Patriots-Eagles czyli Super Bowl po raz 52-gi.

Już za godzinę sympatycy i entuzjaści futbolu amerykańskiego zasiądą przed telewizorami. Oto bowiem przed nami pięćdziesiąta druga edycja finału rozgrywek znana pod nazwą Super Bowl. W tym roku, ku mojemu rozczarowaniu, w finale ponownie wystąpi drużyna Patriotów z Bostonu, której przeciwnikiem będą Orły z Filadelfii. Nie jestem sympatykiem żadnej z tych drużyn bo obie to przeciwnicy drużyn z Nowego Jorku w rozgrywkach zasadniczych. Patrioci dwukrotnie pokonali Jets, natomiast Eagles rownież byli lepsi w obu meczach od drużyny, której sympatyzuje najbardziej czyli Giants. Chociaż oba zespoły nie powodują żadnych emocji we mnie, a jeśli już to tylko negatywne, to dzisiaj zdecydowanie będę trzymał kciuki za drużynę z Filadelfii. Wyjątkowo nie toleruje Patriotów i to nie z powodu ich dominacji nad New York Jets lecz ze względu kontrowersji jakich byli udziałem w poprzednich sezonach. Ich quarterback był podejrzany o specjalne niedopompowanie piłki przed meczem w ramach play off a coach o zainstalowanie podsłuchu przeciwników aby posiąść wiedzę na temat rodzaju ich zagrania co umożliwiło mu lepsze przygotowanie obrony. Czy mi się podoba czy nie, faworytem dzisiejszego finału będzie oczywiście zespół z Bostonu, który dodatkowo jest obrońcą trofeum z ubiegłego sezonu. W ubiegłym roku wygrali dzięki fatalnej końcówce drużyny z Atlanty, która chyba zbyt szybko uwierzyła, że jest już po meczu. Patrioci w ostatniej dekadzie pięciokrotnie zdobywali to najcenniejsze trofeum w futbolu amerykańskim. W finale rozgrywek byli nawet cześciej. Dwukrotnie w ostatnim meczu sezonu zostali pokonani przez Giants z Nowego Jorku. Kiedy to zdarzyło się po raz pierwszy drużyna z Bostonu przestępowała do finału jako niepokonana. Wygrali wówczas wszystkie szesnaście meczów sezonu zasadniczego i oba mecze play off. Moi Giants rzutem na taśmę zakwalifikowali się do rozgrywek posezonowych jako wild card. Gdyby Boston wtedy wygrał finał byłby drugą drużyną w historii rozgrywek, która zakończyła całe rozgrywki niepokonana. Giants jednak wybili im to z głowy, ku mojej wielkiej radości pokonując zadufanych Patriotów po jednym z najlepszych meczów w historii Super Bowl. Mam nadzieje, że nie inaczej będzie dzisiaj i drużyna z Pensylwanii wybije na chwile bostończykom futbol z głowy. Let’s go Eagles.

Jedziemy do Rosji

Jedziemy do Rosji na Mistrzostwa Świata w piłce nożnej. Zadecydował o tym niedzielny mecz z Czarnogórą. Tradycyjnie nie obeszło się bez nerwów w końcówce, spowodowanych przestojem naszych piłkarzy w drugiej połowie. W sukurs przyszedł Robert Lewandowski, który samodzielnie zdobył bramkę, która okazała się na wagę zwycięstwa. Prawdziwi kibice oglądali mecz więc nie ma się co nad nim rozwodzić. Nonszalancja naszych zawodników w drugich czterdziestu pięciu minutach dała się nie tylko kibicom we znaki ale rownież i kapitanowi naszej reprezentacji, który nie krył swojego niezadowolenia w pomeczowych wywiadach. Jego frustrację mogliśmy wszyscy zobaczyć po zdobyciu bramki przez niego, co uzewnętrzniło się kopnięciem jednego z elementów dekoracyjnych poza boiskiem. Jego złość niewątpliwie była uzasadniona, bo sposób gry naszej drużyny po zdobyciu prowadzenia był nie do zaakceptowania, a co gorsze to nie była kwestia tylko tego spotkania. Oddaliśmy inicjatywę Czarnogórcom, dokładnie tak samo jak to zrobiliśmy w poprzednich meczach, może poza spotkaniem z Armenią, chociaż i w tym meczu początek drugiej połowy odbywał się pod dyktando Ormian. Robert Lewandowski ma racje piętnując to zjawisko. Nie wiem jednak czy sposób jaki wybrał, czyli przed kamerami i w rozmowie z reporterami jest najlepszy. Dużo się mówi o jedności i spójności naszej reprezentacji. Świadczyły o tym chociażby koszulki z napisem wspierającym Milika. Wyglądało to budująco. Robert trochę zburzył ten sielankowy obraz dając do zrozumienia, że nie każdy powinien być w tej kadrze, i że sporo jej brakuje, abyśmy mogli być uważani za mocną drużynę. Szczerze mówiąc, nie ujmując zasług pana Roberta, jego uwagi nie przypadły mi do gustu. Po pierwsze obawiam się, że mogą negatywnie wpłynąć na klimat w drużynie, po drugie wreszcie, takie pranie brudów powinno mieć miejsce w szatni. Domyślam się, że trener Nawalka mocno liczy się z opinią naszego najlepszego zawodnika i zresztą słusznie, to on jednak w końcowym efekcie powinien mieć ostateczne słowo przy ocenie przydatności zawodników do gry w drużynie. Robert Lewandowski pobił właśnie rekord Włodzimierza Lubańskiego pod względem ilości zdobytych bramek w reprezentacji i zapewne podbije ten rekord do granic trudnych do osiągnięcia. Będąc graczem pan Włodzimierz rownież był i kapitanem, i najlepszym piłkarzem zespołu. Nie pamietam jednak aby pozostali zawodnicy mogli to odczuć. Pod tym względem chyba jeszcze sporo Robert Lewandowski musi się uczyć. A skoro już porównuję to chyba warto byłoby aby ocena drużyny należała do trenera tak jak to było za czasów Kazimierza Górskiego. Cieszmy się jednak z awansu bo uczestnictwo drużyny narodowej w mistrzostwach świata to marzenie każdego kibica.

