Dawnych czasów wspomnień czar

Gdy tak spojrzę wstecz na moje przypadki, to wychodzi mi, że chyba niewiele ludzi przeprowadzało się równie często. Jako dziecko nie miałem oczywiście wpływu na decyzje rodziców. Potem jako dorosły, rożne przypadki powodowały, kolejne zmiany zamieszkania, włącznie z przeprowadzkami interkontynentalnymi. Nysa to moje rodzinne miasto i z nim wiąże się większość moich nastoletnich dni. Co ciekawe ów gród nad Nysą Kłodzką nie miał żadnych historycznych związków ani z rodziną rodzicielki, ani z rodziną ojca. Po wojnie ludzie się przemieszczali i tak w tamte okolice trafili jacyś bliżsi i dalsi powinowaci moich rodziców. Mieszkając zaledwie do końca szkoły podstawowej w Nysie , i tu zdążyliśmy zmienić miejsce zamieszkania. Ilekroć rozmowa z moją rodzicielką zejdzie na temat tamtych czasów, zawsze pojawia się w niej niezadowolenie z powodu wyprowadzki. Szczególnie obecnie, sądzi ona, że gdybyśmy tam pozostali to być może i ja byłbym w Polsce. Starsi ludzie mają to do siebie, że chcieliby mieć swoje dzieci pod ręką, a mnie tymczasem wygnało w świat. Czasu cofnąć się nie da, po Nysie pozostały już tylko wspomnienia. Niespodziewanie, parę lat temu, dzięki Naszej Klasie, udało mi się nawiązać kontakt z kolegami i koleżankami z podstawówki. Mieliśmy nawet zjazd i być może będą następne. Dobrze było wrócić na stare śmiecie. Dobrze było ich wszystkich zobaczyć i przemaszerować jeszcze raz znanymi ulicami. Czasu jednak nie było zbyt wiele, a moje wspomnienia to przede wszystkim podwórko, na którym spędzałem cały wolny czas. W okresie wakacji naszym ulubionym miejscem było kąpielisko miejskie. Dzisiaj mówią na to basen, lecz w Nysie to było miejsce wyjątkowe. Ów przybytek położony był już na peryferiach miasta, stąd mógł on zajmować relatywnie spory obszar. Niecodzienność tego kąpieliska polegała na jego wyglądzie. Otóż nie był to basen typu betonowy prostokąt. Miał on bardziej wygląd stawu, tyle że woda w nim była filtrowana a zatem zawsze była czysta. Kąpielisko było w kształcie owalnym i sądzę, że jego długość była pewnie w granicach stu metrów, a szerokość pewnie z pięćdziesiąt. Po jednej stronie do wody wchodziło się po betonowej nawierzchni, i tu głębokość wody zmieniała się dosyć gwałtownie. Z drugiej strony można było się czuć jak nad morzem, bo cała długość była wysłana typowym piaskiem plażowym. Z tej strony wejście do wody było bardzo łagodne. Tu bawiło się większość dzieci, których plac zabaw był ograniczony belkami, za którymi mogły one przebywać tylko w obecności rodziców. Spędzaliśmy więc na nim większość wakacyjnych dni, podczas gdy rodzice byli w pracy. Długo miałem problemy z nauką pływania. Chcąc jednak uczestniczyć w zabawach z kumplami nie było innego wyjścia jak rzucić się na głęboką wodę, co w końcu uczyniłem łykając jej pokaźne rozmiary. Opłaciło się jednak, bo wreszcie mogłem wziąć udział w rozrywkach na głębokiej wodzie z zabawą w ganianego na czele. Specyficzna uroda tego miejsca i to co tam przeżyliśmy jako podwórkowa grupa, to chyba najfajniejsze wspomnienia z tamtych czasów. To tu poznałem mojego kolegę z klasy z moją pierwszą „narzeczoną” a on mi ja potem odbił. Co gorsza pożyczyłem jej zeszyt ze zdjęciami Winnetou, którego już nigdy mi nie oddała a trzeba wiedzieć, że mój zbiór był dość pokaźny i wszyscy wtedy te fotosy zbierali. Cóż młodzieńcze zakochania bywały dosyć bolesne. Po latach będąc na wycieczce po Stanach ze znajomymi z Polski, okazało się, że takich jak ja, dzieci Winnetou, jest wciąż wiele. Wojtek podobnie jak ja znał wszystkie główne postacie książek Karola Maya, co zapewne ułatwiło nam wzajemne poznanie. Mając trochę po dziurki w nosie, naszych polityków i generalnie polityki, pomyślałem sobie, czemu nie spisać tych dni, które niekoniecznie były aż tak jednokolorowe, jak ma dzisiejsze zabarwienie słowa komuna. Zatem pozdrawiając wszystkie blade twarze z Wojtkiem na czele, z krainy Inków polecam się pamięci czytelników.

