Przed wyjazdem.

Nasz przysiołek składa się z sześciu domostw. Trzy z nich są zamieszkałe przez cały rok, dwa od czasu do czasu i jeden jest pustostanem.

Nasz dom znajduje się właśnie w środku trójki, która mieszka non stop. Słowak, już nas opuścił zostawiajac na straży swojego domu kota i nas do jego doglądania. Zatem aktualnie mieszka nas tu trzy rodziny.

Po naszej lewej dentysta specjalizujący się w leczeniu kanałowym, a po prawej emerytowane małżeństwo. Mąż był kiedyś kardiologiem. Z nimi mieszka córka i wnuczka. Obaj nasi sąsiedzi choć mają tutaj swoje domy to większość czasu spędzają w Cuence. Stomatolog oczywiście pracuje a jego żona nie lubi tu być sama, zatem zabiera się z dzieciakiem do miasta i wraca razem z mężem. To właśnie u nich zostawiliśmy ostatnio klucze, do których dorwała się ich sprzątaczka.

Rodzina kardiologa natomiast ze względu na córkę, która studiuje, wynajmuje mieszkanie w Cuence i tam spędza cztery pierwsze dni tygodnia. Ich trzydziestoletnie dziecko uczy się wieczorowo zatem nie chcą żeby wracała tak późno do domu, wolą wynajmować apartament, z którego i tak korzysta ich syn.

Zostaliśmy zaproszeni, jakieś dwa tygodnie temu przez nich na kawę. Zaoferowali nam opiekę na roślinami na naszym patio. Oryginalnie mieliśmy wynająć do tej roboty naszego taksówkarza. Rozwiazanie z sąsiadami jest jednak o wiele wygodniejsze. Poza tym z sąsiadami dobrze jest mieć dobre relacje.

Tym razem sposób w jaki nas okradziono poprzednio nie wchodzi w grę. Po pierwsze zmieniliśmy zamki, po drugie mamy teraz dodatkowe drzwi, które trzebaby sforsować aby wejść do środka. Po trzecie wreszcie zabezpieczyliśmy okna metalowymi prętami, które instalujemy tylko na takie jak ta okazje. Po czwarte wreszcie mamy obietnice od prowadzącego dochodzenie policjanta, że będzie cześciej patrolował naszą okolicę, w co osobiście nie wierze, ale niech mu będzie.

Kawa u naszych sąsiadów to doskonała okazja do zasięgnięcia języka i podszkolenia się w hiszpańskim. O ile kardiolog coś tam spikuju po angielsku o tyle żona zna tylko hiszpański. Coś tam już ogarniam ten ichni język. Zatem dowiedziałem się, że i Ekwadorczycy mają dość swojego prezydenta o dumnym imieniu Lenin. Okazuje się, że podobnie do naszego PiS-u, pan Lenin skoncentrował się na audycie poprzedniego prezydenta, którego nawiasem mówiąc, był zastępcą w trakcie jego pierwszej kadencji. Nic ten audyt nie daje oprócz pomówień. Poprzedni prezydent Rafael Correa jest żonaty z obywatelką Belgii i tam obecnie przebywa, jeśli dobrze zrozumiałem. Od Lenina dostał zakaz wjazdu i groźbę aresztowania w przypadku próby przekroczenia granicy. Ludzie jednak miło wspominają Rafaela, mnie się kojarzy z super czekoladkami, i naciskają na Lenina aby dał swojemu siedzeniu siana i zabrał się za jakaś robotę. Ale ten nie bardzo ma na to ochotę i wciąż audytuje kogo się da z poprzedniej ekipy. Nie znam szczegółów ale gość od WikiLeaks coś szpetnego powiedział na temat Lenina a ten długo się nie zastanawiając pokazał mu drzwi wyjściowe z ekwadorskiej ambasady w Londynie.

Jak już poznam tajniki hiszpańskiego to takich nowinek będzie więcej. Póki co muszę czekać na zaproszenie na kawę.

Reklamy

Jak szaleć to szaleć

W domu zapanowała przedwyjazdową gorączka. Ni stąd ni zowąd spadło na mnie pare rzeczy, przed wykonaniem, których broniłem się dość skutecznie. Nie tym razem. Dom musi być odświeżony i pozostawiony w stanie niemal przedświątecznym. W takich sytuacjach szanse na ugranie czegokolwiek są raczej marne. Sprzątamy zatem. A ja postanowiłem w miejsce swoich dywagacji skopiować z mojej skrzynki jeszcze pare dowcipów.