Kibolska motywacja

Najbardziej rozpoznawalny polski klub piłkarski, jakim niewątpliwie jest Legia Warszawa, przechodzi poważny kryzys. Sporo się o tym pisze w ostatnim czasie bo oczekiwania sprawozdawców sportowych i kibiców były zdecydowanie większe. Klęska w rozgrywkach europejskich i żenująca postawa całego zespołu w rozgrywkach ekstraklasy przelała czarę goryczy co bardziej krewkich debili, którzy uzurpują sobie prawo do nazywania siebie kibicami. Mało im, że nikt w całej Europie nie chce ich widzieć na swoich stadionach. W swojej trosce o ich „ukochaną drużynę” postanowili spuścić manto zawodnikom za brak zaangażowania. Chociaż nie jestem fanem Legii, sam czuje się bardzo zawiedziony jej postawą, szczególnie w rozgrywkach o europejskie puchary, zwłaszcza, źe przeciwnicy, z którymi warszawska drużyna przegrała byli do pokonania. Dobrze było w ubiegłym roku oglądać wielki Real w Warszawie, szkoda tylko, źe to było przy pustych trybunach. Winnym nijakości aktualnej Legii okazał się jej trener, bo tak zwykle bywa, zwłaszcza gdy właściciel zespołu to ktoś, kto słabo zna się na sporcie i sądzi, źe to tylko biznes jak każdy inny. Z ciekawością przeczytałem wywiad z Michałem Żewłakowem, byłym dyrektorem sportowym legionistów. Po przejęciu klubu przez Dariusza Mioduskiego, nie widział on dla siebie przyszłości przy Łazienkowskiej, ze względu na styl pracy nowego szefa. Sport to niewątpliwie rownież biznes ale tu emocje odgrywają większą rolę, a tych zdaje się brakować nowemu właścicielowi. Można odnosić sukcesy w wielu dziedzinach, co nie znaczy, że przełoży się to na sport. Przekonało się o tym już paru tzw biznesmenów, którym się wydawało, źe sukces w piłce to kwestia pieniędzy. Odgrywają one dużą rolę ale nie na poziomie parudziesięciu milionów eurosów. Dzisiaj trzeba paręset milionów tej waluty o czym najlepiej świadczy przykład PSG. To jednak temat na osobny artykuł. Drużyna Legii po ubiegłorocznym sukcesie została wyprzedana a zawodnicy, którzy mieli zastąpić wczorajszych bohaterów nie dorośli im nawet do pięt. I nie była to wina trenera, jeśli kogokolwiek to w pierwszej kolejności właściciela, który w ten sposób pochwalił się swoją wiedzą i rozeznaniem na rynku. Pan Mioduski definitywnie nie wie co robi, ale nie mając ani wiedzy, ani emocji, ani sportowej złości można się było tego po nim spodziewać. Robienie czegoś tam dla samego faktu robienia to jak strzelanie w ciemno. Nie jestem ani psychologiem, ani znawcą ludzkiej psychiki, mam jednak wrażenie, że Legii brakuje boiskowego lidera. W szatni mógł nim być Jacek Magiera, ale nie będzie bo go juz nie ma. Przepłaceni przeciętniacy, których kariery zmierzają ku końcowi nie będą gryźć trawy, nawet jeśli banda tępych wyrostków urządzi im ustawkę. Lider to rzecz bezcenna, o czym przekonuje się polityczna opozycja w naszym kraju. Warszawska mydlana opera jeszcze chwile niestety potrwa, bo taka jest sztuka jaki jest jej reżyser a ten w klubie jest w najlepszym razie przeciętny. Tak czy inaczej zachowanie kiboli i brak ochrony dla piłkarzy na ich własnym obiekcie to kompromitacja dla całej organizacji. Dawno temu w Stanach, prowadzący studio sportowe komentator radiowy na utyskiwania kibiców co do formy zawodników i ich zaangażowania tak mniej więcej odpowiedział fanatykom zespołu: „jeśli coś wam się nie podoba lub drużyna was zawodzi to najlepszym sposobem jest nie przychodzić na ich mecze, nie kupować koszulek, pamiątek czy innych rzeczy klubowych. Zawsze takie działania przekładają się na spadek zainteresowania reklamodawców i sponsorów a bez nich nie ma premii i lepszych zarobków”. Być może właśnie to powinni sobie wbić do swoich pustych głów tępi specjaliści od motywacji warszawskiej drużyny. Byłoby to z korzyścią dla nich i prawdziwych kibiców.

