. U nas rządzi zwykły poseł, który w strukturach władzy w kraju jest nikim.

No gdyby obowiązywała konstytucja z czasów systemu słusznie minionego z zapisem o kierowniczej roli partii w państwie, to wtedy Donek mógłby bez przeszkód zaszczycić swoją łapą prezesa. Tak jednak nie jest.

Mieszkaniec Białego Domu ma w poważaniu Fort Trump, zresztą on na żadnych fortach się nie zna. Trzeba było od początku zaoferować mu w każdym mieście wojewódzkim Kasyno Donek, o to byłaby inna rozmowa. Jakiś fort mu oferują i to jeszcze w podtekście przeciwko gościowi, który pomógł mu wygrać wybory. Zero z tego zysku a i Władimir Wladimirowicz mocno się temu sprzeciwia.

Donek ma już pare zdjęć z naszym pierwszym obywatelem w pozycji na stojąco jak również gdy nasz w ukłonie podpisuje jakiś dokument podczas gdy on siedzi. Przydałoby się jeszcze na klęczkach ale czy warto po to lecieć aż do Warszawy? Nie było zatem większego sensu aby poniewierać się osiem godzin na spotkanie z nikim.

Na szczęście zbliża się huragan do wybrzeży Florydy. Ten huragan jest kategorii dziesiątej w pięciostopniowej skali. Jak, ten huragan oczywiście, zobaczy twarz Donka zasłaniającego osobiście swoją piersią stanowe wybrzeże, musowo się przestraszy i zmieni kurs. Z bólem serca zatem właściciel kasyn zmuszony był odmówić wizyty w naszym kraju. Ale żeby prawda o jego stosunku do mas nie wyszła na jaw, wysyła swojego zastępcę. Dobre i to. Znając bowiem propagandę rządzącej u nas partii, jutro już zapewne ukaże się seria artykułów i publikacji w TVP, że w Stanach zasadniczo więcej do powiedzenia ma zastępca prezydenta. Masy i tak tego nie łapią.

A swoją drogą czy Adrian będzie miał na tyle jaj aby odesłać amerykańskiego vice do swojego vice czyli niejakiej Witek. Na dobrą sprawę przy tej fali upałów mógłby oddzwonić do Donka i powiedzieć mu, źe on również nie będzie dostępny z uwagi na pertraktacje ze słońcem.

Kolejne pytanie jakie mam do wszystkich to, czy ktokolwiek sądzi, że Trump odważyłby się zrobić to samo Putinowi?

Jakiegoś pecha mają pisowscy prezydenci z tymi Amerykańcami. Najpierw jakiś pierd…ny wulkan wziął się i wybuchł uniemożliwiając Obamie przylot na pogrzeb a teraz ten kure..ki huragan.

Lamy, alpaki, wikunie

Ostatnio było u mnie dosyć dużo o zwierzątkach wszelakich. Najpierw było o ptaszkach a ostatni przypomniałem sobie o przygodzie z zajączkiem. Najbardziej charakterystycznymi zwierzętami dla tej szerokości geograficznej i wysokości nad poziomem morza są lamy, alpaki i wikunie. Wszystkie należą do tej samej rodziny i są do siebie bardzo podobne. Lama jest zdecydowanie najbardziej okazała i najpowszechniejsza. Alpaka występuje rzadziej a wikunia jest tylko w paru miejscach i pod ochroną.

W Ekwadorze zasadniczo wikunie zostały sprowadzone z Peru po tym jak zostały tutaj wybite. W moich okolicach ich nie ma. Żeby je zobaczyć udaliśmy się do parku narodowego Chimborazo. Jest to góra-wulkan od dość dawna nieaktywny. Znany jest z historii o okolicznych mieszkańcach zwożących z jego zbocza lód do miasta.

O Chimborazo już pisałem, zatem kto ma ochotę na więcej informacji odsyłam do wpisu Wyprawa na Chimborazo

Lamy, alpaki i wikunie to takie lokalne owce znane głównie ze swojej wełny. Najgorszej jakości przędza jest z tej pierwszej, potem idzie alpaka i wreszcie wełna z wikunii to prawdziwe złoto w tym przemyśle. Nie znam się oczywiście na tym i osobiście różnic większych nie widziałem, poza ceną oczywiście. O ile szalik z lamy kosztuje do dziesięciu dolarów to z alpaki taki sam już koło stu natomiast z wikunii około tysiąca i więcej. Wełna tej ostaniej jest po prostu bardzo rzadka i równie bardzo poszukiwana. Nie wywołuje żadnych swędzeń czy alergii. Stąd jej cena. Rzadko można ją kupić w Ekwadorze. Widzieliśmy ją i jej ceny w Peru, które obok Boliwii jest największym producentem tej wełny.

