Korona, The Crown

Przerzuciliśmy się z Luśką na seriale. Długo broniłem się przed takim rozwiązaniem bo wiem, że wielosezonowych sagi wciągają. Obejrzenie „Game od Thrones” i House of Cards” składających się z bodaj siedmiu sezonów było sporym wyzwaniem. Oba seriale oglądaliśmy non stop przez kilkanaście wieczorów. Definitywnie męczące.

Stąd moje preferencje związane z pojedynczym filmem fabularnym. Mam paru aktorów, którym ufam, że nie zagrają w żadnym gniocie. Niestety coraz częściej to się nie sprawdza. Bruce Willis narżnął mnie okrutnie swoimi ostatnimi występami. To już nawet nie gnioty tylko bezczelne odcinanie kuponów od nazwiska. Nigdy więcej panie Willis.

Uległem zatem namową Luśki. Właśnie skończyliśmy oglądać Koronę czyli The Crown. Historia panowania aktualnej monarchini Zjednoczonego Królestwa.

Nie przepadam za wszelkiego rodzaju królewskimi rodami, ci ludzie żyją z pieniędzy podatników. Na szczęście nie z moich podatków.

Elżbieta jednak zaimponowała mi. W jednym z odcinków, brat jej teściowej wspólnie z klasą posiadaczy próbował przejąć władzę. Potrzebna do tego była pomoc jej królewskiej mości. Ta jednak zdecydowanie przeciwstawiła się tym planom powołując się na konstytucję. Gdyby tak nasz Duduś wiedział co to konstytucja, żylibyśmy dzisiaj w innym kraju.

Najbardziej jednak utkwiła mi sentencja wypowiedziana przez Filipa, męża Elżbiety. Powiedział on co następuje:

Zjednoczone królestwo jest ekwiwalentem pacjenta umierającego na stole operacyjnym. Chirurdzy, nie to nie chirurdzy, to rzeźniczy, to nawet nie rzeźnicy lecz mordercy odpowiedzialni za śmierć pacjenta chcą być ponownie wybrani. Zamiast skazać ich na wiezienie, ludzie jak lemingi ustawiają się w kolejce do urn wyborczych aby przedłużyć ich władze.

Myśle, że gdybyśmy w miejsce Zjednoczonego Królestwa wstawili Polska, to tego z czym mamy dzisiaj do czynienia w naszym kraju lepiej podsumować nie sposób.

Wieczorna niespodzianka

Równikowe położenie Ekwadoru sprawia, że przez dwanaście miesięcy w roku dzień trwa dwanaście godzin i tyleż samo noc. Zaczyna świtać w granicach szóstej a po całym dniu zmierzch rozpoczyna się również około szóstej tyle, że oczywiście wieczorem.

W zależności od zachmurzenia, zrób zapada odrobinę szybciej lub odrobine później. To może sprawiać wrażenie, że niektóre dni są krótsze, inne natomiast dłuższe. Nic z tych rzeczy. Doba podzielona jest równomiernie na dwunastogodzinny ranek z dniem i tyleż samo trwający konkubinat wieczoru z nocą.

Tak tytułem wprowadzenia bo ostatniego wieczoru niebo kompletnie nas zaskoczyło. Dzień był wyjątkowo łaskawy i słoneczny. Chmury próbowały go nam zrujnować od czasu do czasu przysłaniając słońce i odgrażają się deszczem. W pewnym momencie nawet coś zaczęło kapać nam na głowy. To był jednak taki przelotna i kapryśna niebieska próba zepsucia nam dnia.

Zgodnie ze swoim dziennym rozkładem słońce zaczęło chylić się zachodowi w granicach szóstej. Wciąż jednak jeszcze było widno gdy niespodziewanie na niebie pojawiło się to oto cudo.

Zdążyliśmy z naszymi komputero-aparatami wypaść na zewnątrz

Nie trwało to dłużej niż trzy, cztery minuty, po chwili tęcza znikła

W jej miejsce niebo jakby zapłonęły niespodziewanie.

