Ameryka to taki dziwny kraj cz.III

Ameryka to taki dziwny kraj. Podzielona jest ona na pięćdziesiąt stanów. Nic w tym szczególnego. Co jest jednak ciekawe to prawo. W USA oprócz prawa federalnego czyli obowiązującego w całym kraju, istnieje też prawo stanowe. Konsekwencją takiego stanu rzeczy jest miedzy innymi fakt, że prawnicy są ograniczeni ze swoją praktyką do pojedynczych stanów lub do związku stanów o podobnym systemie prawnym. Żeby zostać prawnikiem nie wystarczy skończenie siedmioletniej edukacji ( cztery lata uniwersytetu plus trzy lata uczelni prawniczej). Należy jeszcze zdać egzamin stanowy ze znajomosci przepisów w danym stanie.

Ta wolność poszczególnych jednostek administracyjnych w zakresie tworzenia przepisów prawnych często jest dość śmieszna. Dla przykładu marihuana lecznicza jest dozwolona tu i ówdzie ale nie wszędzie. Tak samo ma się sytuacja ze związkami partnerskimi, wciąż nie wszystkie stany je uznają. Przykładów można by mnożyć.

Przemieszkałem cały swój pobyt w Ameryce w stanie New Jersey. Jest to jeden z najmniejszych powierzchniowo stanów USA. O jego sile decyduje oczywiście położenie. Znajduje się bowiem wciśnięty miedzy Nowym Jorkiem i Pennsylwanią. Jego południowa cześć związana jest bardzie z Filadelfią natomiast północna oczywiście z Nowym Jorkiem. Mnie było bliżej do Manhattanu stąd czuje się związany właśnie z Nowym Jorkiem a jako kibic sportowy z drużynami pochodzącymi z tego miasta. Ludzie często mylą określenie Nowy Jork z miastem. Tymczasem jest to rownież jeden z najwiekszych stanów w USA w ramach, którego znajduje się między innymi miasto Buffalo ze słynną Niagarą.

New Jersey chociaż małe, dzięki swojemu położeniu jest jednym z bogatszych stanów USA. Bliskość do Filadelfii i na Manhattan powoduje, że wiele ludzi pracując w tych miastach, mieszka jednak właśnie w New Jersey. Stąd i ceny domów są wyższe niż w niejednym stanie. Cena to jedna strona medalu. Druga to podatek gruntowy. I w tym zakresie każda jednostka administracyjna ma pełną wolność. Stąd w jednym miejscu jest drogo w innym zaś identyczny dom nie powoduje tak wysokich podatków. Niestety mój stan w tym względzie jest jednym z najdroższych.

Co jeszcze ciekawego można powiedzieć o New Jersey. Stolicą jego jest Trenton. Jednak to Newark jest najbardziej znanym miastem. Tu znajduje się międzynarodowy port lotniczy jeden z najwiekszych na wschodzie USA. Rownież w New Jersey znajduje się Camden, jedno z najbardziej niebezpiecznych miast w całej Ameryce. Być może dlatego aby zostać posiadaczem broni w tym stanie trzeba czekać na pozwolenie kilka tygodni. W przeciwieństwie do granicznej Pensylwanii, gdzie w sklepie z bronią mogą zweryfikować delikwenta. Jeśli nie ma na jego temat niczego złego, to wychodzi się ze spluwą już po paru minutach.

W New Jersey znajduje się drugie pod względem wielkości miasto hazardowe. Atlantic City to niekwestionowany wicelider, po Las Vegas, w zakresie ilości kasyn. Całe nabrzeże tego miasta to jedno wielkie kasyno. To tutaj upatrzył sobie swoje miejsce Donald Trump. Kilka z tych przybytków nosi właśnie jego imię. Tysiące ludzi w kilkudziesięciu kasynach może tutaj zagrać we wszystko co wymyślono aby ułatwić im pozbycie się pieniędzy.

