Na drodze.

Nasza droga do autobusu to taka alejka pośród drzew. Liczy sobie ona około pięć kilometrów. W początkowej fazie drzewa znajdują się po obu stronach. Po przejściu około kilometra zaczynają się pastwiska. Teren się bardziej wyrównuje stąd został zaadoptowany na potrzeby bydła. Jednak po przejściu kolejnych dwóch kilometrów wszystko się zmienia. Znowu po jednej ze stron pojawia się przepaść a po drugiej skalista grań, która został obcięta na potrzeby wykonania drogi.

Dojście do autobusu zajmuje nam mniej więcej godzinę. Ponieważ odwiedzamy Cuenkę ostatnio raz w tygodniu to jest to świetny spacer. Bez pośpiechu. Krajobraz miejscami przy pogodnym niebie zapiera oddech w piersi. Powietrze, jak to w górach, w trakcie naszej porannej wyprawy jest dość chłodne o każdej porze roku. Gdy jednak wracamy ociepla się i jest bardzo komfortowo na każdej wysokości. W sumie te pięć kilometrów to różnica około pięciuset metrów w wysokości nad poziomem morza.

Droga powrotna jest oczywiście bardziej wymagająca. Trzeba się teraz wspiąć. Gdy jednak nigdzie się nam nie spieszy i czas nie odgrywa żadnej roli, to można się wspinać, pod warunkiem, że zakupów nie mamy na plecach. Na powrót z zakupami mamy zawsze dwie opcje. Pierwsza to nasz taksówkarz z Cuenki, którego koszt to piętnaście dolców. Druga to nasz pracowity Pepe, który zjeżdża po nas do przystanku autobusowego a potem wywozi nas do góry. W tym przypadku musimy dojechać autobusem z Cuenki z naszymi zakupami. Trochę to uciążliwe ale oszczędzamy całą dychę, bo wyjazd z Pepe kosztuje nas piątkę. Kogo zatrudnimy, często decyduje o tym pogoda i wielkość zakupów.

Moja autostrada

A przy niej różnorodność

Na skałach też coś rośnie.

I jeszcze taki drzewko z widoczkiem

Reklamy

Zza szyby autobusu

Nasza przygoda trwała niemal tydzień. W ciągu tego czasu objechaliśmy dość sporą część Ekwadoru, szczególnie wybrzeża. To oczywiście było naszym celem. Tam słońce znaleźć można najprędzej.

Zrobiliśmy niezłą pętle. Mam zawsze kłopoty z określeniem dystansu w przybliżeniu. Tak jest i tym razem. Zakładam zatem, że było to w granicach ośmiuset kilometrów. Te pierwsze kilometry robiliśmy etapami, ostatnie natomiast czyli powrót do domu to non stop jazda. Dotarcie do domu zajęło nam ponad dwanaście godzin. Dwie przesiadki i całość, jak obliczyliśmy, to mniej więcej tyle samo co lot ze Stanów do Polski.

Nie sposób opisać tego wszystkiego co widzieliśmy, bo wiele rzeczy trzeba zobaczyć na własne oczy. Tylko one maja moc dogłębnej subiektywnej oceny. Widzieliśmy piękno, strach, grozę, niepokój, bezmyślność.

Poznaliśmy też drugą twarz Ekwadoru. Nie to, że jej nie znaliśmy. Za każdym jednak następnym razem, przypatrując się jej z bliska nasze uczucia przeplatały się od zdumienia przez niewiarę do przybicia.

Szybko zmieniające się obrazy zza szyby autobusowego okna często były ciężkie do zrozumienia. Z jednej strony niepojęte warunki w jakich żyje część ludności, z drugiej jednak niespodziewane obrazki przypominające dobrze sytuowane kraje zachodu. Oto na przykład dojeżdżając do Guayaquil, największego miasta Ekwadoru, jakieś trzydzieści kilometrów przed nim nagle ukazało nam się mini miasteczko slumsów. Chałupiny stojące jedna na drugiej, na czterech wbitych w ziemie palach, bez okien z drewnianymi okiennicami. Ziemia pokryta błotem i wszechogarniający brud. Z tym żałosnym miejscem graniczyło pole golfowe z pięknie przystrzyżona trawą, wymyślnymi pagórkami, jeziorkami i tym wszystkim z czego tego typu miejsca są znane. Ledwie się ono skończyło i nowa fala czteropalowych slamsów.

