Warto wiedzieć wybierając się do Ekwadoru.

Nadszedł juz chyba czas by podzielić się ze wszystkimi, a szczególnie z tymi którzy chcieliby lub planują odwiedzić Ekwador lub Amerykę Południową, informacjami ważnymi z punktu widzenia turysty. Polska jako kraj Unii Europejskiej objęta jest bezwizowym wjazdem do Ekwadoru. Wizę ważną dziewięćdziesiąt dni otrzymuje się na lotnisku i nie słyszałem aby ktokolwiek miał z tym kłopoty. Należy jednak pamietać, że trzeba posiadać bilet powrotny, który mieści się w terminie dziewięćdziesięciu dni. Jeżeli ktokolwiek planuje dłuższy pobyt to musi się liczyć z kosztem $350 za przedłużenie wizy o kolejne dziewięćdziesiąt dni. Nie wiem jak oblicza się długość pobytu w innych krajach, natomiast muszę przestrzec tych wszystkich którzy myślą, że jeśli wyjada po dziewięćdziesięciu dniach z Ekwadoru do na przykład Peru i wrócą zaraz następnego dnia to otrzymają kolejne dziewięćdziesiąt dni, to są w błędzie. Wiza ekwadorska naliczana jest od momentu pierwszego wjazdu do tego kraju. A zatem jesli ktoś przyjechał tutaj powiedzmy sobie pierwszego czerwca i przebywał przez całe dziewięćdziesiąt dni tutaj, to aby otrzymać kolejna bezpłatna wizę można wrócić do Ekwadoru nie wcześniej niż pierwszego czerwca następnego roku. Oczywiście ci którzy wyjechali przed upływem dziewięćdziesięciu dni mogą wykorzystać resztę dni w trakcie następnego pobytu nawet przed pierwszym czerwca następnego roku. Dni te jednak przepadają po upływie tej daty i od nowa przysługuje nam dziewięćdziesiąt dni. Ekwador ma dwa lotniska międzynarodowe. Jedno jest w stolicy kraju Quito a drugie w największym mieście Ekwadoru Guayaquil. Quito jako miasto ma napewno więcej historii i z tego punktu widzenia jest napewno ciekawsze. Ze stolicy można odwiedzić pare bardzo ciekawych miejsc jak choćby Park Narodowy Cotapaxi z wulkanem o tej samej nazwie, który znajduje sie około dwóch godzin jazdy od Quito. W samej stolicy i jej centrum można spędzić całe tygodnie na zwiedzeniu historycznego centrum. Kolejna atrakcja będzie oczywiście równik, który przebiegu w pobliżu Quito a w jego miejscu znajduje sie muzeum i statua reprezentująca centrum kuli ziemskiej. Nie mogę zbyt wiele powiedzieć na temat Guyaquil, jako że nigdy nie spędziliśmy tam zbyt wiele czasu. Miasto to jest jednak bardzo ważnym ośrodkiem i wszyscy którzy przylatują do Ekwadoru przede wszystkim dla oceanu to tu należy rozpocząć swoją wizytę. Właśnie z Guayaquil autobusami można dostać się  prawie w każdy punkt ekwadorskiego wybrzeża. Od Machali na południu po Mantę i Bahia del Caraquez na północy. Ceny biletów autobusowych to około dziesięciu dolarów do Bahia del Caraquez, najdalej oddalonej od Guayaquil, i około pięć godzin jazdy. Jeśli ktoś chce zobaczyć Cuenkę to powinien rownież lecieć do Guayaquil skąd, autobusem w ciagu czterech godzin można dostać sie do Cuenki. Z Europy podobno najlepiej jest lecieć z Madrytu lub Barcelony. Ameryka Południowa i jej mieszkańcy to w jakimś sensie rodzina tych co wyjechali z Hiszpanii. W związku z tym podobno istnieje bardzo dużo połączeń pomiędzy Hiszpanią i wszystkimi krajami tej części świata. Inna opcja jest lot z Amsterdamu liniami holenderskimi, ten jednak podobno jest droższy. Nigdy nie leciałem bezpośrednio z Europy do Ekwadoru zatem są to tylko informacje zasłyszane. Dla tych, którzy lecą ze wschodnich stanów USA istnieją dwie znane mi możliwości. Pierwsza to bezpośredni lot liniami LAN z portu lotniczego JFK w Nowym Jorku a druga to wylot z Newarku z przesiadką w Panamie liniami Copa Airlines. Z Nowego Jorku można rownież lecieć liniami TAME, mam jednak z nimi bardzo złe doświadczenie i dlatego nie polecam. Z uwagi na miejsce zamieszkania w stanach dla nas korzystniej jest latać z Newarku a zatem liniami Copa. Lotnisko w Panamie nie należy do wielkich i bardzo łatwo sie po nim przemieszczać. Zwykle przerwa między  lotami trwa około dwóch do trzech godzin. Walutą obowiązującą w Ekwadorze jest dolar amerykański a zatem ci co mieszkają w stanach nie muszą dokonywać żadnej wymiany. Planujący pobyt w Ameryce Południowej dłużej niż dziewięćdziesiąt dni z przylotem i wylotem z Ekwadoru, muszą okazać się jakimś biletem, choćby autobusowym, że nie zamierzają przebywać tylko w tym państwie. Brak takiego „zaświadczenia” może skutkować w niewpuszczeniu do samolotu. Z niewiadomych mi przyczyn nie wolno wwozić do Ekwadoru kwoty większej niż dziesięć tysięcy dolarów, nie można rownież przekroczyć tejże kwoty przy wyjezdzie. Z innych informacji, ważne jest aby mieć jak najwiecej jednodolarówek oraz pięciodolarówek. Większość zakupów na targowiskach to są kwoty w przedziale od dolara do pięciu. Robiąc zakupy należy tak płacić aby reszta była mniejsza od pięciu dolarów. Banknot ten jest najcześciej podrabianym w Ekwadorze. Uwaga ta oczywiście dotyczy targowisk a nie sklepów. Ponieważ nic innego nie przychodzi mi do głowy, zatem jeśli są jakieś pytania z chęcią na nie odpowiem w ramach swoich możliwości.