Lecz i ta czerwień po chwili zaczęła łagodnieć.

I nastała noc.

Dziedziniec przykatedralny.

Parque Calderon to centrum starego miasta Cuenki i jednocześnie centrum turystyczne. To właśnie tutaj znajduje się najbardziej znany z widokówek symbol miasta czyli Nowa Katedra ze swoimi kopułami. Od momentu jej wybudowania cała ściana tej części głównego placu miasta należała do kościoła. Oddzielała je wąska ulica, która była zamknięta i stanowiła cześć własność kościoła. Po jej drugie stronie znajdowało się Seminariu Świetego Luisa. Front tego budynku, a zasadniczo jego parter był wynajmowany przez rożnego rodzaju przybytki gastronomiczne. Tak było gdy przybyliśmy do Cuenki.

W 2012 roku w części seminaryjnej wybuch pożar. Straty był dość znaczne i przekraczały możliwości ekwadorskiego kościoła. W ten sposób bydynek po seminarium przejęło miasto i konserwator zabytków. Przy okazji koniecznością stało się otwarcie uliczki oddzielające katedrę od byłego już seminarium. Odbudowany budynek wraz z dziedzińcem i uliczka Świętej Anny to jedno z piękniejszych miejsc centrum historycznego. Większość lokali poseminaryjnych wydzierżawiono bądź lokalom gastronomicznym, bądź sklepom z pamiątkami.

Sam jednak dziedziniec to sporych rozmiarów przestrzeń zupełnie otwarta. Mimo swej wielkości, otoczony budynkami sprawia wrażenie dość kameralnego miejsca. To właśnie tutaj kawa smakuje mi najbardziej.

Dziedziniec

Przesmyk, uliczka między katedrą a byłym seminarium

Widok na katedrę z dziedzińca

I jeszcze jeden dziedzińcowy widoczek na katedrę

Wiadomości

Wszyscy albo większość z nas pamięta Dziennik telewizyjny z czasów PRL-u. Obśmiewany nieludzko przez kabareciarzy i wszelkiego rodzaju komików. Ludzie z założenia wiedzieli wtedy, że większość z informacji tam nadawanych nie ma żadnego realnego uzasadnienia. Był czas, że stopień propagandy przekraczał wszelkie granice. Mieliśmy jednak społeczeństwo tego świadome. Nikt nam nie musiał tłumaczyć co jest prawdą a co fałszem. Nie było legalnej opozycji, wolnych środków masowego przekazu a jednak ludzie wiedzieli kiedy ich nabijano w butelkę. Był nawet taki moment, że wychodziliśmy z domu na wieczorny spacer właśnie w trakcie trwania owych wiadomości na znak protestu.

Wydawać by się mogło, że prowadzący tamte wiadomości to ludzie bez ambicji i honoru, i że to ich bezkrytyczne przekazywanie wiadomości trudno kiedykolwiek, komukolwiek będzie przebić, że to już totalne dno.

No i okazało się, że byliśmy w błędzie. Dzisiejsi prowadzący mogliby uczyć tamtych czytaczy wiadomości jak się miesza ludziom w głowach. Zidiocenie z jakim mamy aktualnie do czynienia jest o tyle zastanawiające, że przecież ludzie mają dostęp do alternatywnych źródeł informacji a jednak nie decydują się z tego skorzystać.

Dziwi mnie poparcie dla PiS, nawet jeśli wziąć pod uwagę ich programy socjalne, które tak bardzo przemawiają do ludzi. Dziwi mnie przede wszystkim dlatego, że ludzie tak bardzo krytykujący czasy PRL-u, dzisiaj tak chętnie wyrzekają się szacunku do samych siebie. Nawet tamten system swoim sztandarowym programem propagandowym nie przekraczał tak bardzo, jak to ma miejsce dzisiaj, granic przyzwoitości. To jest najlepszym świadectwem na to, że w zakresie szacunku dla słuchaczy jako ogółu nie traktowano ich jak tępe bydło. Tym co dzisiaj oferują wiadomości, szczerze mówiąc, nawet ówcześni decydenci czuliby się zniesmaczeni i zawstydzeni. Tamta widownia była wymagająca i byle kłamstwa nie kupowała z takim brakiem krytycyzmu jak to ma miejsce dzisiaj. Żenujące.