Egocentryczni egoiści

Jako kibic sportowy nie mogę przejść obojętnie koło dwóch faktów jakie miały miejsce w mijającym tygodniu. Pierwszy z nich to już niemal saga mydlana i dotyczy Roberta Lewandowskiego. Jego utyskiwanie i narzekanie na temat Bayernu jest kompletnie niestrawne. Nie wiem dokładnie kogo kapitan naszej reprezentacji chciałby aby jego chlebodawca kupił, żeby pan Robert mógł wreszcie zdobywać najwyższe trofea. Osobiście myślałem, że to on był właśnie tym zawodnikiem, który wzniesie Bawarczyków na wyższy poziom. Nic z tych rzeczy, poza narzekaniem, biadoleniem i wieczną krytyką w moim przekonaniu nie spełnia oczekiwań w nim pokładanych. W Monachium występuje wystarczajaco dużo gwiazd i zawodników z górnej półki by klub mógł sięgać po najwyższe europejskie trofea. Problem jednak w tym, że nie tworzą oni zgranego zespołu a spory wpływ na to może mieć właśnie postawa pana Roberta nie ta na boisku, ale ta poza nim.  Ja rozumiem, że jak się czyta o wydatkach PSG i zawodnikach, których ten klub wykupił to się może zakręcić w głowie. Nie wszyscy jednak mają tyle pieniędzy co katarscy szejkowie. Europejska piłka nożna niestety idzie w złym kierunku umożliwiając właścicielom kilku klubów łamanie wszelkich zasad obowiazujących w sportowym współzawodnictwie. Bayern pod tym względem zdominował niemiecką ligę wykupując z drużyn w niej występujących najlepszych zawodników. Jakoś reprezentacja Niemiec oparta na zawodnikach tego klubu zdobywa kolejne mistrzostwa, nic zatem nie stoi na przeszkodzie aby i Bayern po nie sięgał bez kolejnych wzmocnień. Problem jednak leży w ego zawodników, a już chyba największe ma właśnie Lewandowski. I być może byłoby ono nawet uzasadnione, gdyby w każdym meczu nasz rodak grał będąc najlepszym zawodnikiem na boisku. Tak jednak nie jest. Nie podoba mi się jego postawa na murawie i ciągle zastrzeżenia pod adresem kolegów z drużyny. Drużyna to jedenastu zawodników a nie Robert Lewandowski i dziesięciu grających na jego rekordy wyrobników. Więcej pokory, szacunku dla partnerów i wzajemnego respektu a gwarantuję, że sukcesy i puchary przyjdą. 

Równie wielkie mniemanie o sobie ma aktualny właściciel Legii. Do tej pory stał na boku bo przeszkadzali mu jego współpartnerzy. Nie miał jednak oporów w wykorzystywaniu sukcesów warszawskiej drużyny do promowania siebie samego. Wciąż widzę go w trakcie losowania grup Ligi Mistrzów poprzedniego sezonu. Napuszony niczym paw, z miną jedynego kreatora wielkości mistrzów Polski wiało od niego próżnością z prędkością huraganu Irma. Podejrzewam, że bez Jacka Magiery występ Legii w grupie skończyłby się nie tylko fiaskiem ale totalną kompromitacją. Dzięki, już byłemu trenerowi warszawian udało się jednak tego uniknąć. To chyba najbardziej przeszkadzało panu Mioduskiemu, który sądził, że to on jest ojcem tamtego sukcesu. Wyprzedając kogo się dało i kupując mało przydatnych zawodników postawił pana Jacka w sytuacji niemal niemożliwej do osiągnięcia sukcesu. Niestety ten typ właścicieli tak ma: sukces to oni, za porażki płacą inni. Bredzenie o konieczności przewietrzenia szatni to ich typowe zachowanie, które tylko potwierdza, że ich wiedza jest bardzo ograniczona. Nawiasem mówiąc można ją porównać do piłkarskiego znawstwa każdego kibica, który mało wie ale chciałby decydować o tym kto ma grać a kto nie. O ile jednak ze zdaniem kibica mało kto się liczy to nawet przeciętny właściciel może zniszczyć wszystko to co zbudował nawet najlepszy trener. Bo tak sobie wymyślił.

