Gdzieś na Dolnym Śląsku

Na świat przyszłem na Opolszczyźnie. Dość długo tam mieszkaliśmy. Stamtąd moja rodzicielka wybrała się za wielką wodę w „odwiedziny” do swojego brata. Trwały one nieco ponad rok.

Po powrocie, jakoś tak się złożyło, że ojczulek komuś cóż tam pożyczył. Z oddaniem jednak było gorzej. Ten ktoś miał jednak swój prywatny warsztat wytwarzający okleinę na Rzeszowszczyźnie. I tak, któregoś dnia wylądowaliśmy właśnie tutaj.

Nie o tym jednak chce pisać.

Ojca brat mieszkał wtedy pod Dzierżoniowem. Wielokrotnie odwiedzaliśmy go, bo w sumie odległości nie były zbyt duże. Pod rodzę przejeżdżaliśmy przez pewne miasto, na które, ze wzgórza, spoglądało zamczysko.

Wtedy było ono w dość opłakanym stanie. Po odzyskaniu wolności znaleźli się inwestorzy, którzy postanowili przywrócić ów zabytek do lat świetności.

W ubiegłym roku dość pobieżnie odwiedziłem to miejsce, korzystając z uprzejmości moich kuzynów. Prace wciąż trwają i jeszcze pewnie długo trwać będą. Powoli jednak ów zamek staje się coraz bardziej atrakcyjny.

Z Ojcowem trafili niemal wszyscy. Ciekaw jestem czy ktoś pozna to miejsce.

Dla ułatwienia oczywiście parę fotek.

Reklamy

Ku przygodzie.

Będziemy się przemieszczać przez najbliższy tydzień. Postanowiliśmy odnowić naszą wiedzę na temat wybrzeża Ekwadoru. Nadarzyła się okazja, ktora prawdę mówiąc istniała z od dawna ale dopiero teraz udało się ją zmaterializować. Zawsze były ważniejsze rzeczy do zrobienia z punktu widzenia finansowego. Wciąż są bo dom to studnia bez dna. Jednak od czasu do czasu trzeba pozwolić sobie na trochę wariactwa.

Z Cuenki parę razy w tygodniu wyjeżdża autobus turystyczny na wybrzeże. Zasadniczo robi on koło, bo z wybrzeża udaje się w kierunku Quito a potem wraca do naszego miasta. Po drodze można z niego wysiąść i już na własną rękę kontynuować swoją przygodę według własnych upodobań. Można potem wsiąść na niego z powrotem i podążać jego trasą to wysiadając to na powrót wsiadając. Każdy odcinek jest wyceniony osobno a całe koło to wydatek około dwustu pięćdziesięciu dolarów na twarz.

Postanowiliśmy nim dojechać tylko do wybrzeża i stamtąd juz na własną rękę zwiedzić Pacyfik i wrócić do domu. Przewidujemy około tygodnia plus minus dwa dni. Chcemy ponownie dotrzeć do Manty oraz zobaczyć skutki trzęsienia ziemi sprzed trzech lat w Bahia del Caraquez. Dwie pierwsze noce mamy zarezerwowane w miejscowości Montanita, która jest bardzo znanym miejscem na mapie wszystkich plażowych włóczęgów.

Dawno nie podróżowaliśmy z plecakami. Będzie to zatem powrót do lat minionych. Jutrzejsza podróż będzie całodniowa bo nasz Wonder Bus będzie się zatrzymywał po drodze w punktach najbardziej widowiskowych by na wieczór dotrzeć do Montanity.

Sam jestem ciekaw jak zniesiemy taki sposób podróżowania. Trochę w ciemno co do kolejnych dni. Wiemy gdzie chcemy dotrzeć jednak, którędy i kiedy tam dotrzemy, będziemy te decyzje podejmować na trasie. Aktualnie w Ekwadorze to nie jest sezon turystyczny stąd nie martwimy się o hotele i ich rezerwacje. Dawno jednak czegoś takiego nie robiliśmy stąd będzie w tym wszystkim odrobina przygody. W naszym przypadku komfortem jest sytuacja, że nigdzie nie musimy być na czas ani nie musimy wrócić do domu konkretnego dnia. Musimy rownież zacząć poznawać Ekwador bo oczekujemy przyjazdu naszych serdecznych przyjaciół no i pasowałoby choć trochę wiedzieć co warto zobaczyć, a my póki co ograniczaliśmy się tylko do Cuenki.