Reklamy

Zaproszenie na obiado-kolacje

Na temat swoich kucharskich perypetii już parę razy wspominałem. Cześć domu przeznaczona do przygotowywania posiłków zdecydowanie nie cieszy się moim szacunkiem. Przeskok generacyjny w tym zakresie musiał właśnie wypaść na mnie. Okazuje się bowiem, że mój ojciec nigdy nie miał problemów ze swoją adaptacją w kuchni. Sam nawet twierdzi, że w sztuce gotowania jest lepszy od mojej szanownej rodzicielki. Coś w tym jest bo ona ani nie przeczy, ani nie udaje, że kuchcenie to jej mocna strona. Nie inaczej jest z moimi synami. Oni rownież czują się swobodnie przy przygotowywaniu posiłków. Często via Skype kontaktują się z moją żoną na temat szczegółów niektórych dań, generalnie jednak biją mnie na głowę w zakresie sztuki kulinarnej. Widzę jednak światełko w tunelu. O ile ubiegły rok, w trakcie nieobecności Alicji był drogą przez mękę, o tyle zdobyte w nim doświadczenie zaczyna powoli procentować. Szefem kuchni napewno nie będę, ale pomału na moim stole zaczyna gościć coraz większa ilość dań. Opanowałem być może pięć, być może sześć rożnych potraw i to powinno mi pozwolić przetrwać. Nie, nie mój stosunek do kuchni się nie zmienił i pozostanę już do końca życia niewolnikiem mojej żony w tym względzie. Moi sąsiedzi mając wiedzę na temat mojej walki z garami  od czasu do czasu zapraszają mnie na degustację kuchni ekwadorskiej. Oczywiście takich ofert nigdy, ale to nigdy nie odrzucam. Zatem ostaniej soboty skorzystałem z jednego z takich zaproszeń. Nie wiedziałem jednak, że na nim będzie większa grupa zaproszonych ludzi. Dom moich sąsiadów to wymarzone miejsce dla tych co lubią zabawy z grillem. Jedno z jego pomieszczeń, sporej wielkości niby ganek, niby weranda to miejsce, w którym znajduje się ceglany piec do przyrządzania pieczywa oraz typowa kuchnia grillowa na węgiel. To towarzyskie spotkanie okazało się typową imprezową barbecue a mistrzem ceremonii był, chyba żeby zrobić mi na złość, mężczyzna. Z podziwem obserwowałem jego wyczyny popijając z innymi gośćmi przyrządzone na tą okoliczność drinki. Ponieważ przekąsek nie brakowało to i wódeczność jakby szybciej schodziła. Nie miałem poczucia bycia obcym bo po pierwsze wszyscy znali angielski, a po drugie procenty rozluźniają i pomagają w nawiązywaniu kontaktów. Rozmawiając z głównym kuchmistrzem dowiedziałem się, że to nie jest jego zawód a bardziej hobby, które sprawia mu wiele przyjemności. W dodatku ów młodzieniec przypominał mi mojego serdecznego przyjaciela, który kiedyś przygotował mi placki ziemniaczane, tak pod względem fizycznym jak i barwy głosu. Zwykle gdy stół jest pełny, w połączeniu z flaszeczką w dobrym towarzystwie, większość z nas traci kontrole nad czasem. Nie inaczej było i w tym przypadku. Nawet wychodząc od sąsiadów nie wiedziałem, która była godzina. Zegar na domowej kuchni wskazywał czwartą rano. Specjalnie mnie to nie zmartwiło bo niedziela obeszła się bez gotowania.