W Zwiazku Radzieckim umiera babcia, Dziadek wzywa różnych lekarzy i ma

nadzieję, że babcię wyleczą. W końcu udaje sie do lekarza medycyny

alternatywnej, a ten mu radzi, aby czym predzej zaspokoił babcię

seksualnie.

Dziadek się wymawia: „Ależ jestem już na to za stary, dawno już tego

nie robiłem, Na moich rękach umarł towarzysz Lenin. Już seks nie jest

dla mnie. Lekarz był jednak nieubłagany i obstawał przy swoim. W końcu

dziadek skapitulował i się zgodził. Poszedł do domu i umierającą

babcię porządnie zaspokoił. Potem zmęczony zasnął.

Kiedy rano się obudził, zobaczył, że babci nie ma w łóżku, a jest w

kuchni i smaży naleśniki, usmiecha się, wesoło podśpiewuje, mało brakuje by tańczyła.

Dziadek chorobliwie uderzył kilka razy glową o scianę. – Jaki ze mnie dupek,

mogłem uratować towarzysza Lenina.”.

Amerykanin, Francuz, Turek i Polak rozmawiają o dumie narodowej.
– Ja jestem dumny z CIA – zaczął Amerykanin. Oni wiedzą wszystko o świecie, często zanim się to wydarzy.
– Ja jestem dumny z naszych kobiet – kontynuuje Francuz. To najpiękniejsze i najbardziej eleganckie kobiety na świecie, a do tego wcale nie łatwo zaciągnąć którąś do łóżka.
– Może to głupio zabrzmi – mówi Turek – ale ja jestem dumny z naszych dywanów. To najbardziej okazałe dywany na świecie. Mało kto może sobie na nie pozwolić, dlatego ozdabiają największe rezydencje i pałace.
Polak siedzi cicho.
– A ty, Polaku – dopytują pozostali – z niczego nie jesteś dumny?
– Ja jestem dumny z siebie.
– Jak to?
– W zeszłym tygodniu przeleciałem śliczną Francuzkę na tureckim dywanie  i dam sobie rękę uciąć, że CIA o tym nie wie.

Ojciec chrzestny mafii zorientował się, że jego księgowy ukradł mu 10 milionów.

Guido, księgowy jest jednak głuchoniemy. Mafioso specjalnie go zatrudnił aby ten nie mógł nigdy składać zeznań przeciwko niemu.

Aby dogadać się z Guido, Szef używa swojego adwokata, który rozumie język migowy.

Spotykają się zatem we trójkę Ojciec Chrzestny zadaje pytania a adwokat tłumaczy.

⁃ Gdzie schowałeś pieniądze – pada pytanie

⁃ Nie mam pojęcia o czym mówicie – pada odpowiedź

Ojciec chrzestny wyciąga pistolet i przykłada do skroni księgowego i każe zadać adwokatowi ponownie to samo pytanie.

⁃ Mów gdzie schowałeś pieniądze bo inaczej zginiesz – pyta adwokat

Przestraszony Guido odpowiada na migi.

⁃ Ok, wygraliście, pieniądze są schowane w brązowej teczce za stodołą mojego kuzyna Bruno.

⁃ I co ci odpowiedział – pyta Ojciec Chrzestny

⁃ On mówi, że nie masz na tyle dużych jaja by pociągnąć za spust – odpowiedział adwokat.

No i jak tu nie kochać i nie ufać adwokatom.

No to pośmiejmy się…

Po tym niezbyt sympatycznym wpisie, wracam tam gdzie czuję się najlepiej czyli w krainę uśmiechu, śmiechu, płaczu ze śmiechu. Bo przecież, jak powiadają śmiech to zdrowie.

 

Mąż i żona jadą przez wieś samochodem.

Nie odzywają się do siebie – bo własnie się pokłócili.

Nagle żona spostrzega stadko świń i pyta złośliwie męża:

-Twoja rodzina?

-Tak, teściowie!

 

Pewnego wieczoru uznany chirurg odpoczywał na sofie po powrocie z pracy.

Kiedy oglądał wiadomości, zadzwonił telefon.

Doktor spokojnie podniósł słuchawkę i usłyszał znajomy głos kolegi.

– Potrzebujemy czwartego do brydża – mówi kumpel.

– Zaraz będę – wyszeptał lekarz.