Samotna lama

Stado alpak w Chimborazo

I jeszcze jedno ujęcie alpak

A to już wikunia w parku Chimborazo

Jak tu się złościć

Od czasu do czasu zdarzało się, że zlecaliśmy różne prace naszemu robotnikowi, znanemu na tych stronach jako Pepe albo Don Jose, podczas gdy my udawaliśmy się do miasta na zakupy. Zwykle jakaś mała robota zaczynała się na początku tygodnia, miała trwać dwa trzy dni, ale nasz Pepino, zawsze tak kombinował, żeby przeciągnąć do tygodnia. Jeden dzień, ten z naszymi zakupami zatem musiał być sam. Skończyliśmy z tym, bo niestety widać było zdecydowany spadek jego wydajności pracy w dniu naszej nieobecności.

Jednego z tych dni Pepe miał skończyć koszenie trawy podczas gdy my udaliśmy się do Cuenki. Właśnie wracaliśmy. Gdy tylko minęliśmy bramę i pojawiliśmy się w zasięgu jego wzroku, zaczął machać do nas rękami przywołując nas jakby rzeczywiście coś ważnego się stało.

Don Marko, Don Marko, venga ver. Znaczy to tyle co panie Marek choć pan tutaj, coś panu pokaże.

Pomyślałem, źe znowu chce się pochwalić jak świetną wykonał robotę. Trzeba tu powiedzieć, że lubi być chwalony jak mało kto. Przyzwyczaił nas do tego przywoływania i chwalenia się postępami w pracy. Spodziewaliśmy się zatem małej wizytacji popartej samozadowoleniem Jose z wykonanej pracy.

Kazałem mu odczekać chwile, bo przecież trzeba było rozładować się z zakupów. Już po chwili jednak byliśmy oboje na miejscu „zbrodni”. Nic nam jednak nie pokazywał, miast tego sięgnął po worek i kazał nam do Noego zaglądnąć. Na jego dnie siedział mocno wystraszony zajączek. Okazało się, że w tej wysokiej trawi nie bardzo mógł sonie poradzić z ucieczką przed maszyną Pepina. Mało nie dostał żyłką po uszach, jednak nasz kosiarz zobaczył go w ostatniej chwili i skoszarować w worku jako dowód na to, źe wypadły dodatkowe okoliczności, które spowodowały, że wykonał mniej niż sam sobie zaplanował. No i jak tu się gniewać.

Tu jeszcze w worku

A potem…..wypuściliśmy go na wolność

Na bosaka

Nasza hacjenda ma dwa wyjścia. To główne przez, które wychodzimy na zakupy i przyjmujemy gości oraz ogrodowe. Z tego ostatniego korzystamy oczywiście częściej bo i więcej czasu spędzamy w ogródku, i po tej stronie domu, niż z jego frontu.

Kiedyś, w czasach słusznie minionych, naszym marzeniem było posiadanie własnego M ileśtam. Chyba tylko dlatego, że tak trudno o nie było. Teraz nam się zmieniło. Dom stał się naszą wręcz potrzebą. Jest to niewątpliwie wymagająca zachcianka, bo jak mówią koło domu zawsze jest coś do zrobienia. Koło mojego wyjątkowo dużo jeśli weźmie się pod uwagę, że moje szczęście ma sokole oczy. Wypatrzy wszystko.

Dom ma jednak swoje zalety. Dla nas najważniejsze jest, że wokół niego mamy sporo prywatności. Kiedyś mieliśmy podobny domek w Stanach. Mieszkaliśmy jednak w zamkniętym osiedlu. No i to okazało się problemem. Niespodziewanie nie mogliśmy zrobić nic bez zgody większości osiedlowej. Jako właściciele domu mieliśmy więcej obowiązków niż praw. Lubiłem dom ale ci ludzie doprowadzali mnie do skrajnej rozpaczy. Nie mogliśmy na przykład wywiesić prania na zewnątrz bo już jakiś nawiedzony Kaczyński czyli ichni Smith mamlał coś o negatywizmie wizualnym. Mógł człowieka szlag trafić z tą bandą. Najgorsi zdecydowanie są właśnie ci mali ludzie gdzieś na dnie władzy. Daj im jej odrobinę a oni potrafią ci tak wleźć za skórę jak mało kto.