Zwycięstwo cieszy i nic więcej.

Co prawda zwycięzców się nie sądzi, odejdę jednak od tej normy. W przeciwieństwie do meczu z Danią, Ekwadorczycy transmitowali nasze spotkanie z Kazachstanem. Najważniejsza oczywiście jest wygrana, nie da się jednak ukryć, że styl gry pozostawiał wiele do życzenia. Nie wiem dokładnie co nasi zawodnicy robią na zgrupowaniach kadry, ale to ostatnie chyba wszyscy przespali. Osobiście najbardziej mnie raził fakt braku zrozumienia, które powinno się zdobywać właśnie w trakcie przedmeczowych zjazdów zawodników. Tysiące niecelnych podań, w których brylował Mączyński. Jeżeli tak prezentuje się on w Legii to trudno się dziwić, że warszawianie grają tak jak grają. Trudno mi zrozumieć czym się kieruje Nawałka stawiając na tego zawodnika w tym momencie. Równie fatalne wrażenie zrobił na mnie Milik. Konsekwentnie zaprzepaszcza sytuacje strzeleckie i zdecydowanie brakuje mu zrozumienia. Strzelił co prawda bramkę ale potem nie wykorzystał przynajmniej dwóch sytuacji jeśli nie trzech, przy czym chyba nie dociera do niego, że prezentuje się bardzo przeciętnie i daleko mu do tego zawodnika, na którego się zapowiadał. Niestety muszę zgodzić się z Janem Tomaszewskim, który mocno krytykuje Piotra Zielińskiego, definitywnie nie jest zawodnikiem, który może wziąć na siebie ciężar gry. Osobiście nie wiem czy mamy w tej chwili takiego zawodnika. Na szczęście wygraliśmy po grze pełnej chaosu i wielu przypadkowych sytuacji. Przed tą rundą spotkań byłem wielkim optymistą. Klęska w Kopenhadze i kiepski styl w meczu z Kazachstanem, napawają odrobiną strachu przed październikową runda spotkań. Żeby jeszcze bardziej pogorszyć stan moich emocji, wyglada na to, że Dania złapała silny wiatr w żagle i będzie bardzo groźna do ostatniej kolejki. Wszystko jest oczywiście w nogach i głowach naszych piłkarzy. Wciąż prowadzimy w naszej grupie a drużyny, które depczą nam po piętach będą musiały rozegrać mecz między sobą. Pozostaje mi mieć tylko nadzieje, że za miesiąc nasi kadrowicze będą przypominać drużynę a nie zlepek przypadkowo dobranych zawodników. Śmiem twierdzić, że w kontekście zgrania Kazachowie prezentowali się lepiej od nas i gdyby sędziowie uznali zdobyta przez nich bramkę, to kto wie jakby się skończył ten mecz. Rzeczywiście Fabiańskiemu mógł przeszkadzać zawodnik, który był na pozycji spalonej, ale to jest kwestia interpretacji sędziego, który mógł to ocenić inaczej. Sam fakt, że Kazach znalazł się w tak dobrej sytuacji strzeleckiej był wynikiem chaosu jaki panował w naszym zespole. Osobne słowo należy się systemowi VAR. Robi się wokół niego tyle szumu, że ma zrewolucjonizować piłkę i wyeliminować błędy popełniane przez sędziów. Jeśli jednak arbitrzy nie będą z niego korzystać to lepiej sobie nim nie zawracajmy głowy. Bramka z wolnego zdobyta przez Lewandowskiego nie została uznana bo sędziemu nie chciało się tej sytuacji zweryfikować. Na nasze szczęście ten błąd nie wypatrzył wyniku meczu. Co mają powiedzieć jednak Turcy, którzy przegrali z Ukrainą dwa do zera a oba gole zdobyte przez naszych sąsiadów padły po błędach sędziego. Najpierw nie zauważył ewidentnego spalonego a potem faktu, że Ukrainiec wyjechał z piłką poza końcową linię boiska, zanim z jego dośrodkowania inny zawodnik zdobył gola. Jeśli z systemu powtórek nikt nie będzie korzystał to po co komu jest on potrzebny. Może zatem sędziowie powinni automatycznie wszystkie zdobyte bramki przeglądać pod względem ich prawidłowości? Nie wiem. Blędów jest jednak zbyt dużo. Dzisiejsza wygrana napewno cieszy, styl i gra niczego dobrego jednak nie wróżą.