Budujemy nasz dom

Budowę naszego domu w Ekwadorze rozpoczęliśmy na wiosnę 2012 roku. Projekt oryginalnie przedstawiony przez Pedra zakładał budowę domu w kształcie litery „L”, My jednak chcieliśmy aby dom był wyraźnie wewnątrz podzielony na część prywatną i gościnną. Mając to na uwadze ustaliliśmy, że dom będzie miał kształt litery „U”. Jedno skrzydło będzie idealne dla nas a drugie dla odwiedzających nas znajomych czy też rodziny. Podstawa „U” czyli nasz środek miałby stanowić powierzchnie w której toczyłaby się większość naszego życia a zatem kuchnia razem z pokojem telewizyjnym. Oba pomieszczenia byłyby oddzielone kominkiem. Dodatkowo wnętrze „U” pozowalałoby na stworzenie tarasu na zewnątrz domu, który moglibyśmy używać jako miejsce do wypoczynku przy ładnej pogodzie. Konstrukcja ruszyła w marcu i zasadniczo wszystko było gotowe zgodnie z naszymi założeniami już w październiku. Dom pewnie byłby gotowy nawet wcześniej jednak warunki zewnętrzne oraz pogoda trochę przedłużyły prace budowlane. Nam sie jednak nigdzie nie spieszyło a cena była ustalona i długość budowy nie miała znaczenia na jej wysokość. Przez cały okres budowy Pedro na bieżąco przesyłał nam zdjęcia z jej postępów. My w zamian dosyłaliśmy fundusze zgodnie z ustaleniami poczynionymi wcześniej. W sierpniu zdecydowaliśmy sie na wizytację miejsca budowy. Chcieliśmy rownież zdecydować na temat wyposażenia wnętrza. Zgodnie z naszą umową Pedro miał wykonać meble kuchenne oraz szafy do pokojów gościnnych, łazienek oraz naszego pomieszczenia służącego jako szafa otwarta. Mieliśmy rownież dokonać wyboru sprzętu domowego jak lodówka, zmywarka do naczyń, kuchenka gazowa. Będąc już na miejscu podjęliśmy decyzje w sprawach wykończeniowych wewnątrz i na zewnątrz domu, które nie były ujęte w oryginalnym planie. Dom zasadniczo był gotowy w stanie surowym i na tyle wykończony, ze postanowiliśmy urządzić typową polską wiechę dla znajomych, sąsiadów oraz robotników. Jest to szczególnie ważne, jako ze ma chronić mieszkańców przez złymi mocami i zapewnić powodzenie w przyszłości. Budowa rzeczywiście odbywała sie w trudno dostępnym terenie i wymagała trochę więcej pracy i zaangażowania. Bardzo chcieliśmy podziękować robotnikom za wkład ale z drugiej strony było dla nas równie istotne poznanie naszych sąsiadów. W Ekwadorze tradycja urządzania wiechy, na co oni maja swoje określenie, jest rzadko obchodzona chociaż ma stare korzenie. Dodatkowym punktem tego zwyczaju jest montaż na dachu atrybutu twojej wiary. Jako rzymskokatoliccy chrześcijanie zamontowaliśmy krzyż, który został wykonany na nasze specjalne zamowienie u lokalnego wytwórcy specjalizującego sie w wyrobach metalowych. I tak w sierpniu dom został poświęcony, złe moce przegonione. Teraz tylko wykończyć środek, zainstalować sprzęt gospodarstwa domowego i można juz mieszkać. Ale o tym następnym razem.

Monica, Iwan, Yunguilla i Balcon de Gigantones

Balcon de Gigantones czyli w wolnym tłumaczeniu Niesamowity Widok. Widok prawie jak z balkonu na wysokim piętrze. To dewelopment w miejscowości Yunguilla położonej na wysokości około 1700 metrów nad poziomem morza pomiędzy Cuencą a Machalą. Machala to miasto portowe nad Pacyfikiem na granicy Ekwadoru z Peru. Yunguilla leży prawie po środku pomiędzy oboma miastami. Yunguilla z uwagi na swoje położenie zyskuje sobie coraz większą popularność z uwagi na klimat. Położona znacznie niżej niż Cuenca oferuje cieplejszy klimat. To właśnie ta cecha zadecydowała o tym, że coraz więcej ludzi, chętnie poszukuje możliwości zainwestowania właśnie tam. Balcon de Gigantones to dewelopment, w którym docelowo ma być dwadzieścia sześć posiadłości. Miejsce to zostało nam zaprezentowane przez naszą agentkę z przeszłości, która nabyła wyłącznosć do sprzedaży działek w tej zabudowie. Oglądaliśmy już wiele tego typu propozycji bez większych emocji. Ta jednak zrobiła na nas wrażenie i nie tylko z uwagi na okolice ale również dlatego, ze deweloper wyłożył już olbrzymie nakłady na infrastrukturę. Istnieje już droga która umożliwia dojazd do wszystkich posesji a do każdej działki doprowadzone są już podstawowe media jak woda, prąd czy złącze do telewizji. Tego w innych dewelopmentach nie widzieliśmy. Działek jako się rzekło jest dwadzieścia sześć spośród, których miesiąc temu pięć już było sprzedanych. Całość ulokowana jest na płaskowyżu z którego roztacza sie widok, z niektórych działek na dolinę gdzie króluje samotny głaz o nieprawdopodobnych proporcjach. Z innych działek, aczkolwiek widok nie jest już tak niepowtarzalny, roztacza sie panorama na okoliczne góry, których tu nie brakuje. Monica, nasza agentka, która włada biegle angielskim, poznała nas z Ivanem, który wbrew imieniu jest Ekwadorczykiem i jest głównym i jeśli dobrze zrozumieliśmy jedynym właścicielem całego dewelopmentu. Oboje udostępnili nam plan zagospodarowania tego osiedla. Oczywiście jest już brama wjazdowa, która będzie miała swojego stróża na pełnym etacie. W dalszych planach przewidywana jest budowa klubu dla mieszkańców wraz z basenem oraz miejscami do uprawiania rożnych sportów. Woda ma być dostarczana z okolicznych gór co spowoduje jej czystość. Pomyślano o wszystkim włącznie ze sklepem, który ma się znajdować wewnątrz osiedla. Monica oraz Ivan nie mają zamiaru poprzestać tylko na obietnicach. Sporo już zrobili i chcą w przyszłości być częścią tej małej społeczności. Zatrzymali dla siebie i swoich rodzin parę działek i w pierwszej kolejności starają sie namówić do kupna swoich najbliższych znajomych bo to ma stworzyć rodzinną i bezkonfliktową atmosferę. Wielkość działek waha się od nieco ponad cztery tysiące metrów kwadratowych do nieco poniżej dwuch tysięcy metrów kwadratowych. Cena za metr kwadratowy to trzydzieści osiem dolarów z możliwości negocjacji. Tak lokalizacja jak i jej główni wykonawcy bardzo nam odpowiadają. Musieliśmy jednak zrezygnować sami z zainwestowania ze względu na fakt budowy domu, który ma swoje potrzeby finansowe i aktualnie stał się dla nas priorytetem. Zdecydowałem się jednak na opisanie tego miejsca bo i ludzie je reprezentujący jak i sam teren są tego warci. Osiedle to ma swoją stronę na Facebooku pod oryginalną nazwą dewelopmentu. Jak już wspomniałem, chociaż strona jest w języku hiszpańskim to Monica włada płynnie angielskim i z chęcią udzieli większej ilości informacji. Parę lat temu kiedy interesowałem się inwestowaniem trafiłem na artykuł, nie pamiętam nazwiska autora, na temat inwestycji przyszłości. Autor, który odniósł wiele sukcesów finansowych, twierdził ze wkrótce będziemy mieli do czynienia z poważnym kryzysem walutowym. Na pytanie jak inwestować i gdzie on aktualnie inwestuje odpowiedział, że w ziemie w Ameryce Południowej. Poszliśmy za ta podpowiedzią i napewno tego nie żałujemy. Dzisiaj świat się skurczył i chociaż czasem podróż może być męcząca to jednak dotrzeć można wszędzie relatywnie szybko. Z Polski do Ekwadoru wcale nie jest tak daleko jak to wygląda na mapie.
20150502-124240.jpg