Nie mamy tego tutaj. Nikt mi nie mówi co mi wolno czego nie. Zatem wszystko urządzamy sobie tak jak nam się podoba. To było nam bardzo potrzebne.

Otoczenie wycisza i uspakaja a jak jest do tego słoneczko to nie ma jak na bosaka po jeszcze mokrej trawie. Mówią, że to ma efekty lecznicze. Z jednej strony ponoć można się w ten sposób naładować energia ziemską. Z drugiej zaś uziemić swoje negatywne emocje. Nie lubię rozkładać włosa na czworo. Mnie to bose łażenie wyjątkowo dużo przyjemności sprawia. Mogę to robić z każdej strony bo i front porośnięty trawą i zejście do ogródka.

I czego miałbym się spieszyć do miasta? Rozumiem, rozumiem każdy ma inne potrzeby.

Tędy do ogrodu

Tędy na zakupy

Lewą się uziemiam, prawą czerpie energię…albo odwrotnie

I niech mi ktoś powie, że z przyczyn wizualnych nie mogę wietrzyć pościeli.

Znowu coś do śmiechu

Dawno już nie publikowałem żartów. Nadrabiam zatem zaległości.

Najbardziej szkodliwą pracę mają politycy. Nikt tak nie szkodzi jak oni.

Benek zaparkował samochód przed gmachem polskiego parlamentu. Od razu podchodzi do niego strażnik i mówi: – Nie możecie tutaj parkować. Tu wprost roi się od polityków

Na to Benek z uśmiechem: – Ja tym się nie przejmuje. Wykupiłem ubezpieczenie od kradzieży.

Szczoteczka do zębów pożaliła się w łazience: – Czasami odnoszę wrażenie, że mam najgorszą robotę na świecie.

Na to papier toaletowy parsknął śmiechem: – może się zamienimy.

Przyjaciółka rodziny wpada w odwiedziny: – Cześć, a gdzie twój mąż?

-Pokłóciliśmy się i teraz jest ogrodzie.

-Jakoś go nie zauważyłam, wchodząc

-Po prostu trzeba się do niego dokopać.

Od przyszłego roku zmienia się treść przysięgi ślubnej. Zgodnie z duchem czasu, zamiast „dopóki smierć nas nie rozłączy”, będzie się mówiło „dopóki rozwód, separacja lub zmiana płci…”

Do szanowanego profesora puka niezwykle atrakcyjna nowa sąsiadka:

Mam na imię Emilka, dopiero co się wprowadziłam do mieszkania obok i mam ochotę lepiej poznać miasto: potańczyć, poszaleć i wyładować w łóżku z kimś fascynującym. Czy ma pan wolny wieczór?

Zszokowany profesor niedowierzając własnemu szczęściu, przez chwile przyglądał się pięknej młodej kobiecie, pomęczyć jednym tchem wypalił:

-Oczywiście

-To będę mogła zostawić psa u pana?

Komisarz policji prowadzi wywiad z kandydatem starającym się o przyjęcie do służb porządkowych.

-Czy widział pan wykrywacz kłamstw.

-Ależ oczywiście, panie komisarzu! Z jednym z nich nawet się ożeniłem

Jarek pyta ochroniarza: – Czego ten kot tak w kuchni hałasuje

-A karmił go prezes?

-Nie

-To pewnie coś gotuje

Co następuje po biedzie? Nędza. A po nędzy? Minimum socjalne.

-Halo, przychodnia? Czy pan doktor dzisiaj przyjmuje?

-Jak zwykle.

-Chorych też?

Pacjentka ze skaleczonym palcem u lekarza.

-Bardzo dobrze, że przyszła pani właśnie dzisiaj

-Dlaczego?

-Bo jutro byłoby już za późno.

-Jak to? – pyta przerażona

-Bo rana by się zagoiła

Miłego tygodnia.

O tenisistach i robactwie

Po ostatnich wydarzeniach w kraju, związanych z sejmowym lotnikiem i jego dymisją, które opisałem na swoim blogu, dopadły mnie nostalgiczne myślenice. Wydźwięk moich notek w sumie nie był zapewne zbyt patriotyczny.Trochę mnie pokrzepiała grupa o nazwie KastaWatch, która również wylewała swoją frustracje w formie niedwuznacznych notek, gdzie się dało, do kogo się dało. Ona jednak działa pod auspicjami pierwszego sędziego i prokuratora, też pierwszego zresztą. Chłop na takim stanowisku pewnie wie co jest dobre dla kraju. Nie to co ja, tysiące kilometrów od ojczyzny.

