Bogactwo i bieda

Bieda i bogactwo to pojęcia kontrastowe, znajdujące się na przeciwstawnych biegunach zagadnienia o nazwie posiadanie. Oba te terminy na ogół sprowadzamy do rzeczy materialnych. Bogactwo duchowe jest chyba niezbyt modne. Stopień zamożności czy jej brak można rozpatrywać na kilku płaszczyznach. Ta najbardziej popularna w statystykach, to zapewne klasyfikacja według państw w dochodzie na mieszkańca. Trochę ona jest myląca bo i w tych najbogatszych krajach nie brakuje biedy na poziomie jednostki czyli szarego człowieka. Świat jako całość ma wystarczająco dużo możliwości aby biedę zlikwidować, nikt jednak nie wymyślił sensownej formuły jak to zrobić.

Pogłębiają się zatem dysproporcje pomiędzy państwami jak i pomiędzy ludźmi je zamieszkującymi. Każdy widział zdjęcia głodujących dzieci w Afryce. Każdy zapewne widział fotki z dzielnic biedy w Indiach czy innych państwach azjatyckich. Każdy tez wie o totalnym zdewastowaniu Wenezueli przez następcę Chaveza, który za nic nie chce oddać władzy rujnując przy okazji całe państwo. W Ameryce Łacińskiej bieda dotknęła Honduras, z którego tysiące ludzi próbuje przedostać się do ziemi obiecanej pod nazwą Stany Zjednoczone.

Wyliczać można bez końca. Bogate kraje wolą jednak przeznaczać dochody na zbrojenia bo przecież grozi nam najazd zapewne ufoludków z odległych planet wszechświata. Wmawianie ludzi konieczności zbrojeń i wydatków na cele to nic innego jak demagogia strachu. Im bardziej się czegoś boimy tym szybciej wyrazimy zgodę na wydawanie dodatkowych miliardów z budżetu państwa na obronę.

Coś mi się wydaje, że agresja leży w naszej naturze i jak już z czymś wewnątrz sobie nie można poradzić to najlepiej znaleźć wroga wewnętrznego a w najgorszym przypadku zewnetrznego. Teraz przestał nam odpowiadać Iran i zachodzi konieczności jemu pomocy. Jego sąsiad czyli Irak z tej chęci pomocy do dziś nie może się pozbierać.

Kraje bogate przyciągają biednych z krajów ubogich. Niezbyt zamożny Ekwador przekonał się jak ciężko poradzić sobie z uciekinierami z Wenezueli. Tu, miejsc pracy i pieniędzy na świadczenia socjalne brakuje rdzennym mieszkańcom. A jak zapewnić utrzymanie tysiącom uciekinierów z zawładnie przez tyrana Wenezueli?

Stany Zjednoczone i Polska przy Ekwadorze to bogacze. Co jednak uderzyło mnie odkąd tu jestem to brak ludzi żebrzących i wyciągających rękę po darmowy datek. Tu nawet pucybutom opłaca się sterczeć na ulicy żeby zarobić pare groszy na własne potrzeby. Nawet ci umordowani Wenezuelczycy nie żebrają. Wiele tego widziałem w Polsce i w USA, szczególnie w dużych miastach. Jak to jest zatem z tymi bogatymi krajami; im zasobniejsze tym więcej biedy?