Szósta rano wyruszamy. Może coś spłodzę z trasy.

A chmury u nas ostatnio „latają” nisko.

W Górach Stołowych

Cudze chwalicie, swego nie znacie….jak mówi nasze stare porzekadło. Coraz częściej zaczynam sobie zdawać sprawę jak bardzo mało wiem na temat polskich atrakcji turystycznych. Nie chodzi mi tu wcale o miasta, bo miałem szanse poznać trochę Kraków, Warszawę, Rzeszów i parę innych miast. Bardziej zawsze kręciła mnie natura i właśnie w tym zakresie mam w naszym kraju spore zaległości. Przyjazdy na kilka tygodni, gdy się ma tutaj rodzinę, której nie widziało się latami, nie dają szans na poświęcenie czasu na zwiedzanie. Znam zatem ojczyznę słabo może nawet słabiutko.

Aktualny pobyt też nie zapowiadał żadnych wycieczek. Nazbierało się bowiem trochę spraw do załatwienia. Przy okazji rownież odwiedzenie części krewnych bliższych i dalszych było jednym z punktów pobytowych programu. Wiedziałem jeszcze przed przyjazdem, że będziemy na Dolnym Śląsku, a konkretnie w Kłodzku, gdzie chciałem spróbować jednego z lekarzy praktykujących medycynę alternatywną. Tak się dobrze złożyło, że w tych okolicach mamy paru krewnych i ja, i Luśka. Nawiązaliśmy zatem z nimi kontakt nie licząc na terenowe wyprawy. Tymczasem spotkała nas wspaniała niespodzianka. Kuzyn z Pieszyc pod Dzierżoniowem zafundował nam wycieczkę w Góry Stołowe na ich szczyt zwany Strzelińcem. Nie bardzo wiedziałem czego oczekiwać ale nie miałem najmniejszego zamiaru rezygnować z takiej okazji.

Już sama droga dojazdowa wywarła spore wrażenie. Relatywnie wąska ale po obu stronach lasy i świeże powietrze. Oczy otwierały mi się szeroko a wewnętrznie zbluzgałem siebie, bo przecież kiedyś mieszkałem stąd o rzut kamieniem. No ale to co pod nosem to mało atrakcyjne.

Strzeliniec przywitał nas wyjątkowo dużą ilością weekendowiczów, nie tylko z Polski ale rownież z niedalekich Czech. Świetna atmosfera, piękna pogoda i jeszcze lepsze humory dodawały chęci do ruchu i małej wspinaczki. Samo podejście z postojami krajobrazowymi już było niezapomnianym przeżyciem. Dopiero jednak zejście inna trasą wywołało we mnie wszystkie ochy i achy. Jak to możliwe, że natura tak może ułożyć skały, nie mam zielonego pojęcia, dość jednak powiedzieć, że niektóre przejścia między nimi, z zawieszonym nad głowami olbrzymim skalnym sufitem, przyprawiały o dreszcze. Byłem wręcz zdumiony, że coś takiego może istnieć. Dróżka zejściowa prowadziła przez tunele i pagórki by wreszcie dotrzeć do kilku setek schodków prowadzących do wyjścia. Natura po raz kolejny dała nam niezapomniane przeżycia, które niestety tępota ludzka zdewaluowała. Nie jestem przeciwnikiem alkoholu i nie stronie specjalnie od niego. Napawa mnie jednak obrzydzeniem picie w takim miejscu i do tego na trasie. Banda przygłupów, sądząc z jakichś powodów, że są zabawni, postanowiła upić się nie widokami lecz gorzałką. I to nawet nie było najgorsze, lecz wrzask z jakim chcieli na siebie zwrócić uwagę. Żenujące, zwłaszcza, że na trasie byli też turyści z innych krajów. Bez względu jednak na tą nawiedzoną bandę szczerze polecam Strzeliniec bo warto go zobaczyć. Z chęcią tu wrócę jeśli się uda.