Szukamy działki

Po czwartym lub piątym pobycie w Cuence, mając miejsce w którym mogliśmy sie zatrzymać, poczuliśmy sie coraz bardziej jak w domu. Postanowiliśmy rozejrzeć sie po okolicy w celu znalezienia działki, która mogłaby nadawać sie pod budowę domu. Jeszcze wtedy nie myśleliśmy o budowie, bardziej interesowały nas koszy zakupu oraz budowy. Warunek oczywiście był jeden, możliwie blisko Cuenki. Wynajęliśmy agentkę, która pokazała nam okolice a niezależnie od tego nawiazalismy pare kontaktów za pośrednictwem naszych ekwadorskich znajomych, dzięki czemu udało nam sie zobaczyć sporo w relatywnie krótkim czasie. Jakoś nic nie wzbudziło w nas specjalnego entuzjazmu. Już wcześniej wiedzieliśmy, ze ojciec administratorki budynku, w którym znajduje sie nasz apartament, Alejandry, miał działkę do sprzedaży. Nie bardzo nas ta oferta interesowała ponieważ działka owa znajdował sie na przedpolach parku Cajas, który jest ulokowany około pięćset metrów wyżej niż Cuenca a co zatem idzie temperatura w tej okolicy jest niższa niż w Cuence, a nam sie marzyła cieplejsza okolica. Zdecydowaliśmy sie jednak rzucić okiem na ofertę Alejandry chociaż byliśmy pełni sceptyzmu. Uczucie to utwierdził w nas dojazd do posesji droga, która przypominała bardziej szlak do turystyki pieszej niż szlak komunikacyjny. Gdy jednak dotarliśmy na miejsce oczom naszym ukazał sie obraz jak nie z tej bajki. Nie było dwóch zdań to było to. Działka znajdowała sie w dolinie otoczona z obu stron górami. Granice działki wyznaczała kompletnie dzika rzeka, po której drugiej stronie znajdował sie już park narodowy Cajas. Pięć kilometrów jazdy pod górkę a potem z górki było warte męczarni. Przed nami roztaczał sie jedyny w swoim rodzaju obraz, którego piękno nie sposób opisać a dodatkowo szum rzeki płynącej w dole potęgował całe wrażenie. Odległość od Cuenki była idealna a po dojściu do głównej drogi mieliśmy do dyspozycji autobus miejski, który zawoził nas do samego centrum miasta. Pozostało tylko dogadać sie co do ceny oraz znalezienia budowlańca, który podjałby sie budowy domu. Ponieważ Alejandry małżonek, Pedro, był architektem postanowiliśmy rozmawiać z nim na temat projektu oraz ewentualnej budowy. Oryginalny projekt Pedro przedstawił nam w ciagu dwóch dni. Alicja jednak miała pare pomysłów, które Pedro musiał wziąć pod uwagę. Następnego dnia projekt z poprawkami był gotowy. Cena po negocjacjach została rowniez uzgodniona. I tak pare dni przed naszym powrotem do Stanów zawarliśmy wstępna umowę na zakup działki i budowę domu. Wiedzieliśmy, ze w trakcie budowy nie będzie nas na miejscu jednak znajomość Alejandry oraz Pedra była wystarczającym gwarantem, ze wszystko potoczy sie zgodnie z naszymi ustaleniami. Czas budowy sześć do siedmiu miesięcy, opłaty w ratach po wcześniejszym otrzymaniu zdjeć z postępów budowy. Zatem do roboty.