No Pani Olgo trzeba będzie się z tego wytłumaczyć.

KastaWatch wciąż działa. Czy ktoś wierzy, że Ziobro nie maczał w tym paluchów?

…dla ciemnego luda to rzeczywiście wystarczy.

Póki nie jest za późno

Dzięki działaniom rządzącej partii dość sporą grupę Polaków udało się przekonać do potrzeby wyjścia z Unii. Osobiście myśle, że szybciej nas wyrzucą niż my się z niej wycofamy. Tak czy inaczej jeśli w ten czy w inny sposób do tego dojdzie to będzie to tylko i wyłącznie wina naszych włodarzy. Niestety otrzymali oni od ludu prawo do reprezentowania nas i podejmowania w naszym imieniu najważniejszych decyzji. Ten lud, z przykrością stwierdzam, nigdzie nie był, nic nie widział i co gorsza nic nie pamięta.

Czerpiemy dzisiaj pełnymi garściami z otwartych granic, z możliwości podejmowania legalnej pracy w krajach wysoko uprzemysłowionych, możemy zamieszkać gdzie nam się podoba. Czy ktoś jeszcze pamięta, że trzydzieści lat temu to było niemożliwe.

Przypomnę zatem jak to wtedy było. Paszport był dokumentem znanym tylko z opowiadań. Mało kto go miał, bo mieć go nie można było. Aby wyjechać gdzieś poza demoludy były tylko dwie możliwości – wycieczka albo zaproszenie. To wcale nie gwarantowało otrzymania paszportu. Załóżmy jednak, że go dostaliśmy do ręki. Żeby jednak wyjechać potrzebna była wiza kraju docelowego. Opłaty, rozmowy z konsulem, kolejki przed ambasadami i konsulatami czasami kilkudniowe. Ilu ludzi po kilku dniach oczekiwania nie otrzymywało wiz? Nikt tego nie wie. Musiało być ich jednak dość sporo, skoro Amerykanie tak długo bronili się przed przyznaniem nam bezwizowego wjazdu na ich terytorium z racji jakiegoś tam przelicznika wiz przyznanych do odmów.

Idźmy dalej. Po uzyskaniu paszportu i wizy, potrzebna była karta przekroczenia granicy, bez której nijak wyjechać się nie dało. Tak było. Sam przez ten proces przeszedłem i doskonale to pamiętam.

Naturalną konsekwencją opuszczenia Unii będzie pojawienie się granic i kontrol paszportowych. Załóżmy nawet, że nigdy nie wrócimy do życia bez tych dokumentów w naszym posiadaniu i będziemy trzymać je w domu. Tylko po co one komu jeśli wrócą wizy, których uzyskanie może stać się skomplikowane z uwagi na niechęć całej Europy do naszego kraju.

Nasze dzieci mają dzisiaj możliwości, o których my mogliśmy tylko pomarzyć. Skóra mi cierpnie na myśl o ludziach, którzy tego nie rozumieją, którzy dali sobie wmówić, że wszędzie poza naszymi granicami czyha na nich zło. Tymczasem to oni są dla siebie samych największym złem nienawidząc wszystkiego co im się karze nienawidzieć chociaż nigdy tego nie widzieli.

Święta prawda.

Dzień zapłaty.

Mało jest chyba na świecie krajów, których ludność darzyłaby sympatią polityków. To pewnie jedna z tych profesji, która na przestrzeni ostatnich lat cieszy się dużym wzięciem wśród wszelkiego rodzajach kombinatorów dbających przede wszystkich o własne interesy.