Status gwiazdy

Koniec sierpnia i początek września to tradycyjnie termin wypełniony imprezami sportowymi. Nie wiem czy to tylko jest tak w tym roku czy zawsze. Trwają mistrzostwa Europy w siatkówce, rozpoczęły się w koszykówce, eliminacje do mistrzostw świata w piłce nożnej, rozgrywki ligowe, kolarstwo w Hiszpanii i oczywiście jeden z największych turniejów tenisowych, cześć wielkiego szlema, czyli US Open. W rym roku bez Sereny Williams, która została właśnie matką. Po raz pierwszy od ponad roku pojawiła się za to inna jego gwiazda Maria Szarapowa. Rosjanka nie cieszy się zbyt wielką sympatią wsród zawodniczek. Złapana na dopingu, straciła nie tylko sporo pieniędzy ale rownież i respekt wielu tenisistów. Wzbudza wiele krytyki szczególnie za sposób w jaki jest traktowana przez organizatorów wszelkich turniejów. Nie grając od ponad roku jej miejsce w klasyfikacji powoduje, że powinna brać udział w eliminacjach przedturniejowych. Tak się jednak nie dzieje bo na ogół otrzymuje od każdego dziką kartę. Nie jest to oczywiście dobry przekaz dla innych zawodników, szczególnie dla tych co zaczynają dopiero sportową karierę. Status gwiazdy, pozwolił zatem Szarapowej na udział w US Open bez eliminacji. W tym roku w turnieju na nagrody przypada ponad pięćdziesiąt milionów zielonych, z tego na zwycięzców w turnieju indywidualnym po trzy miliony siedemset tysięcy na twarz. Reklamodawcy płacą krocie za swoje wizytówki na kortach i zapewne chcą aby były one widoczne na każdym kroku. Kort centralny znany jako Arthur Ashe to najdroższe miejsce. Może pomieścić ponad dwadzieścia tysięcy kibiców. Ci natomiast lubią gwiazdy, nawet jeśli kiedyś się szprycowały. Tak więc Szarapowa nie dość, że dostała dziką kartę, to występuje ekskluzywnie na właśnie korcie centralnym. Skrytykowała to Caroline Woźniacki, ale mało kogo to obchodzi. Status gwiazdy, jakim cieszy się Rosjanka przyciąga kibiców a im jest ich więcej tym bardziej prawdopodobny jest sukces reklamodawcy. Pieniądze konsekwentnie psują sport, niestety od tego nie ma ucieczki, bo wyczyn dzisiaj kosztuje. Szkoda jednak, że niszczone są przy okazji dobre obyczaje, jeśli w ogóle to określenie jest dzisiaj rozumiane. Promowanie kogoś kto walczy nieczysto jest złym przykładem dla każdego i powinno być piętnowane. Za parę lat ci ludzie, którzy klaszczą Szarapowej na trybunach będą się dziwić skąd ich dzieci biorą złe przykłady. Zysk stał się kluczem do wszystkiego i ja to rozumiem, byle tylko nie za wszelka cenę. Nasi tenisiści niestety kompletnie zawiedli. Radwańska sprawia wrażenie zmęczonej swoją karierą i przyjeżdża bardziej chyba po wypłatę niż żeby gdziekolwiek w turnieju dojść. Przegrała o wejście do szesnastki z tenisistką, która gra singla, debla i w grze mieszanej. Na korcie to jednak Radwańska wyglądała bardziej zmęczona. Nie wyszedł debel ani Kubotowi, ani Matkowskiemu. Pozostały nam jeszcze dwie pary w grze mieszanej i juniorzy, wśród których Maja Chwalińska wygląda bardzo obiecująco. Na koniec jeszcze słowo o „wyciu” na korcie. Wszystko zaczęło się od Moniki Seles, która doprowadzała przeciwniczki do białej gorączki swoimi wrzaskami. Próbowano walczyć, ale na niewiele się to zdało. Wrzaski, sapanie, mruczenie, jęki to dzisiaj norma. I tu muszę wrócić ponownie do Szarapowej, bo to jej z pełnej piersi ni to okrzyk, ni to jęk jest wręcz nie do zniesienia. Obserwując w zwolnionym tempie jej uderzania i patrząc na jej twarz odnosi się wrażenie, że ma to zabarwienie swego rodzaju złości, która zostaje wyładowana na piłce. Podobno na te jej sapanie dał się złapać jeden z muzyków znanej rockowej kapeli, licząc na podobne emocje w chwilach intymnych. Zawiódł się jednak srogo, bo miast egzaltacji poczuł Sound of Silence.