Powrót do korzeni

To spotkanie planowaliśmy na grubo przed naszym przyjazdem do Stanów. Nie widzieliśmy się od ponad roku z rożnych przyczyn. Tym razem jednak udało nam się  tak zaplanować naszą wizytę abyśmy wreszcie mogli rozegrać kolejną partie brydża. Organizacja spadła na Irenę i Wojtka, których miejsce zamieszkania zdawało się być najbardziej dogodne dla nas wszystkich. Chyba trochę w tym momencie przesadziłem bo to ze względu na moje i Luśki plany podróżnicze wszyscy trochę nagięli się do nas. Nasze spotkania w czasach gdy mieszkaliśmy jeszcze w stanach odbywały się każdorazowo u kogoś innego, czasem raz na kwartał, czasem rzadziej. Nasz zlimitowany pobyt w kraju Trumpa do pewnego stopnia wymusza terminy  i miejsca naszych brydżowych szaleństw i musieliśmy porzucić kwartalne ich odbywanie. Z tym więc większą niecierpliwością oczekiwaliśmy na kolejny rozdział naszej księgi wspólnych spotkań. To był chyba pierwszy taki wieczór naszego grona, że niemal wszyscy z nas nazajutrz nie spieszyli się do pracy. No może nie następnego dnia bo to byłaby niedziela ale w rownież w poniedziałek. Aczkolwiek związany z tym pośpiech stał się dla nas obcy to wcale nie znaczy, że mamy więcej czasu. Okazało się, że jest wręcz odwrotnie. Dom, dzieci, wnuki i tylko bozia wie co jeszcze pochłania wszystkim tyle czasu, że praktycznie zostaje go bardzo niewiele na lenistwo. Nie bez dumy muszę przyznać, że ja się z tego wyłamuje. Pociąga mnie życie w myśl maksymy, którą zakodował we mnie Wojtek, gospodarz imprezy, której poświęcam tutaj te pare słów. Mówił on do mnie, że praca hańbi i wynaturza, lenistwo natomiast uszlachetnia. Mam olbrzymi szacunek do pracy tyle, że nicnierobienie ma coś takiego w sobie co przemawia do mnie wielkimi literami. I wcale nie chodzi o to aby nie dać się ruszyć z miejsca, chodzi mi bardziej aby zachować zdrowe proporcje na korzyść wiadomo czego. Czyż może być coś bardziej przyjemnego od wspólnej biesiady ze znajomymi, z którymi łączy nas tyle wspomnień przy suto zastawionym stole? Jasne, że może gra w karty przy kieliszku naszego specjalisty od nalewek z Kentucky Derby w tle. To wszystko mieliśmy podczas owego zgromadzenia grupowo-brydżowego. Dzięki Irenie i Wojtkowi wróciliśmy do korzeni naszych zebrań i mamy nadzieje kontynuować je w przyszłości może nawet następnym razem w Ekwadorze. To spotkanie, chociaż nikt o tym nie mówił, miało jednak szczególny charakter. Ostoja spokoju przy brydżowym stole Zbyszek, który z racji swoich zobowiązań w „niebiesiech” nie mógł być z nami obecny ciałem, był za to obecny duchem. I tak już pewnie zawsze będzie, tak długo jak długo będziemy „brydżować”.