Dzięki Lechu, to była super wycieczka.

Jezioro Titicaca i jego wyspy

Jezioro Titicaca znajduje się na granicy peruwiańsko – boliwijskiej na wysokości niemal czterech tysięcy nad poziomem morza. Podobno od strony boliwijskiej jest bardziej urodziwe, nam jednak przyszło zwiedzać je po stronie Peru. Z brzegu trudno jest ogarnąć jego wielkość jako, że przysłaniają go sztuczne wysepki skonstruowane przez ludzi. Wysepki te były pierwszym punktem naszego programu. Są one tworzone w porze suchej gdy głębokość jeziora opada. Gęste przybrzeżne szuwary a raczej ich korzenie są odrywane od dna i łączone w coraz to większa powierzchnię. Po osiągnięciu zadowalającego rozmiaru układa się na nich na przemian raz wzdłuż raz w poprzek łodygi trzcin. Gdy w porze deszczowej lustro jeziora się podnosi, cała ta konstrukcja zaczyna dryfować. Na jednej takiej wyspie mieszka od pięciu do ośmiu rodzin. Wyspy połączone są ze sobą co umożliwia im stanie w miejscu, chociaż każda z nich ma wszystko osobno tylko na własne potrzeby. Początkowo sądziliśmy, że owe wysepki to miejsce stałego zamieszkania swoich domowników. Okazało się jednak, że tylko trzydzieści pięć procent ludzi mieszka na nich na stałe a reszta ma swoje mieszkania na lądzie zjawiając się na nich w celu wyciagnięcia paru groszy od turystów. Jedną z takich wysepek i my odwiedziliśmy. Od samego początku nie wyglądało to zbyt zachęcająco ale program to program. Po przybiciu do jednej z owych atrakcji dało się odrazu poczuć niesympatyczny zapach gnijącej w wodzie trzciny. Świeże powietrze pozwoliło nam jakoś wytrzymać. Krótkie zwiedzanie, przemówienie prezydenta, który naciągnął nas na wizytę i popływanie na łódce należącej do wszystkich mieszkańców w celu pomocy całej społeczności, potem wizyta w domeczku z trzciny i kolejna próba wymuszenia paru groszy na sprzedaży pamiątek. Owe rękodzieła miały być twórczością lokalnych mieszkanek, niestety po bliższym sprawdzeniu było ewidentne, że owe precjoza kupione były zapewne na lądzie w celu odsprzedaży z zyskiem „bogatym” turystom. Proces namawiania nas na kupno był rownież niezbyt sympatyczny toteż opuszczaliśmy to miejsce lekko zdegustowani. Po chwili znaleźliśmy się na pełnym jeziorze i tu widok był juz taki jakiego oczekiwaliśmy. Na jeziorze znajduje się ponad trzydzieści stałych wysp a jedna z nich była celem naszej wycieczki. Taquile to było miejsce w kierunku, którego zmierzała nasza łódź motorowa. Oddalona o czterdzieści pięć kilometrów od lądu wyspa była zupełnie czymś innym od tego co widzieliśmy na sztucznych kreacjach. Pierwsze co rzuciło się w oczy to czystość. W przeciwieństwie do Puno miejsce to było bardzo zadbane. Poruszaliśmy w kierunku centrum kamienną dróżka, która prowadziła z jednej strony wyspy na drugą. Po drodze mieliśmy zaplanowany posiłek u jednego z gospodarzy. Tu poznaliśmy okolicznych mieszkańców i dowiedzieliśmy się, że na wyspie nie można kupić działki a jedyną metodą zamieszkania jest małżeństwo. Mężczyźni noszą na głowach specjalne czapki, które identyfikują ich stan cywilny oraz chęć jego zmiany. Aby jednak ożenić się młodzieniec musi nauczyć się robić na drutach, ot taka specyfika miejscowa. Na wyspę miały ochotę wprowadzić się wielkie hotele ale mieszkańcy zawetowali i żyją swoim życiem z dala od wielkiego świata. Znają jednak wartość pieniądza bo wstęp i zwiedzenie jest płatne. Ten aspekt naszego życia już dawno wszystko zmienił. Titicaca to święte jezioro Inków i jak niosą stare przekazy na jego dnie wciąż istnieją pozostałości dotąd nieodkrytego miasta, z którego na ląd wyszli pierwsi Inkowie. Dotąd bowiem nie udało się ustalić ich pochodzenia. 

