Epilog dnia bez …..

Na czym to ja skończyłem? Już mam. Seeker odgadła mój nastrój w sposób najbliższy prawdzie. Gdzieś mój spokój mistrza z Ekwadoru w tym hałaśliwym zgiełku też mnie opuścił. Miałem ochotę trzepnąć martwą rzeczą w drugą równie nieżywą czyli ruterem w lustro.

W porę jednak przyszło opanowanie w czym pomogło mi dziecko z krwi mojej czyli córcia. Idziemy na spacer na lody. Znowu poczułem smak chłodu ogarniający moje jeszcze niespokojne ciało. Jasne, że tak.

Zanim jednak do tego doszło, zaczęło się spodziewane zamieszanie. Siostra, jako właścicielka sklepu miała wysłać zamówienie drogą elektroniczną oczywiście. Nie mogło być o tym mowy. Wypadła jak burza z domu w bliżej nieokreślonym, kierunku w celu złapania gdzieś jakiego połączenia.

Z pokoju poniżej ojczulek ostro okładał komputer. On szukał strony z wynikami totolotka z poprzedniej nocy. Szedł o zakład, że tym razem jednak wygrał. Tylko jak to sprawdzić. Tatku do cierpliwych nie należy, zwłaszcza w sprawach wygranych w totolotka, które zdarzają się nadzwyczaj rzadko. Nikt jednak nie mógł go przekonać, że nie ma obawy, i że jeśli wygrał to kasa i tak nie ucieknie. Sprawdzić w niedziele jakie były wyniki to niepodobna, przecież oprócz franczyzy Rydzyka, ponoć, czyli Żabki wszystko inne jest zamknięte. Dziadek jeszcze chwile nie dawał za wygraną. Wreszcie umęczony, poddał się i zaległ w pozycji niespełnionego wygranego na najbliższym fotelu.

Zabraliśmy się i uciekli aby nie dać się wciągnąć. Lody do mnie przemawiały. No i przy okazji dowiedziałem się, że Amerykańce świętują dzień ojca. Radość o poranku wzięła mnie ze swoim chłopem na balangę jedzeniową i piwko na ochłodzenie gorącej atmosfery.

Wracamy do domu po około dwóch godzinach. Dżizus, mój pokój stał się obozem wszelkiej maści informatyków, znajomych siostrzeńca. Łóżko moje zajęte. Trwała narada jak tu złośliwym martwym rzeczom udowodnić, że człowiek to jednak studnia pomysłów.

Na tym etapie, po lodach, pizzy i piwie internet przestał być dla mnie ważny. Wręcz przeciwnie do łóżka, na którym miałem błogą chęć zalęgnąć. A tu ni….cholery oczywiście.

Moja oaza spokoju w Ekwadorze nauczyła mnie odrobine kontrolować emocje. Myślę sobie wytrzymam. Kiedy jednak po godzinie konsylium zaczęło coś tam rozbierać i łączyć się ze stadionem Wembley, nerwy zaczęły mnie puszczać.

Z pomocą przyszedł ukochany rodzic płci męskiej. On też gonił na ostatnich emocjach wciąż szukając możliwości sprawdzenie swojego kuponu.

Na szczęście w barku był koniaczek. A na frasunek przecie najlepszy trunek.

Jeszcze tej nocy siostrzeniec ogłosił zwycięstwo człowieczego rozumu nad martwymi rzeczami. Oto bowiem internet wreszcie został uruchomiony. W tym momencie było mi to już definitywnie obojętne. Prawdę mówiąc ojcu też.

A jutro z przykrością opuszczam Kaczystan i udaję się do Trumplandu, gdzie podobno nijaki Duda odniósł wielki sukces dyplomatyczny. Dokładnie jaki, nikt tego nie wie bo wizy póki co wciąż obowiązują.

