Szklana ściana

Cała ściana naszej hacjendy od strony ogródka jest wykonana ze szkła. Oryginalnie tak nie było. Kiedy się jednak okazało, że patio jest bezużyteczne z uwagi na wiatr i deszcz postanowiliśmy je zadaszyć i oszklić.

Od tej strony dzieje się najwiecej jeśli chodzi o ptactwo. Tu jest najwiecej kwiatów, których nektar stanowi zapewne pożywienie dla wielu z latających stworzeń. Walą zatem na przepadłe ale na ogół o określonym czasie. Często z tego rozpędu dość mocno uderzają w szybę no i oczywiście tracą na pare chwil orientacje. Czasami jest to dłużej, czasami natychmiast się otrzepują i odlatują.

Mieliśmy kilka przypadków, że dochodzenie do siebie trwało dość sporo. Nie zdarzyło się jednak aby ptak przeniósł się na łono Abrahama.

W ubiegłym roku tego samego dnia dwóch różnych lotników przywaliło zdrowo w szyby. Dość długo nie mogły się pozbierać, dzięki czemu załapały się na pamiątkowe zdjęcie.

Danych personalnych nie udało mi się ustalić. Może ktoś rozpoznaje?

Reklamy

Koliber, ptak lokalny

Jednymi z popularniejszych ptaków w naszej okolicy są koliberki. Jest ich w tej okolicy dość sporo. Są jednak ciężkie do sfotografowania. Chociaż nie całkiem do końca. Sąsiedzi maja specjalny dla nich karmnik, który służy również jako wabiki. W trakcie jednej z moich wizyt u nich udało mi się je złapać na mój telefon.

Wiele o nich nie wiedziałem. Skorzystałem zatem z Wikipedii. Oto najciekawsze informacje:

Są najmniejszymi ptakami świata. Ich wielkość waha się w granicach od 6 do 22 centymetrów a waga od 2 do 20 gramów.

Z uwagi na szybki metabolizm, jedzą dwukrotnie więcej niż ich masa ciała

Ich serce bije od 500 do 600 razy na minutę. Może jednak osiągnąć nawet 1260 uderzeń.

W nocy zwalniają metabolizm, popadając w odrętwienie. Ich serce bije wtedy od 50 do 180 razy na minutę

Samce są większe od samic

Pióra rozszczepiającym światło, nadając ptakom barwny wygląd. Posiadają jednak tylko dwa barwniki: czarny i brązowy

Aby zachowały swoje właściwości, pióra musza namakać, co zapewnia, kąpiel, deszcz lub mgła

Maja bardzo krótkie nogi o czterech palcach

Tempo uderzeń skrzydłami zależy od wielkości ptaka i waha się od 10 do 90 uderzeń na sekundę

Osiągają prędkością do 120 km/godzinę

Potrafią unieść się pionowo i zacisnąć w powietrzu. Latają również na boki

Samica znosi najczęściej dwa jaja

Okres wysiadywania trwa od 14 do 19 dni

Jajo kolibra waży 0.25 grama.

Racketman czyli Elton John

Po sporym sukcesie „Bohemian Rhapsody”, filmu dedykowanemu pamięci Freddie Mercurego i Queen, z dużym zainteresowaniem obejrzałem „Racketman”, poświęcony innej wielkiej gwieździe tamtych czasów Eltonowi Johnowi. Za moich czasów prywatka nie mogła obejść się bez jego utworów.

Elton John to, pewnie o czym każdy wie, estradowy pseudonim. Prawdziwe imię artysty to Reginald Kenneth Dwight. Urodził się w 1947 roku i już od dzieciństwa wykazywał niesamowite zdolności muzyczne. Polegały one na wręcz absolutnym słuchu. Nie chce nikomu psuć przyjemności ogladania filmu zatem muszę na tym skończyć, przynajmniej ten wątek.

Podobnie do „Bohemian Rhapsody”, i tu muzyka odgrywa dominująca rolę. Jednak w przeciwieństwie do filmu o Freddie Mercurym, tu większość piosenek została wkomponowana w akcje filmu. Osobiście o tym nie wiedziałem, ale jak wynika z tego co obejrzałem to prawie każdy utwór napisany i wyśpiewany przez Eltona Johna wiązał się z określonymi jego wydarzeniami w jego życiu.

Jest wiele podobieństw pomiędzy obydwoma filmami, główna jednak różnica jest taka, że „Racketman” jest bliższy musicalowi niż produkcji fabularnej.