Ekwador jest niewątpliwie bardzo zróżnicowany. Z tego co wiemy państwo nie stroni od pomocy ludziom mniej uprzywilejowanym. Problem jednak w tym, że wiele z tych osób po prostu nie chce zmienić swojego stylu życia. Ta niechęć często jest właśnie wynikiem niewiary, że można żyć inaczej. Ludzie z dolnych warstw społeczeństwa latami traktowani byli jak niewolnicy, być może w ich świadomości dalej tkwi, że od tego nie ma ucieczki. Mógłbym to nawet zrozumieć. Jednak jest też drugi aspekt. Pojmuje biedę ale i w niej można żyć z odrobiną dumy i godności. Jeśli jednak właścicielowi nie chce się nawet utrzymać podstawowego porządku wokół swojego obejścia to tego już nie pojmuję. Takich obrazków widzieliśmy dość sporo. Były zagrody zadbane ale natłok pospolitego brudu tu i ówdzie i to przy głównej drodze był nie tyle irytujący co zdumiewający i przygnębiający.

Nie widać tego w dużych miastach, takich jak choćby Cuenca, jadnak wyjazd na prowincje pokazuje to drugie oblicze Ekwadoru, smutne a czasami wręcz żałosne.

Oczywiście turysta tego nie zobaczy. On trzyma się wytyczonych tras i miejsc do odwiedzenia. Wystarczy jednak wsiąść w autobus relacji Bahia del Caraquez – Guayaquil by zobaczyć to czego większość wolałaby nie widzieć. Niestety zdjęć nie udało mi się wykonać, bo do tego potrzeba postoju a autobus zatrzymuje się tylko w określonych miejscach. Tam już mniej widać.

Tak czy inaczej wybrzeże i słonko odpłaciły nam z nawiązką za trudy podróży. Pacyfik i jego ciepła woda napewno zachęciły nas do powrotu. To co zobaczyliśmy, nie wszystko zapewne było budujące. Takie są jednak realia, i to nie tylko tutaj.

Przystanek autobusowy. Rozkład jazdy na ścianie.

Przydrożny warzywniak.

Kolejny warzywniak

Momentami płasko i monotonnie

Puerto Lopez wczoraj i dzisiaj

Tym razem korzystamy ze standardowego autobusu komunikacji średniodystansowej. Dzień wcześniej ustaliliśmy gdzie znajduje się przystanek. Na nim po jednej stronie schowani byli przed słońcem jacyś zawiadowcy ruchu autobusowego. Od razu poznali w nas, że mają do czynienia z kimś kto nie ma pojęcia o tutejszych zasadach ruchu autobusowego. Powiedzieliśmy gdzie chcemy się udać i okazało się, że jesteśmy po przeciwnej stronie ulicy. Małe piwo. Jeden z nich nas przeprowadził i okazało się, że właśnie nadjeżdżał nasz środek lokomocji. Mocno wypełniony młodzieżą pewnie wracającą po szkole. Radosny zgiełk, otwarte okna zdawały się nam przypominać nasze dojazdy na uczelnię.

Po godzinie jazdy dotarliśmy do celu. Bilet kosztował nas dwa dolce i pięćdziesiąt cenciszów na człowieka a pan konduktor pofatygował się do naszych siedzeń aby poinformować nas, że autobus właśnie zatrzymał się w Puerto Lopez i powinnismy ruszyć nasze cztery litery i go opuścić. Znaczy zrobił to w o wiele sympatyczniejszym tonie.