W USA każdy ze stanów ma też swoje prawo podatkowe. Jest ono bardzo rożne. Stąd mieszkańcy kraju płacą w większości dwa podatki, z których muszą się rozliczyć: podatek federalny i stanowy. W niektórych miejscach mieszkańcy muszą jeszcze uiścić podatek miejski. Tak jest właśnie w mieście Nowy Jork. Co gorsza nawet jeśli się nie mieszka tutaj lecz tylko pracuje to i tak podlega się pod podatek stanowy wynikający z miejsca zamieszkania jak i podatek stanowy ze względu na miejsce pracy. Dziwny kraj, nieprawdaż?

Reklamy

Obsługa klienta.

Jedna z anglojęzycznych blogerek umieściła bardzo zabawny wpis. Polega on na śmiesznym zestawieniu znaczenia jednego słowa. Gdy jednak przyjrzymy się praktyce to to zestawienie chociaż wciąż jest śmieszne to jednak jest w nim wiele prawdy.

Owo słowo to service czyli po naszemu obsługa. Miejsc gdzie oferują tego typu działalność jest bez miary. My oczywiście najbardziej przyzwyczailiśmy się do obsługi klienta, którą zapewnia niemal każdy urząd, zakład pracy czy inna instytucja mająca do czynienia ze sprzedażą jakiegoś artykułu czy usługi. Ma ją zatem ZUS, urzędy miejskie, powiatowe, wojewódzkie, urząd skarbowy i temu podobne. Obsługa klienta to też pani za ladą w sklepie, informacje telefoniczne, pracownicy instytucji finansowych czy wreszcie kancelarie adwokackie. Przykładów można by mnożyć.

Na anglojęzycznej wersji Wikipedii wyjaśniają, że ludzie pracujący w tych komórkach mają obowiązek odgrywać służebną rolę wobec klienta. To oni mają się do niego dostosować a nie odwrotnie.

Jest to chyba ogólnie przyjęte rozumienie tego stanowiska pracy.

Ja też tak myślałem aż do przeczytania owego wpisu na blogu, który uświadomił mi, że tę definicję obsługi klienta wielu w niej zatrudnionych widzi trochę inaczej.

Pewnego dnia ktoś podsłuchał rozmowę dwóch rolników. Jeden z nich chwalił się drugiemu, że właśnie kupił byka aby ten mógł obsłużyć jego jałówkę.

Eureka, wreszcie podsłuchujący gość zrozumiał sedno słowa obsługa, które mniej więcej sprawdza się do tego jak wydymać klienta.

Z mojego doświadczenia sprawdza się to dziewięćdziesiąt pięć razy na sto.

Ciekaw jestem innych opinii.

Ameryka to taki dziwny kraj cz.II

Ameryka to taki dziwny kraj. W zasadzie nie ma ona własnej historii podobnej do krajów europejskich. Powstała przecież jako zlepek rożnych narodowości. Ludzie tu przybywali by rozpocząć nowe zycie ze wszystkich stron świata. Tych przybyszów już nie ma. Pozostali natomiast ich następcy czy spadkobiercy. Ta nowa generacja aczkolwiek coraz bardziej czująca się jak prawdziwy Amerykanin wielokrotnie jednak kultywuje tradycje swoich przodków, którzy przybyli tu z Irlandii, Włoch, Polski, Chin, Indii i wielu innych krajów. Każdy z nich ma swoje święta obchodzone przez przez nich z dziada pradziada. Nawet w ramach tej samej religii chrześcijańskiej święto Bożego Narodzenia obchodzone jest inaczej. Dziewczyna mojego młodszego syna pochodzi z domu irlandzkiego. Jej rodzice identyfikują się z katolikami a jednak wigilii nie robią. Dopiero w następnego dnia spożywają uroczysty obiad. Mnogość kultur i wyznań w takiej ilości chyba nigdzie nie jest tak spotykana. Nauczyło to zapewne ludzi przez te wszystkie lata żyć wspólnie, akceptować inność i tolerować rożne przekonania.