W sferze życia prywatnego, nie nożna oprzeć się wrażeniu jak bardzo podobne było życie Freddiego i Eltona. To chyba po trosze obraz tamtych czasów. Narkotyki, prywatki, alkohol to pewnie w tym środowisku nie zmieniło się do dzisiaj. Podobnie jak solista Queen również i bohater tego filmu zaufał nie temu komu powinien odrzucając prawdziwego przyjaciela. To pewnie również podobieństwo wielu życiorysów artystycznych z tamtego okresu. Zło i źli ludzie, kręcący się przy nieprzygotowanych na wielki sukces ludziach zniszczyli życie wielu kultowym artystom. Mało nie zniszczyli i Eltona Johna.

I Mercury, i John borykali się z problemami natury seksualnej. Homoseksualizm był wciąż wstydliwy i mało kto decydował się do tego przyznać. Każdy musial sobie z tym sam radzić we własnym zakresie. Aczkolwiek w środowiskach artystycznych preferencje seksualne gwiazd nie były żadną tajemnicą, to jednak oficjalnie nikt tego nie potwierdzał, bo mogłoby to mieć negatywny wpływ na rozwój kariery. Czy to był główny powód ucieczki bohatera filmu w świat narkotyków i alkoholu? Zapewne nie, tak wtedy szalało całe to szalone środowisko. Dzisiaj pewnie nie jest inaczej.

Elton John w porę wyhamował i dziś jest w szczęśliwym związku z innym mężczyzną wychowując dwóch synów. Na szczęście nie mieszkają w naszym kraju.

Film nie jest zapewne genialnym dziełem ale to moja młodość a każdy na swoją patrzy przez różowe okulary. A skoro o binoklach mowa to z nich najbardziej zasłynął Elton John.

Chciałem podłączyć jakiś klip z YouTube do tego tekstu, ale przy moim internecie zajęłoby mi to bardzo długo i kto wie czy by się udało.

W poszukiwaniu prawdy historycznej.

Jedną z najbardziej obrzydliwych instytucji jakie powstały po odzyskaniu przez nasz kraj tak zwanej wolności jest, według mnie oczywiście, Instytut Pamięci Narodowej. Nazwa jakże wzniosła, cele jakże płytkie. Nie ma to oczywiście nic wspólnego z żadnym instytutem, bo w takiej organizacji pracują ludzie z dużym doświadczeniem w danej dziedzinie, w tej natomiast historycy z łapanki. Nie ma ten twór nic wspólnego z pamięcią, raczej z niechęcią tylko i wyłącznie do pewnego okresu w naszej historii. Słowo Narodowy też jest zakłamaniem bo w nim mieszczą się tylko tak zwani wyklęci. Chociaż niekoniecznie, są w tym pojęciu również ci przeklęci, którzy zrozumieli swój historyczny błąd i teraz ze szczególnym oddaniem próbują go naprawić. Jakby jednak dobrze przyjrzeć się co się kryje pod pojęcie narodu to okaże się, że jest w nim dość skromny odsetek prawdziwych patriotów, reszta to budowniczy socjalistycznej ojczyzny czyli tak zwany gorszy sport.

Oczywiście kto jest kto, decyduje paru inkwizytorów z rzeczonego Instytutu. Niby miał to być twór o zabarwieniu historycznym. Stał się jednak narzędziem opresyjnym w rękach ludzi bez twarzy, nieuków i oportunistów.

Nie mam wątpliwości, że głównym zadaniem pracujących tam „naukowców” nie jest rzetelne badanie historii i warunków w jakich przyszło naszemu krajowi egzystować zaraz po wojnie. Cel nadrzędny to wyszukiwanie haków, mszczenie się na wszystkich i wszystkim co wpadnie do łba choremu z nienawiści namiestnikowi kraju. Stąd moja nowa nazwa tej organizacji, Inkwizytorzy Pomylonego Namiestnika.

Najśmieszniejsze w tym zakładzie jest to, że na tych historycznych dokumentach pierwszy położył łapy pewien Antoni. Pozamiatał co dla dzisiejszych włodarzy nie wygodne, zostawił to co było po jego chorej linii rozumowania i na tej podstawie czereda nawiedzonych histeryków bawi się w historie. Tosiek natomiast żongluje teczkami aktualnych watażków, tak na wszelki wypadek gdyby ktoś chciał się go pozbyć.