Radość o poranku. Teraz tylko znaleźć naszą noclegownie i jesteśmy w domu. Szelki plecaka mocna dają mi się we znaki, nie z powodu ciężaru na plecach ale przede wszystkim z powodu znaków po kąpieli słonecznej. Plecy pieką a plecak się przesuwa po nich wraz z naramiennikami, które ostro szorują po opalonych miejscach. Cierp ciało jak żeś chciało. No, chciałem się ociupinkę odpalić ale nie przypalić. No cóż, słońce na równiku nie bardzo rozumie człowieka z chłodnych stref klimatycznych.

Mniejsza o to. Ledwie postawiliśmy nasze stopy na trotuarze i już zjawił się przy nas jakiś poliglota i łamaną angielszczyzną wypytał nas o cel naszej podróży i hotel, w którym się zatrzymujemy. Zadowolony, że wyniuchał turystów, już po chwili zatrzymał dla nas trójkołowca, czyli taki motor z budką na tylnym siedzeniu i już zmierzaliśmy do naszego miejsca zakwaterowania. On oczywiście za nami, a jakże. Miał bowiem parę opcji tras turystycznych, które chciał nam polecić. Jedną z nich jeszcze przed przyjazdem do Puerto Lopez chcieliśmy zaliczyć. Dogadaliśmy się zatem co do szczegółów i oboje zadowoleni, my przede wszystkim z powodu szybkiego znalezienia hotelu, a on prawdopodobnie z powodu prowizji jaką pewnie otrzymał od agencji za narajenie jej dwóch chętnych na wycieczkę krajoznawczą, pożegnaliśmy się uściskiem ręki.

Ruszyliśmy na przegląd miejsc, które pamiętaliśmy z ostatniego razu. Widać spore zmiany na lepsze. Widać jednak również, źe podróżujemy poza sezonem turystycznym, bo jednak nie widać zbyt wielkiego ruchu. Odnaleźliśmy szkielet wieloryba skonstruowany ponoć z autentycznych kości tego ssaka, którego wyrzucił w tych okolicach ocean. Zwierze było chore a przebieg i smutny koniec opisywały kolejne tabliczki.

Znaleźliśmy też słup z przybliżonymi odległościami do najważniejszych miast świata. Na próżno jednak szukaliśmy Warszawy. Może i była z nią gdzieś schowana klepka, tylko nasze oczy już lekko kiepskawe. Może.

Puerto Lopez leży w zatoce w przeciwieństwie do Montañity, stąd plaża tutaj sprawia wrażenie mniejszej. Miejsca na niej było jednak pod dostatkiem.

No i wreszcie dotarło do nas, źe życie na wybrzeżu zaczyna się w okolicach ósmej. Wcześniej jest zbyt gorąco i leniwie. Po siódmej zachodzi słońce i można wreszcie oddać się zabawie na plaży o czym świadczyły dobiegające nas głosy ichniej muzyki. I nie dziwota, zaczynał się weekend.

Szkielet wieloryba

Kierunki i odległości do różnych miast.

Wypatrzylim nawet miasto Orbana

Nie może zabraknąć oczywiście zachodu słońca. Wiem, wiem przynudzać…

Zatoka Puerto Lopez. A na płazy szaleją kraby. To ich ślady na piasku.

Montañita, czyli Mała Górka.

Silnik autokaru odpalony. Przed nami ostatnia prosta do naszego celu podróży. Farma kakaowa znajdowała się już na poziomie morze w strefie o wiele cieplejszej niż nasza Cuenca. Kakaowiec potrzebuje słoneczka i ciepełka. Na naszej wysokości słoneczko może i operuje ale w nocy ciepełko idzie sobie precz razem z gorącą planetą nad nami. Ja sam za tym nie przepadam a co dopiero drzewo kakaowe, dla którego temperatura poniżej dwóch dych to prawie morderstwo.