Polska ma swój dzień w Nowym Jorku, kiedy to organizuje Paradę Puławskiego, Irlandczycy celebrują Świetego Patryka. Podejrzewam, że podobnie ma się sytuacja z innymi narodami. Sam kiedyś uczestniczyłem w jakimś święcie greckim. Zjechało ich się pare setek a punktem kulminacyjnym był pokaz umiejętności w tańczeniu Zorby. Taka jest właśnie specyfika Ameryki, choć są obywatelami tego kraju, gdzieś tam głęboko czują się Grekami, Irlandczykami Polakami czy Włochami.

Są jednak dwa dni w roku kiedy każdy bez względu na pochodzenie jest tylko Amerykaninem i nikim więcej. Pierwszy z nich to oczywiście czwarty lipca, dzień uzyskania niepodległości. To święto obchodzą wszyscy jak kraj długi i szeroki. Stany w tym dniu stają się ojczyzną wszystkich jej mieszkańców. Nikt nikomu nie organizuje kontr parady. Independence Day jest tylko jeden dla wszystkich.

Drugim takim dniem, tym razem o charakterze bardziej religijnym, jest Święto Dziękczynienia. Obchodzi się je w ostatni czwartek listopada a nam kojarzy się najbardziej z indykiem. To właśnie ten ptak uratował ludzie przed głodem i on jest w tym dniu synonimem tego święta. Indyk w tym dniu jest na każdym stole. Innych potraw się nie serwuje bo byłoby to niezgodne z przesłaniem tego dnia. W dobrych czasach pracownicy dostawali od swoich bossów tego ptaka w prezencie a sklepy oferowały dwa indyki w cenie jednego. Ten ostatni czwartek jest rownież ponad wszystkimi podziałami, wszyscy są jednym narodem bez względu na język jakim posługują się świątecznym stole. Obchodziliśmy i my ten dzień z należnym jemu szacunkiem.

Następnego dnia Ameryka wpada w szał zakupów bo oto ma miejsce Black Friday. Ten dzień został wkomponowany w życie innych krajów bo to było możliwe ku ucieszy właścicieli sklepów. Święto Dziękczynienia i indyk tego jednak nie da się skopiować gdzie indziej tak jak Świąt Bożego Narodzenia w Polsce.

A propos życzeń

Będzie sporo wszystkiego najlepszego. Rozwinąłem to odrobinkę i oto co z tego wyszło.

Co to takiego

Wszystkiego najlepszego?

I już donoszę.

To ciepłe bambosze,

To miłość żony

I bycie spełnionym,

To męża kochanie

I bycie w stanie

Liczyć na niego

W przypływie złego,

To uśmiech na twarzy

Co się kojarzy

Z udanym życiem,

To sobą bycie,

To trochę nadwagi

By dodać powagi

Samemu sobie

W potrzeby dobie,

To marzeń spełnienie

I zdrowia tchnienie,

To w domu spokój

I wokół nas pokój,

To dzieci zdrowe

Gdy trzeba gotowe

Przyjść nam z pomocą

Za dnia lub nocą,

To radość z poranka

Co niczym kochanka

Ze snu nas budzi,

To dzień co nie trudzi

Choć pracy jest pełen,

To być przyjacielem

I pośród nich tkwienie

Gdy się zmartwienie

Gdzieś tam pojawia,

To ogień co sprawia

Że chcemy więcej

I to czym prędzej

Od życia dostać,

To troskom sprostać

Zanim urosną,

To kwiaty co rosną

I pachną na łące,

To lato gorące

I zima łagodna,

To myśl swobodna

Co nas kształtuje

I wiarę buduje,

To ciepło z kominka

I ślad co szminka

Na twarzy maluje

Gdy ona całuje,

To dobra wódka

Gdy szara i krótka

Jest pora zimowa

I na tym ma mowa

Dobiegła końca

I tylko słońca

Wam jeszcze życzę

I na to liczę

Że nie pominąłem niczego

Wszystkiego najlepszego

Ameryka to jest taki dziwny kraj cz.I

Ameryka, jak się popularnie mówi na Stany Zjednoczone to taki dziwny kraj. Tutaj ojca dyrektora i jego falangę zeżarliby jeszcze przed śniadaniem zanim by zdążył otworzyć oczy. Zaraz to wytłumaczę.