Reklamy

No i stało się

No i stało się. Wczoraj wymordowany duchotą panującą w mojej tymczasowej sypialni, obudziłem się relatywnie wcześnie. Jeszcze chwilę walczyłem z klimatyzacją, której oczywiście nie ma. Moja potyczka polegała na sprawdzaniu, co bardziej daje mi chwile wytchnienia, otwarte czy zamknięte okno. Różnica była niewielka. Jeszcze chwile trachnąłem swoje ciało na łoże, skląłem nakrycie i wszystko w co byłem przyodziany. Niewiele tego było. W tej temperaturze nawet tylko stringi zdawały się być nadmiarem.

Pomyślałem o artykule na bloga, ale mózg kategorycznie odmówił. Miał racje. Mógłbym prawdopodobnie niechcący napisać coś siebie samego kompromitującego. Jeszce chwile tłukłem się przewalając się z jednego końca na drugi koniec łóżka.

Poddałem się w końcu. Chociaż godzina wciąż była wczesna doszedłem do wniosku, że chłodny prysznic przywróci mi myślenie i być może korzyść z tego jakąś mieć będę.

Już po chwili stoję pod tym genialnym wynalazkiem, kiedy nagle, klik i bum, nie ma światła. Po chwili jednak następne klik i światło się pojawiło. Tylko na parę sekund by kliknąć ponownie i zniknąć. Lecz i tym razem następne kliknięcie spowodowało jasność już po chwili. Bum, niestety następny klik pozostawił mnie znowu w ciemności. Jeszcze dwukrotnie zostałem zaskoczony by wreszcie światło odeszło na dobre. W tym momencie byłem już dobrze zmoczony. Nie pozostało mi nic innego jak kontynuować dalsze oziębianie mojego „boskiego” ciała. Zapomniałem nawet o otaczającej mnie ciemności bo ulga była nieopisana. Przez chwile nawet stałem pod tym rewelacyjnym chłodnym strumieniem wody upajając się spadającą temperaturą mojego ciała. Jeszcze chwile i podniecenie mogłoby się przerodzić…zamilknę lepiej.

Przypomniałem sobie, że to nie mój dom a woda nie płynie z darmowego strumienia. Nazywa się to tutaj komunalna i trzeba za nią płacić. Lekko się zawstydziłem swoim brakiem szacunku do nie swoich pieniędzy. Zamknąłem błogi strumień i kiedy w ciemnościach szukałem ręcznika, nagle klik i pojawiło się światło. Tym razem już na stałe. Nie było już kolejnej niespodzianki, chociaż moje oczy przywykły już do ciemności. Ba, powiem więcej jasność sprowadziła mnie na ziemie i gdy spojrzałem w lustro … sam wyłączyłem światło.

Z łazienki wychodziłem z mieszanymi uczuciami, schłodzony ale ten rzut oka w zwierciadło był totalnie zbyteczny.

Wpadłem do pokoju, odnalazłem mój łącznik ze światem. Nie było jednak internetu. Tak się dobrze składa, że cała sieć jest w moim pokoju. Hop do rutera . Wyłączyłem dziada i zresetowałem. Nacisnąłem wszystko co było do naciśnięcia i to samo zrobiłem ze wszystkim kablami, które bezceremonialnie odłączyłem. Po chwili ponownie wszystko połączyłem i uruchomiłem urządzenie. Nic z tego połączenia nie ma.

Usłyszałem piętro wyżej ludzkie odgłosy. To siostra ze szwagrem już wstali i kręcili się nad moją głową. Krótka informacja i szwagier za chwile był już w moim królestwie snu. Coś tam pstrykał, łączył i rozłączał albo odwrotnie. Tak czy śmiak ruter odpierał wszelkie ataki i odmawiał funkcjonowania. Ponoć te świetlno-prądowe kliknięcia go wyczerpały i wziął i spalił się na amen.

Niedziela rano bez internetu. Pomyślałem sobie, oj będzie się działo.

I działo się. Nie wiem czy chcecie wiedzieć co?