Strefa oceaniczna w Ekwadorze to klimat tropikalny. Ci, którzy lubią temperatury w granicach trzydziestu stopni trzysta sześćdziesiąt piec dni w roku, czuliby się tutaj jak w raju. Jeśli jednak przy okazji marzy się komuś urozmaicony krajobraz to o tym proponuję zapomnieć. Płasko, równo i monotoniczne do granic zmęczenia. A nam zostały cztery godziny jazdy. Padliśmy zatem jak przysłowiowe mrówki ze zmęczenia krajobrazem i zapadliśmy w solidną drzemkę. Nasz przewodnik również oddał się poobiedniej sjeście. Klima wewnątrz łagodziła poczucie gorąca spowodowane wdzierającymi się do środka promieniami słońca.

Tuż przed Montañitą jeszcze krótki postój w ….Barcelonie. Ten postój miał głównie na celu odwiedzenie tutejszego czegoś na kształt koła gospodyń wiejskich, które zajmowało się produkcją popularnych w Ekwadorze kapeluszy Panama i innych wyrobów z tego samego surowca co owe kapelusze. Mam fioła na punkcie wspomagania lokalnej kultury. Kupiliśmy zatem małe takie jak serwetka na stół coś co może mieć zastosowanie jako duża, bardzo duża podstawka. O samym procesie tworzenia nakryć na głowę i ich historii pisać nie będę. Jeśli kogoś interesuje polecam mój wcześniejszy wpis. Panama Hat, Gringo, Eloy Alfaro

Po piętnastu minutach wyruszamy dalej. Po kolejnych piętnastu jesteśmy na miejscu. Nasza przystań hotelowa znajduje się jakieś pięć minut od przystanku. Dochodzi szósta wieczorem. Słońce zaczyna się chylić ku horyzontowi. Raz, dwa, trzy i jesteśmy zameldowani, rozpakowani i ze sprzętem do różnych potrzeb, mam tu na myśli nasze przenośne komputery, teraz służące jako aparaty fotograficzne, hop na plaże by uwieńczyć i pozdrowić zachodzące słoneczko.

Do jutra.

Uliczkė znam w Barcelonie…..

„Maszynowa” produkcja kapeluszy.

Kupujcie, kupujcie dolców nie żałujcie

Jak nie kapelusz to torbę na zakupy. Lepsza niż te plastikowe. Nie zaśmieca i wielorazowego użytku.

Dzień pierwszy, Cajas.

Pobudka piąta rano. Szybka toaleta coś na ząb i nasz kierowca już czekał. Zwykle spóźniony lecz tym razem dopisał. To my nie wyrobiliśmy się i musiał tym razem on na nas czekać. Czasu jednak było pod dostatkiem.

Na zewnątrz chłodno jak to w górach o szóstej rano. Godzinę wcześniej padało co było słychać wewnątrz. Uderzające krople deszczu o dach nie dawały złudzeń co do pogody panującej na zewnątrz.

Nastroje, jak to zresztą zwykle przed podróżą, odrobina napięcia i niepewności. Jeszcze ostatnie siusiu, siedem a może osiem razy sprawdzenie wszystkich drzwi, okien czy zamknięte i już siedzimy siedzimy naszym środku transportu.

Na miejsce odjazdu docieramy jakieś dziesięć minut przed czasem. Spodziewaliśmy się paru osób. A tu nic i nikt. Może pomyliliśmy miejsce rozpoczęcia. Robi się trochę nerwowe. Nie, jesteśmy w dobrym punkcie. I co z tego kiedy tylko my. Może odwołali. Tysiące myśli kołacze w łepetynie. Ktoś przechodzi z plecakami. Nie zatrzymuje się jednak, idzie dalej. Dochodzi siódma. Po drugiej stronie ulicy w naszym kierunku zmierza ewidentne jakiś turysta. To nasz przewodnik. Darwin ma na imię. Miło się przedstawia a na nas opada spokój mistrza. Nic nie odwołano chociaż oprócz nas jest jeszcze tylko jeden uczestnik, dziewczyna z Kanady. Czekamy jednak na nasz bus, który utknąłem gdzieś w grafiku. Spodziewaliśmy się czego w rodzaju vana bo dla trzech osób w zupełności by to wystarczało. Podjeżdża wreszcie coś między autobusem a właśnie vanem. Może pomieści pewnie ze trzydzieści osób a nas trójka plus przewodnik. Czyż może być lepiej. Cały wehikuł dla nas i kanadyjki i prawie prywatny przewodnik.