20150319-202742.jpg

Kupić nie kupić sprawdzić warto

San Clemente to mała rybacka wioska położona pomiędzy Portoviejo i Bahia de Caraquez. Spędzielismy w niej pare lat temu cztery dni, wykorzystując fakt ze nasi ekwadorscy znajomi maja tam dom rodzinny, który wykorzystują jako dom letniskowy i wynajmują go jeśli jest ktoś zainteresowany. Akurat dom był pusty i zgodzili sie abyśmy w nim spędził te cztery dni. Dla nas punktem docelowym wycieczki była Canoa, w której chcieliśmy sie spotkać z deweloperem, który był w trakcie zagospodarowywania terenu pod działki na domki letniskowe. Zarówno Canoa jak i San Clemente lezą bezpośrednio nad oceanem. San Clemente ma o tyle przewagę nad Canoa, ze ma bezpośrednie połączenie autobusowe z Guayaquil. Aby dostać sie do Canoy należy najpierw złapać autobus do Bahia de Caraquez skąd można już za dolara dojechać następnym autobusem. San Clemente to typowa wioska rybacka bez większych atrakcji. Nawet plaże na Pacyfikiem sa skromniejsze i mniejsze niż w Canoa, jest jednak napewno większe. Canoa natomiast to zdecydowanie wioska letniskowa przepełniona mniejszymi i większymi hotelami, utrzymująca sie przede wszystkim z turystów. O dziwo w San Clemente zainwestował pewien Norweg. Zbudował okazały hotel na północnym krańcu miasteczka a w jego okolicy dobudował w granicach stu domków typu condominium, który wystawił na sprzedaż. Sam hotel o nazwie Palm Azul ma swój basen i uważany jest za luksusowy. Ponieważ piasek nad Pacyfikiem ma kolor dość szary i ciemny ów Norweg zwiozl na plaże w okolice swojego hotelu typowy piasek, który przypomina nam prawdziwa plaze. Hotel ów reklamuje sie jako miejsce gdzie nigdy nie pada i zawsze jest słonecznie. Jeśli to sie nie sprawdzi to podobno zwracają pieniądze. Nie mogę tego zagwarantować ale tak nam mówiono. O dziwo podobno nigdy do zwrotu pieniędzy nie doszło. Hotel znajduje sie oczywiście na samy oceanem a z drugiej strony dotyka głównej ulicy San Clemente. Po jej drugiej stronie znajduje sie ów dewelopment z domkami. Jego mieszkańcy mogą korzystać z dobrodziejstw hotelu jeśli takie maja życzenie. Cały ten dewelopment składający sie wówczas z około sześćdziesięciu domków był już sprzedany. My i tak optowaliśmy w kierunku Canoy ale było to dla nas zaskakujące. Muszę jednak przyznać, ze to osiedle zrobiło na mnie pozytywne wrażenie. Ta strona San Clemente napewno wyglada o wiele bardziej atrakcyjnie od strony południowej. Plaże sa szersze i okolica bardziej naturalna. San Clemente kończy sie piękna płaza, mało oczywiście używana jako ze znajduje sie poza terenem zabudowanym a ocean wcina sie tutaj w lad na którego straży piętrzą sie klify chociaż niewielkich to jednak gór, których zbocza mogą zrobić wrażenie. Doprawdy piękna i dzika okolica. Otóż właśnie w okolicach tego miejsca nasi znajomi, którzy podejmowali nas w swoim domu letniskowym wykupili trochę terenu i zdecydowali sie wybudować apartamentowiec, który ma być wbity w klif z widokiem na ocean. Nasz znajomy jest architektem i w momencie gdy sie czegoś podejmuje to ten projekt staje sie jego życiem. Pedro ma wizje i lubi to co robi co daje szanse, ze jego projekt będzie spełniał to do czego sie zobowiązał. Pisze o tym bo z dwudziestu jeden apartamentów sześć już zostało sprzedanych co świadczy o zainteresowaniu. Może ktoś z was chciałby zainwestować w Ekwador. Warto sie przyjrzeć bo odkąd tu jesteśmy ceny z uwagi na zainteresowanie poszły znacznie do góry.

Super Bowl i Ekwador

Super Bowl to finał rozgrywek futbolu amerykańskiego. Pamietam jak przyjechałem do Stanów nie mogłem sie nadziwić jak można to oglądać. Nie znając ani przepisów ani zasad tej gry bardzo cieżko było to oglądać. Jeśli jednak jesteś wielbicielem sportu to wcześniej czy pózniej staniesz sie rowniez kibicem futbolu amerykańskiego. Jeśli jeszcze dodatkowo masz drużyne której kibicujesz to już nic nie stoi na przeszkodzie aby stać sie wiernym a czasami nawet zatwardziałym fanem tego sportu. Ponieważ uważam sie za wielbiciela sportu czy wcześniej czy pózniej musiałem stać sie kibicem futbolu w ich wydaniu. I tak tez sie stało. Jako mieszkaniec stanu New Jersey, w którym swoje mecze rozgrywają New York Giants i New York Jets stałem sie mimowolnie ich kibicem. Pare lat po mnie do Stanow przyjechała rodzina sąsiadów z klatki schodowej. Ich syn zamiłowany kibic piłki nożnej nie potrafił zrozumieć jak można oglądać i na dodatek pasjonować sie futbolem amerykańskim. Widząc jak bardzo jest zapalonym kibicem powiedziałem mu aby dał sobie czas a sam wkrótce stanie sie fanatykiem amerykańskiej wersji futbolu. Minęło pare lat spotkaliśmy sie na jakieś imprezie a on bić tylko o futbolu amerykańskim i jego ukochanej drużynie nomen omen mojej rowniez czyli New York Giants. Ot siła sportu jeszcze raz udowodniła ze sport ma cos w sobie i bez względu gdzie jesteśmy damy sie wciągnąc w miejscowe atrakcje sportowe. Amerykanie jak mało kto opanowali do perfekcji kreowanie widowiska nawet z rzeczy które nie maja wiele wspólnego z widowiskiem. Super Bowl to kwintesencja całego sezonu. Liga futbolu amerykańskiego składa sie z dwuch konferencji. Na zakończenie sezonu sześć najlepszych drużyn z każdej konferencji bierze udział w tak zwanym play off. Zwycięzca finałowego meczu w konferencji staje sie jej mistrzem. Mistrzowie obu konferencji spotykają sie w finałowym meczu sezonu zwanym Super Bowl a jego zwycięzca to ńie tylko mistrz Stanów w futbolu amerykańskim to rowniez mistrz swiata w tej dyscyplinie. No i nie może być inaczej skoro nikt inny nie gra w ten rodzaj futbolu ale jak brzmi. Mistrz swiata to jednak nie jakiś tam mistrz Stanów Zjednoczonych. Ot amerykańskie robienie z rzeczy niekoniecznie wielkich znacznie większych. Super Bowl dla przeciętnego amerykańskiego kibica to niemal jak święto. Obowiązkowe prywatki połączone z oglądaniem transmisji, która trwa niemal cały dzień. Z transmisja Super Bowl mogą jedynie konkurować Oscary, które gromadzą równie wielu fanatyków. Popularność obu tych spektakli przekłada sie oczywiście na koszt reklamy, której koszt w trakcie obu imprez sięga astronomicznych kwot. W tym roku w Super Bowl wystąpiły drużyny z którymi emocjonalnie nie mam nic wspólnego. Powiedziałbym nawet, ze jedna z tych drużyn to zespół którego wręcz nie trawie. Seattle Seahwaks obrońca tytułu z ubiegłego roku walczył o tytuł z New England Patriots, to ich nie trawie. Mecz dla mnie bez żadnych emocji gdyby nie fakt, ze w trakcie jednej z przerw na reklamę nagle pojawił sie….Ekwador. Ekwador staje sie coraz bardziej popularny wsród Amerykanów zwłaszcza tych w wieku emerytalńym. Koszty utrzymańia nie porównywalnie niższe od tych w Stanach oraz cała gama innych korzyści związanych z życiem w Ekwadorze przyciąga coraz szersze rzesze emerytów amerykańskich do osiedlenia sie tutaj. Wiele serwisów internetowych zajmujących sie życiem na emeryturze umieszcza Ekwador w pierwszej dziesiątce rekomendowanych miejsc. Wszystko to powoduje, ze populacja obcokrajowcow w Ekwadorze zwiększa sie z roku na rok. Cuenca stała sie niespodziewnie miejscem osiedlenia sie wielu z nich. Cieszy mnie to niezmiernie bo utwierdza mnie i moja zonę w przekonaniu, ze nasza decyzja o przeprowadzce tutaj była słuszna. Odkrywające Ekwador razem z nami bo kto wie może to i wasze miejsce na ziemi.