Wyjeżdżając z Polski w naszego Szczepana wszędzie się jeszcze czuje atmosferę świąt. Na moim lotnisku w Rzeszowie gdzie rozpoczynałem swoją podróż, dekoracje, choinki i inne atrybuty świąt były wszechobecne. Trudno mi powiedzieć jak było w Monachium gdzie zmieniałem samolot aby przeflancować się przez Atlantyk. Mieliśmy tutaj tylko nieco ponad godzinę na przesiadkę a spraw formalnych do załatwienia multum. Wszystko odbyło się zatem z jęzorem na brodzie, aleśmy zdążyli na nasz wielopłat za wielki staw.

Po, w porywach do dziewięciu godzin dobiliśmy do miejsca, które wielu zwie ziemia obiecaną. Najpierw był Waszyngton, w którym zmienialiśmy samolot a potem wreszcie docelowy Newark dokąd zmierzaliśmy.

Rozglądałem się dookoła na obu lotniskach za czymś co podkreślałaby, że to okres świąt bożonarodzeniowych. Nie znalazłem bo i nie mógłbym nawet gdybym chciał.

Wszystko zaczęło się paręnaście lat temu. Na lotnisku, jeśli dobrze pamietam, w Seattle ustawiono, jak i zresztą na innych lotniskach, pokaźnych rozmiarów choinkę. Wtedy jeszcze Merry Christmas dominowało w przestrzeni publicznej. W Stanach konstytucja ma sporą siłę, zwłaszcza w aspektach gwarantujących wolność wyznania. Każdy ma prawo wierzyć w co innego. Z czym to się wiąże? Ano z tym, że nie wolno propagować jednej religii ponad drugą zwłaszcza w miejscach należących do pańtwa. I tak to właśnie było w owym Seattle. Otóż przedstawiciel judaizmu mocno się zezłościł na te choinkę domagając się atrybutów jego wiary na równie widocznych miejscach i w równie podobnych rozmiarach. Sprawa trafiła do sądu. No i gościu wygrał a Seattle dostało po portfelu. Z podziemi wyszły inne wyznania i strach ogarnął wszystkich przemożny. No bo żeby wszystkich zadowolić, pewnie miejsca na lotniskach by zabrakło. Śklanko z mlikiem się rozlała na wszystkie strony i instytucje tudzież rownież. Zgłosili się rownież goście od jakiegoś smoka, że oni też chcą swoje atrybuty. I cóż było robić? I tak oto choinkę szlag trafił. Znikły też napisy Merry Christmas a pojawiły się Happy Holidays czy Season Greatings. No te nikogo nie obrażają i mają charakter ponadreligijny.

Wrócę teraz do ojca dyrektora. Niechby spróbował wysłać te swoje bojówki na lotniska czy gdzie indziej. Przegrałby z kretesem. Nie dlatego, że ludzie mają coś przeciwko naszej wierze lecz dlatego, że sfera publiczna musi respektować innych przekonania. To taka zdobycz i warunek tutejszej demokracji. Nazywa się to wolność. Przybiera ona czasami kolory, których możemy nie lubić. Ale w tym momencie pojawiają się kolejne słowa – akceptacja i tolerancja. Ojciec Tadeusz musiałby się tego nauczyć w Ameryce albo miałby wielgie, wielgachne problemy natury finansowej i nie tylko.

Latanie na wesoło.

Ten blog rozpocząłem kierując się dwoma swoimi potrzebami. Ważniejsza oczywiście była ta aby nawiązać kontakty z innymi ludźmi i podzielić się z nimi swoimi spostrzeżeniami na różne tematy. Większość moich wpisów ma właśnie taki charakter. Są jednak i notki wynikające z potrzeby pozbycia się złych emocji. Opisanie i zdefiniowanie ich pozwala mi na rozliczenie się z nimi i o nich zapomnienie. Klawiatura przyjmie wszystko, zatem czemu nie.