Nie inaczej jest w Ekwadorze. Już wielokrotnie pisałem o korupcji, która tutaj uważana jest za największa bolączkę. To równikowe państwo nie jest pewnie pierwszym i nie jest ostatnim, gdzie polityka kojarzy się z łatwym dostępem do niewypracowanych przez siebie pieniędzy.

Świadoma tego jest i władza. Wie ona również, że ludzie potrzebują dać upust tym złym emocjom. Aby to umożliwić oddaje ona większe i średnie miasta na przełomie roku w posiadanie mieszkańców. Kto może to zwiewa gdzie pieprz rośnie bo oto prosty lud będzie teraz rozliczał wodzów z ich działalności. Potrzebna do tego kukła i kije samobije czyli pały bejsbolowe. Owe manekiny przygotowywane są dość pieczołowicie aby łatwo było rozpoznać kogo przedstawiają. Są one ubrane i można je znaleźć w każdej części miasta. Wiele z nich podróżuje przywiązanych do samochodów przez kilka dni. Wreszcie w noc sylwestrową spełnią swoje przeznaczenie.

Ludność gromadzi się w wielu miejscach i rozpoczyna się „wypłata”. Idą w ruch kije, maczugi i co tylko komu wpadnie w ręce. Kukły wyobrażające polityków czy innych wpływowych ludzi są okładane bez pamięci gdzie się da i ile się da. Towarzyszy temu wykrzykiwanie oskarżeń pod adresem konkretnego przedstawiciela władzy. Następuje wyładowanie złości, żalu, złych emocji. Biedne kukły rozpadają się na strzępy pod wpływem zadawanych ciosów. To jednak nie koniec ich gehenny. Po całkowitym zniszczeniu następuje zebranie szczątek w kupkę gotową do spalenia. Już po chwili płoną owe szczątki w akompaniamencie zadowolenia i krzyków odzwierciedlających radość pokrzywdzonych. Dzisiaj to oni rządzą miastem. Dzisiaj nadszedł czas zapłaty.

Władze miast znając swoją popularność, nie buntują się przeciw tym obrzędom. Wolą zniknąć ludziom z pola widzenia i umożliwić im ten wybuch agresji, który kiedyś tam, gdzieś tam musiałby nastąpić. W ten sposób jednak jest kontrolowany. Chociaż miasto płonie w wielu punktach to jednak służby mają baczenie aby nie nastąpiło nic co byłoby niebezpieczne. Na drugi dzień wszystko jest wysprzątane. Pozostają tylko plamy na jezdniach po trawiącym je ogniu z manekinów.

Widzieliśmy to pare lat temu. Też w tym okresie wolimy się trzymać z dala od miasta. Dym jaki unosi się w powietrzu nie należy do miłych zapachów. Ale zobaczyć warto było.

Strach pomysleć co działoby się u nas gdyby zezwolić na taki obrządek.

Recepta na szczęście.

Jeszcze dziesięć minut do 2020 w kraju nad Wisłą. U mnie ciagle ponad sześć godzin. Spieszę się bo oto znalazłem receptę na szczęście. Jack sam w sobie jest dobra wróżbą. No i to hasło pasuje do jego szczęśliwej twarzy. Zamierzam się osobiście stosować chociaż łatwo nie będzie.

Za cztery północ w Polsce .. zdążyłem.

Para roku..na wesoło.

Stary rok postanowiłem zakończyć mocnym akcentem. Przyszły na płaszczyźnie politycznej nie zapowiada się zbyt ekscytująco. Chyba, że popatrzymy na to wszystko humorystycznie.

W PRL-u mieliśmy znakomitych kabareciarzy. Ze smutkiem trochę wspominam tamtego Jana Pietrzaka, któremu coś zaszkodziło po dziejowej zmianie. Był jednak doskonały obśmiewając włodarzy tamtego systemu.