Wspomnieniowy dzień

Odkąd moja teściowa przeniosła się do krainy wiecznych łowów, Łańcut miasto, w którym mieszkała pozostał dla nas już jedynie sentymentalnym wspomnieniem. Tu na ziemi była starsza od swoje męża o nieco ponad pół roku. Tam gdzieś w innym wymiarze, to on czternaście lat przed jej transformacją, zaczął przygotowywać ich wspólnym wigwam. Żyją zatem dalej gdzieś tam w innym wszechświecie tyle, że tam on jest starszy i służy jej swoim doświadczeniem.

My tu na ziemi w tym wymiarze już tylko pielęgnujemy wspomnienia i dbamy o ich groby. Nie mogło być inaczej z moją córką. Łączyło ją z babcią wiele wspomnień. Udaliśmy się zatem wczoraj do odległego o pół godziny Łańcuta aby jeszcze raz mój przychówek mógł przejść znajomymi jej drogami i oczywiście zostawić coś po sobie na grobie dziadków.

Odwiedziliśmy wszystko co jej się z czymkolwiek kojarzyło. Pogoda nawet dla niej była zbyt uprzykrzająca. Jej się jednak nie wybiera. Obeszliśmy park wokół zamku Potockich, który przechodzi generalny lifting za unijne pieniądze. Samo miasto jest w rękach antyunijnej partii sprawującej władze w naszym kraju. Łapki jednak po pieniądze umieją wyciągać. To nawet dobrze bo zespół pałacowy domagał się konkretnej renowacji. Efekty widać każdego dnia, chociaż samych robotników już mniej. Najważniejsze jednak, źe prace się posuwają.

Punktem kulminacyjnym naszych odwiedzin był jednak cmentarz. Ostatnim razem podczas mojego pobytu w kraju razem z Luśką, a było to ledwie pięć miesięcy temu, udekorowaliśmy pomnik teściów. Jednym z elementów była figurka matki Bożej na bateryjkę. Mieliśmy sprawdzić czy wciąż działa i wymienić baterie. Niestety nie było nam dane. Hieny cmentarne rzadko cokolwiek szanują i mało je obchodzi czyjś smutek po odejściu osoby bliskiej. Jestem w stanie pojąć pospolitego złodzieja, który włamie się gdzieś tam i coś tam podwędzi, czasami nawet wartościowego. Ten typ oprycha grasującego po cmentarzach wywołuje we mnie wręcz obrzydzenie.

Bloger Stanisław ze Strzebrzeszyna zadał pytanie dlaczego chce być spopielony. Odpowiadając na nie, zapomniałem o hienach, które buszują po nekropoliach bo im nawet już te pięćset plus nie wystarcza na wódę. Nie mają oni żadnych ludzkich odruchów, jedyne co się liczy to zwędzić coś albo wydusić z przechodnia parę groszy na następną flaszkę czy choćby miniaturkę butelki z alkoholem żeby dolać w siebie paliwa.

Rozumiem, że to choroba i żal mi tych ludzi. Nie potrafię jednak zaakceptować czegoś tak haniebnego jak cmentarne złodziejstwo.

Dodaj zatem kolej punkt do listy dlaczego chce być spopielony.

Na koniec, żeby było nie do końca tak smutno. Moja córka włada biegle trzema językami. Myli się jednak dość często z ich użyciem. Kiedy przyszło zatem do zapłaty za dekoracje w przycmentarnym sklepie, cena ja trochę oburzyła i pozwoliła sobie zauważyć, że przemysł nagrobny to całkiem niezły biznes. Chciała to powiedzieć do mnie po angielsku ale rzekło jej się to po polsku, ku chyba jej własnemu zaskoczeniu i tymże ze strony sprzedawcy.

Czarna rozpacz

Pobyt w Polsce, aczkolwiek z wielu względów, to bardzo emocjonalne dla mnie przeżycie, ma również aspekty, które powodują we mnie eksplozję różnych uczuć. Jestem a raczej staram się być wegetarianem. Przemawia do mnie idea. Samo jedzenie, też wbrew pozorom jest bogate we wszystkie niezbędne witaminy i minerały potrzebne nam do bycia zdrowym.