Na kolanach

Do tej pory telewizja ekwadorska, szczególnie od strony transmisji sportowych, wzbudzała mój zachwyt. Przekazują niemal wszystkie najważniejsze wydarzenia sportowe z każdej imprezy o charakterze mistrzostw, pod warunkiem, że dyscyplina cieszy się popularnością tutaj. Piłka nożna to oczywiście sport numer jeden, zatem wiele lig, i nie tylko, jest pokazywanych na żywo. Obejrzałem więc każdy mecz naszej reprezentacji. Mając to w pamięci, nie miałem watpliwości, że i spotkanie z Duńczykami będę mógł zobaczyć. Dzień przed naszym meczem Francuzi grali z Holendrami. Na papierze to spotkanie wyglądało najbardziej interesująco. Niestety z jakiegoś powodu był to jedyny mecz, którego transmisję pominięto. Być może względy finansowe za prawa do transmisji, być może inne przesłanki. Napewno nie zadecydowało o tym zainteresowanie ligą francuską czy holenderską, bo spotkania z obu lig są tu pokazywane każdego tygodnia. Tak czy inaczej przekazu nie było. Mało tego, nie pokazano nawet retransmisji, co jest dla mnie sporym zaskoczeniem. Patrząc na dzisiejsze spotkania, mecz Polski z Danią zdawał się być rownież najlepiej zapowiadającym się spotkaniem. W końcu Polska to piąta drużyna świata a jej kapitan to gwiazda pierwszej wielkości. Niestety spotkał mnie srogi zawód. Jedynym meczem pominiętym w bezpośrednim przekazie było właśnie spotkanie naszej reprezentacji. Na próżno zmieniałem kanały, mając nadzieje, że gdzieś go znajdę. Nic z tego, ponownie musiały być jakieś przyczyny, z których finansowe wydają się najbardziej prawdopodobne. Śledziłem więc przekaz pisany na Onecie. No cóż nie oglądałem tego fiaska i już po fakcie, muszę szczerze podziękować, że oszczędzono mi bólu. Dzień wcześniej Ekwador przegrał z Brazylią tylko 2:0, grając naprawdę przyzwoicie i przy odrobinie szczęścia mogli urwać punkt faworytom. Przegrać też trzeba umieć. Traktowałem słowa Roberta Lewandowskiego jako próbę wyluzowania zawodników, by wyszli na boisko bez nadmiernej presji. Tymczasem musiał to być krzyk aby gwiazdy przestały patrzyć na statystki i swoje aktualne miejsce w rankingu FIFA i wzięły się do roboty. Oczywiście nie wiem jak zagrał sam zainteresowany, ale to chyba jest bez znaczenia bo wynik mówi sam za siebie. Przy stanie cztery do zera, niemal niczym świętej pamięci Jan Ciszewski, który błagał sędziego na Wembley aby wreszcie skończył nasz historyczny mecz, tak i ja czekałem na końcowy gwizdek, bo cztery do zera to klęska jednak pięć do zera byłoby blamażem. Porażka porażce nie jest równa. Jeśli przegrywa się po walce, gryząc trawę to każdy kibic to rozumie. Jeśli jednak wynika to z braku zaangażowania i mentalnego przygotowania to tego nie da się zaakceptować. Takie wysnułem wnioski czytając komentarze. Meczu jednak nie oglądałem. I bardzo dobrze. Przy okazji, mogliśmy się przekonać ile znaczy ta fifowska klasyfikacja drużyn i czy warto się nią aż tak podniecać. To było do mediów, które jeszcze przed meczem widziały nas w pierwszej trójce najlepszych reprezentacji. A w poniedziałek czeka na nas Kazachstan i choć to zespół słabszy od Duńczyków, to ekstra presja związana ze złym smakiem w ustach po Kopenhadze napewno nie będzie pomocna.