Kiedy zakładał kurtkę, żona nie lubiąca byś sama w domu zapytała:

– Czy to coś poważnego?

O, tak – odrzekł z poważną miną – jest tam już trzech lekarzy!…

 

Szpital, sala operacyjna, operacja prostaty.

-Doktor Mówi:

— Siostro, proszę poprawić penisa.

-…….

— Tak… bardzo dobrze…

-a teraz to samo pacjentowi…

 

Córka przyprowadza matkę do lekarza:

– Proszę – niech panienka się całkiem rozbierze

– Panie doktorze, ale to moja mama jest chora

– Aha, to niech starsza pani wystawi  język…

 

U lekarza:
– Pali pan?

– Nie.

– Pije pan?
– Też nie!

– Co się pan tak cieszy… I tak coś  znajdę..

 

Pacjent ustala szczegóły dotyczące operacji:

– A ile będzie kosztować narkoza? – pyta.

– 1200 złotych – odpowiada anestezjolog.

– 1200 złotych za to, żeby mi się film urwał? Trochę za drogo, nie sądzi pan?

– Nie. Urwany film dostaje pan gratis.

Opłata jest za to, żeby znowu zaczął się wyświetlać…

 

Babcia przychodzi do urzędu skarbowego. Urzędniczka sprawdza dokumenty i mówi:
– Brakuje pani podpisu.
– Ale jak mam się podpisać? – pyta starsza pani.
– No, tak jak zazwyczaj się pani podpisuje.
Starsza pani wzięła długopis i napisała:
„Całuję Was mocno, babcia Aniela”

 

– Przepiszę pani tabletki – mówi lekarz do pacjentki z olbrzymią nadwagą.
– Dobrze, panie doktorze. Jak często mam je zażywać?
– Nikt ich pani nie każe zażywać.
Proszę je rozsypywać na podłogę trzy razy dziennie
i podnosić po jednej…

 

Późny wieczór. Nowakowie przyłapali nastoletniego syna, jak wymykał się z domu z wielką latarką w dłoni.

– Dokąd to?! – pytają.
– Na randkę – przyznał syn.
– Ha! Jak ja chodziłem w twoim wieku na randki, to nie potrzebowałem
latarki – zakpił ojciec.

– No i popatrz na co trafiłeś…

 

Odbywa się konsylium lekarzy nad pacjentem.
– To grypa.
– Ależ skąd, to żółtaczka!
– Jaka żółtaczka, to gruźlica!
Po chwili:
– Panowie, spokojnie, nie kłóćmy się – jak umrze, sekcja zwłok wykaże      kto z nas – miał rację…

 

O, cześć. Byłeś u tego psychoanalityka?

– Byłem.

– No i co, nie moczysz się w nocy?

– Moczę. Ale teraz … jestem z tego dumny.

 

Solidarność etniczna

Ekwador jest trzecim moim miejscem zamieszkania. Z perspektywy czasu sądzę, ze podjęliśmy słuszną decyzję. Czasami trzeba się spakować i uciec gdzie się da od przygnębiającej rzeczywistości. Może aż tak źle w naszym przypadku nie było ale potrzebowaliśmy zmiany.

Cisza, spokój, otaczająca nas przyroda, szum rzeki, śpiew ptaków, zero hałasu ulicznego. Czyż można chcieć czegoś więcej aby mentalnie się podreperować, wyciszyć i poświecić sobie samemu odrobine czasu? Nie sądzę. Do wielu rzeczy nabraliśmy dystansu i na wiele z nich patrzymy teraz inaczej z innej perspektywy.

Niewątpliwe nie wszystko jest takie kolorowe, są też i minusy, których nie mogliśmy przewidzieć, i które zaskoczyły nas dość niespodziewanie. Nie da się ukryć, że różnimy się kulturowo. Jednak, niektóre wartości powinny być ponadkulturowe. Tymczasem tak nie jest.