Mam jednak słabość do polskiej kiełbasy wiejskiej, dobrze uwędzonej. Wielu nazywa ją swojską. To w tym przypadku jest bez większego znaczenia. Tak jak w czasie ostatniego pobytu tak i tym razem nie udało mi się zapanować nad moją niczym nieposkromioną chęcią dorwania się do pęta tego specjału. Puściły wszelkie hamulce. Gdy jeszcze do tego dodamy nasz rewelacyjny chleb żytni, który występuje w wielu postaciach, no to praktycznie niewiele więcej mi potrzeba. Pajducha takiej dobroci dobrze posmarowana masłem i na to swojska czy wiejska i jestem w siódmym niebie. Mój zięć mam podobne skrzywienia co oczywiście nie ułatwia mi życia.

Nie oszczędzam sobie brzydkich słów skierowanych pod swoim adresem po takim obrzydliwym zachowaniu. Gdyby ktoś już nie ukradł dwóch wyrazów będących powszechnie używanych w innym kontekście, to mógłbym czuć się jak zdradziecka morda.

Wędliny to jednak tylko cześć mojego problemu. Drugi nazywa się Tiki Taki i wiśnie w czekoladzie. Przyrzekłem sobie przed przyjazdem zdecydowaną walkę ze swoimi słabościami. No i kolejna porażka, nie to nawet nie porażka, to totalna klęska.

Gdyby tak komputer i pisanie na nim było jakąś formą wysiłku fizycznego to może jakoś bym to załamanie silnej woli przetrwał. Niestety, przy tym upale wyrwać się na jakiś spacer jakoś do mnie nie przemawia. Córcia trochę mnie mobilizuje bo dla niej te trzydzieści parę stopni to idealna temperatura meksykańska. Dzisiaj nawet poszliśmy byle gdzie, żeby tylko uciec od lodówki. Było całkiem fajnie choć po tylnej części ciała spływała mi woda potem zwana. Zaraz po powrocie kawcia i trochę słodkości i przeklęte spalone kalorie wróciły z jeszcze większa siłą.

Pisze ten artykuł bo już patrzeć na mój wancoł nie mogę. Pomyślałem sobie, że jak go tak zwyzywam na blogu to może jutro bardziej wstrzemięźliwy będę.

Przynajmniej mam taką nadzieje, chociaż niczego nie obiecuje.

Jak to się dzieje, że co nie jest koniecznie zdrowe i dobre smakuje najlepiej?

Dobrze, że zostało mi już tylko cztery dni i powrót do Luśki z wnuczką. Gdybym został jeszcze chwile dłużej to wzorem pewnego blogera nabawiłabym się niechybnie depresji jakiejś. Póki co to tylko czarna rozpacz.

Statystyki i głosowanie

Gdy patrzę na powyborcze mapy to zawsze mam mieszane uczucia co do ich konstrukcji. Polska niewątpliwie podzielona jest na pół i patrząc pobieżnie na rozłożenie głosów można by założyć, że Wisła jest granicą między prorządowym wschodem a opozycyjnym zachodem. To jednak nie do końca jest prawdziwy podział. Przebywam na Podkarpaciu i mam tu wielu przyjaciół. Każdy z nich zastanawia się jak to jest możliwe, źe władza pokonuje zdradzieckie mordy tak dotkliwie? Niemal wszyscy oni reprezentują poglądy niezgodne z aktualna „racją stanu” a jednak stanowią tylko jedną trzecią przy urnach wyborczych. Nie ulega wątpliwości, że poglądy polityczne spowodowały, zanik wielu przyjaźni bo jakoś ciężko się dogadać przeciwnym stronom. Każdy zatem, aby zaoszczędzić sobie zwiększonego ciśnienia, woli obracać się w kręgu, który daje mu poczucie zrozumienia. Ciężko zatem na tej podstawie zdeterminować skąd się biorą ludzie lepszego sortu.

Podkarpacie jest jednak niewątpliwie pro obecnej władzy. Jednak ujęcie tego w kategoriach całości nie jest „słuszne i sprawiedliwe” dla tych, którzy poszli głosować aby zrobić co w ich mocy by zmienić postrzeganie ich województwa.