Taki więc będzie charakter tego wpisu. Przy okazji zamknę temat mojej podróży do kraju.

Większość z nas w dobie internetu kupuje swoje bilety w wirtualnych agencjach podróżnych. Ja tak robię od lat. Mam parę tych, które zawsze sprawdzam. Niezależnie od tego przeglądam oferty innych biur, bo cena biletu dla mnie jest dość ważna. Tak się więc stało, że mój ostatni bilet zakupiłem na portalu pod nazwą Justfly. com, kierując się przede wszystkim ceną. Nie było zresztą w niej żadnych ograniczeń, które mogłyby mieć dla mnie jakieś znaczenie. Zanim jednak ja dokonałem zakupu, linie lotnicze, zapewne w poszukiwaniu większych zysków, wprowadziły do swojej oferty nową taryfę. Jest ich już tyle, że z niecierpliwoscią czekam na bilet w ofercie na stojąco. Nowa taryfa, cenowo zbliżona do ofert klasy ekonomicznej z ubiegłego roku, oferuje latanie bez bagażu. I tak zaczęła się moja przygoda. Nie świadom nowych rozwiązań, zjawiłem się na lotnisku z walizkami. Kto w końcu lata przez Atlantyk bez tychże? A tu masz babo placek. Sześćdziesiąt zielonych za mój bagaż i żony i możemy go zabrać. Musu nie ma, można go oddać odprowadzającym. Polska przecież od momentu upadku PRL-u zaopatrzeniowo nie różni się od innych państw. Zatem majtki, skarpety, podkoszulki to wszystko można już kupić na miejscu. Skalkulowaliśmy szybko i zdecydowaliśmy się pokryć koszt bagażu. Zapomniałem już o tym gdy potwierdzałem nasz odlot z Polski. No i masz, od nowa Polska Lusowa. Dwie walizki w cenie sześć dych zielonych jeśli chcemy je zabrać ze sobą. Cóż było robić? Przyzwyczaiłem się do swoich majtek a i Luśka lubi swoją bieliznę. Bilet tam i z powrotem kosztował nas w tym momencie o sto dwadzieścia dolarów więcej. Teoretycznie mogę mieć pretensje tylko do siebie. Zadam jednak ponownie pytanie: kto lata przez ocean, zwłaszcza gdy jest to podróż paromiesięczna, bez bagażu? No chyba tylko ci co mają prywatne samoloty i chaty po całym świecie, umeblowane, z szafą pełną ubrań. Ja się do nich jeszcze nie zaliczam, dlatego szuka qu…a jak najtaniej. To był komentarz przeznaczony do JustFly.com, może przeczytają. Chociaż nawet jeśli to zrobią, sądzę, że przy najbliższej okazji też będą chcieli mi wcisnąć coś co dobrze wyglada licząc na moją głupotę. Słuchajcie zatem gamonie z JustFly.com, od was już nigdy nic nie kupię. Odrazu poczułem się lepiej jak im mogłem tak nawrzucać.

Z innych fascynujących przygód na trasie mojego powrotu spieszę donieść, źe było w sumie fajnie. Straty, poza kasą, objęły rownież walizkę podręczną, którą musiałem nadać na trasie z Rzeszowa do Monachium. Oddali mi ją bez rączki. Zachowali się przy tym bardzo fair, bo rączkę położyli obok walizki tak na wszelki wypadek na pamiątkę lotu chyba, naprawić tego bowiem się nie da. Lufthansa to takie fajne chłopy z poczuciem humoru. Ponieważ nie miałem nawet siły na jakiekolwiek kłótnie, w nagrodę wyznaczyli mnie do wyrywkowej kontroli bagażu. A, że ciągnąłem swoją walizeczkę i Luśki a na plecach jeszcze jeden bagaż, to rozpakowanie tego wszystkiego było super zabawą. Zaglądnęli też wyrywkowo do moich butów. Zaoferowałbym im striptease tyle, że czasu było mało. No i wreszcie dostało się mojemu bagażowi, temu za który musiałem zapłacić. Albo obsłudze w Monachium albo w Waszyngtonie moja walizka nie przypadła do gustu. Odebrałem ją w stolicy USA tylko na trzech kółkach. I tym razem to musiał być ktoś z poczuciem humoru bo kółko leżało tuż obok walizki. Też pewnie na pamiątkę. No i na koniec Newark, cel mojej podróży. Tu goście jeszcze chyba świętowali po ostro zakrapianej imprezie. Nasze walizy wywalili na karuzelę, na której miały znajdować się bagaże samolotu, który przyleciał z Minnesoty. Dobrze, że karuzele były obok, dzięki czemu zupełnie przypadkowo udało nam się je namierzyć.