Kabaret mam zatem we krwi. Aktualna władza niewątpliwie nie ma poczucia humuru. To banda smutnych oszustów, która na wszelki wypadek wytłukła wszelkie możliwe lustra, żeby się w nich nie oglądać.

W swoim kabaretowym zapamiętaniu postanowiłem dzisiaj spojrzeć na mijający rok i wybrać duet, albo jakąś parę i okrzyknąć ich królem i królową sylwestra.

Z wielu Fbkowych wpisów robię sobie zdjęcia, które potem wykorzystuje do swoich artykułów. Tak będzie i tym razem. Mam fotę Broszki-Kokoszki z Prezesem-Frazesem, mam rewelka zdjęcie Pawły z Piotrem sędziów tzw Trybunału. Szkoda, że Rysiek Kaprysiek przestał być marszałkiem seniorem bo mam jego fotę z Witkiem tzn. Elizabetą, ich jednak musiałem anulować. Agata Niemowa w ukłonie tanecznym z pewnym biskupem też super fota. Niezliczone ujęcia Adriana w kole gospodyń wiejskich też kabareciaste.

Kogo wybrać na parę roku? Ból głowy dopadł mnie okrutniasty. Przeglądam te ujęcia, każde ma coś w sobie i ciężko się zdecydować.

Eureka. Po kolejnym przeglądzie to zdjęcie podbiło i zawładnęło mną całkowicie.

Królewna Engelina i król Antonio Brzoza. Wstyd, że czepiają się wydatków królewny. To nic w porównaniu do kosztów utrzymania Elżbietki z Londynu.

Tosiek to mój ulubiony podmiot rozrywkowy. Gość jest wręcz genialnym bajkopisarzem. Zasłużył się też w wojsku i na policji. Był u mnie we wpisach już szogunem, hetmanem, Tonym Macho czyli naszym Jamesem Bondem i jeszcze kilkoma innymi postaciami. Ta fota jednak bije wszystko co o nim pisałem na tak zwaną głowę. Tosiek z Engeliną J. skradli moją pompę bezdyskusyjnie.

Życzę wszystkim udanej zabawy sylwestrowej i dużo uśmiechu w Nowym Roku. Dbajcie o zdrowie, niestety je mamy tylko jedno.

Trujący sukces

Kilka tygodni temu rząd trąbił o sukcesie naszego premiera związanym z postawieniem się podczas szczytu Rady Europejskiej w sprawach emisji pyłów i zanieczyszczenia powietrza. Cieszy się prezes, prezydent i cała masa specjalistów od propagandy. Cieszą się i ci, którzy z czytaniem mają odrobinę problemów a jedynym autorytetem w tych sprawach, poza przewodnią siłą narodu, jest arb. Jedraszewski.

W Angorze z 23 grudnia ubiegłego roku w artykule „Co trzeba wiedzieć o smogu”, przeczytałem co następuje.

Każdego roku zanieczyszczone powietrze przyczynia się do śmierci 45 tysięcy Polaków, podczas gdy w wypadkach drogowych ginie 3300 osób. Najbardziej zagrożone są dzieci o osoby starsze a normy zanieczyszczeń przekraczane są nawet 600 razy.

Oddychamy najgorszym powietrzem w Unii Europejskiej. W aplikacji o stanie powietrza na trenie naszego kraju, w niektórych regionach można znaleźć ostrzeżenia „lepiej zostać w domu”, albo „ogranicz swoją aktywność do pomieszczeń”. W tej sytuacji wyjście na zewnątrz wiąże się z koniecznością wdychania powietrza, które drapie w nosie i gardle oraz zagraża zdrowiu. Problem dotyczy właściwie całej Polski, choć są regiony, gdzie wprost nie daje się oddychać. Winny temu jest smog. To taka toksyczna mgła, której nazwa wzięła się połączenia angielskich słów smoke (dym) i fog (mgła). Po raz pierwszy zjawisko to doprowadziło do katastrofy ekologicznej w grudniu 1952 roku, kiedy taki smog zawładnął Londynem. Prze cztery dni jego trwania smierć poniosło do dwunastu tysięcy ludzi. Doprowadziło to do uchwalenia ustawy o czystym powietrzu cztery lata później.