Swieta w Ekwadorze, Nowy Rok w Meksyku

Święta  Bozego Narodznia spędziliśmy  w tym roku po raz pierwszy w Ekawadorze. Byliśmy oczywiście ciekawi jak je spędzają przeciętni ludzie. Okazuje się że chociaż Ekwador jest krajem z przewagą  religii rzysmko- katolickiej sposób spėdzania świąt  różni się od naszego. Główną różnicą jest fakt że święta, aczkolwiek mają character rodzinny, to spotkanie te są bardziej traktowane jako przyjėcia z podtekstem religijnym. Ilość prywatek w których biorą udzial ludzie jest bardzo duża i uzależniona od kręgu znajomych. Jedną z takich imprez zoorganizowala znajoma Amerykanka a głównym punktem spotkania byla obserwacja pochodu bożonarodzeniowego. Pochód ten zgromadzil podobno okolo piėćdziesiąt tysięcy uczestników. Cuenca slynie z największej tego typu imprezy w Ekwadorze a większość pochodu jest transmitowana przez telewizje na żywo. Uczestnicy przebierają się za rœżne postacie zwiazane z religią katolicką I tak przebrani maszerują wzdłuż jednej z głównych ulic Cunki którą jest Simon Bolivar. Nasza gospodyni jest włascicielką  apartamentu przy tej ulicy z widokiem na nią tak więc mieliśmy pełny  przegląd sytuacji oraz wszystkiego co się działo. Widowisko było jedyne w swoim rodzaju. Ludzie poprzebierani za postacie historyczne wraz z dziecmi, ktore w wiekszosci byly aniolkami spacerowali wzdluz ulicy sowicie dzielac wszystkich gapiow zyczeniami swiatecznymi. Konie, powozy, platformy samochodowe na ktorych umieszczone byly zywe szopki bozonarodzeniowe to tylko czesc tego wielkiego przedstawienia. Ludzie rowniez maszerowali w strojach reprezentujacych ich przynaleznosc do grup etnicznych w tym przypadku Indian. Swiateczni odmalowani dumni, pogodni oraz roztanczeni w rytm swojej muzyki tak, ze trudno bylo od nich oderwac oczy. Muzyka i rytmy nakladaly sie na siebie bowiem kazdy chcial cos pokazac, kazdy chcial cos zatanczyc I zaprezentowac cos specjalngo na ta okazje. Widowisko rozpoczelo sie o godzinie 11 rano jak dlugo trwalo nie wiem bo po trzech godzinach ogladania musiałem zrezygnowac aby zdążyć na wlasna wigilie. Pierwsza taka noc w kraju gdzie nie ma sniegu a temperature za oknem jest powyzej plus pietnastu stopni. Dziwne uczucie. Myslami bylismy z naszymi dziecmi z ktorymi udalo nam sie zamienic pare slow dzieki skypowi. Myslami bylismy z nasza rodzina w Polsce z ktora przezylismy tyle niezapomnianych wigilii.  Stół wigilijny dzielił z nami Milan, wczesniej poznany Slowak, ktory podobnie jak my postanowil osiedlic sie w Ekwadorze I zostal naszym sasiadem. Wigilia minela w milej atmosferze a cztery dni pozniej bylismy juz w Meksyku a dokladnie Meridzie stolicy stanu Yukatan. To wlasnie tutaj osiedlila sie nasza corka ze swoim mezem. Merida podobie jak Cuenca oraz wiekszosc miast w Ameryce Południowej to historia podboju tego kontynentu przez Hiszpanow. Merida zostala zalozona 6 stycznia przez Francisco Montejo. Akurat nasz pobyt nalozyl sie z obchodami zalozenia miasta dzieki czemu moglismy uczestniczyc w niezliczonej ilosci roznego rodzaju przedstawien, pokazow, koncerow i temu podobnych imprez. Sam Nowy Rok spedzilismy z corka orza w gronie jej znajomych wsrod ktorych byli ojciec z synem z Polski. No moze nie z Polski w sensie przejazdu ale Polacy z pochodzenia. Syn poznal dziewczyne w Meridzie I zdecydowal sie zostac. Mozliwosc rozmawiania po polsku gdzies na koncu swiata z ludzmi, ktorych dopiero co sie poznanlo dodawala calej tej scenerii dodatkowej atrakcyjnosci. Swietowalismy nadejscie Nowego Roku na dachu domku, ktory corka wynajmuje z mezem. Na zewnatrz bylo grubo powyzej plus dwadziescia stopni. Ponownie dosc dziwne uczucie biorac pod uwage, ze wiekszosc imprez noworocznych spedzilismy w miejscach gdzie temperature byla albo ponizej zera, albo w jego okolicach. Wytrwalismy pewnie gdzies do pierwszej nad ranem obserwujac wszech obecne sztuczne ognie poczym poddalismy sie zmeczeniu i udalismy sie na zasluzony odpoczynek. Amelia, nasza corka sluzyla nam za przewodnika po Meridzie I Yuaktanie przez ponad dwa tygodnie naszego pobytu. Bylem I wciaz jestem pod wrazeniem tak I miasta jak I calego stanu. Odwiedzilismy miasta z ruinami po Majach, wybrzeze zatoki meksykanskiej, male miasteczka w okolicach Meridy I musze przyznac ze wielkie jakies biedy nie udalo mi sie zobaczyc. Merida ze swoim zabytkowym centrum zrobila na nas bardzo pozytywne wrazenie. Dalo sie zauwazyc ogromna ilosc turystow a ilosc ludzi kreujacych wrecz tlok po godzinie dziesiatej wieczorem wprawial wrecz w zduminie. Mniejsze I wieksze restauracyjki zapraszjace przechodniow, drobni handlarze oferujacy swoje towary wszystko to o tak poznej godzinie. Po czesci bylo to spowodowane obchodami powstania miasta ale rowniez I temperature sprzyja nocnemu zycia. O tej godzinie wieje chlodny wiaterek a temperature wciaz utrzymuje sie powyzej dwudziestu stopni. Izamal ze swoimi ruinami po Majach oraz klasztorem, ktory odziedzil Jan Pawel II podczas swojej pielgrzymki do Meksyku, Valladolid z restaurowanym centrum oraz zabytkowym klsztorem otoczony przez niezliczona ilosc naturalnych zapadlisk wypelnionych woda I sluzacych jako miejsca do plywania oraz Uxmal z jednym z trzech na swiecie muzeum czekolady to tylko skromna czesc tego co widzielismy.  Meksyk zrobil na nas bardzo korzystne wrazenie dodatkowo mozliwosc spedzenia kilku tygodni z corka I jej mezem bylo dla nas rowniez bardzo wazne. Wszedzie dobrze w domu najlepiej totez wracalismy do Ekwadoru wypoczeci ale z duza doza tesknoty za domem.