No mówie wam fajnie było. Dawno się już tak dobrze nie ubawiłem. Tylko latać.

Powitania i pożegnania

Podróżowanie towarzyskie związane z odwiedzaniem rodziny czy znajomych ma zawsze dwa aspekty. Ten z gruntu miły i sympatyczny pełen emocji pozytywnych ma miejsce w dniu przyjazdu. Powitanie to taka chwila, na którą każdy czeka od momentu podjęcia decyzji o przyjeździe. Czekają rownież na nią i ci, których odwiedzamy. Jedni bardziej cierpliwie inni chcieliby przyspieszyć czas aby ten przyjazd nastąpił jak najszybciej. W tej drugiej grupie są niewątpliwie rodzice. A gdy są oni w podeszłym wieku, czas dla nich ma szczególne znaczenie.

Niestety każda wizyta się kończy. Trzeba się spakować i pożegnać. To jest ten właśnie drugi aspekty, który wyzwala zgoła inne emocje. Tym razem pożegnanie miało o wiele szerszy zasięg niż to zwykle bywało. W ubiegłym roku pożegnaliśmy teściową, a teraz jej dom i miasto. Będziemy tu wracać ale już tylko na groby. A i te pożegnaliśmy na bliżej nieokreślony czas.

Mój ostatni spacer przekształcił się w jedno wielkie „do widzenia”. Pożegnałem zatem wszystkie ulice, drogi, przejścia dla pieszych, ścieżki w parku, staw i kaczki wciąż po nim pływające. Uśmiechnąłem się po raz ostatni do drzew w parku i pomachałem do zamku Potockich, który przechodzi generalny remont. Udaliśmy się na cmentarz zapalić jeszcze jedną świeczkę bo pewnie w przyszłym roku nie uda nam się tego zrobić. Nie mówie napewno lecz prawdopodobnie. Wszystkie te chwile były trochę przygnębiające. To jednak nic w porównaniu z żegnania się z rodzicami. Ten moment zawsze przyprawia mnie o palpitacje serca.

Mamcia i tatku, bo tak się do nich odnoszę, to szczególni ludzie w moim życiu. Nie jestem pewnie, z małymi wyjątkami, w tym odosobniony. Nie wierzę w ludzi bez wad. Tak jest i z moimi rodzicami. Czas jednak ma tą właściwość, że wielu z nas zapomina o niesympatycznych momentach, a z jeszcze większa siłą pamięta się te momenty przyjemne. Moi rodzice to rocznik trzydziesty drugi i trzydziesty trzeci. Mają więc już swoje lata. Na każdy mój wyjazd mają to jedno zdanie, które stracą mnie w otchłań beznadziejności: to nasz ostatni raz. Czuje ogarniający mnie bezwład i z reguły moja podróż to podwójna katorga. Tak też było i tym razem. Dotarłem do celu mojej podróży nią wykończony i mentalnie rozbity. Aż do momentu gdy poczułem na swoim ramieniu czyjaś rękę. To był Krystian mój młodszy syn. Koło się zamknęło, nastąpiło powitanie.

Ach te kości i to ciało.