Reprezentacje na boiska

Eliminacje do przyszłorocznych mistrzostw świata w piłce nożnej Rosja 2018, wkraczają w decydująca fazę. W ciągu najbliższego tygodnia rozegrane zastaną kolejne dwie rundy, po których zapewne poznamy kilka reprezentacji, które wywalczą awans. Wsród nich może być rownież reprezentacja naszego kraju. Kluczowy w tym kontekście będzie piątkowy mecz z Danią w Kopenhadze. Ewentualne zwycięstwo i wygrana z Kazachstanem w przyszłym tygodniu zagwarantowałyby zwycięstwo w grupie i kwalifikację do mistrzostw. W piątek emocji zatem będzie co niemiara. Dzień wcześniej, bo w czwartek wystąpi reprezentacja Ekwadoru, który zmierzy się z Brazylią na wyjezdzie. Ciężko w tym meczu wyobrazic sobie zdobycie chociaż jednego punktu, zwłaszcza, że w domu Ekwadorczycy przegrali 3:0, grając fatalnie. Jeśli jest jakakolwiek szansa na urwanie Brazylijczykom choćby punktu, to chyba tylko dlatego, że reprezentacja tego kraju gra w zasadzie o pietruszkę, mając już zapewniony awans. Zapewne obejrzę ten mecz chociaż bez większych emocji, bardziej jako etap w oczekiwaniu na piątek i występ drużyny Nawałki. Bez względu na wynik spotkania w Kopenhadze, jesteśmy i tak zdecydowanym faworytem do wygrania grupy. Przewaga punktowa, jaką wywalczyła sobie nasza reprezentacja powoduje, że tylko jakieś nieszczęście mogłoby nam odebrać bezpośredni awans z pierwszego miejsca. Rozumiem doskonale, że Dania to nie jakaś drużyna, z którą wygrywa każdy na zawołanie. Nie zgadzam się jednak z opinią naszego najlepszego piłkarza, jakoby nasi przeciwnicy mieli być faworytami meczu. Robert Lewandowski swoją wypowiedzią zapewne chce obniżyć presję jaka niewątpliwie ciąży na zawodnikach, w związku z oczekiwaniami kibiców. Są one dość spore ale dobra drużyna, za jaką uchodzi nasza reprezentacja powinna się do tego przyzwyczaić i radzić sobie z tym bez tego typu wypowiedzi.  W końcu w klasyfikacji FIFA zajmujemy piąte miejsce, a to powoduje, że w wielu meczach będziemy faworytami. Kapitan naszej reprezentacji to bezdyskusyjna gwiazda piłki nożnej. Osiągnął bardzo wiele, jego imię jest rozpoznawalne w całym piłkarskim świecie. Ma zatem prawo do wygłaszania swoich opinii. Dodatkowo jest na tyle mocny psychicznie, że nie obawia się ani presji, ani krytyki pod swoim adresem. Piłkarze tego pokroju nie rodzą się na kamieniach i są podstawą swoich drużyn klubowych i narodowych. Jeśli cokolwiek mi przeszkadza w naszym kapitanie to fakt, że jest go zbyt dużo w mediach. Klasa jaką reprezentuje zapewne daje mu do tego prawo, odrobina pokory jednak by nie zaszkodziła. Ale to już moje prywatne odczucia. Życzę wszystkich wielkich emocji w obu meczach, zwycięstw i obyśmy się cieszyli z awansu na mundial już w przyszłym tygodniu.

Piłkarska drużynowa okręgówka

Fala krytyki przelewa się niemal we wszystkich mediach masowych po wczorajszym kompromitującym remisie i odpadnięciu Legii z rozgrywek pucharowych. Kraj, którego drużyna narodowa grawituje w okolicach piątego miejsca na świecie, nie ma ani jednej drużyny w fazie grupowej Ligi Mistrzów czy Ligi Europy. Nasze drużyny przygrywają z zespołami z Azerbejdżanu, Kazachstanu i Mołdawii. Powodów do dumy zapewne nie ma w tym żadnych. Po wygraniu Pucharu Polski przez Arkę byłem przerażony, sądząc, że oto po raz kolejny zostaniemy skompromitowani w rozgrywkach pucharowych przez drużynę, która w mojej ocenie była zbyt słaba aby nas w nich reprezentować. Tymczasem tylko drużyna z Gdyni pokazała charakter i omal nie awansowała do kolejnej rundy, przegrywając w doliczonym czasie. Jagiellonia to tradycyjnie drużyna na jedną rundę. Więcej napewno oczekiwałem od Lecha i zdecydowanie więcej od Legii. Obie drużyny zawiodły totalnie, przy czym Legia, która na krajowym podwórku finansowo bije każdego, zdegradowała siebie na arenie europejskiej do drużyny ligi okręgowej w wydaniu polskim. Czytam dzisiaj te wszystkie uczone wywody na temat tego co się stało, kto jest winien i jak zaradzić sytuacji na przyszłość. Nikt jednak nie mówi o jednym, a mianowicie o nowym właścicielu warszawskiej drużyny. Nie podobali mu się wspólnicy, więc odmawiał pracy z nimi aż dopiął swego. Konflikt właścicielski w Legii był wszystkim bardzo dobrze znany, nie ma zatem sensu do niego wracać zwłaszcza, że już go nie ma. Drużyna z Łazienkowskiej ma już tylko jednego właściciela i to jego wizja zbiera dzisiaj owoce. Nie wiem oczywiście ile wspólnego z nim miała masowa ucieczka wszystkich lepszych piłkarzy z Warszawy, fakt pozostaje faktem, że nieumiejętność ich zatrzymania w stolicy obciąża przede wszystkich jego. Żal mi oczywiście Jacka Magiery bo to wschodząca gwiazda trenerska i mam dla niego wiele szacunku i uznania za to czego dokonał w ubiegłym sezonie. Jeśli jednak odbiera mu się połowę drużyny i oczekuje od niesprawdzonych następców podobnych rezultatów to ktoś chyba uległ poważnemu wypadkowi z obrażeniami głowy włącznie. Pieniądze jakie dzisiaj zarabiają przeciętniacy piłkarscy już dawno tak im namieszały w głowach, że każdemu z nich wydaje się, że jest gwiazdą. Boisko oczywiście to weryfikuje, jak właśnie w przypadku Legii. Wciąż jednak, od strony finansowej, chyba lepiej być kiepskim piłkarzem niż fachowcem w innej dziedzinie. Piłka jak i zresztą większość dyscyplin sportowych to dzisiaj chory produkt, który utrzymywany jest na sztucznych aparatach oddechowych chyba tylko po to aby odwrocić naszą uwagę od reszty brudu jaki toczy dzisiejszy świat. I udaje się to znakomicie tym nowoczesnym twórcom igrzysk dla ludu, bo ciagle przeciętny kibic wierzy, że w sporcie wygrywa lepszy. Chyba jednak coraz częściej bogatszy. 