Statystyki oczywiście nie kłamią. Nie mówią też wszystkiego. Najlepszym tego przykładem jest bieszczadzka Cisna, miejscowość położona z dala od wielkiej polityki. Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że spełnia ona wszelkie wymogi miasta, które z racji swojego położenia będzie prorządowe. Tak jednak nie było w Cisnej, gdzieś na granicy województwa wygrali przedstawiciele Koalicji Europejskiej. Zasadniczo ponownie wygrała posłanka, którą znają wszyscy, i która cieszy się powszechnym szacunkiem mieszkańców. Pomimo przesunięcia jej w dół przez jej partyjnych kolegów, to jednak ona zdobyła po raz trzeci mandat europosła. Wynika z tego, że nawet w bastionie PiS – u można ich pokonać jeśli nie kończy się tylko na czczym gadaniu.

PiS-owcy z Cisnej potraktowali ten wynik jako osobisty policzek, a że „ambicji” im nie brakuje w przeciwieństwie do chęci do pracy, to donieśli na zwyciężczynię. Taka typowa maniera lepszego sortu, prezes przecież im nie płaci za porażki.

Zatem twierdzenie jakoby Podkarpacie było sPiSione, nie do końca przedstawia stan faktyczny.

Podobnie rzecz się ma z Polonią. Ta najgłośniejsza zamieszkała w Wietrznym Mieście czyli Chicago, może i jest, a raczej napewno jest prorządowa. To tylko jednak wycinek Polonii i na dodatek tej najbardziej aktywnej w mediach rządowych bo tylko tą chcą pokazywać. Osobiście oglądałem spotkanie naszego prezydenta z Polakami z Nowego Jorku. Musiał niestety chować się przed okrzykami „marionetka” i „konstytucja”.

Wiele ludzi zastanawia się na prawem do głosowania dla mieszkających na stałe poza granicami naszego kraju. Jest wiele prawdy, że nie znamy do końca realiów życia w Polsce. Wielu jednak z nas żywo interesuje się sprawami kraju i planuje nawet powrót na jesień życia w stare strony. Czy to ich upoważnia do bycia czynnym wyborcą? Ciężki pytanie. Polonia przekazywała, przekazuje i zapewne przekazywać będzie sporo pieniędzy dla rodzin w kraju. Ci ludzie często też tu inwestują i choć nie są mieszkańcami to jednak ślad ich działalności jest ewidentnie widoczny niemal w całym kraju. Zasługują zatem na to aby chronić swoje nakłady finansowe w formie oddania głosu w trakcie wyborów. Dlatego myśle, że ludzie, którzy coś tu mają, chociaż oficjalnie żyją poza granicami kraju powinni mieć prawo do głosu.

Krzykacze, którzy o kraju przypominają sobie tylko od wyborów do wyborów, niemający praktycznie żadnych związków z Polską i niewidzący siebie w kraju powinni być pomijani. Jak zdeterminować kto jest kto? Relatywnie prosto, niech decyduje o tym posiadany majątek. Tylko jak pogodzić to z Konstytucją, która gwarantuje prawo głosu wszystkim obywatelom. I tu zasadniczo jest pies pogrzebany.

O tym jak nieloty wzniosły się i odleciały.

Z duszą na ramieniu zasiadałem wczoraj przed telewizornią aby obejrzeć kolejne spotkanie naszych piłkarzy od nogi. Po ostatnich występach, strach nijaki ściskał mnie w dołku. W ostatniej kolejce namordowaliśmy się solidnie wygrywając po bramce, którą należy zaliczyć na konto sił nadprzyrodzonych. Farfocle się zdarzają ale gol z Macedonią to był jakiś totalnie zdobyty przypadkiem w przypadkowej sytuacji.

Izrael natomiast strzela sporo bramek i do tej pory wygrywał raczej spokojnie i bezproblemowo. No i na tym właśnie polega piękno sportu, że potrafi zaskoczyć i jest trochę nieobliczalny.