Smog najczęściej występuje w okresie jesienno-zimowym. Pojawia się w czasie wyżowej pogody, mglistej i bezwietrznej pogody, kiedy wydobywający się z kominów weglowy pył, dwutlenek węgla i dwutlenek siarki tworzą z mgłą kwaśny aerozol, który uszkadza układ oddechowy i może doprowadzić do niedotlenienia organizmu lub trwałych uszkodzeń oskrzeli.

Przed dziesięciu Laty Rada Unii Europejskiej i Parlament Europejski wydały dyrektywę w sprawie jakości powietrza w Europie. Dyrektywa, znana pod nazwą CAFE (Clean Air for Europe), ustaliła normy dla pyłów zawieszonych PM10 i PM2.5. W przypadku PM10 średniodobowe norma wynosi 50 mikrogramów na metr sześcienny. Problem jednak w tym, że o ile normy są jednolite w całej Unii Europejskiej, to państwom pozostawione decyzje w sprawie ustalenia progów alarmowych. We Francji jest to 70 mikrogramów na metr sześcienny podczas gdy w Polsce ten próg jest skandalicznie wysoki i wynosi 300 mikrogramów na metr sześcienny. Gdybyśmy przyjęli francuskie normy alarmowania dla naszego kraju, to alarm smogowi musiałby obowiązywać w Krakowie aż prze 100 dni w 2017 roku. W tej sprawie Polska, niestety, jest najbardziej liberalnym krajem Unii Europejskiej.

Główną przyczyną smogu jest tak zwana „niska emisja” czyli spaliny pochodzące z kotłów i pieców na paliwa stałe w gospodarstwach domowych. Dotyczy to tak zwanych „kopciuchów”, które nie spełniają żadnych norm a ich liczbę szacuje się na około trzy miliony w całej Polsce. W Łodzi jest ich około 100 tysięcy, w Warszawie 15 tysięcy a Krakowie około 6 tysięcy.

Największe zagrożenie ze strony kopciuchów dotyczy emisji rakotwórczego benzopirenu, związku chemicznego wykazującego duża toksyczność przewlekłą i zdolność do kumulowania się w organizmie. Źródłem tej trucizny w powietrzu jest aż w 87% właśnie niska emisja. Benzopiren powstaje podczas spalania węgla i drewna w niskiej temperaturze. Chodzi tu o temperaturę ogniska na poziomie 300 – 400 stopni C. Im gorszej klasy węgiel tym ta temperatura jes5 niższa. Norma sredniorocznego stężenia benzopirenu wynosi 1ng/m sześcienny. W najbardziej zanieczyszczony miastatach, takich jak Brzeszcze, Nowa Ruda czy Nowy Targ, stężenia te sięgają średniorocznie 15 – 20 ng/m sześcienny. Analizując jednak poziomy miesięczne, okazuje się, źe będą one sięgać 50 a nawet 100 ng/m sześcienny.

Równie groźny jest pył zawieszony PM2.5. Jego niewielkie cząsteczki mogą przedostać się bowiem do krwiobiegu, co w efekcie prowadził do nasilenia objawów astmy, POChP, osłabienia czynności płuc, rozwoju nowotworów płuc, gardła i krtani, zaburzeń rytmu serca, miażdżycy. Norma średniorocznego stężenia PM2.5 wynosi 25 mikrogramów na metr sześcienny. W 2012 roku była ona dwukrotnie wyższa w Krakowie co było rekordem europejskim. Oznacza to, że oddychając takim powietrzem, można czuć się tak, jakbyśmy w ciągu roku wypalili ponad dwa tysiące papierosów.