Podtrzymywanie kontaktów

Takie odwiedziny od czasu do czasu do miejsc, w których spędziliśmy spory szmat naszego życia uświadamia nam o wartości przyjaźni. Łączy nas wiele wspomnień z mieszkającymi w okolicach rodakami. Wielu z nich przyjechało do Stanów w tym samym czasie co my i mieli nadzieję, podobnie jak my, tu się dorobić i ułożyć sobie życie. Wielu z nas to rocznik osiemdziesiątych dziewiąty bo to był właśnie rok naszego dotarcia do ziemi obiecanej. Przyjeżdżaliśmy z rożnych krajów. Wielu z Niemiec ale są i tacy, którzy oczekiwali na wyjazd w Grecji, Austrii czy Hiszpanii. Takie były wtedy czasy, wyjazd z Polski na stałe do USA był niemożliwy. Trzeba było najpierw załapać się na jakaś wycieczkę gdzieś na zachód, tam zostać i czekać na sponsora, który zająłby się nami po przylocie tutaj. Nikt wtedy nie spodziewał się zmian jakie nastąpią w Polsce po tym roku. Nikt z nas rownież nie narzeka na podjęcie złej decyzji. Świat trzydzieści lat temu był inny i Stany też były inne. W New Jersey mieszkało już wtedy wielu emigrantów z lat wcześniejszych i wielu z nich zaangażowało się w pomoc nowej fali przyjeżdżających z kraju rodaków. Patrząc na ten okres z perspektywy wielu lat muszę stwierdzić, że jesteśmy niewątpliwie ciężkim narodem do współpracy, szczególnie miedzy sobą. Z drugiej jednak strony nie mam watpliwości, że przyjaźnie, które powstawały w tamtych latach przetrwały próbę czasu. Grupa naszych serdecznych  przyjaciół zawsze odwiedza nas lub zaprasza nas aby się z nimi spotkać gdy tylko dotrzemy ponownie na stare amerykańskie śmiecie. Wielu z nich obiecuje odwiedzić nas w Ekwadorze ale z tym musimy jeszcze poczekać bo jednak praca ogranicza możliwości podróżowania  a jak już ma się upragniony urlop to wszystkich ciągnie do kraju nad Wisłą. Tam każdy z nas ma wciąż jakąś rodzinę, która przy tego typu wyborach zawsze jest ważniejsza. Świat, Polska i USA wszystko się zmieniło diametralnie od czasu naszego przybycia tutaj. Jedne miejsca na korzyść inne wręcz przeciwnie. Wielu z naszych znajomych myśli o powrocie do kraju, inni jednak nie widzą takiej możliwości, jeszcze inni mają rozdarte serca bo chcieliby wrócić ale tutaj ich już dorosłe dzieci zaaklimatyzowały się i założyły własne rodziny. Dzieci często determinują decyzje rodziców, zapewne będzie tak i w tym przypadku. Nasz wybór i przeprowadzka do jeszcze innego kraju budzi wiele rożnych komentarzy, nie mają one jednak charakteru złośliwego. To się nam zawsze podobało tutaj, że potrafiliśmy się wyzbyć tej tak charakterystycznej dla naszych rodaków w kraju zazdrości o wszystko czego inni dokonali. Może właśnie dlatego nasze spotkania ze znajomymi nie mają żadnych podtekstów lecz są wynikiem chęci pogadania po długim okresie niewidzenia.   Cieszą nas te znajomosci i cieszy nas serdeczność wszystkich tych, których spotykamy każdorazowo podczas pobytu tutaj i niewątpliwie mamy nadzieje, że to się nie zmieni.  

Stare śmieci

Przyjazd do Stanów zawsze sprawia nam sporo radości. Może dlatego, że trwa w porywach do dwóch tygodni i w związku z napiętym kalendarzem czas płynie bardzo szybko. Z naszej rodziny w New Jersey pozostał najstarszy syn, reszta rozjechała się. On zatem jest gospodarzem i u niego spędzamy najwiecej czasu. Ta cześć stanu odpowiada nam bardzo bo ma charakter bardziej wiejski i położona jest z dala od większych skupisk ludzkich. Druga strona medalu to jednak fakt, że  na terenach mniej zindustrializowanych mieszkają przede wszystkich zwolennicy aktualnego prezydenta naszego wielkiego brata. Ta właśnie ta cześć Stanów Zjednoczonych głosowała  na Trumpa. W wielkich aglomeracjach mieszkają zwolennicy demokratów. Mieszka w nich bowiem najwiecej robotników, którzy historycznie są wyborcami tej partii. Co innego wieś. Tu zdecydowanie zakotwiczyli się marzyciele wielkiej Ameryki, prawdziwi patrioci zwani w Stanach rednecks. Słowem tym byli określani farmerzy, którzy od nadmiaru pracy w polu bardzo często mieli mocno opaloną szyję. Z czasem określenie to przylgnęło do ultrakonserwatystów zamieszkujących szczególnie tereny rolnicze. Określenie to nie ma zabarwienia pozytywnego albowiem ta grupa nie znosi zmian i zdecydowanie hołduje starej dobrej Ameryce z niewolnictwem włącznie. Czasy oczywiście się zmieniły i do tej formy stosunków pracowniczych nie ma powrotu, toteż redneck jest przede wszystkim postrzegany jako ktoś kto uważa, że Ameryka jest dla Amerykanów uważając siebie za prawdziwego patriotę. Najwiecej wyznawców tej teorii mieszka na południu USA w stanach, które były przeciwne zniesieniu niewolnictwa. Nie znaczy to oczywiście, że nie ma ich w pozostałych stanach. Będąc w tutaj w trakcie wyborów miałem możliwość oglądania ich przebiegu na żywo. To właśnie w każdym stanie farmerzy sprawiali demokratom najwiecej kłopotów i w końcowym efekcie zdecydowali o tryumfie republikanów. Trump genialnie mówił do nich językiem, którego od dawna nie słyszeli więc postawili dać mu szanse. New Jersey to stan bardziej przemysłowy niż rolniczy chociaż jego północno-zachodnia cześć to wciąż przede wszystkim rolnictwo.  Stan ten to jeden z najbogatszych w Stanach zatem filozofii redneck, aczkolwiek jest zauważalna, to jednak nie wyczuwa się jej tak jak na południu Ameryki. Od mojego przyjazdu do USA zawsze tu mieszkałem i nie będę ukrywał, że polubiłem ten stan. Wynika to pewnie rownież z tego, że tu mieszka najwiecej naszych znajomych, z którymi zamierzamy się spotkać co niewątpliwie spowoduje, że ani się obejrzymy w oboje będziemy się pakować. Póki co narazie cieszymy się, że jesteśmy tutaj bo choć to aktualnie nie nasz dom i miejsce na ziemi to trochę życia tu zostawiliśmy i fajnie się do tego wraca. 