Może ja już niepolski chłop jestem? Taka oto dręczącą myśl mnie opanowała od samego piątkowego rana.

W poniedziałek w Nowym Jorku rozpoczyna się ostatnia odsłona tenisowego wielkiego szlema. Otwarte mistrzostwa Stanów Zjednoczonych to jeden z czterech największych turniejów tenisowych. Wystąpią najlepsi zawodnicy tej dyscypliny. Wśród nich, w singlu pewne miejsce miało zapewnione trzech naszych graczy, dwie panie i jeden pan. Dodatkowo mogliśmy wprowadzić, dzięki eliminacjami wstępnym, jeszcze dwie dziewczyny i jednego chłopaka. Śledziłem ich pojedynki na platformie tenisowej, która na bieżąco uaktualniana stan meczów. Spośród trójki kwalifikantkę, Katarzyny Kawy, Magdaleny Fręch i Kamila Majchrzka, jedynie Magda odniosła sukces w postaci awansu do turnieju głównego. W zmaganiach brało udział pewnie ponad sto kobiet i mężczyzn z różnych krajów. Jakoś mało mnie interesowały wyniki innych zawodników.

W międzyczasie nasz aktualnie najlepszy tenisista Hubert Hurkacz, i druga po Idze Światek tenisistka Magda Linette, oboje awansowali do finałów nieźle obsadzonych turniejów na Bronxie i w Cincinnati. Oboje wygrali swoje mecze stając się mistrzami owych zmagań. Mecz Magdy śledziłem na komputerze. Mecz Huberta transmitowała miejscowa telewizja i, a jakże, obejrzałem go w całości.

Od poniedziałku Iga Światek, Magda Linette, Magdalena Fręch i Hubert Hurkacz, wszyscy w singlu oraz Alicja Rosolska i Łukasz Kubot w deblach, rozpoczną udział w otwartych mistrzostwach Stanów Zjednoczonych w tenisie. Będę im kibicował i trzymał za nich kciuki.

Ten wpis nie ma być żadną propagandą tenisa. Jedni się interesują sportem inni nie. Nic w tym złego. Chociaż poza Polską przebywam więcej niż połowę swojego życia, ona wciąż buzuje w mojej krwi, czego dowodem miał być powyższy wykład na temat naszych tenisowych kadr.

W sporcie zdarzają się również przekręty. Aby jednak dojść na szczyt trzeba na to ciężko zapracować, często rezygnując z innych przyjemności życia.

Myśl tą dedykuje członkom KastaWatch. Plucie na swoich kolegów po fachu, zamiast ciężkiej pracy, też może być skuteczną metodą awansu. Tak jednak czyni tylko robactwo.

Szklana ściana

Cała ściana naszej hacjendy od strony ogródka jest wykonana ze szkła. Oryginalnie tak nie było. Kiedy się jednak okazało, że patio jest bezużyteczne z uwagi na wiatr i deszcz postanowiliśmy je zadaszyć i oszklić.

Od tej strony dzieje się najwiecej jeśli chodzi o ptactwo. Tu jest najwiecej kwiatów, których nektar stanowi zapewne pożywienie dla wielu z latających stworzeń. Walą zatem na przepadłe ale na ogół o określonym czasie. Często z tego rozpędu dość mocno uderzają w szybę no i oczywiście tracą na pare chwil orientacje. Czasami jest to dłużej, czasami natychmiast się otrzepują i odlatują.

Mieliśmy kilka przypadków, że dochodzenie do siebie trwało dość sporo. Nie zdarzyło się jednak aby ptak przeniósł się na łono Abrahama.

W ubiegłym roku tego samego dnia dwóch różnych lotników przywaliło zdrowo w szyby. Dość długo nie mogły się pozbierać, dzięki czemu załapały się na pamiątkowe zdjęcie.

Danych personalnych nie udało mi się ustalić. Może ktoś rozpoznaje?

Koliber, ptak lokalny

Jednymi z popularniejszych ptaków w naszej okolicy są koliberki. Jest ich w tej okolicy dość sporo. Są jednak ciężkie do sfotografowania. Chociaż nie całkiem do końca. Sąsiedzi maja specjalny dla nich karmnik, który służy również jako wabiki. W trakcie jednej z moich wizyt u nich udało mi się je złapać na mój telefon.

Wiele o nich nie wiedziałem. Skorzystałem zatem z Wikipedii. Oto najciekawsze informacje:

Są najmniejszymi ptakami świata. Ich wielkość waha się w granicach od 6 do 22 centymetrów a waga od 2 do 20 gramów.

