Alarm dla ziemi

Co tu pisać. Dostałem w poczcie parę komiksów, które mówią same za siebie.

Mamy zwariowany klimat – mówi ojciec

Rzeczywiście…klimat odpowiada syn

To chyba w Polskę tak przygrzewa

Każdy szuka cienia, tylko nikt nie sadzi drzew.

Brawo deweloperzy

Zostało nieco ponad piętnaście lat.

Internet i wstrząsy.

Aczkolwiek internet przestał być w Ekwadorze czymś ekskluzywnym, czym był jeszcze pięć, sześć łatwemu, to jednak dostęp do niego nie jest wcale taki prosty. W mieście oczywiście funkcjonują już połączenia światłowodowe ale poza miastem już bywa różnie.

Okolica, w której zdecydowaliśmy się osiedlić to bardzo mały przysiólek, który dodatkowo jest położony w górach. Sąsiedztwo składa się z około dziesięciu domostw. Taki stan rzeczy nie zachęca dostawców internetu do inwestowania. Dlatego jesteśmy zmuszeni do korzystania z połączenia mobilnego. Niestety to połączenie wciąż jeszcze kuleje tutaj. Czasem mamy silny sygnał i wtedy możemy przeglądać niemal wszystko co nas interesuje. Czasami jednak sygnał jest bardzo słaby i wtedy strony ładują się w nieskończoność. Przykładem tego są różne platformy blogowe.

Utrzymuje kontakt z blogerami z różnych platform. O ile na swoim worldpress nie mam problemów z odczytaniem artykułów i pozostawieniem wiadomości o tyle na innych platformach już nie jest tak łatwo. Często wręcz nie jestem w stanie zostawić swojego komentarza. Nie mam pojęcia czym jest to spowodowane. Jedyne co przychodzi mi do głowy to sygnał, który gdy jest dobry nie powoduje tego typu trudności. Zawsze jednak próbuje pare razy jak się nie udaje, no cóż siła wyższa.

Ekwador leży w strefie dość sporej aktywności tektonicznej. Trzęsienia ziemi nie są tutaj czymś nadzwyczajnym. Na ogół mają one miejsce nad samym Pacyfikiem. Zdarza się jednak, że epicentrum jest na lądzie. Tak właśnie było w ostatni piątek. Dość mocno potrzęsło. Było pare minut po piątej a tu nagle nasze łóżko zaczęło się ruszać i podskakiwać. Zwykle trwa to kilka sekund. Nie tym razem. Przez około pół minuty chalupa się ruszała by wreszcie przestać. Rozbudzony zdecydowałem się skorzystać z toalety. A tu masz babo placek, zatrzęsło jeszcze raz. Trochę słabiej ale wrażenie ruszającego się pode mną sedesu nie należało do najprzyjemniejszych.

Przyzwyczailiśmy się do tych trzęsawek i o ile trwają pare sekund to nawet nie zwracamy na nie uwagi. Półminutowe to była jednak nowość.

Matka ziemia, w mojej encyklopedii, wie co robi. Dlatego ufam jej bezgranicznie.