Po drodze będą trzy przystanki, Narodowy Park Cajas, położony zaledwie półtorej godziny od Cuenki. Dwie i pół godziny potem farma kakaowa i wreszcie przed samą Montanitą wytwórnia kapeluszy Panama. Do Montanity czyli Małej Górki powinnismy zjechać na chwilę przed zachodem słońca.

Po półtorej godzinie dojeżdżamy do Cajas. Po drodze pogoda nie wyglada zachęcająco. Wyglada na to, że niewiele uda nam się zobaczyć. Nic z tych rzeczy. Im wyżej wyjeżdżamy tym pogoda się poprawia i widoczność jest coraz lepsza. To ważne bo Cajas jest znane z mgieł. Jednak nam się udaje. Parkujemy i następuje sesja zdjęciowa. Jest co pstrykać. Chmury miejscami leżą poniżej nas a z drugiej strony słońce uśmiecha się do nas pełna gębą. Tu spożywamy nasze śniadanko i po około godzinnym postoju wyruszamy dalej. Ku wyższym temperaturom a to dopiero początek.

Nasz środek lokomocji.

Cajas i jedno z siedmiuset jezior.

No i te chmury w dolinach.

W Cajas jest co zwiedzać, a to tylko niecała godzina od Cuenki.

Ku przygodzie.

Będziemy się przemieszczać przez najbliższy tydzień. Postanowiliśmy odnowić naszą wiedzę na temat wybrzeża Ekwadoru. Nadarzyła się okazja, ktora prawdę mówiąc istniała z od dawna ale dopiero teraz udało się ją zmaterializować. Zawsze były ważniejsze rzeczy do zrobienia z punktu widzenia finansowego. Wciąż są bo dom to studnia bez dna. Jednak od czasu do czasu trzeba pozwolić sobie na trochę wariactwa.

Z Cuenki parę razy w tygodniu wyjeżdża autobus turystyczny na wybrzeże. Zasadniczo robi on koło, bo z wybrzeża udaje się w kierunku Quito a potem wraca do naszego miasta. Po drodze można z niego wysiąść i już na własną rękę kontynuować swoją przygodę według własnych upodobań. Można potem wsiąść na niego z powrotem i podążać jego trasą to wysiadając to na powrót wsiadając. Każdy odcinek jest wyceniony osobno a całe koło to wydatek około dwustu pięćdziesięciu dolarów na twarz.

Postanowiliśmy nim dojechać tylko do wybrzeża i stamtąd juz na własną rękę zwiedzić Pacyfik i wrócić do domu. Przewidujemy około tygodnia plus minus dwa dni. Chcemy ponownie dotrzeć do Manty oraz zobaczyć skutki trzęsienia ziemi sprzed trzech lat w Bahia del Caraquez. Dwie pierwsze noce mamy zarezerwowane w miejscowości Montanita, która jest bardzo znanym miejscem na mapie wszystkich plażowych włóczęgów.

Dawno nie podróżowaliśmy z plecakami. Będzie to zatem powrót do lat minionych. Jutrzejsza podróż będzie całodniowa bo nasz Wonder Bus będzie się zatrzymywał po drodze w punktach najbardziej widowiskowych by na wieczór dotrzeć do Montanity.

Sam jestem ciekaw jak zniesiemy taki sposób podróżowania. Trochę w ciemno co do kolejnych dni. Wiemy gdzie chcemy dotrzeć jednak, którędy i kiedy tam dotrzemy, będziemy te decyzje podejmować na trasie. Aktualnie w Ekwadorze to nie jest sezon turystyczny stąd nie martwimy się o hotele i ich rezerwacje. Dawno jednak czegoś takiego nie robiliśmy stąd będzie w tym wszystkim odrobina przygody. W naszym przypadku komfortem jest sytuacja, że nigdzie nie musimy być na czas ani nie musimy wrócić do domu konkretnego dnia. Musimy rownież zacząć poznawać Ekwador bo oczekujemy przyjazdu naszych serdecznych przyjaciół no i pasowałoby choć trochę wiedzieć co warto zobaczyć, a my póki co ograniczaliśmy się tylko do Cuenki.