Przecierałem zatem ze zdumienia oczęta moje nie bardzo wierząc w to co się działo na boisku. Ni stad ni zowąd piłka zaczęła się poruszać między naszymi piłkarzami całkiem przyzwoicie i celnie. Zaczęliśmy nawet stwarzać sytuacje pod bramką Mosze Dajana, czy jak mu tam, mam oczywiście na myśli ichniego bramkarza. Mogliśmy nawet strzelić bramkę na początku, zabrakło jednak trochę dokładności.

Aż przyszedł wreszcie ten moment, w którym Piątek z Lewandowskim prostopadle wymienili piłki. W to wszystko wmieszał się Kądzior i nasz Krzychu przywalił pod poprzeczkę nie do obrony i stało się prowadzenie dla naszych.

Czasami nasi komentatorzy w przypływie emocji robią z siebie trochę wariatów, muszę jednak przyznać, że gdy Piętek strzela gole w inne dni tygodnia niż właśnie piątek to i mnie przychodzą do głowy różne idiotyzmy, na przykład Piątek w poniedziałek. Tak właśnie było tym razem Krzychu kropnął jak z armaty w poniedziałek i był to jego pierwszy gol, ponoć, zdobyty w tym dniu tygodnia. Piątek strzela te bramki z dokładnością każdego meczu. Zdobył w ostatnich czterech właśnie cztery gole a dwa z nich były na wagę zwycięstwa. Mnie to bardzo raduje, bo choć mam sporo szacunku dla Robertina to on i jego wybranka z lekka mnie męczą swoją obecnością w przestrzeni publicznej. Nie ulega wątpliwości, że Lewandowski zapisze się na kartach naszej piłkarskiej historii złotymi zgłoskami. Wolałbym jednak odrobinę mniej megalomanii w jego przypadku. To jednak nie istotne na ten moment. Wreszcie to brzęczenie wszystkich o konieczności grania ofensywniej wpadło trenerowi Brzęczkowi do ucha i mam nadzieje, że już tam zostanie.

Wczoraj znowu była szansa na obejrzenie potencjału jaki drzemie w naszych kopaczach gały. Aby to trwało jak najdłużej.

Powitanie.

Z pompą na ramieniu i emocjami sięgającymi zenitu udałem się wczoraj z wieczora na miejscowy dworzec autobusowy. Sprawdziłem wcześniej, na którym autobus z meksykańską delegacją się ma się zatrzymać. W dobie szybko postępującej prywatyzacji wszelkich usług te autokary maja tyle różnych miejsc zatrzymywania, że czasami trzeba mieć całkiem niezłą orientacje w terenie żeby się nie zgubić. Jeśli jeszcze weźmiemy pod uwagę notoryczne zmienianie nazw ulic, bo przecież nigdy nie wiadomo czy patron ulicy nie podpadł miejscowemu IPN-owi, to zwykle wyjście na dworzec PKS zmienia się aktualnie na wyprawę w miasto z mapami i innymi atrybutami wiedzy o tymże. No zawsze można wziąć taksówkę. W moim przypadku okazało się, że miejsce postoju autobusu nie jest aż tak daleko. Byłbym o tym wiedział, gdyby z tabliczek z nazwami ulic nie popędzono paru przeklętych. To jednak temat na osobny artykuł.

Czas na sprawozdanie poparte materiałem filmowym.

Autokar z delegacją właśnie zawija do portu

Stanowisko, na którym czekałem nie było właściwym. Pojechali trochę dalej.

Najważniejsze, że ten nowy PKS się zatrzymał.

A delegacja w składzie osób dwóch w niezłych humorach zjawiła się zgodnie z zapowiedzią.

Spotkanie na szczycie

Obiecał mi poranek….nie wiem ilu za was zna te przyśpiewkę. Mniejsza o to. Dzień szczególny będzie dzisiaj. Córci nie widziałem już chwile jako, że ona mieszka w Meksyku. No i dzisiaj zjeżdża pierworodna nad Wisłok ze swoim ślubnym. Nawet gdybym chciał, to myśleć nie idzie o niczym innym, jeno o tym poranku co to obiecał….