Reklamy

Maltańska propozycja

Chociaż mieszkam dość daleko

Bo za siódmą górą oraz piątą rzeką

Dla ojczyzny jednak się poświęcę
I spakuje się na prędce 
I na Maltę się przejadę 
Żeby skończyć głupią swadę
Pan prezydent chociaż bezpartyjny
Zaparł się w sposób bezapelacyjny
Jechać jemu nie przystoi
Bo uchodźców on się boi
A tam o nich będzie mowa
I już rozbolała prezydenta głowa
A na głowie ma otwarcie parlamentu 
By uniknąć w nim zamętu
Musi zatem tutaj być obecny
Bo rząd Ewki wciąż jest niebezpieczny.
Premierowa też do jazdy nie jest skora
Bo zdawania władzy zbliża się już pora
Nie chce zatem w nic się mieszać
Żeby prezes nie mógł na niej brudów wieszać
Że zrobiła jemu coś na opak
Wszyscy przecież myślą, że on taki miły chłopak
Jechać zatem nie zamierza 
Bo to nowe będą już przymierza
Prezes więc niech weźmie sprawy w swoje ręce
I wyznaczy swego człeka jak najprędzej.
Prezes chce być jednak na uboczu
Żeby nie otwierać ludziom oczu
Że on sam o wszystkim decyduje
A prezydent tylko kibicuje.
Oskarżają się więc te nasze mądrale wszystkie
Stając się światowym pośmiewiskiem.
Pomyślałem zatem, czas już skończyć tę głupotę
Ja na Maltę szczerą mam ochotę
Z chęcią wezmę udział nawet w szczycie
Będę jednak potrzebował na kosztów pokrycie
Drobną kwotę jaka przysługuje
Każdemu parlamentarzyście, który podróżuje
Tylko tam i wtedy gdzie nic się nie dzieje
Gdzie im ciepła bryza w dupę wieje,
Gdzie nie muszą uchodźcami się zajmować
Żeby siebie wypromować.
Chociaż mi problemów nie brakuje 
To na Maltę szybko się spakuje
Żeby kraj obronić przed światowym pośmiewiskiem
Bo powoli jego stajemy się śmietniskiem.

Mostowe zebranie i wspomnienia z przeszłości

Podczas jednej z naszych wizyt w Ekwadorze poznaliśmy Milana prawdziwego Słowaka ze Słowacji nie mylić z Czechosłowacją. Utrzymywaliśmy ze sobą kontakt e-mailowy bo i on myślał o przeprowadzce do Ekwadoru. Jakoś rok temu na wiosnę odwiedził nas i zakochał się w okolicy. Tak się tez złożyło, że sąsiadki kuzyn mieszkający w okolicy musiał się przeprowadzić na drugi koniec Ekwadoru. To spowodowało konieczność sprzedaży domu. Milan skorzystał z okazji i wkrótce transakcja doszła do skutku. Mamy zatem w naszej enklawie jeszcze jednego obcokrajowca. Milan ma specyficzne podejście do rzeczywistości i na swoje potrzeby za wszystko co się dzieje poza jego kontrolą oskarża bliżej nikomu nieznaną grupę pod nazwą Big Boys. Mieszczą się w niej wszystkie najgorsze męty tego świata. Gdy Milan rozkłady owy układ na części pierwsze to okazuje się, że sporo jest w nim towarzystwa, które i nam obrzydza życie tyle, źe jego krąg złych ludzi do odstrzału jest kapkę większy. Piszę o tym tylko z tego powodu, że nasz słowacki sąsiad dał się juz wszystkim poznać ze swoimi poglądami i jak się coś złego dzieje to wszyscy wiedza, że to wina Big Boys. Wywołuje to czasem mniej czasem więcej śmiechu ale najważniejsze, że kolega się nie obraża. 