Co gorsza, ów Instytut rozrósł się do wielkości Urzędu Marszałkowskiego. Wydziałów w nim już nie sposób zliczyć. Na czele każdego jakiś dyrektor, podwładni i oczywiście sekretarka. Powstał też zmyślny twór o nazwie pion prokuratorski. Ci goście mają dopiero klawe życie. Zbyt tępi by pracować w prokuraturze ale z odpowiednim przygotowaniem nienawistno-propagandowym, tutaj sprawdzają się doskonale. Kiedyś na towary, które nie nadawały się na eksport mówiono buble albo odrzut, to mniej więcej tej samej klasy ludzie pracują w owym pionie. Jak się wkurwią na jakiś pomnik o znaczeniu socjalistycznym to ma on przejebane, dosłownie.

Na czele tej wykreowanej, chyba tylko na potrzeby zatrudnienia oddanym świętej wojnie histerykom, stoi człek o jakże właściwym imieniu i nazwisku, Jarosław Szarek. Podobnie do lotnika z Sejmu i ten gość wydedukował, że z racji zajmowanej pozycji należą mu się określone przywileje. Jak podaje Angora za Faktem w 2016 roku na bilety lotnicze IPN wydał 108 tysięcy złotych. Rok później już 425 tysięcy złotych, a w trzech kwartałach 2018 roku ekipa Szarka przeleciała 423 tysiące złociszy. Nie mam wątpliwości, że tak fruwają w pogoni i z potrzeby odnalezienia historycznej prawdy. Pan Szarek z podziwu godną determinacją szuka jej w Krakowie, do którego w powyższym okresie przeleciał się 112 razy. Aż strach pomyśleć co on tam znalazł i wciąż znajduje. Na wszelki wypadek, gdyby sytuacja była podbramkowa i nie latały awiony to prezesunio ma złota kartę Intercity na okaziciela za jedyne 23 kawałki.

Okazało się również, źe komunistyczni przestępcy dali nogę do USA i Kanady. Trzeba było sprawdzić wszystko na miejscu. Peerelowska zaraza spędza sen z powiek biednego prezesa i jego świty. Ponoć razem z Waszczykowskim oczyszczają z niej San Escobar. Nie ich kasa. Lud rozumie jak ważna jest walka z przeciwnikami dobrej zmiany.

A propos naszego byłego ministra spraw od zagranicy. Po wyborze do europarlamentu poleciał na San Escobar w poszukiwaniu … Brukseli.

Źródło: Angora nr 49 z 9 grudnia 2018 roku.

Pół miliona plus. Program dla (nie)każdego

W Angorze z 9 grudnia ubiegłego roku wyczytałem taką oto informacje:

Do Sądu Okręgowego w Warszawie wpłynęło sześć wniosków Narodowego Banku Polskiego o zabezpieczenie przed wszczęciem postępowania, w których NBP domaga się między innymi nakazania tymczasowego usunięcia artykułów prasowych w związku z aferą wokół KNF-poinformowała Sylwia Urbańska, rzecznik prasowy do spraw cywilnych SO w Warszawie.

-Żądanie wniosku obejmuje zakazanie obowiązanym rozpowszechnienia bezpodstawnych wypowiedzi naruszających dobra osobiste NBP, sugerujących niezgodne z prawem działania organów Narodowego Banku Polskiego , przez insynuowanie, że prezes NBP uczestniczył w tak zwanej aferze KNF. Uprawniony żąda także nakazania tymczasowego usunięcia artykułów prasowych dotyczących tak zwanej afery KNF – dodała.

Rzecznik nie podała personaliów dziennikarzy, których dotyczą wnioski NBP, ani redakcji, w jakich pracują, a także tytułów tekstów, o których usunięcie wnioskuje NBP. Wnioski wpłynęły w ciągu ostatnich dni, nie wszystkie jeszcze zostały zarejestrowane i przedstawione do losowania, zatem na obecnym etapie nie można jeszcze mówić o podjęciu czynności przez sąd.

Biuro prasowe NBP, zapytane o komentarz, odpowiedziało, „ Narodowy Bank Polski wszczął procedury prawne mające na celu ochronę dóbr osobistych instytucji zaufania publicznego również na drodze sądowej. Konieczność ochrony dobrego mienia NBP wynika z jego ustrojowej pozycji i troski o szeroko rozumiane bezpieczeństwo ekonomiczne kraju”. 23 listopada pełnomocnik NBP, adwokat Jolanta Turczynowicz-Kieryłło, poinformowała, ze zostały wszczęte procedury prawne „ w celu ochrony dobrego imienia Narodowego Banku Polskiego i przeciwdziałania wypowiedziom powodującym podważanie zaufania do konstytucyjnych organów państwa”. NBP nie udostępnił żadnych dodatkowych informacji o wszczętych procedurach prawnych”.