Machu Picchu – uwagi i rady

Aguas Callente to miejscowość u podnóża Machu Picchu. Znana jest też pod nazwą Machu Picchu Puebla. Bardzo długo nie wiedzieliśmy, że cechą charakterystyczną tej miejscowości jest brak dróg do niej dojazdowych. Miejscowość powstała na potrzeby turystów chętnych zobaczenia osady Inków. Dzisiaj liczy ponad sześć tysięcy mieszkańców i posiada ponad sto pięćdziesiąt hoteli. Aguas Callente znaczy gorące wody tyle, że nam nie udało się ich zlokalizować. To stąd większość turystów wyrusza w kierunku góry na, której usytuowana jest słynna wioska. Stąd wyruszają autobusy do bram wejściowych i tutaj wracają z turystami po skończonych odwiedzinach. Autobusy te to jedyny środek lokomocji i zostały tutaj sprowadzone na platformach kolejowych. Oprócz nich w mieście funkcjonuje tylko kolej, która dowozi towary i służy jako środek transportu miejscowej ludności. Kolej rownież dowozi tutaj turystów, którzy chcą zobaczyć Machu Picchu. Większość turystów przyjeżdża tutaj z Ollantaytambo bo tam kończy się ich szlak po Świętej Dolinie Inków. Wielu z nich przesypia właśnie w Ollantaytambo by następnego dnia rozpocząć podróż do Machu. Wielu jednak próbuje dostać się do Aguas Callente i tam przespać noc by następnego dnia możliwie jak najwcześniej dostać się do wykopalisk Inków. Tak czy inaczej aby wyprawa do Machu Picchu miała sens potrzebujemy dwóch dni, w przeciwnym wypadku zwiedzanie będzie miało charakter „po łebkach” i zmęczeni nim będziemy zawiedzeni. Dwudniowe zwiedzanie to oczywiście większe koszty bo niestety wszystko tutaj kosztuje, zjazd i wyjazd autobusem i wejściówka do środka parku to wszystko są jednodniowe opłaty. Chcąc jednak doświadczyć Machu Picchu w pełni, dwa dni to w moim przekonaniu minimum. Trzeba wszystko zaplanować w miarę dokładnie i przygotować się na wczesne wstawanie. Organizacja wyjazdów i zjazdów odbywa się na zasadzie kto pierwszy ten lepszy co niestety powoduje mnóstwo chaosu i kosztuje sporo nerwów. W Peru aktualnie panuje pora deszczowa, która może pokrzyżować wiele planów ale w porze suchej miejsce to z kolei jest o wiele bardziej „zaludnione” przez turystów. Pora deszczowa to tutejsze lato i słońce może nam spłatać wiele nieprzewidzianych figlów o czym przekonaliśmy się oboje z Alicją. Na tej wysokości przy chłodnym wietrze nawet nie jesteśmy świadomi, że słońce dobiera się do wszystkich nieosłoniętych części ciała. Nie trzeba nawet zbyt wiele czasu aby spiec się ponad wszelkie oczekiwania, co nam właśnie się udało. Do zwiedzania wioski potrzebny jest przewodnik. Nie jest to wymóg ale informacje jakich może nam dostarczyć nie zawsze są dostępne w pisanych przewodnikach. Chętnych do oprowadzania nie brakuje i wielu z nich zna język angielski. Nie wiem czy taka sama sytuacja ma miejsce w sezonie turystycznym, napewno jednak można wycieczkę na Machu Picchu przygotować sobie po przyjeździe do Peru w Cusco w jednej z niezliczonych ilości agencji turystycznych znajdujących się na każdej ulicy tego miasta. Miasto to jak i cała ta okolica żyje przede wszystkim z turystów i podejrzewam, że gdyby nagle Machu Picchu przestało istnieć ekonomia tej niezapomnianej krainy odczuła by ro bardzo dotkliwie.