Panama Hat, Gringo, Eloy Alfaro

 Jednym z najbardziej znanych wyrobów pochodzących z Ekwadoru są tzw. kapelusze Panama. Ich nazwa oczywiście może wskazywać mylnie, ze to produkt pochodzący z Panamy. Roślina z której wytwarzany jest ten kapelusz jest bardzo popularna w Ekwadorze. Jej liście swoim kształtem przypominają liście palmy sama roślina nie należy jednak do tego gatunku. Kapelusze te są produkowane już od siedemnastego wieku. Jakość kapelusza i jego wartość a co za tym idzie również cena zależy od grubości słomki z jakiej kapelusz jest upleciony. Im cieńsza słomka tym kapelusz jest bardziej wartościowy i oczywiście droższy. Te najdroższe i najbardziej pracochłonne kapelusze znane są pod nazwa Montecristis a ich nazwa pochodzi od miejscowości w której były wyrabiane.  Kapelusze tu produkowane miały na jednym calu kwadratowym nawet do 2500 splotów. Taki kapelusz sprawiał wrażenie zrobionego z litego materiału. Dawał on się zwinąć a po zwinięciu można go było przeciągnąć  przez środek obrączki ślubnej. Inną jego zaleta było również to, że po wypełnieniu jego wnętrza, woda wcale nie przeciekała. Właścicielem fabryki kapeluszy w Montecristi był Eloy Alfaro. Jest on uważany za ojca Ekwadoru a w samym Montecristi znajduje się muzeum poświecone jego działalności. Dzięki dochodom ze sprzedaży i eksportu kapeluszy był bardzo wpływową postacią w historii Ekwadoru. Dwukrotnie został wybrany jego prezydentem. Do największych jego osiągnięć należało rozdzielenie władzy od kościoła. Dzięki niemu zostały wytyczone granice Ekwadoru a jego idee wśród których były, wolność słowa, darmowa świecka edukacja, legalizacja związków małżeńskich zawartych w sposób świecki, sprawiały ze nie cieszył się popularnością wśród tradycyjnie konserwatywnych pro katolickich kręgów. Doprowadził jednak do zjednoczenia kraju i jego rozwoju. Za jego prezydentury powstała pierwsza linia kolejowa łącząca Quito z Guayaquil. Niestety ciągła walka z konserwatystami doprowadziła do jego upadku a on sam wraz z gronem swoich najbliższych współpracowników został podstępnie brutalnie zamordowany. Właśnie z jego fabryk kapelusze Panama były eksportowane na cały świat. Ponieważ jednak Ekwador nie posiadał miasta z którego można było wysyłać produkty,  używano w tym celu portów Panamy. Właśnie dlatego kapelusze produkowane w Ekwadorze a wysyłane w świat z Panamy zaczęto po raz pierwszy nazywać kapeluszami Panama. W trakcie budowy kanału panamskiego były one szczególnie popularne. Chroniły przed słońcem a jednocześnie ich struktura sprawiała ze były bardzo przewiewne.  W trakcie jednej z wizyt na budowie kanału, amerykański prezydent Theodore Roosevelt sam przechadzał się właśnie w tym kapeluszu po budowie. Jego zdjęcia dotarły do Stanów dzięki czemu kapelusz został jeszcze bardziej spopularyzowany a nazwa Panama Hat weszła na stale w obieg. Dziś jednak najważniejszym miastem w produkcji kapeluszy Panama w Ekwadorze jest Cuenca. Znajduje się tutaj muzeum jak również fabryka kapeluszy oraz drobni jego producenci. Również z Panamą wiąże się określenie gringo. Nie ma tu już  aż tak wiele historii ale samo pochodzenie tego słowa jest dość ciekawe. Gringo, zgodnie z opowieścią naszego ekwadorskiego przewodnika, pochodzi od dwóch wyrazów: Green czyli zielony oraz go czyli iść. W trakcie budowy kanału panamskiego większość amerykańskich nadzorców ubierała się na zielono. Okoliczna ludność za nimi zbytnio nie przepadała i chciała żeby sobie stad poszli. Wołali zatem do nich Green go co miało znaczyć ‘’idź stąd zielony’’. Amerykanie nigdzie oczywiście nie poszli a Panama do dziś jest bardzo zależna od Stanów. Określenie jednak zmieniło swoja pisownie i w formie gringo, oznacza napływowego białego już nie kolonizatora jednak wciąż obcego.