Nie wiem oczywiście jak dalej potoczył się to absurdalny wniosek. Mam natomiast pytanie do prezesa wszystkich prezesów, czy nie prościej byłoby wywalenie na zbity pysk Adama Glapińskiego z jego doradczyniami?

W 2017 roku NBP poniósł straty w wysokości ponad dwa i pół miliarda złotych. Ten niewątpliwy sukces prezesa Glapinskiego został doceniony przyznaniem mu w 2018 roku premii w wysokości pół miliona złotych.

To teraz beneficjencie 500 plus policzmy sobie. Pół miliona to tysiąc wypłat twoich pięciuset złotych. Teraz najlepsze, tysiąc wypłat to OSIEMDZIESIĄT TRZY LATA I CZTERY MIESIĄCE. Pewnie ze cztery pokolenia potrzeba, przy założeniu, że każdy będzie miał dzieciaka i wystarczy pieniędzy w budżecie aby wyrównać rachunki z prezesem NBP. I to wszystko z przyzwolenia dobrej zmiany.

Pani pełnomocnik NBP coś miele na temat dobrego imienia banku, które niby zostało naruszone przez jakieś publikacje. To chyba jeszcze jeden z żartów w pysk ludowi, który jest na tyle głupi, że nic z tego nie rozumie.

Powtórzę zatem do ludu. OSIEMDZIESIĄT TRZY LATA I CZTERY MIESIĄCE, tyle w jednej wypłacie dostał gość, którego instytucja straciła rok wcześnie ponad dwa i pół miliarda. I ten facet mówi, że dba o dobre imię i zaufanie do konstytucyjnej instytucji, którą reprezentuje. Tego nawet w PRL-u nie umieliby lepiej wymyślić.

Na koniec jeszcze cytat co myśli o tej premii inna tęga głowa rządzącej partii.

Szef klubu PiS Ryszard Terlecki pytany, czy ta kwota robi na nim wrażenie odparł: „Piękna suma”. Dodał jednocześnie, że w porównaniu z prezesami banków w innych bankach są to „skromne” zarobki.

Jeszcze pozwolę sobie zapytać lud pracujący miast i wsi, czy szanowny prezes coś wam o tym wspominał na tych rodzinnych piknikach? Jakoś wątpię.

Źródło: Angora nr 49 z 9 grudnia 2018 roku. „NBP walczy o dobre imię”

Jacy doradcy, takie wyniki

Leżaki w akcji

Wielokrotnie wspominałem o powodach naszej przeprowadzki do Ekwadoru. Chcieliśmy zdecydowanie więcej słońca. Co ciekawe, nasza pierwsza wizyta tutaj, dziesięć lat temu miała miejsce właśnie na przełomie sierpnia i września i wtedy nie odczuliśmy chłodu z którym mieliśmy do czynienia ostatnimi dniami. Tych spadków temperatury dość długo nie było. Dopiero ostatnie dwa lata są pod tym względem inne. Specyfiką tej szerokości geograficznej jest chyba nieprzewidywalność pogodowa. Niby równik a w naszym przypadku blisko do równika, a jednak nie znaczy to wcale, źe tu nic innego poza słońcem się nie dzieje. Pewnie na wybrzeżu Pacyfiku tego typu dylematów nie mają. W górach jest jednak inaczej. Tu pogoda co metr niżej albo wyżej zmienia z dnia na dzień. Często u nas pada a w Cuence, która jest pięćset metrów niżej, już nie.

Ostatnio jednak pogoda zachowuje się jednak wyjątkowo kapryśnie. Pare dni temu narzekałem na chłodne i deszczowe dnie. No i nagle ni z gruszki, ni z pietruszki zrobiło się słonecznie. Do tego stopnia się ociepliło, że wyciągnęliśmy nas sprzęt do opalania i oddaliśmy się słodkiemu lenistwu. Co będzie jutro? Kto to wie. Dzisiaj jednak podnieśliśmy poziom witaminy D w naszych organizmach dość znacznie. A to przecież ciagle tutejsza zima, która skończy się na początku września.

Tutejsi seniorzy mówią, że najgorsze mamy za sobą. Oby mieli rację.