Cusco, Pachamama i Pachacutec

Po dwóch wypadach do Machu Picchu nasza wizyta na tym terenie dobiegła końca. Powrotna podróż do Ollantaytambo oczywiście pociągiem bo innej możliwości po prostu nie ma. Stąd już pojazdem na czterech kołach powrót do Cusco. To tu zaczynała się nasza przygoda. Po przylocie do Peru spędziliśmy w Cusco noc by następnego dnia ruszyć na szlak Inków. Teraz spędzimy kolejne dwie noce i cały dzień na zwiedzaniu miasta i okolic. Cusco to centrum kultury inkańskiej, tu byli grzebani kolejni władcy i stąd rozpoczyna się każda wycieczka śladami Inków. Miasto liczy ponad pół miliona ludzi, z których niemal wszyscy posługują językiem Quechua, którym posługiwali się ich przodkowie. Nie wiem czy przywiązanie do Inków wynika z chęci zaimponowania turystom czy to jest częścią ich filozofii życiowej. Czuć jednak było, że nasi przewodniczy odnosili się do zaginionej kultury z wielkim szacunkiem a powiedziałbym, że nawet z dużą dozą zachwytu i żalu, że powoli ten świat ginie. Wiem rownież z ich opowiadań, że wciąż wiele tradycji jest kultywowanych nie dla gawiedzi lecz z potrzeby ducha. Oprowadzający nas po Cusco pochodził z rodziny, w której matka utożsamiała się z wiarą Indian i musiała mieć na tyle silną osobowość, że nasz przewodnik zdawał się być bardziej zdominowany tą kultura niż tym co oferowała chrześcijańska kultura  Hiszpanów. Ślady obu tych wiar są widoczne na każdym kroku. W głównej bazylice Cusco na ścianie znajduje się obraz ukazujący ostatnia wieczerzę tyle, że potrawy to świnka morska, która jest tutejszym specjałem, popijana herbatą z liści koki, bez których byłoby Indianom cieżko żyć na tej wysokości. Tego typu wymieszania obu światopoglądów jest bardzo wiele i można je zobaczyć na każdym kroku. Podobnie jak dla Inków tak i dla obecnych mieszkańców Peru największa świętością jest jednak Pachamama czyli matka ziemia. To ona bowiem daje im to co jest potrzebne do życia bo z niej właśnie rodzą się warzywa, owoce i inne produkty potrzebne na codzień. Pachamama to słowo, które przewijało się w każdym opowiadaniu i szczerze mówiąc ci co o tym opowiadali sami zdawali się być mocno przekonani o wielkości tego słowa. Matka Ziemia i dla mnie brzmi jak coś wielkiego i wcale mnie nie dziwi stosunek tych ludzi do jej bycia czymś najważniejszym w ich życiu. Cusco leży w dolinie i jest otoczone górami z każdej strony toteż lądowanie tutaj jest trochę bardziej ekscytujące niż na innych lotniskach. Dopiero widok z jednego z okolicznych szczyt uświadomił mi, że miejscowe lotnisko i siadanie na jego płycie to trochę wyższa szkoła jazdy. Nikt jednak na to nie zwracał uwagi bo jest przecież tyle ważniejszych rzeczy dookoła. Miasto ma kształt pumy bo to było święte zwierze Inków. Patrząc z góry może i było coś w jego kształcie z pumy lecz prawdę mówiąc ja zawsze miałem kiepska wyobraźnie. W okolicach miasta znajduje się wiele wykopalisk obrazujących świetność Inków. Nie sposób było to wszystko zobaczyć a to co zobaczyliśmy to było bardziej po łebkach. Na zwiedzanie miasta trzeba więcej czasu, którego my nie mieliśmy. Z innych ciekawostek najważniejsze informacje dotyczyły najsłynniejszego władcy Inków. Pachacutec, bo o nim mowa, sprawując swoją władzę ograniczył ofiary z ludzi i wprowadził wiele praw, które zdecydowały o wielkości tych Indian. Za jego czasów imperium Inków składało się z dzisiejszych Boliwii, Peru, Ekwadoru, części Kolumbii i części Argentyny i juz nigdy nie osiągnęło podobnej wielkości. Peruwianie czują się mocno związani z minioną kulturą czego nie widać w takim stopniu w Ekwadorze pomimo faktu, że i ten kraj należał kiedyś do tego mocarstwa. Nikt tutaj nie potrafił mi powiedzieć dlaczego. Będę pytał dalej.

Stać w miejscu nie wolno

Gdzieś miedzy niebem a piekłem

Tu na ten świat przyszedłem

Podobno mam tu do spełnienia jakieś cele
Lecz na ten temat nie wiem zbyt wiele
Dokąd więc zmierzam i czego szukam
Zachodzę w głowę, gdzie mogę pukam
A droga po której idę jest dosyć kręta
Czasem zda się być prosta, cześciej zawzięta
Po lewej przepaść, po prawej urwisko
Wycofać się czy zaryzykować wszystko?
Przede mną zbocze pełne niepewności
A zanim dolina pełna goryczy a może radości.
I jak tu rozsądną podjąć decyzję
Gdy tak zamgloną przed sobą mam wizje
I tak w którą nie odwróciłbym się stronę
Co rusz to słyszę jakiś dzwonek
I tak stoję na rozstaju dróg
Ruszyłbym gdybym tylko mógł
Nie pewny jutra, spętany obawą
Bo życie na tej ziemi jest wszystkim tylko nie zabawą 
Nie czas jednak nad sobą się rozczulać
W ramiona matczyne się wtulać
I rozpaczać nad własnym losem
Kiedy wszystko co nam potrzeba mamy pod swoim nosem
Dość zatem tego niezdecydowania
I stania w miejscu dla samego trwania
Ruszam zatem, bo ruszyć się muszę
Chcąc zaspokoić siebie i wyciszyć swą dusze
Ruszam i już nie myśle co mam do spełnienia 
To wszystko w rękach przeznaczenia.