Z uwagi na szybki metabolizm, jedzą dwukrotnie więcej niż ich masa ciała

Ich serce bije od 500 do 600 razy na minutę. Może jednak osiągnąć nawet 1260 uderzeń.

W nocy zwalniają metabolizm, popadając w odrętwienie. Ich serce bije wtedy od 50 do 180 razy na minutę

Samce są większe od samic

Pióra rozszczepiającym światło, nadając ptakom barwny wygląd. Posiadają jednak tylko dwa barwniki: czarny i brązowy

Aby zachowały swoje właściwości, pióra musza namakać, co zapewnia, kąpiel, deszcz lub mgła

Maja bardzo krótkie nogi o czterech palcach

Tempo uderzeń skrzydłami zależy od wielkości ptaka i waha się od 10 do 90 uderzeń na sekundę

Osiągają prędkością do 120 km/godzinę

Potrafią unieść się pionowo i zacisnąć w powietrzu. Latają również na boki

Samica znosi najczęściej dwa jaja

Okres wysiadywania trwa od 14 do 19 dni

Jajo kolibra waży 0.25 grama.

Racketman czyli Elton John

Po sporym sukcesie „Bohemian Rhapsody”, filmu dedykowanemu pamięci Freddie Mercurego i Queen, z dużym zainteresowaniem obejrzałem „Racketman”, poświęcony innej wielkiej gwieździe tamtych czasów Eltonowi Johnowi. Za moich czasów prywatka nie mogła obejść się bez jego utworów.

Elton John to, pewnie o czym każdy wie, estradowy pseudonim. Prawdziwe imię artysty to Reginald Kenneth Dwight. Urodził się w 1947 roku i już od dzieciństwa wykazywał niesamowite zdolności muzyczne. Polegały one na wręcz absolutnym słuchu. Nie chce nikomu psuć przyjemności ogladania filmu zatem muszę na tym skończyć, przynajmniej ten wątek.

Podobnie do „Bohemian Rhapsody”, i tu muzyka odgrywa dominująca rolę. Jednak w przeciwieństwie do filmu o Freddie Mercurym, tu większość piosenek została wkomponowana w akcje filmu. Osobiście o tym nie wiedziałem, ale jak wynika z tego co obejrzałem to prawie każdy utwór napisany i wyśpiewany przez Eltona Johna wiązał się z określonymi jego wydarzeniami w jego życiu.

Jest wiele podobieństw pomiędzy obydwoma filmami, główna jednak różnica jest taka, że „Racketman” jest bliższy musicalowi niż produkcji fabularnej.

W sferze życia prywatnego, nie nożna oprzeć się wrażeniu jak bardzo podobne było życie Freddiego i Eltona. To chyba po trosze obraz tamtych czasów. Narkotyki, prywatki, alkohol to pewnie w tym środowisku nie zmieniło się do dzisiaj. Podobnie jak solista Queen również i bohater tego filmu zaufał nie temu komu powinien odrzucając prawdziwego przyjaciela. To pewnie również podobieństwo wielu życiorysów artystycznych z tamtego okresu. Zło i źli ludzie, kręcący się przy nieprzygotowanych na wielki sukces ludziach zniszczyli życie wielu kultowym artystom. Mało nie zniszczyli i Eltona Johna.

I Mercury, i John borykali się z problemami natury seksualnej. Homoseksualizm był wciąż wstydliwy i mało kto decydował się do tego przyznać. Każdy musial sobie z tym sam radzić we własnym zakresie. Aczkolwiek w środowiskach artystycznych preferencje seksualne gwiazd nie były żadną tajemnicą, to jednak oficjalnie nikt tego nie potwierdzał, bo mogłoby to mieć negatywny wpływ na rozwój kariery. Czy to był główny powód ucieczki bohatera filmu w świat narkotyków i alkoholu? Zapewne nie, tak wtedy szalało całe to szalone środowisko. Dzisiaj pewnie nie jest inaczej.

Elton John w porę wyhamował i dziś jest w szczęśliwym związku z innym mężczyzną wychowując dwóch synów. Na szczęście nie mieszkają w naszym kraju.

Film nie jest zapewne genialnym dziełem ale to moja młodość a każdy na swoją patrzy przez różowe okulary. A skoro o binoklach mowa to z nich najbardziej zasłynął Elton John.

Chciałem podłączyć jakiś klip z YouTube do tego tekstu, ale przy moim internecie zajęłoby mi to bardzo długo i kto wie czy by się udało.