Nie ma to jak zimową porą na zewnątrz chwycić trochę opalenizny.

Co kombinuje Ziemia?

Nasza planeta ostatnio daje mi się we znaki. Nawet ją rozumie bo zmiany, z którymi musi walczyć w dużej części zostały spowodowane naszą działalnością. Mam jednak wrażenie, że zachodzą też inne przeobrażenia wynikające z cykliczności niektórych zjawisk na ziemi. Teoretycznie wszystko co się dzieje na półkulach północnej i południowej powinno być podobne tylko w innych miesiącach. Na mój chłopskich rozum w stosunku do północy tutaj powinnismy być sześć miesięcy do tylu lub do przodu, jak kto woli. Przyjmując takie rozumowanie sierpień na mojej półkuli to odpowiednik lutego na północy. Sprawdza się to pod względem temperatur. Rzeczywiście lipiec i sierpień to najchłodniejsze tutaj miesiące. Im bliżej równika te temperatury powinny się spłaszczać, to znaczy, że nie powinno być zbyt wielkich wahań ani w górę, w dół. Jeszcze dwa lata temu tak właśnie było. Dnie były pogodne w nocy natomiast dość chłodno. Lipiec i sierpień charakteryzowały się też małą ilością opadów i dość sporym wiatrem. Od ubiegłego roku coś się jednak stało. Zdecydowanie więcej mamy deszczu i zdecydowanie jest chłodniej i to nie tylko w nocy. W lipcu mogliśmy policzyć na palcach jednej ręki dni bezdeszczowe. Sierpień pod tym względem jest lepszy. Jest jednak nieprzyzwoicie zimno i niemal każdego dnia niebo jest zachmurzone. Pojęcie ogrzewania w domu jest obce w Ekwadorze. W najchłodniejszych miesiącach pali się tutaj w kominkach lub w piecykach popularnie zwanych w Polsce kozami. Słońce tutaj jest bardzo ważnym elementem grzewczym. Również dla nas. Budując dom zdaliśmy się na naszego architekta pod względem nasłonecznienia domu. Chcieliśmy mieć świetliki w dachu. On jednak twierdził, że tego się nie praktykuje na równiku bo tu słońce przez cały rok grzeje ze wszystkich stron. Skoro gość tu mieszka i zna te okolice to chyba wie o czym mówi.

Niestety nie wiedział. Jego niechęć do okien dachowych wynikała z nieznajomości tej technologii. Słońca wewnątrz mamy jak na lekarstwo, co powoduje, że w chłodne dni bez systemu grzewczego i braku słońca, wewnątrz jest dość chłodno.

Mamy kominek, który pomaga. Ostatni tydzień dał mi wyjątkowo popalić. Było bardzo chłodno na zewnątrz i na dodatek każdego dnia pochmurnie i deszczowo. Przekładaliśmy nasza wycieczkę do Cuenki aż do piątku. Dopiero tego dnia uśmiechnęło się do nas słońce. Tak jest drugi rok z rzędu. Poprzednimi laty chłodno było jedynie w nocy. W dzień zaś zawsze choć na chwile wychodziło słońce. Wyjście z naszej powierzchni kuchennej jest bezpośrednio na oszklone patio. Przy słonecznym i nawet chłodnym dniu patio się nagrzewa i przez otwarte drzwi ciepło wchodzi do domu. Brakuje jednak ostatnio słońca, co zdaje się być dość nietypowe. Dodatkowo w okolicach Quito, które jest bliżej równika, spadł śnieg. Zaskoczeni kierowcy nie wiedzieli jak się zachować na śnieżnej ślizgawce. Pojęcie odśnieżania jest tutaj kompletnie obce.

Nasza działalność ma niewątpliwie efekt niszczący. Myśle jednak, że i Ziemia coś kombinuje. I niech sobie kombinuje, byleby dała mi znać.