Na naszej drodze do cywilizacji, w jej połowie znajduje się drewniany most, który pamięta napewno zamierzchłe czasy. Ów most z racji swego sędziwego wieku ma swoje lepsze i gorsze dni. Jest zatem pieczołowicie pielęgnowany, tyle że najtańszym kosztem. Ostatnimi laty działalność budowlana, nie tylko nasza, dała mu się mocno we znaki i w aktualnej sytuacji wymaga juz bardziej poważnego remontu. Nasi ekwadorscy sąsiedzi zwołali zatem naradę wszystkich, na których zawalenie mostu mogłoby wpłynąć negatywnie. Most ów znajduje się mniej więcej w połowie drogi do naszego domu. Do mostu droga jest jakby lepsza od mostu do nas to już inny świat. Od głównej drogi do mostu mieszka około sześćdziesiąt rodzin za mostem juz tylko dziesięć. Władza lokalna uznała zatem, że nasze dziesięć rodzin, jeśli chcemy mieć dostęp do cywilizacji,  musi partycypować we wszelkich kosztach związanych z drogą i mostem. Spotkaliśmy się zatem aby przedyskutować stopień naszej partycypacji w kosztach i ewentualnego wkładu własnej pracy. Zebranie odbywało się oczywiście w języku hiszpańskim my zatem siedzielismy sobie niemal jak na tureckim kazaniu. Co jakoś czas znajomi tłumaczyli nam co jest grane i co jakiś czas pozwalano nam na wyrażenie naszej opinii oczywiście po angielsku co znajomi tłumaczyli zebranym na ichnie bałakanie. Milan próbował znowu obciążyć wszystkich nikomu bliżej nieznanych Big Boys rozluźniając w ten sposób atmosferę. Nie żeby była ona specjalnie napięta ale trochę śmiechu nikomu nigdy nie zawadzi. Po około dwóch godzinach wreszcie osiągnęliśmy porozumienie. Wbije się pare gwoździ, zmieni kilka desek i niech się dzieje wola nieba. Spytałem zaczepnie czy nie byłoby wskazane utworzyć jakiś fundusz mostowy i płacić do niego składki żeby mieć jakieś pieniądz na wypadek katastrofy jakiejś. Okazało się, że nie ma takiej potrzeby bo jak się zawali to będziemy wtedy myśleć. Żyjemy tym co dzisiaj, co będzie jutro to daleka przyszłość po co zatem zawracać sobie głowę. Odpowiada mi takie podejście do życia bo nie lubię siė martwić jutrem. Ponieważ końcówka dotyczyła pieniędzy sporo zrozumiałem bo w pierwszej kolejności nauczyłem się liczenia po hiszpańsku. Spytano mnie jednak tak na wszelki wypadek ile zrozumiałem. Rzekłem, że prawie wszystko. Nie dali jednak za wygraną i poprosili o procentowe określenie słowa wszystko. Mam swoiste poczucie humoru i lubię trochę sobie pożartować, z czego dałem się już poznać, więc odpowiedziałem niezgodnie z prawdą, że procentowo to zrozumiałem jakieś pięć procent. Prawie wszystko w zestawieniu z pięcioma procentami wywołało efekt na, który liczyłem czyli serdeczny śmiech. Sytuacja ta przypomniała mi scenę z mojego życia. Moja kochana rodzicielka zawsze zarzucała mi i mojej żonie brak stanowczości w sprawach religijnych w stosunku do naszych dzieci. Staraliśmy się unikać drażliwego tematu ale mama zdecydowała się wybadać teren samodzielnie biorąc naszą córkę na spytki. Spytała więc babcia wnuczkę czy umie paciorek. Pytanie niezbyt szczęśliwe z naszego punktu widzenia ale ku naszemu zaskoczeniu córka bez momentu zastanowienia odpowiedziała: umiem babciu. Mieliśmy nadzieje, ze to wystarczy. Nie wystarczyło jednak, babcia poprosiła córkę o powiedzenie paciorka. To już były nie przelewki. Córka nasza jadnak pełnym spokoju głosem i przekonana o swojej wiedzy powoli i z namaszczeniem odpowiedziała: pa-cio-rek. Babcia nie była nawet w stanie skrytykować nas bo wiara naszej córki w prawidłowość odpowiedzi była powalająca. To zdarzenie zawsze przywołuje szczery wybuch śmiechu wszystkich tych, którym to opowiadam.

Chociaż musiałem udowodnić, że zrozumiałem więcej niż pięć procent z końcówki mostowego spotkania to wybuch śmiechu jaki spowodowałem świadczył o akceptacji mojego poczucia humoru. I o to chodziło.