Moje niezbyt młode kości

Bardzo mocno złości

Stref czasowych zmiana

Zatem dzisiaj już od rana

Jęczą, płaczą i zgrzytają,

Że się na to nie zgadzają,

Źe dość mają już podróży

Bo im wcale to nie służy

Przecież bilet mam kupiony

I dla siebie, i dla żony

To wydatek dla mnie spory

Zaprzepaścić, byłbym chory

I do domu wrócić muszę

Więcej stamtąd się nie ruszę

Udobruchać je próbuje

Lecz to wcale nie skutkuje

Wręcz odwrotnie, jakby opętane

Aplikują bóle dotąd mi nie znane

Pot wyskoczył mi na czoło

Aspiryny szukam wkoło

Gdy mi wpadła myśl takowa,

Że bólami rządzi głowa

Ona kościom rozkaz dala

Pora strajków jeszcze nie nastała

Pod naporem świadomości

Ustąpiły bóle moich kości

Myśl się jednak zasiedliła

Ostra taka niczym piła

W życiu często tak już bywa,

Że gdy człowiek by odkrywał

Nowe światy, nowe kraje

To mu ciała już nie staje

Podróżujące Dzieciątko.

Cuenca jest trzecim co do wielkości miastem Ekwadoru. Wbrew pozorom największym miastem nie jest Quito, stolica państwa. Jest nim Guayaquil położony nad Pacyfikiem. Ekwador podzielony jest na trzy główne strefy: wybrzeże, góry i dżungla.

W tej środkowej strefie położona jest właśnie Cuenca. Andy przecinają Ekwador wzdłuż oddzielając wybrzeże od dżungli. Moje miasto leży na wysokości około dwóch i pół tysiąca metrów nad poziomem morza. Ekwador zanim stał się państwem w aktualnych granicach, był zlepkiem niezależnych miast uprawiających swoją własną politykę. Każde z nich osobno uzyskiwało niepodległość, wyzwalając się spod władzy Hiszpanów. Stąd w Ekwadorze jest conajmniej kilka dni niepodległości, bo odnoszą się one do rożnych miast a potem wreszcie do powstania jednego państwa.

Cuenca ma rownież swoje święto niepodległości. Jednak to nie z niego miasto jest znane w przewodnikach turystycznych. Najważniejszym dniem w kalendarzu Cuenki jest dwudziesty czwarty grudnia. W tym to właśnie dniu odbywa się procesja pod nazwą Pase del Niño Viajero.

W 1823 roku przez nieznanego artystę na prośbę Józefy Heredia został wykonany posążek dzieciątka Jezus. W kolejnych latach został wysłany do ziemi świętej a potem do Rzymu. W 1961 ów posążek został pobłogosławiony przez papieża Jana XXIII i powrócił do Ekwadoru. Od tego czasu wraca tutaj każdego roku właśnie dwudziestego czwartego grudnia czyli w naszą wigilię.

Potem znowu znika by pojawić się za rok, stąd zwą go Podróżującym Dzieciątkiem.

Chociaż owa procesja ma charakter religijny to jednak nie odbywa się pod patronatem kościoła. Pewnie dlatego wszystkie „chwyty” są dozwolone. Każdego roku ilość ludzi biorących udział w tej imprezie wzrasta. Dane z ostatnich lat mówią o siedemdziesięciu tysiącach ludzi. Przemarsz odbywa się jedną z głównych ulic starego miasta. Simon Bolivar Calle przecina zabytkową część miasta przechodząc przez jego centrum zwane Parque Calderon. Trasa liczy mniej więcej półtora kilometra. Ze względu na ilość chętnych cała impreza trwa około ośmiu godzin.

Pochód nie jest ograniczony tylko do ludzi. Biorą w nim udział wszystkie stworzenia żyjące. Widzieliśmy przebrane małe prosię defilującej ze swoimi gospodarzami. Najcześciej ludzie przebierają się w postacie biblijne. Jednak i to nie jest wymagane, stąd zdarzają się przebierańcy imitujący osoby publiczne. Podobne w ubiegłym roku widziano Trumpa i Michaela Jacksona.

Biorą w tym udział rownież członkowie zespołów o charakterze regionalnym a zatem Indianie przebrani w swoje plemienne stroje. Na każdym postoju wykonują jakiś taniec coś symbolizujący.