Bahia del Caraquez, Edyta, Zbyszek i Milan

Na zakończenie naszego krótkiego pobytu nad Pacyfikiem postanowiliśmy jeszcze zatrzymać się w Bahia del Caraquez. Już wcześniej Alicja zebrała sporo informacji na temat tego miasta z Internetu oraz licznych blogów amerykańskich. Bahia jest najdalej położonym miastem na północ  od Guayaquil do którego można dostać się autobusem.  Jazda trwa około pięciu godzin . My również dojechaliśmy w te strony autobusem aczkolwiek Bahia była naszym ostatnim punktem. Bahia jest w tej okolicy najbardziej rozpoznawalnym miastem. W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku Bahia przeżyła dwa kataklizmy, które spowodowały bardzo duże zniszczenia w mieście. Najpierw w 1997 roku nawiedził te tereny El Ninio, który spowodował poważne straty wynikające z powodzi  i osuwającego się terenu. Rok później miasto zostało poważnie zniszczone na skutek trzęsienia ziemi. Po tych wydarzeniach przy odbudowie miasta kierowano się koniecznością zabezpieczenia jego mieszkańców przed podobnymi kataklizmami w przyszłości. Zdecydowano odbudować miasto zgodnie z zasadami Eco-miasta. Obowiązują tu zatem pewne standardy związane z zanieczyszczeniem tak i powietrza, jak i terenu. Efektem tego ma być samowystarczalność miasta w przypadku podobnych katastrof w przyszłości.  Bahia jest bardzo popularnych ośrodkiem  wczasowym dla mieszkańców Quito i Guayaquil. Wielu z nich ma tutaj swoje apartamenty na potrzeby wypoczynkowe swojej rodziny. Wybrzeże w tym miejscu jest bardzo urozmaicone, Od płaskiego z atrakcyjnymi plażami po górzyste z klifami wbijającym się w Pacyfik. Wzdłuż Pacyfiku powstało wiele wielopiętrowych budynków z apartamentami przeznaczony w większości na cele wypoczynkowe. Większość z nich zaludnia się na weekend. Duża cześć pozostaje również zamieszkana a sporej ilości właścicielami są obcokrajowcy. Na obrzeżach Bahii w jej górskiej części znajduje się sanktuarium przyrody. Ośrodek który koncentruje się na pielęgnacji piękna okolicznej flory i fauny. Odwiedziliśmy go, jednak nie mogliśmy zwiedzić go w całości ze względu na pogodę. Dzień wcześniej ulewne deszcze spowodowały że większość ścieżek w sanktuarium wymagała gumowców, których my niestety nie mięliśmy. Sanktuarium znajduje się na wzniesieniu z którego można było jednak zobaczyć wybrzeże Pacyfiku oraz panoramę miasta. Jest ono prowadzone na zasadzie woluntariatu. Młodzież zjeżdża się tu z całego świata i w zamian za prace w sanktuarium maja szanse zobaczyć tą cześć Ekwadoru bez narażania się na większe koszty. W trakcie naszego pobytu spotkaliśmy studentkę ze Szwajcarii. Sanktuarium jest właśnie częścią programu Eco-city. W jednym z pomieszczeń był kamienny piec do pieczenia chleba ciągle używany i funkcjonujący perfekcyjnie. Tu kupiliśmy najlepszy bochenek chleba w Ekwadorze. Sama Bahia poza plażami nie ma zbyt wiele do zaoferowania jeśli chodzi o historię. Najbardziej rozpoznawalnym obiektem Bahii jest krzyż, który został wybudowany na szczycie jednego z okolicznych wzniesień. Na jego szczyt prowadza łagodne schody. Po wyjściu na sama górę roztacza się przed nami najpiękniejszy widok na cala okolice. Widać z niego nie tylko wybrzeże ale również całe miasto. Nad Pacyfikiem piętrzą się apartamentowce a im dalej od niego budownictwo staje się coraz mniejsze i starsze. Bahia staje się coraz bardziej popularna wśród turystów. Stąd też baza hotelowa jest tutaj chyba najlepsza w całej okolicy. My wybraliśmy hostel o nazwie Coco Bongo. Był on w tym czasie prowadzony przez Australijkę znaną wszystkim obcokrajowcom którzy tutaj mieszkali bądź tędy przejeżdżali. Coco Bongo miało parę pokoików małżeńskich oraz parę pomieszczeń dla ludzi, którzy jedynie szukają łóżka i prysznica. Bardzo nam przypadła do gustu atmosfera panująca w hostelu a sama właścicielka okazała się bardzo interesującą i miłą osoba. Przez hostel przewinęło się sporo młodzieży z plecakami podczas naszego pobytu co dodatkowo kojarzyło mi się z czasami auto-stopu w Polsce. Właścicielka znała wszystkich albo prawie wszystkich obcokrajowców mieszkających w okolicy i ku naszemu zdziwieniu oznajmiła nam, ze w Bahia mieszka polska rodzina. Zbyszek i Edyta mieszkali w Bahii już od roku. Przyjechali tutaj ze Stanów a że Edyta preferuje ciepło zostali właśnie tutaj. Oboje prowadzą stronę internetową pt” Nasz Ekwador”, na której chętnie się dzielą ze wszystkimi swoja wiedza na temat Ekwadoru. Oczywiście jesteśmy z nimi wciąż w kontakcie. Na dzień przed wyjazdem po wyjściu z pokoju usłyszałem, jednego z mieszkańców hostelu jak rozmawiał z kimś przez Skype’a. Posługiwał się językiem, który brzmiał jakoś dziwnie znajomo. Nie było wątpliwości, że musiał to być albo Czech albo Słowak bo ciężko nie rozpoznać ich charakterystycznego języka jeżeli samemu pochodzi się z tej części Europy. Milan okazał się być Słowakiem.  Przypadliśmy sobie nawzajem do gustu z racji chyba bardzo specyficznego poczucia humoru, który szczególnie dla amerykanów nie bardzo jest zrozumiały. Milan w przeciwieństwie do nas to osoba nawiązująca kontakty niemal na zawołanie, bardzo otwarty bez żadnych zahamowań wynikających z nieznajomości języka hiszpańskiego. Jeszcze tego samego wieczoru kupił gdzieś w okolicy butelkę Żubrówki, jak się okazało najbardziej popularnej tutaj polskiej wódki. Nie jest ona dostępna jednak w sklepach a jak ją zdobył Milan to pozostało jego tajemnicą. Nasze drogi z Milanem od tej pory będą się jeszcze wielokrotnie przecinać.