Kolejna wizyta

Właśnie dobiegł końca mój pobyt w ojczyźnie. Jak każdego roku spędziłem tutaj trochę czasu poruszając się między domami rodziców i teściowej. Rownież i w tym roku nie zabrakło spotkań ze znajomymi, których kwintesencją były okrągłe urodziny bardzo bliskiego kolegi. Dzięki temu udało nam się spotkać większą paczką a, że przy okazji odbył się mecz Polaków z Duńczykami to i emocje zdecydowanie były większe. Wszyscy znamy się długo albo jeszcze dłużej nie musimy więc niczego udawać, ot jesteśmy tacy jacy jesteśmy ze wszystkimi naszymi plusami i minusami. Chociaż kalendarz pracuje nad nami to jednak kolejne jego kartki traktujemy bardziej jako cyfry, które są bez wpływu na nasze samopoczucie. Większość z naszej grupy mieszka w kraju, to jednak nie ma większego znaczenia bo świat się dzisiaj bardzo zmienił a przede wszystkim skurczył. Jerzy, którego urodziny właśnie świętowaliśmy podpadli nam niemiłosiernie bo przewidywał zwycięstwo Danii. Potem się jednak okazało, że zrobił to wiedząc, że gdy typuje pesymistycznie to Polska na ogół wygrywa a gdy jest optymistą to mecz zamienia się w wizytę u dentysty. To rownież znalazło swoje potwierdzenie w meczu z Armenią. Będę więc namawiał kolegę Jurka do bycia pesymistą w zbliżającym się meczu z Rumunią.

Dobrze jest spotkać się z ludźmi, którzy w jakiś tam sposób zapisali się w naszej pamięci po jej pozytywnej stronie. Wcale nie ograniczaliśmy się do wspomnień a powiedziałbym wręcz przeciwnie celebrowaliśmy dzień dzisiejszy, on też może być kolorowy. Wcześniej spotkaliśmy się na rzeszowskim rynku przy kuflu piwa podczas dni bluesa. Pogoda była paskudna ale gdy na scenę wyszła Małgorzata Ostrowska i przeniosła nas w czasy szklanej pogody jakby niespodziewanie zrobiło się cieplej a może nawet gorąco. Zrobiło nam się niebiesko i to wcale nie od telewizorów. Och Małgocha śpiewaj, śpiewaj byle długo.                             

Dobrze było też odwiedzić rodziców. Im nie bardzo podobają się moje wybory w szczególności związane z moim aktualnym adresem, patrzą na to jednak ze zrozumieniem. Jeszcze parę lat temu każdy mój wyjazd był małą traumą dla nas wszystkich. To rownież się zmieniło bo przecież wrócę tu za rok. I tak już musi zostać bo każdy z nas ma prawo do swoich wyborów.                                      

Jestem fanatykiem kina i na obczyźnie brakuje mi naszej rodzimej produkcji. Moja siostra zna tą moją słabość. Miałem zatem możliwość dzięki niej obejrzenia Wołynia, Ostaniej rodziny i Krótkiej historii o morderstwie. Wołyń definitywnie zrobił na mnie największe wrażenie. Pewnie jednak nie dlatego, że wreszcie ktoś odważył się coś powiedzieć na ten temat ale dlatego, że rodzicielka mojej żony przeżyła to na własnej skórze. Inaczej jednak słyszeć a inaczej widzieć. Obraz to wielka siła. Opowieści teściowej nabrały zatem jak rzesz okropnego wizualnego kształtu. Ona sama żyje dzisiaj po udarze w innym świecie. Może to i lepiej.   