Wychodzić za mąż oczywiście nie będę, to nie jest moja para kaloszy. Szwedy miałem ochotę założyć ale chyba bym wyglądał trochę śmiesznie. No i za gorąco. Wystąpię w krótkich spodniach zatem. Spotkanie na szczycie już za kilka godzin. Oj będzie się działo.

https://www.youtube.com/watch?v=4yB7M5u3urA&feature=share

 

Jak najszybciej zapomnieć

Mieszkając w USA straciłem kontakt z kopaną. Amerykanie to chyba jedyny kraj gdzie piłka nożna swoją popularnością ustępuje wielu innym dyscypliną. Długo nie mogłem zrozumieć bejsbola, czy ichniego futbolu a to przecież dyscypliny, które wywołują wśród tego narodu najwięcej emocji. Ja przecież odkąd pamietam byłem chłopakiem, który identyfikował z Paragonem, który strzelał gole dla swojego podwórka. A tu taka kicha. Nic tylko jakaś pała, którą należało trafić w białą piłkę podobną wielkością do tenisowej albo jakieś jajowate coś czym raz rzucają a innym razem z tym biegną niewiadomo gdzie i niewiadomo po co.

Jako chłop o zainteresowaniach sportowych wreszcie zgłębiłem tajniki amerykańskich widowisk boiskowych i zapomniałem nawet o piłce nożnej.

Wylądowaliśmy jednak w Ameryce Południowej, w kraju i na kontynencie gdzie ponoć z piłką młode chłopaki nawet sypiają. Widać to również w oprogramowaniu z telewizora, nic tylko gała od rana do późnej nocy. I do tego jeszcze ci nawiedzeni sprawozdawcy wrzeszczący jakby po każdej akcji miała paść bramka a jak już wreszcie ktoś zdobędzie gola to ci goście mała nie zejdą z tego świata wrzeszcząc przeraźliwie i długo goooooooooooooooool, albo dla odmiany golgolgolgolgolgol przez dobrą chwilę.

W ten sposób wróciłem na łono boiska piłkarskiego. Odkryłem nawet niespodziewanie, że Polska ma całkiem niezła pakę. Sporo naszych meczów nawet transmitowała telewizja ku mojemu zadowoleniu.

Paka jednak rozpadła się w ubiegłym roku w Rosji. Przyszedł nowy trener żeby zbudować coś nowego. Póki jednak co to mamy jedenaście bezgłowych kurczaków latających w różnych kierunkach tylko nie tam gdzie piłka. Jak my te mecze wygrywamy, nie mam zielonego pojęcia.

Skończył się właśnie kolejny występ gwiazd naszej rodzimej piłki, o dziwo znowu wygrany ale Bogiem a prawda najlepsza w tym meczu to była przerwa.

Oglądałem to widowisko, żałosne od początku do końca, w towarzystwie moich najbliższych znajomych. W przerwie kolega puścił nam rewelacyjne nagranie bluesa, które pozostanie w mojej pamięci. No i jeszcze z miłych rzeczy piwo i placki ziemniaczane. Resztę chce jak najszybciej zapomnieć. Zbędę ją zatem milczeniem.

Ech, gdzie się podziały Orły Górskiego, którzy w koszulkach i spodenkach rodzimej produkcji na Wembley zafundowali Waterloo wypasionym i zadufanym menom z Anglii, wprowadzając cały ich kraj w traumę, z której długo nie mógł się wydostać. Jerzy B. Ze swoją ekipą lepiej żeby na Wembley nie jechał, bo jestem pewny, że tym razem to my wypadlibyśmy w wiekuistą traumę.

Słowo o moim mieście

Z każdym swoim kolejnym pobytem niemal nie poznaje swojego miasta. Zmienia się ono w tempie błyskawicznym. Wioski, które graniczyły z Rzeszowem już są jego częścią.