Muzyka brzmi niemal przez cały czas trwania procesji, zmienia się jedynie rytm. Na platformach samochodowych prezentowane są sceny z Biblii.

Jest to niesamowite widowisko przyciągające całe rzesze turystów. W tym dniu Cuenca jest na ustach całej Ameryki Łacińskiej bo większa cześć owego przemarszu transmitowana jest przez telewizje.

Jest to niewątpliwie coś innego, coś co tych ludzi łączy i pozwala zapomnieć o animozjach i problemach dnia codziennego.

Kiedyś zabiorę się z tym tłumem. Niech no tylko lepiej posiądę hiszpański.

Wczoraj i dzisiaj

Lubię gdy moje dni mają swój rytm zsynchronizowany z moimi potrzebami. Czytam zatem gdy mam ochotę czytać, oglądam gdy mam ochotę oglądać czy piszę gdy mam na to właśnie ochotę.

Nuda mnie nie zżera bo wasze jest coś do zrobienia a jeśli nie, to mogę oddać się moim drobnym przyjemnostką.

Gdy jednak zbliża się godzina druga, zakładam swoje kamasze, kurtkę, czapkę i wychodzę na mój niemal dwugodzinny spacer. Mam swoją trasę a na niej park z małym stawem pełnym kaczek.

Te dwie godziny to mój czas dla siebie. Nic nie słyszę, nikogo nie widzę, czasami nawet gadam do siebie. W trakcie tych spacerów powstają myśli, które stają się potem motywem mojego blogowego wpisu.

Nie inaczej było dzisiaj. Święta i ich atmosfera atakują mnie ze wszystkich stron. Nie czuję tego samego w Ekwadorze. Być może ze względu na lato, które tam właśnie panuje o tej porze roku. Być może dlatego, źe obchodzimy je ostatnio w bardzo skromnym gronie co nie wymusza na nas przechodzenia przez tą całą kawalkadę czynności związanych z ich przygotowaniem.

Ile to już lat minęło od moich ostatnich świąt w Polsce? Takie pytanie zakiełkowało w mojej głowie dzisiaj podczas mojego sam na sam ze sobą.

Liczę raz, liczę drugi, jakoś nie wydawało mi się, źe to aż tyle. No owszem byłem w kraju wielokrotnie ale jeśli dobrze pamiętam to nigdy w grudniu a zatem i nigdy w okresie świąt.

To był listopad 1987 gdy wyruszyłem na podbój świata. Najpierw do Wiednia, potem New Jersey by dotrzeć do Cuenki. Opuściłem trzydzieści dwa polskie grudnie, to więcej niż połowa mojego ziemskiego żywota.

Te pierwsze były zdecydowanie najtrudniejsze. Pompa mocno krwawiła. Sam wsród obcych. Z marzeniami jednak, których materializacja nawet nie zaczęła się krystalizować. Nie było skypów, whattsapów, nie wspominając o telefonach komórkowych. Jedyna możliwość kontaktu była z budki telefonicznej na kartę. Trzeba było się spieszyć z tym co się chciało powiedzieć bo karta wygasała w przyspieszonym tempie. A tyle było do powiedzenia. Dusza wyrywała się klaty rozum jednak twardo stawiał sprawę: teraz albo nigdy. Wybrałem teraz chociaż z bardzo mieszanymi uczuciami.

Co nas nie zabije to nas wzmocni. Po trzydziestu dwóch lat będzie to moja pierwsza wigilia w ojczyźnie. Cieszy mnie fakt bycia znowu razem z rodzicami. Jednak nie czuje tak jak czułem wtedy. I tak pomyślałem sobie, źe pewnie się zmieniłem. Nie ulega watpliwości. Jest jednak drugi aspekt, który dzisiaj na moim spacerku mnie uderzył. Boże Narodzenie to niewątpliwie święta bardzo rodzinne. Niezależnie od tego kiedyś były one rownież swoistą manifestacją jedności nas tutaj w kraju i szczególnie nas emigrantów żyjących gdzieś tam w rożnych zakątkach świata. Dzisiaj już tego nie czuję. Może tylko ja.