Sześć tygodni przeminęło szybciej niż się spodziewałem. Chociaż polityka niezłomnie próbowała zakłócić rytm mojej wizyty, starałem się jednak ją marginalizować. I na zakończenie mojej wizyty pomyślałem sobie: och jak byłoby dobrze gdyby wszystkich polityków udało usunąć się z naszej przestrzeni i wymazać tak jak nieudany rysunek. Wszystko byłoby prostsze i piękniejsze. Niestety mało to realne ale pomarzyć zawsze można.

Czas wyjazdu czyli podsumowanie pierwszego pobytu

Po dwóch miesiącach pobytu nadszedł czas wyjazdu i powrotu do życia na drodze, bo nasz dom zostawał jednak tutaj w Ekwadorze. Te dwa miesiące przyniosły wiele odpowiedzi na pytania związane z domem, środowiskiem oraz nami samymi. Dom chociaż oddalony o pięć kilometrów wędrówki od głównej drogi, dał nam poczucie spokoju i czuliśmy, że spełnia nasze oczekiwania. Mieliśmy tez świadomość jego niedoskonałości a przede wszystkim konieczności odgrzania. Mamy juz kilka pomysłów na rozwiazanie tego problemu ale na wszystko potrzeba czasu. Możliwość obcowania z wszechogarniająca naturą to coś, co dało nam chyba najwiecej przyjemności i z czego nie zdawaliśmy sobie sprawy jak pozytywny wpływ taka ucieczka w głuszę może mieć na człowieka. Szczerze mówiąc nie byłem zbytnio szczęśliwy wizją powrotu do „cywilizacji”. Odnieśliśmy rownież wrzenie, ze miejscowa ludności powoli przywykła do naszej obecności a nasi najbliżsi sąsiedzi okazali się wręcz stworzonymi dla nas. Mieliśmy definitywnie kłopoty językowe w porozumiewaniu sie z nimi jednak udało nam się z nimi nawiązać kontakt. Podobnie jak my ich ideą była ucieczka od tego oszałamiającego tempa, które panuje w miastach. Chociaż nie pochodzą z Cuenki to jednak większość życia spędzili w Ambato, które jest sporych rozmiarów miastem. Nasz sąsiad okazał sie kardiologiem na emeryturze a Mary jego żona wspaniałą osobą, ktora z ziarna kakaowego potrafiła zrobić wspaniała czekoladę własnym sumptem. Nasi sąsiedzi maja rownież piec do chleba na zewnątrz, z którego pozwolili nam skorzystać podczas naszej kolejnej wizyty. Mary i Luis w wielu aspektach i poglądach podzielali nasz punkt widzenia i postrzegania świata. Tym łatwiej było nam nawiązać kontakt z nimi. Podobnie jak my wyczuwają jakaś specyficzna energię w tym miejscu, ktora daje swego rodzaju spokój wewnętrzny. Na swojej posesji mieli sporych rozmiarów ogródek razem z namiotem warzywnym. Alicji przypadli wlasnie tym do serca. Moja żona juz od dawna pasjonuje się ogrodnictwem ale nie aż tak bardzo tym ozdobnym ile użytkowym. Ściąga do Ekwadoru nasiona poliskich warzyw i obserwuje co sie może przyjąć w tamtych warunkach. Próby wciąż trwają. Poznaliśmy rownież bliżej naszych sąsiadów po drugiej stronie. Francisco i Anita są jednak sporo młodsi od nas i na codzień dojeżdżają do pracy. Fakt ten jednak ułatwia nam dostanie sie do Cuenki bo ilekroć potrzebowaliśmy się z nimi zabrać nigdy nam nie odmówili. Droga do autobusu aczkolwiek długa to doskonały spacer, gorzej z autobusu bo trzeba iść pod górkę. Pomyślimy o zakupie jakiegoś środka lokomocji w przyszłości. Pojawienie się Milana w okolicy w pewien sposob też uatrakcyjniało nam to miejsce. Milan jak każdy człowiek ma swoje dobre i złe strony, dobrze jednak mieć kogoś z naszych stron na podorędziu. Biorąc zatem na wagę plusy i minusy, zdecydowanie tych pierwszych było wiecej. Czuliśmy pewnego rodzaju smutek wyjeżdżając, zwłaszcza że na powrót do domu przyszło nam czekać siedem miesięcy.