Wyprawa z San Clemente do Canoy

W San Clemente spędziliśmy trzy dni. Poznaliśmy przy okazji San Jacinto oraz Crucitę. Bardzo byliśmy ciekawi jak na tym tle wypadnie Canoa. Dostać się z San Clemente od Canoy też nie było łatwym zadaniem. Byliśmy zmuszeni skorzystać ze znajomości naszych opiekunów w San Clemente, którzy pomogli nam w znalezieniu kogoś kto by przetransportował nas z jednej miejscowości do drugiej. Funkcje naszego środka transportu spełniał przystarszawy pickup. Chociaż miał dwa rzędy siedzeń w szoferce to zmieścić się do niego z bagażami było dość trudno, zwłaszcza że właściciele tego zabytku, młodzi chłopcy, skrzynie ładunkowa wykorzystali do instalacji na tyle dużych głośników, że już niewiele można było na niej upchać. Ale jak przygoda to przygoda. Jakoś upchnęliśmy się z naszymi tobołkami i wyruszyliśmy w drogę do Canoy. Dotarliśmy na miejsce po około czterdziestu minutach jazdy, jeszcze wtedy drogą będącą w trakcie konstrukcji.  Dodatkowo zatrzymała nas policja, z jakich powodów nie bardzo wiedzieliśmy. Nie był to jednak nasz problem. Canoa okazała się bardzo różna od tego co widzieliśmy w San Clemente. Przede wszystkim o wiele większe i szersze wybrzeże świadczyło o turystycznym charakterze tego miejsca. Wzdłuż plaży ciągnęły się lepszej lub gorszej kategorii budko-restauracje oferujące posiłek oraz napoje. Na ogół budka to było miejsce gdzie znajdowała się kuchnia natomiast cześć obiadowa to kilka stolików pod skromnym zadaszeniem. Wyglądało to dość prymitywnie aczkolwiek czysto i schludnie. Po minięciu rzędu tych restauracyjek wchodziło się na drogę która ciągnęła się wzdłuż całej plaży i oddzielała knajpiarzy od hotelarzy. Po drugiej stronie drogi znajdował się cały rząd hoteli. Trudno tu jednak znaleźć jakąś znaną firmę hotelową, to jeszcze nie ten czas.  I zresztą bardzo dobrze. Wszystkie hotele z tego co udało nam się dowiedzieć znajdują się w prywatnych rękach. Do ich budowy wykorzystano bambus, może nie wszystkie były zrobione w tej technologii, jednak bambus wydawał się dominować. Sprawiało to wrażenie lekkich konstrukcji co nadawało całemu otoczeniu bardziej rekreacyjnego wyglądu. W ten pejzaż wpisywały się drogi z których większość była gliniasta. No wyglądało to bardzo sympatycznie i swojsko dopóki nie spadł deszcz. Drogi po deszczu zmieniały się w ‘’sympatyczne’’ chłodne blotko. Ale przecież o to nam chodziło. Chcieliśmy jak najwięcej natury jak najmniej komercji. Canoa pod tym względem spełniła nasze oczekiwania. Od piątku do niedzieli było znacznie więcej ludzi  co świadczyło, że stanowi ona miejsce wypadowo-wypoczynkowe ludzi z okolic. Przyjeżdżali tutaj całymi rodzinami co również bardzo nam się spodobało. Główna cześć plaży wzdłuż linii hotelów była najszersza i najbardziej oblepiona drobnymi wyszynkami. Można było jednak przejść paręset metrów w jedną i drugą stronę aby znaleźć trochę więcej prywatności. Sama Canoa poza plaża nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Jest to niewątpliwie bardzo mała osada czekająca na swoją szansę. Nam jednak bardzo odpowiada ten klimat i dostrzegliśmy tutaj wiele możliwości. Utwierdził nas w tym przekonaniu kolejny Norweg. Osiedlił się tutaj parę lat temu a ostatnio do spółki z innymi inwestorami kupili sporo ziemi nad samym oceanem w celu podzielenia tego placu na mniejsze działki i sprzedania na otwartym rynku. Mięliśmy możliwość zobaczenia tego miejsca oraz jego planów podziału. Sam plac znajduje się na północnym końcu publicznej plaży pomiędzy dwoma rzeczkami, które w porze deszczowej przybierają trochę więcej wody i zmieniają się w coś co ma przypominać rzekę. Ujścia obu rzeczek oddzielają plaże publiczne od plaży która teoretycznie miała stanowić cześć projektu. Być może tak będzie w przyszłości, na razie plaża należy do wszystkich. Nie zależnie od tego projekt zrobił na nas na tyle pozytywne wrażenie, że postanowiliśmy spotkać się ponownie z naszym Norwegiem aby uzyskać więcej informacji na temat jego projektu. Efekt końcowy był taki, ze zdecydowaliśmy się zainwestować  mając na uwadze szczególnie fakt, że jego projekt miał charakter swego rodzaju strzeżonego osiedla a ceny jakie oferował były niższe od tych, które już wcześniej mieliśmy z innych miejsc. Chcieliśmy mieć kawałek ziemi w pobliżu oceanu z możliwością jej późniejszego zagospodarowania. Ten projekt właśnie to spełniał.