Podczas naszej ostatniej nieobecności zostaliśmy okradzeni. Zniknęły przede wszystkim nasze markowe ciuchy i pare drobnych rzeczy. Złodzieje są wszędzie. Nie mogę zatem oskarżać Ekwadorczyków o bycie gorszymi niż cała reszta świata. To co jednak nastąpiło potem kazało mi się nad tą cała sytuacją głębiej zastanowić. Zostawiliśmy klucz do domu naszej sąsiadce, która miała od czasu do czasu przewietrzyć nasz dom. Ona sama, chociaż nie pracuje, więcej czasu spędza poza domem a do sprzątania najmuje dwa razy w tygodniu sprzątaczkę. Niestety zostawia swój dom na łaskę i niełaskę owej dziewczyny. Żeby nie przedłużać, owa dziewucha widzieć dorwała się do naszych kluczy. Reszta poszła bez większych problemów bo w okolicy w godzinach pracy nie ma nikogo. Wszyscy wiedzieli kiedy wracamy, zatem owa sprzątaczka na dzień przed naszym przyjazdem ponownie wlazła nam do domu i sfingowała włamanie.

Zawiadomiliśmy policję, która zjawiła się po trzech dniach. Nic nie ruszając, czekaliśmy cierpliwie. Ponieważ okno było otwarte, i my sądziliśmy, że to jednak ktoś dostał się od zewnątrz i buchnął nam kurtki i buty. Dochodzeniowiec jednak stwierdził jednoznacznie, że to nie było możliwe. Otwarcie naszego okna nie wchodziło w grę z zewnątrz i było tylko próbą zmylenia śladów. Sytuacja wydawała się zatem być oczywista i jednoznaczna. Klucz miała tylko nasza sąsiadka. Ona zaś zatrudniała sprzątaczkę. Jeśli wyeliminujemy sąsiadkę zostaje tylko owa pomoc domowa. To lokalna dziewczyna, której ojciec notabene od czasu do czasu pomaga nam przy rożnych pracach na zewnątrz.

Sądziliśmy zatem, że w tych okolicznościach podejrzana zostanie przynajmniej przesłuchana a może nawet gliny przeprowadza jakąś rewizje. Nic z tych rzeczy. Ponoć zabrakło dowodów aby przeprowadzić tego typu działania. Nie wiem jakich jeszcze dowodów potrzebowali stróże porządku. Jestem jednak pewien, że górę wzięły uczucia plemienne. Policja i podejrzana to Ekwadorczycy, ja jestem napływowy. Mnie zatem można oszukać i w przypadku gdy w grę wchodzi napiętnowanie zachowania nagannego, górę bierze przynależność do tej samej grupy etnicznej.

Czy podobnie byłoby w Polsce. Podejrzewam, że tak. Natomiast jestem pewien, że to byłoby nie do pomyślenia w Stanach. Dlaczego? Ano ich społeczność jest wciąż wielokulturowa. Amerykanin to tylko pojęcie paszportowe, większość z nich to Polacy, Irlandczycy, Włosi, Brytyjczycy czy inne nacje. W takim społeczeństwie to co naganne jest naganne i żadna grupa narodowa nie ma żadnych przywilejów.

Nie zauważyłem tego z taką ostrością po przybyciu do Stanów. Trzeba mi było zostać okradzionym abym dostrzegł zalety wielokulturowości. To jest wielki pozytyw takiego kraju jak Stany czy Kanadą może nawet Australia. W krajach o silnym poczuciu przynależności narodowej, ludzie mają tendencje do piętnowania inności czy kogoś przybyłego z zewnątrz. Co chyba jest bardzo widoczne właśnie dzisiaj. W Stanach tego nigdy nie było. Obecny prezydent dopiero rozbudził podobne uczucia. Ciągle jednak pod tym względem Stany mogą być wzorem do naśladowania.

Pogoda dla bogaczy

Świat nie idzie w dobrym kierunku. Dysproporcje, konflikty, nienawiść, egoizm, hipokryzja plenią się z szybkością światła. W szczególnie przerażającym tempie pogłębiają się różnice w posiadaniu. Milionerzy to już średniacy. Elita to miliarderzy kontrolujący całe państwa za pomocą lobbystów.

Angora z 11 listopada ubiegłego roku podaje ich rozmieszczenie. Na koniec 2017 roku na świecie było 2158 miliarderów, których majątek stanowiło 8,9 biliona dolarów. Najwiecej z nich żyło w Ameryce Północnej czyli w Stanach i Kanadzie bo aż 631. Przeciętny majątek to nieco ponad 5 miliardów na twarz. W Europie rządzą Niemcy, kto by pomyślał, że to przegrana w II wojnie światowej nacja. Mieszka tam 123 miliarderów, którzy kontrolują 579 miliardów dolarów. W Wielkiej Brytanii żyje 54 miliarderów a dalej idą Włosi 43, Francją 40, Szwajcarią 36. W naszym kraju mamy ich sześciu i w 2017 roku ich majątek był szacowany na 13.8 miliarda zielonych. W Rosji było ich 101 a na Bliskim Wschodzie 52. W tej dziedzinie największe postępy poczyniły Chiny. W 2000 roku żył tam tylko jeden miliarder. W 2017 było ich już 318 a ich majątek szacowano na 1,12 biliona dolarów. W porównaniu z 2016 rokiem wzrost o 39 %. Gdy dołożymy do tego Tajwan, Hongkong i Makau to ilość chińskich miliarderów zwiększy się do 475. Na tym tle Japonią prezentuje się dość ubogo ze swoimi 35 miliarderami. Ponoć super bogaczy przybywa co roku, tak samo jak i super nędzy.