Pierwszy pobyt czyli słuszny wybór

Nasz pierwszy dłuższy pobyt pozwolił nam przetestować nasz dom. Zdaliśmy sobie sprawę z jego niedociągnięć oraz poznaliśmy jego zalety. Te dwa miesiące miały nam rownież dać odpowiedz na pytanie czy widzimy siebie tam na stałe. Nieznajomość języka napewno nas ograniczała i wciąż ogranicza, jednak poznaliśmy sporo ludzi tam mieszkających, którzy posługują się angielskim a dodatkowo okazało się, że kolonia przybyszów nie tylko ze stanów ale i z całego świata wciąż się zwiększa. Nam jednak chodziło o nawiązanie jak największej ilości kontaktów z ekwadorczykami jako, że od początku naszym celem było wtopienie się w okoliczną populację. Zawsze uważaliśmy, że to na nas spoczywa obowiązek nauki ich języka a nie na nich dostosowanie się do nas. Udało nam się zatem poznać sporo osób dwujęzycznych, którzy chętnie nam pomagali jako tłumacze w naszych codziennych problemach. Staraliśmy sie być jak najbardziej samodzielni, nie dlatego aby nieobciążać naszych znajomy ale bardziej żeby zmusić siebie samych do używania języka hiszpańskiego na codzień. Z naszego domu do przystanku autobusowego jest mniej więcej pięć kilometrów. Z tego przystanku do Cuenki kursują autobusy komunikacji miejskiej, które w cIagu pół godziny umożliwiały nam dotarcie do centrum miasta. Staraliśmy się ograniczać wypady do Cuenki i jeździć tam tylko raz, góra dwa razy w tygodniu aby załatwić co było do załatwienia i jednocześnie zrobić zakupy. Spacer do autobusu z samego rana okazał się bardzo dobrą formą relaksu i zawsze sprawiał nam sporo zadowolenia. Po drodze mogliśmy spotkać okolicznych mieszkańców i chociaż nie było możliwości nawiązania z nimi bliższego kontaktu to jednak powoli przyzwyczajalismy ich do naszej obecności. Dzięki temu często w drodze do autobusu znajomi zatrzymywali się ofiarując nam czasami podjazd do autobusu a czasami jazdę do Cuenki. Z dnia na dzień czuliśmy się coraz bardziej jak w domu. Nasi sąsiedzi rownież starali się nam nam pomóc w miarę ich możliwości dzięki czemu utwierdziliśmy sie w przekonaniu, że nasz wybór był słuszny. O ile jazda do Cuenki nie sprawiała nam większego problemu o tyle powrót wiązał się zawsze z koniecznością zatrudnienia taksówki. Znajomi polecili nam taksówkarza, z którym umówiliśmy się co do kosztów powrotu do domu oraz pomocy w sprawach gdzie konieczna była znajomość języka. Javier okazał się doskonałym dodatkiem do puli naszych znajomych. Wielokrotnie dzięki niemu i jego znajomosci miasta udało nam się dotrzeć tam gdzie to co chcieliśmy kupić było w najlepszych cenach i wybór był bardzo duży. Wiele spraw bez pomocy Javiera napewno byłoby o wiele ciężej doprowadzić do końca. Większość czasu, który spędziliśmy w domu poświeciliśmy na porządkowanie działki na zewnątrz oraz urządzanie jej pod nasze potrzeby. Na pierwszy plan poszła trawa, która obrosła naszą posesję do takiej wysokości, że omal przejechaliśmy obok naszego domu niezauważając go. Te dwa miesiące spełniły nasze oczekiwania. Spokój, cisza, brak rozwrzeszczanej telewizji uspokoiły nasze skołatane dusze, którym tego wlasnie było potrzeba.