Szósta rano wyruszamy. Może coś spłodzę z trasy.

A chmury u nas ostatnio „latają” nisko.

Tramwaj, dom i zgadywanki

Cuenca już od ponad czterech lat to jeden wielki plac budowy. Gdy bodaj w 2013 roku ogłoszono śmiały plan konstrukcji linii tramwajowej, opinie były bardzo podzielone. Ciekawe, że turystom ta idea bardzo przypadła do gustu, w przeciwieństwie do miejscowych. Ci drudzy znając tutejsze realia pewnie wiedzieli od samego początku, że termin skończenia inwestycji to opowiastka wyssana z palca miejscowych polityków. Takiego doświadczenia nie mieli rzecz jasna ci, którzy się tutaj osiedlili w związku z czym ich wiedza na temat terminów oddania czegoś tam do użytku była oczywiście ograniczona. Cuenkanie rzeczywiście mieli racje. Planowany trzyletni okres zakończenia budowy przedłużył się juz o dwa lata i ma mieć miejsce w tym roku a konkretnie w listopadzie. Jak zwykle opóźnienia w tej części świata na ogół wynikają z gdzieś tam rozpływających się pieniędzy. Sądzę, że to nie tylko problem Ekwadoru bo państwowe pieniądze rzeczywiście mają wielu chętnych, niekoniecznie mających dobre chęci, stąd zapewne wstępne kalkulacje tego typu zamierzeń finansowanych przez państwo powinny być pewnie o kilkadziesiąt procent większe. W kolejce po nagrody stoją często nawet ci, którzy nie wiedzą nic ani na temat inwestycji, ani na jakikolwiek temat. Nieprawdaż pani premier? Nie inaczej sprawy miały się z cuenkańską linią tramwajową. Pieniędzy zabrakło jeszcze przed skończeniem połowy inwestycji. Podobno źle dokonano obliczeń, ale co bardziej światli mieszkańcy Cuenki wiedzą, że przeleciały one przez dziurawe kieszenie miejscowej władzy. Budowa zatem trwa i wyglada rzeczywiście na to, że w tym roku doczekamy się jej końca. Dwie główne ulice starego miasta powoli zaczynają wracać do użytku. Cieszy to szczególnie właścicieli wszelkiego rodzaju małych sklepików od restauracyjek począwszy a na pamiątkach skończywszy. Dla mnie największą udręką instalacji linii tramwajowej były ciagle zmieniające się trasy autobusów. Pozamykane ulice powodowały, że nigdy nie miałem pewności czy dojadę do celu, czy też pan kierowca będzie zmuszony gdzieś skręcić i już więcej nie wróci na trasę, którą powinien jechać. Ot taka nowa gra loteryjna: zgadnij gdzie jedziemy. To nawet było fajne bo poznałem nowe zakamarki miasta. Mniej mnie jednak to bawiło gdy wracałem do domu bo i tym razem autobus zatrzymywał się dość często w innym miejscu oferując mi kolejną zabawę, tym razem pod tytułem zgadnij gdzie się dzisiaj zatrzymuję. Wygląda jednak na to, że będę miał to już za sobą a miasto coraz bardziej zaczyna przypominać mi miejsce, które tak bardzo przypadło mi do gustu kiedyś tam, całkiem niedawno temu. I tylko moja „willa” zdaje się nie pojmować, że mam dość wszelkiego rodzaju zgadywanek szczególnie z zakresu „zgadnij co dzisiaj nie będzie działać”. Jak to jednak mówią, koło domu zawsze jest coś do zrobienia. Będę się musiał chyba z tym pogodzić.