Najbogatsi oczywiście z nami nie podróżują. Ale już milionerów można spotkać na pokładach samolotów. Oni nie podróżują oczywiście w klasie ekonomicznej. Dla nich linie lotnicze mają klasę pierwszą. Taki bilet lotniczy to w zależności od dystansu minimum sześć tysięcy dolarów a jeśli ktoś leci z Chicago do Hongkongu to koszt biletu zbliżony jest do 70 tysięcy złotych. W najnowszych samolotach pierwsza klasa oferuje trzypokojowy apartament z salonem, sypialniane podwójnym łóżkiem i łazienkę z prysznicem. Z Abu Zabi do Nowego Jorku można się przelecieć za jedyne 32 funtów brytyjskich w jedną stronę. Nic tylko latać. W tych lotach dla krezusów przodują linie Emirates, British Airwais, Lufthansa, Singapore, Cathay Pacific, Air France i Qantas. LOT póki co stara się utrzymać na powierzchni.

Jeśli już stać nas na taki lot to na miejscu czeka na nas hotel a w nim apartament, o którym nikt nie wie bo jest on tylko dla ludzi z określonym, portfelem. The Retreat at the Blue Lagoon pod Rejkiawikiem to pięciogwiazdkowy hotel, który ma 62 ogólnie dostępne apartamenty i ten jeden tylko dla specjalnych gości. Jedna doba to jedyne 40 tysięcy polskich patroli. Masz człowieku za to trzykrotnie większą powierzchnie, dwa piętra, kuchnie, jadalnie, ukryty taras, saunę, spa, sypialnie z ogromnym łożem. Jest on przy tym usytułowany przy ukrytej części laguny, można więc pływać samemu i nie być przez nikogo widzianym. Apartament ma osobne wejście a niedaleko znajduje się lądowisko, można zatem z lotniska przeflancować się na miejsce helikopterem w kilka minut.

Wkrótce wybieram się w podróż. Wcisną mnie w klasę ekonomy bo przecież tacy podróżnicy jak ja to nie są ludzie tylko upierdliwi pasażerowie. Z nogami na szyi jakoś wytrzymam te osiem godzin. Najważniejsze, że na miejscu mam dach nad głową.

Źródło Angora Nr. 45, 11 listopada 2018.

Foty z aparatu – koniec wycieczki

I to już będzie koniec wycieczki z aparatem.chyba zawsze tak jest, że początkowa ekscytacja podróżą z każdym dniem staje się coraz mniejsza.

Ostatnie dni naszego pobytu czyli wizyta w Canoa i Bahia nie trafiła na moja aparatową kartę pamięci. Być może odrobina gorszej pogody nie sprzyjała, być może również przygnębiające krajobrazy po trzęsieniu ziemi.

Zatem to już ostatnie foty. Od jutra muszę zacząć myśleć nad nowymi tematami. Podróż dobiegła końca. Chwila w domu i jazda do kraju na północy gdzie ludzie wciąż śnią amerykańskim snem.

Widok na Pacyfik z autobusu na drodze słońca

Taksówką do hotelu w Puerto Lopez

Płyniemy na Isla de la Plata. W oddali miasto i zatoka Puerto Lopez

Gdzieś w Ekwadorze. W drodze do Guayaquil. Większość bocznych dróg tak właśnie wyglada.

Typowy obrazek przy drodze

To też typowy widok przy drodze.

Koniec wycieczki. Żegnajcie plaże. Wracam w góry.

Foty z aparatu – 3

Czy pamiętacie farmę kakaową w drodze nad ocean? Dzisiaj wracamy na nią właśnie ze fotkami z aparatu. Mój wpis na jej temat nie był kompletny bo brakowało paru zdjęć obrazujących proces tworzenia czekolady.