Zanieczyszczenie smogiem najbardziej groźne jest w warunkach inwersji termicznej, gdy temperatura rośnie wraz z wysokością, dym nie unosi się do góry i zanieczyszczenia kumulują się przy powierzchni ziemi. Sprzyjają temu wysokie ciśnienie atmosferyczne, brak wiatru, wzmożone palenie w piecach zimą a także położenie geograficzne. Dlatego problem dotyczy szczególnie miejscowości w dolinach i kotlinach górskich taki jak chociażby Zakopane czy Nowy Targ.

Polska ma najbardziej liberalne w Europie zasady dotyczące poziomów informowania społeczeństwa o zanieczyszczeniu powietrza. Widać to na przykładzie poziomów dotyczących stężenia pyłów PM10. Jeszcze w 2012 roku o alarmie można było mówić przy poziomie średniodobowe 200 mikrogramów na metr sześcienny. Później podniesiono ten próg do 300 mikrogramów na metr sześcienny. A jak to wygląda w innych krajach? Poziom alarmowy dla Szwajcarii wynosi 100 mikrogramów na metr sześcienny, Finlandii – 80, Włoch – 75, Francji – 70, Słowacji – 150, Czech – 100.

Z powyższego jednoznacznie wynika gdzie ma nasze zdrowie rządząca formacja. Dla mnie jest oczywiste, że bardziej w dolnych częściach ciała niż w sercu. Ponad 40 tysięcy rocznie umiera z powodu chorób związanych z zanieczyszczeniem powietrza a oni twierdzą, że osiągneli sukces. Ja rozumiem, że pięć stów to lepsze niż nic. Za nie jednak zdrowia sobie nie kupicie. Truli, trują i truć będą bo traktują swoich wyborców jak ciemny lud, który czuje się dobrze w tym zabójczym smogu.

Źródło: Angora nr 51, 23 grudnia 2018.

I zjawił się człowiek

Nasze spacery po okolicy odbywają się zasadniczo tą samą trasą. Nie mamy wyjścia bo droga prowadzi tak jak prowadzi. Nigdy nie doszliśmy do jej końca bo tak zwana „para” nam na to nie pozwala. Za każdym razem staramy się jednak dołożyć parę setek metrów.

Ścieżka, którą się poruszamy wije się wśród pastwisk, które są ogrodzone tak aby jaśnie wielmożnie krówki posilały się tylko w jedny określonym miejscu. Gdy trawa jest dostatecznie wygryziona, następuje zmiana miejsca.

Mamy na tej drodze parę miejsc, które lubimy szczególnie odwiedzać. Jednym z nich było skupisko okolicznych jodeł. Czuć tam było inny zapach no i w okolicy drzew iglastych jakby grzybom było lepiej. Na tym odcinku dróżka była pokryta igliwiem.

Dotarcie do tej iglastej przystani zabiera nam około godziny. W tym miejscu na ogół decydujemy się czy idziemy dalej, czy też odpoczynek i wracamy.

Samych jodełek nie widać. Igliwie na drodze mówi jednak samo za siebie

Niestety ostatnia nasza wycieczka uzmysłowiła nam, że pomimo dzikości całego terenu i dość skomplikowanej drogi, nie tylko my odwiedzamy to miejsce ale i ludzie dla, których walory i uroda tego miejsca nie maja żadnego znaczenia.

I przyszedł człowiek..

I zniszczy drzewa

Nie mam pojęcia jak te deski zostaną zwiezione na dół. Samochód tu raczej żaden nie dojedzie. Znosić to w rękach czy na plecach też nie wchodzi w grę. Koń miałby uzasadnienie, tylko po co ciąć to na deski. Łatwiej byłoby cały pień ściągnąć i potem dopiero robić z niego to co było zaplanowane. Tartak tutaj chyba nie istnieje bo te deski goście tną piłą spalinową. Tak czy inaczej nasze oglaki zostały nam brutalnie odebrane. Będziemy szukać wyżej..