Pierwszy raz przyjechałem tu i już pozostałem, wtedy z woli rodziców w 1972 roku. Z jednego końca na drugi koniec miasta można było przejść na piechotę. Dzisiaj jest to niemożliwe. Jeszcze za moich czasów powstało tutaj mnóstwo osiedli mieszkaniowych. Aktualnie deweloperzy wykorzystują każdy skrawek wolnej ziemi aby coś tam postawić w formie budownictwa wielorodzinnego. Jeszcze w ubiegłym roku moi bliscy znajomi mieszkali na obrzeżach miasta ciesząc się odrobiną ciszy i spokoju. To już nieaktualne. Ta okolica zmieniła się nie do poznania. Naprzeciwko ich domu wkomponowano kolejny rząd szeregówek a przy drogach dojazdowych do ich osiedla powstają nowe domy wielorodzinne.

Rzeszów dzisiaj zbliża się albo już przekroczył trzysta tysięcy mieszkańców i w takim tempie już wkrótce będzie tu mieszkać w granicach pół miliona ludzi.

Zmienia się również centrum, w którym wiele starych budynków odnowiono no i ograniczono tam ruch. Wszyscy, raczej powinienem powiedzieć niemal wszyscy, chwalą sobie aktualnego prezydenta miasta, który sprawuje te funkcje po raz kolejny. Jedynie zwolennicy aktualnej władzy jakoś go przetrawić nie mogą. Pomimo, że Podkarpacie uważane jest za ich bastion, Rzeszów pozostaje w rękach człowieka spoza ich kółka różańcowego.

Rzeszów, jak pewnie wiele polskich miast ma swój symbol. Jest nim nim Pomnik Czynu Rewolucyjnego. On sam stoi kością w gardle miejscowemu IPN-owi i wszystkim nawiedzonym dobrej zmiany. Cześć miast, w której stoi zmieniła się pod każdym względem, jedynie on przetrwał. Nazwy ulic pozmieniano, istniejący po skosie, kiedyś ekskluzywny, hotel Rzeszów, zburzono i w jego miejscu postawiony nowy jeszcze bardziej ekskluzywny hotel z obecnie jedna z największych galerii w mieście. Okolice pomnika nie należą już do miasta, bo zostały zreprywatyzowane i oddane kościołowi. Ów monument stoi tuż przed oknami wojewody, który chyba tez dostaje boleści każdego ranka spoglądając na niego. Robi wszystko co może aby usunąć to „okropieństwo”. Póki co bezskutecznie. Pomnik wciąż tkwi i mam nadzieje, że ludność miasta nie ugnie się pod naporem głupoty.

Nie będę bronił go z uwagi na wartości artystyczne i przyczynę dla, której został postawiony. Obrońcy jego, proponują wiele kompromisów, jednak przeciwnicy, podobnie jak Jontek Dochodzeniowiec w Warszawie, który marzy o zdewastowaniu Pałacu Kultury, chcieliby go zrównać z ziemią. Nikt nie wie jaki będzie koniec tej farsy. Jest to bezwzględny symbol miasta i bez niego Rzeszów zapewne pozostanie Rzeszowem jednak już nie dla mnie.

Lubię tu wracać i wracać jeszcze chwile będę, zwłaszcza, że w okresie letnim uruchomiono bezpośredni lot ze Stanów do Jasionki, która jest lotniskiem miasta. Trochę drogo to wychodzi, jednak bezprzesiadkowy lot ma olbrzymie plusy. Tu wciąż mieszkają moi rodzice i najbliższa moja rodzina.

Tu na studiach poznałem Luśkę. Takich wspomnień mam oczywiście więcej. Zawsze jednak gdzieś w tle jest ten górujący nad centrum komunikacyjnym miasta pomnik.

Nigdy nie pojmowałem procesu niszczenia pamiątek rodem z PRL – u.

Dalej nie pojmuję.

Pomnik w tle

Widziany z innej strony

Rzeszowski rynek, pod którym znajduje się trasa turystyczna.

Symbol polskiego bluesa był rzeszowianinem.

Jedna z ulic odnowionego centrum