W oryginalnej notce zabrakło równie zdjęcia owocu kakaowca niemodyfikowanego. Nadrabiam zatem te zaległości zaczynajac właśnie od owocu.

Oryginalny owoc kakaowca. Bardzo wrażliwy na choroby i pogodę. Rzadko spotykany na farmach. Stanowi mały odsetek produkcji.

Tak wyglada ziarno kakaowe po wysłużeniu, wyprażeniu i wyłuskanie gotowe do dalszej obróbki

Domowa maszyna do mielenia ziarna.

Masa kakaowa.

Do masy dodać można panele czyli cukier z trzciny cukrowej oraz inne smakowe atrybuty. Tak może powstać czekolada albo…

Napój czekoladowy. Oczywiście tak się robi w warunkach domowych

Spróbowałem i napoju i masy z panelą. I jedno i drugie tak przyrządzone to smakowo produkty popularnie zwane organicznymi. Żadnych prezerwantów czy innej chemii.

Tak oto, mając dostęp do ziarna kakaowego można we własnym zakresie zrobić sobie i czekoladę, i napój czekoladowy. Kakao nieprzetworzone ma olbrzymie wartości zdrowotne o czym każdy wie i każdy może przeczytać. Z tego co wiem ziarno nieprzetworzone jest dostępne w Polsce. Do dzieła.

Foty z aparatu – 2

Myślę, że każdy z nas ma jakieś ułomności, którymi się kieruje, a które go rownocześnie denerwują. Ja na ten przykład mam historyczne podejście do swoich opowiastek. Znaczy to, że kieruje się w nich chronologią. Pewnie dlatego, że obawiam się pominąć czegoś przy przeskakiwaniu w czasie. Porządek musi być. Wiem, wiem jest to swego rodzaju schorzenie maniakalne, podobne do odkładania wszystkiego na swoje miejsce. Nic na to nie poradzę. Jakiego mnie Pan stworzył, takiego mnie ma.

Dzisiaj jednak postanowiłem odejść od utartego schematu. Moje foty z aparatu przyspieszę w czasie. Potem wrócę do tego co opuściłem w międzyczasie. W ten sposób powstanie takie moje prywatne fotograficzne Back to the Future, tyle że bez futurystycznego automobilu.

Dedykuję to Szarabajce, której przyrzekłem kobyłki pod wodą czyli żółwie z Isla de la Plata. Zdjęcia mogły być lepsze ale musiałem się bronić przed wpadnięciem do wody. Żółwie bowiem pojawiły się po mojej stronie łódki. Niezłych rozmiarów kobitka z przeciwnej strony mało mnie nie staranowała aby zobaczyć pluskające się w wodzie stadko. Jak już odzyskałem równowagę, było zbyt późno a sympatyczne gady schowały się pod wodę.

Musicie uwierzyć mi na słowo, ze na zdjęciach są żółwie.

Ja widzę żółwia pod wodą. A wy?

I tu tez jest żółw.

Z ptactwem było łatwiej

Nasza łódka była bardzo podobna do tej na zdjęciu.

Isla de la Plata

To też żółwiowe stadko.

Foty z aparatu

Przygotowując się do wyjazdu, sprawdziłem co z mojego sprzętu robi zdjęcia. Wiadoma sprawa, komputery dzisiaj i telefony to również przenośne aparaty fotograficzne. Dobrze jednak mieć również urządzenie, które kiedyś służyło tylko do robienia zdjęć czyli…aparat fotograficzny. Postanowiłem wziąć go również ze sobą bo łatwiejszy w obsłudze w trakcie spacerów.

Zdjęć z niego nie mogłem jednak używać do moich wpisów bo nie było jak ich przetransferować na komputer. Po powrocie do domu właśnie je przeniosłem i pare najbliższych wpisów to będą foty z aparatu.

Pierwszy dzień. Jazda przez Andy i park narodowy Cajas. W dolinach opadły chmury a my nad nimi.

Im wyżej tym chmurowe widoki ciekawsze.

Momentami poruszaliśmy się w chmurach a momentami po ich krawędzi

Nie wiem czy to specyfika Cajas, czy w górach jest tak wszędzie ale te chmurne pejzaże zaskakiwały mnie na każdym zakręcie.

Niespodzianka na drodze czyli osuwisko.

Ale już nad nim pracują.

Więcej zdjęć w następnym wpisie.