Był sobie las

Był kiedyś las

W nim trawa po pas

I drzewa radosne

Nie tylko na wiosnę

Szumiące wesoło

I sarny wokoło

I zwierz wszelaki

Rodzące krzaki

I grzybów tysiące

A ptaki na łące

Śpiewały donośnie

Co dzień to głośniej

To solo, to chórem

A gdybyś chciał piórem

To ująć w papierze

To powiem ci szczerze

Dla mnie zbyt trudne

Bym piękno tak cudne

Opisać był w stanie

Próżne gadanie

I tak w symbiozie

W gorącu i w mrozie

Płynęło tu życie

Aż kiedyś o świcie

O wschodzie słońca

Dobiegła końca

Jak zbita szklanka

Owa sielanka

Bo przyszła szarańcza

Co wszystko wykańcza

Niszczy bezmyślnie

Zniknęły już liście

Ogarnął płacz drzewa

I ptak już nie śpiewa

Już nikt nie pamięta,

Że żyły zwierzęta

W tym leśnym kraju

Podobnym do raju

Zły król szarańczy

Swych tylko niańczy

Dzięki tej tłuszczy

Nie ma już puszczy

Zostały wyboje

I każdy o swoje

Walczy jedzenie

Zaszczute jelenie

Szukają strawy

Lecz nie ma już trawy

Rosnącej bujnie

Szarańcza czujnie

I ją zniszczyła

Gdy się bawiła

W rządzenie lasem

Pomyśl więc czasem

Krajanie drogi

Jak bardzo srogi

Los nam szykuje

Kto nie buduje

Lecz niszczy zawzięcie

On gorszym zwierzęciem

Niż ta szarańcza

Co wszystko wykańcza

Indiański Koń

Ostatnie wieczory pochłonęła nam bezwzględna „Walka o tron”. Osiem sezonów od samego początku, to nieco ponad siedemdziesiąt odcinków. Pochłonęliśmy całość w około dwa tygodnie. Lubię taka mroczną fantazje, która w odniesieniu do tego filmu niewiele odbiega od dzisiejszych realiów walki o koryto.

Mamy to już za sobą. Czas było wrócić do filmów fabularnych. Wybraliśmy wczoraj produkcje Clinta Eastwooda „Indiański Koń”. Clint to nie tylko świetny aktor ale rownież doskonały reżyser. Prawdę mówiąc mógłbym nawet powiedzieć, że jego dzieła jako reżysera bardziej mi odpowiadają niż filmy z nim w rolach głównych.

„Indiański Koń” oparty jest na faktach. Prawda o eksterminacji i „cywilizowaniu” Indian jest wyjątkowo brutalna i wielu woli zamiatać ją pod dywan albo udawać, że problemu nie było. Wciąż mało wiemy na te tematy bo to wstydliwe wątki naszej historii.

Film traktuje o nawracaniu kanadyjskich Indian na naszą kulturę. Proces ten jednak był wyjątkowo brutalny. Najgorszą jego częścią było odbieranie indiańskim rodzinom ich dzieci i umieszczanie w szkołach katolickich. Obowiązywał kompletny zakaz używania indiańskich imion, obyczajów i języka. Film opowiada o jednym z tych dzieciaków i jego traumatycznych przeżyciach zarówno w szkole katolickiej, gdzie dzieciaki były traktowane wyjątkowo brutalnie, jak i potem w życiu dorosłym, Indian przecież był traktowany jako gorszy sort, jakby to powiedział nasz przywódca ideowy.

Zszokował mnie fakt, że owo prawo pozbawiania indiańskich rodzin ich dzieci obowiazywało w Kanadzie aż do 1996 roku. Zgodnie z dostępnymi danymi, a te jak wiemy nigdy nie są do końca dokładne, ponad sto sześćdziesiąt tysięcy dzieciaków w okresie obowiązywania tego prawa pozbawiono domów rodzinnych. Dla wielu z nich ten dramat ich dzieciństwa pozostał głęboką raną niemożliwą do zaleczenia.

Dopiero w 2008 roku rząd Kanady przeprosił organizacje indiańskie za to działanie i od tego momentu wprowadzono programy naprawy sytuacji. Niestety prawo, które obowiazywało niemal dwieście lat zrobiło swoje. Zniszczenia w sferze kultury, obyczajów i tradycji będą wręcz niemożliwe do usunięcia.

Wielokrotnie odwiedzałem swoją rodzine mieszkającą pod Toronto. Pare razy rozmawialiśmy na te tematy. Z tego co się dowiedziałem Indianie byli celowo rozpijani i rząd na to nie szczędził pieniędzy. To rownież jest pokazane na filmie. Dziś już dorośli ludzie wciąż noszą w sobie te traumatyczne przeżycia, szukając jakiegoś rozsądnego ich wytłumaczenia i miejsca w tym świecie dla siebie.

Mi wciąż trudno uwierzyć, źe jeszcze dwadzieścia pięć lat temu tego typu praktyki w cywilizowanej Kanadzie były możliwe. Nie do wiary.