 

„Gała” wkracza na scenę

Krajowe rozgrywki w kopaną nabierają tempa. Anglicy i Francuzi już wznowili swoje ligi a w tym tygodniu stanie się podobnie w Niemczech, Włoszech i Hiszpanii. Kanały sportowe w Ekwadorze przepełnione są zapowiedziami zbliżających się transmisji. Trudno nie wiedzieć zatem kto z kim, gdzie i kiedy będzie grał, i który kanał pokaże dany mecz. Rownież ostatnia runda rozgrywek pucharowych, przed podziałami na grupy jest tutaj pokazywana na żywo. Ostatnio zdecydowałem się na Napoli kontra Nicea, oczywiście ze względu na naszych. Mecz nie był wielkim widowiskiem ale uświadomił mi, że chociaż zawody miały miejsce w Europie to szczególnie drużyna francuska nie bardzo przypominała klub ze swojego kraju. Mało tego, że większość zawodników to piłkarze ciemnoskórzy, to dodatkowo na koszulkach reklama w języku azjatyckim. Nie wiem ilu kibiców wiedziało lub wie kto jest sponsorem Nicei, mnie bez wątpienia nie udało się odszyfrować tej zagadki, bo i po co. Z potrzeby gotówki, która obecnie zdaje się znajdować przede wszystkim w Chinach i w krajach arabskich, każdy sprzedaje się byle komu, żeby tylko zapewnić sobie potrzebne fundusze na coraz droższych piłkarzy. Wcale by mnie nie zdziwiło jeśli za parę lat jedna z zachodnich lig będzie sponsorowana w całości przez Chiny lub Katar i miała w swojej nazwie coś z tamtych stron. Nie byłbym rownież zaskoczony jeśli wkrótce napisy na koszulkach będą rownież tylko w tych językach. Oni kupują, Europa sprzedaje, boimy się uchodźców ale jeśli kwota jest konkretna to sprzedadzą wszystko i każdemu. Pokraczne te dzisiejsze czasy i niekiedy trudno się dziwić, że z nacjonalistów robi się patriotów. Miało być jednak o sporcie. Pięć najważniejszych lig staje się coraz bardziej przewidywalne. W Niemczech rządzi Bayern, chociaż Dortmund stara się zamieszać i być może w tym sezonie mu się uda, bo w Monachium chyba nie bardzo mają pojęcie jak zażegnać kryzys. We Włoszech Juventus też chyba nie będzie miał jeszcze w tym sezonie problemów z ponownym zdobyciem mistrzostwa. We Francji katarskie PSG po ostatnich wzmocnieniach nie da większych szans Monaco. W Hiszpanii Real albo Barcelona to jedyna niewiadoma. Z tej perspektywy Anglia wydaje się być najciekawsza. Tutaj wszystko jest możliwe chociaż podział trofeów powinien się odbyć między Londynem i Manchesterem. Dzięki jednak wyrównanej stawce Premier League wydaje się być najciekawsza. Tutaj rownież walczy między sobą czołówka najbardziej znanych trenerów co powoduje dodatkowe atrakcje. Nasze krajowe podwórko to niestety bryndza. Jeszcze pare lat temu Legia w dwumeczu z Celtikiem rozniosła Szkotów sześć do jednego. Dzisiaj ci Szkoci zdemolowali pogromców Legii co świadczy, że nasza eksportowa drużyna cofnęła się. Jeśli jednak po sezonie sprzedaje się połowę drużyny, podobnie jak Lech i Jagiellonia, to nie ma się co dziwić, że efekt jest taki jaki jest. Cała nadzieja w reprezentacji. A ta już za dwa tygodnie wznowi rozgrywki eliminacyjne do mistrzostw świata. Mecz z Danią w Kopenhadze będzie najtrudniejszym tej jesieni. Stać nas na pewno na wygranie ale łatwo nie będzie. I tak piłka będzie rządzić przez najbliższe tygodnie i nie mam nic przeciwko temu. Chyba lepiej nie używać słowa „rządzić”, bo może się to nie spodobać sprawującym władze, a stąd już tylko krok do reform i ustaw, np, że prezesem klubu może być tylko wybrany w drodze konkursu członek przewodniej siły narodu.