Zza szyby autobusu

Nasza przygoda trwała niemal tydzień. W ciągu tego czasu objechaliśmy dość sporą część Ekwadoru, szczególnie wybrzeża. To oczywiście było naszym celem. Tam słońce znaleźć można najprędzej.

Zrobiliśmy niezłą pętle. Mam zawsze kłopoty z określeniem dystansu w przybliżeniu. Tak jest i tym razem. Zakładam zatem, że było to w granicach ośmiuset kilometrów. Te pierwsze kilometry robiliśmy etapami, ostatnie natomiast czyli powrót do domu to non stop jazda. Dotarcie do domu zajęło nam ponad dwanaście godzin. Dwie przesiadki i całość, jak obliczyliśmy, to mniej więcej tyle samo co lot ze Stanów do Polski.

Nie sposób opisać tego wszystkiego co widzieliśmy, bo wiele rzeczy trzeba zobaczyć na własne oczy. Tylko one maja moc dogłębnej subiektywnej oceny. Widzieliśmy piękno, strach, grozę, niepokój, bezmyślność.

Poznaliśmy też drugą twarz Ekwadoru. Nie to, że jej nie znaliśmy. Za każdym jednak następnym razem, przypatrując się jej z bliska nasze uczucia przeplatały się od zdumienia przez niewiarę do przybicia.

Szybko zmieniające się obrazy zza szyby autobusowego okna często były ciężkie do zrozumienia. Z jednej strony niepojęte warunki w jakich żyje część ludności, z drugiej jednak niespodziewane obrazki przypominające dobrze sytuowane kraje zachodu. Oto na przykład dojeżdżając do Guayaquil, największego miasta Ekwadoru, jakieś trzydzieści kilometrów przed nim nagle ukazało nam się mini miasteczko slumsów. Chałupiny stojące jedna na drugiej, na czterech wbitych w ziemie palach, bez okien z drewnianymi okiennicami. Ziemia pokryta błotem i wszechogarniający brud. Z tym żałosnym miejscem graniczyło pole golfowe z pięknie przystrzyżona trawą, wymyślnymi pagórkami, jeziorkami i tym wszystkim z czego tego typu miejsca są znane. Ledwie się ono skończyło i nowa fala czteropalowych slamsów.

Ekwador jest niewątpliwie bardzo zróżnicowany. Z tego co wiemy państwo nie stroni od pomocy ludziom mniej uprzywilejowanym. Problem jednak w tym, że wiele z tych osób po prostu nie chce zmienić swojego stylu życia. Ta niechęć często jest właśnie wynikiem niewiary, że można żyć inaczej. Ludzie z dolnych warstw społeczeństwa latami traktowani byli jak niewolnicy, być może w ich świadomości dalej tkwi, że od tego nie ma ucieczki. Mógłbym to nawet zrozumieć. Jednak jest też drugi aspekt. Pojmuje biedę ale i w niej można żyć z odrobiną dumy i godności. Jeśli jednak właścicielowi nie chce się nawet utrzymać podstawowego porządku wokół swojego obejścia to tego już nie pojmuję. Takich obrazków widzieliśmy dość sporo. Były zagrody zadbane ale natłok pospolitego brudu tu i ówdzie i to przy głównej drodze był nie tyle irytujący co zdumiewający i przygnębiający.

Nie widać tego w dużych miastach, takich jak choćby Cuenca, jadnak wyjazd na prowincje pokazuje to drugie oblicze Ekwadoru, smutne a czasami wręcz żałosne.

Oczywiście turysta tego nie zobaczy. On trzyma się wytyczonych tras i miejsc do odwiedzenia. Wystarczy jednak wsiąść w autobus relacji Bahia del Caraquez – Guayaquil by zobaczyć to czego większość wolałaby nie widzieć. Niestety zdjęć nie udało mi się wykonać, bo do tego potrzeba postoju a autobus zatrzymuje się tylko w określonych miejscach. Tam już mniej widać.

Tak czy inaczej wybrzeże i słonko odpłaciły nam z nawiązką za trudy podróży. Pacyfik i jego ciepła woda napewno zachęciły nas do powrotu. To co zobaczyliśmy, nie wszystko zapewne było budujące. Takie są jednak realia, i to nie tylko tutaj.

Przystanek autobusowy. Rozkład jazdy na ścianie.

Przydrożny warzywniak.

Kolejny warzywniak

Momentami płasko i monotonnie